Wyjątkowo długo trwała tegoroczna zima. Dla mnie miała w lutym różne oblicza - od siarczystych mrozów na Mazowszu, przez odwilż w Lublinie, aż po niespodziewany początek wiosny w Łodzi.
W podwarszawskim Milanówku, w najchłodniejszy chyba dzień tegorocznej zimy, pożegnałam bliską osobę, ale też obejrzałam nowe wystawy czasowe w Willi Waleria, które niestety dziś się zakończyły. Tym, co lubię w tym muzeum szczególnie, jest przemyślany dobór ekspozycji, tak by w jakiś sposób wiązały się albo z postacią dawnego gospodarza willi, Jana Szczepkowskiego, albo z samym Milanówkiem. Tym razem wszystkie ekspozycje podejmowały temat Zakopanego i sztuki inspirowanej motywami Tatr i Podhala.
Ja chciałam zobaczyć przede wszystkim wystawę pt. "Antoni Rząsa - Dialogi", niewielką prezentację dzieł tego wybitnego zakopiańskiego rzeźbiarza. Prace Rząsy wyeksponowane były nie tylko w sali wystaw czasowych, ale wkomponowane również w stałą wystawę twórczości Szczepkowskiego, z którą wchodziły w dialog, wszak obaj przecież wywodzą się z zakopiańskiej Szkoły Przemysłu Drzewnego. Rzeźbom towarzyszyły niezwykle klimatyczne fotografie żony Antoniego Rząsy, Haliny. Całość była przemyślana, dzięki czemu wystawę oglądało się doskonale.
Ekspozycja pt. "Pod urokiem Tatr: pejzaż tatrzański z kolekcji Piotra Radwana-Röhrenschefa" składała się natomiast z kilkunastu obrazów ze zbiorów znanego lekarza, Piotra Radwana-Röhrenschefa. Malarstwo pejzażowe nigdy nie należało do moich ulubionych, ale zaprezentowane obrazy były bardzo przyjemne, zaś cała kolekcja jest spójna i można w niej znaleźć dzieła uznanych twórców jak chociażby Rafał Malczewski, czy Stanisław Gałek.
Na koniec wystawa plenerowa pt. "Korzenie Rzeźby", która prezentowała efekty działań studentów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w ramach Ogólnopolskiego Sympozjum Rzeźbiarskiego "Korzenie Rzeźby 2025". Tematyka wydarzenia odnosiła się do Zakopanego jako stolicy polskiej rzeźby w drewnie. Wszystkie prace wykonane są właśnie z tego materiału i nawiązują nie tylko do samego Zakopanego, ale i do tradycji góralskich oraz do twórców związanych z Podhalem, jak chociażby Władysław Hasior.
Do Lublina przywiodła mnie natomiast ekspozycja pt. "Monachijczycy. Gierymscy, Stryjeńska, Wierusz-Kowalski, Chełmoński i inni", którą jeszcze tylko do 8 marca 2026 r. obejrzeć można w tamtejszym Muzeum Narodowym. To kolejna monumentalna wystawa przygotowana przez to muzeum - obejmuje ponad 250 obrazów autorstwa 67 polskich artystów, którzy od połowy XIX w. do 1914 r. kształcili się i tworzyli w Monachium, m.in. Józefa Brandta, Alfreda Wierusza-Kowalskiego, Teodora Axentowicza, Adama Chmielowskiego, Józefa Chełmońskiego, Olgi Boznańskiej, Zofii Stryjeńskiej, Maurycego Gottlieba, czy braci Gierymskich. Duża grupa dzieł Monachijczyków znajduje się w zbiorach Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Część z nich została pokazana na tej ekspozycji pierwszy raz w Polsce w tak licznej reprezentacji. Choć malarstwo realistyczne to już od wielu lat nie moja bajka, to jednak zaprezentowane dzieła mają ugruntowaną pozycję w polskiej historii sztuki, odegrały kulturotwórczą rolę w czasach sobie współczesnych, krzewiąc narodowego ducha, gdy Polski nie było na mapach. I przede wszystkim z tego względu to wystawa ważna i warta odwiedzenia. Niestety, Muzeum Narodowe w Lublinie po raz kolejny nie sprostało starciu werniksu z oświetleniem. Niektóre płótna po prostu nie nadają się do oglądania (przykład na ostatnim zdjęciu). Plusem jest aranżacja pracowni Władysława Czachórskiego, Alfreda Wierusza-Kowalskiego i Romana Kochanowskiego oraz takie ciekawostki jak np. podarowana Juliuszowi Kossakowi paleta ozdobiona przez innych malarzy.
Lublin przyjął mnie roztopami i rzęsistym deszczem. Ale nawet mimo tej niesprzyjającej spacerom aury, znów zachwyciłam się tym miastem, które cudnie bawi się swoją przestrzenią - nad uliczkami powiewały jeszcze barwne gwiazdki, Plac po Farze zdobiły choinki i chyba wszystkie figurki koziołków wyposażone zostały w ciepłe, zimowe szaliki. Dużo ostatnio narzekań w Internecie - że zima za długa, że "wiosno, a nawet lato wróć". Ale to jest ten fajny moment w roku, kiedy ciężko żegna się ten okres okołoświąteczny, z grzańcem parującym na mrozie, z fotogenicznym śniegiem i z radosnymi zimowymi ozdobami jak te w Lublinie, które znikną za chwilę wraz z topiącym się śniegiem, ale choć żal, że to wszystko odchodzi, to przecież cały urok życia polega na powtarzalności. Wkrótce zachwyt zaczną budzić kwitnące drzewa i krzewy, potem restauracyjne ogródki, wreszcie kolorowe liście spadające z drzew. A zima... cóż, za chwilę odejdzie w zapomnienie, ale wróci przecież za niespełna rok. A Lublin niech póki co czaruje jeszcze gości.
Namiastkę powrotu ciepłych, słonecznych dni miałam już dziś w Łodzi, dokąd pojechałam głównie po to, by zwiedzić otwartą 17 października 2025 r. po dwuletniej przerwie nową wystawę stałą sztuki XX i XXI w. w galerii ms2 Muzeum Sztuki w Łodzi, która otrzymała tytuł "Sposoby widzenia. Kolekcja Muzeum Sztuki w Łodzi". W 2019 r. widziałam poprzednią i wtedy zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ekspozycja zajmuje trzy piętra, ma zupełnie nową aranżację, ale efekt finalny, ten wizualny, nie odbiega od dotychczasowego. Zmienił się natomiast dobór eksponatów. Cały czas można obejrzeć prace najważniejszych, głównie polskich, artystów z dwóch ostatnich stuleci, na czele z Władysławem Strzemińskim i Katarzyną Kobro, Andrzejem Wróblewskim, Władysławem Hasiorem, czy Aliną Szapocznikow, lecz obok pojawiły się również przykłady twórczości pokolenia obecnych czterdziestolatków, żeby wspomnieć Karola Radziszewskiego, Małgorzatę Mirgę-Tas, Lilianę Zeic, czy Dianę Lelonek (nie pamiętam już, czy poprzednio ich dorobek również był eksponowany). Nie wiem też, czy to kwestia opatrzenia, bo odwiedzam bardzo dużo ekspozycji prezentujących sztukę tego okresu, ale ta wystawa nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia jak tamta w 2019 r. Aktualną obejrzałam z przyjemnością, natomiast efektu wow nie było.
Udało mi się również pospacerować po Łodzi. Odwiedzam to miasto kilka razy w roku, ale zawsze odkrywam tam nowe miejsca, albo elementy miejskiego krajobrazu. Tym razem wreszcie dotarłam na Włókienniczą, która już jakiś czas temu przeszła bardzo pozytywną metamorfozę i gdzie w 2024 r. umieszczone zostały pierwsze w Łodzi Stolpersteine - Kamienie Pamięci, które niemiecki artysta Gunter Demnig montuje w różnych częściach Europy dla upamiętnienia ofiar Holokaustu i II wojny światowej. Mosiężne kafelki umieszcza pomiędzy płytami chodnikowymi w pobliżu miejsc, gdzie mieszkały te osoby. Inicjatorem Kamieni Pamięci z Włókienniczej jest ocalały z Zagłady Leon Weintraub, który w ten sposób uczcił pamięć swojej matki Nachy (Natalii) Wajntraub i siostry Rajzli (Ruśki) Wajntraub. Tabliczki są niewielkie i łatwo można je przeoczyć, choć w założeniu przechodzień ma się o nie potknąć (niemiecka nazwa pochodzi od słowa stolpern – potykać się), by zwrócić uwagę na nazwiska osób, które nawet nie mają swoich grobów.
Oprócz tego zajrzałam w kilka miejsc oczywistych jak Pasaż Róży, czy Piotrkowska. Jak zawsze znalazłam też przykłady doskonałego street artu.
Wraz z końcem lutego wcale nie kończę tego maratonu ze sztuką. W pierwszy weekend marca wybieram się do Torunia, by zobaczyć dwie wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu: kończącą się "Projekt: biżuteria artystyczna" i "Stefan Knapp – alchemik i wizjoner", która dopiero co ruszyła.









































































