sobota, 30 listopada 2019

Warszawa przyłapana... w listopadzie 2019

Udało się! Zgodnie z obietnicą, Chopin wrócił na Tamkę! Teraz obraz Barrakuz, oczywiście w wykonaniu niezastąpionej ekipy z Good Looking Studio, przez co najmniej dwa lata będzie zdobił ścianę kamienicy przy Tamce 45a, od strony Okólnik, niemal vis a vis Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Jest nieco mniejszy, ale również utrzymany w charakterystycznym dla artystki stylu, wykorzystującym technikę kolażu i chyba jeszcze ciekawszy, choć podobny do poprzedniego, który mieszkańcy bardzo polubili i który musiał niestety ustąpić miejsca reklamie. Trochę szkoda, że ten jest nieco schowany, ale niech przynajmniej cieszy oczy studentów, dla których twórczość kompozytora to przecież chleb powszedni.




Technikę kolażu wykorzystała też instalacja, którą przez cały listopad można było oglądać przy skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich z Marszałkowską, w pobliżu słynnej "patelni", która zdążyła już nas przyzwyczaić do promowania różnych wydarzeń za pośrednictwem street artu. Przy przystanku autobusowym stanął tam... słup ogłoszeniowy, jednak wewnątrz, zamiast plakatów zapowiadających premierę filmową lub teatralną, znalazła się... Praga Północ w miniaturze. Inicjatorem instalacji był Dom Kultury Praga, zaś autorkami asamblażu Małgorzata Czekajło i Marta Janik, zaś realizację powierzono agencji reklamowej Warexpo zajmującej się przestrzenią reklamową w Warszawie m.in. obsługującą właśnie słupy reklamowe oraz ekrany w metrze. Instalacja powstała w ramach projektu "Język kolażu" obejmującego warsztaty, wykłady i performanse. Sama koncepcja przywiodła mi na myśl... Gablotkę Mirelli von Chrupek, której w przestrzeni miasta bardzo mi brakuje.




Nowy mural powstał też na Woli, przy Skierniewickiej 11. Przedstawia słonia leśnego w niezwykle barwnym otoczeniu. To nawiązanie do znalezienia kości prehistorycznego zwierza w czasie budowy pobliskiej stacji metra Płocka, również uwiecznionej na obrazie. Autorką muralu jest Marta Żylska, absolwentka Sztuki Mediów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ślad po znalezisku ma też znajdować się na samej stacji, która do użytku oddana będzie w przyszłym roku. Kopia kości wyeksponowana będzie w gablocie podłogowej. Oryginały trafiły do muzeum.



Z kolei ścianę przy wejściu do kina Syrena w Muzeum Warszawy ozdobił nowy neon Maurycego Gomulickiego z wizerunkiem warszawskiej Syreny. Inspiracją dla artysty była dekoracja porcelanowej patery wykonana w 1968 r. przez Jana Ciasia dla wytwórni we Włocławku. Neon powstał (jak wszystkie poprzednie tego twórcy) w warszawskiej pracowni Hanak Reklamy Wizualne.



To nie koniec fajnych inicjatyw. Od 5 listopada Warszawa ma świetlną rzeźbę, Symulkarę. Powstała na fasadzie centrum handlowego Plac Unii City Shoping przy Placu Unii Lubelskiej. Ten artystyczno-technologiczny projekt to wspólne przedsięwzięcie Screen Network i grupy artystycznej panGenerator. Cyfrowa sztuka to nowość w przestrzeni Warszawy. Obraz kreowany jest przez ruch miasta. Wiatr, ruch pieszych, czy przejeżdżające samochody wpływają na kształt obrazu, który zmienia się pod wpływem danych rejestrowanych przez ekran, na którym jest wyświetlany. Na wizerunek rzeźby można wpływać za pośrednictwem aplikacji w telefonach komórkowych lub przez stronę internetową: symulakra.com. Niestety "seanse" są bardzo krótkie. Rzeźba "ożywa" zaledwie na 5 min. o pełnych godzinach: 19.00, 20.00 i 21.00.

Jednak powyższe realizacje przeszły raczej bez echa, wyłapali je tylko zainteresowani tematem. W ciągu ostatnich dni Warszawa żyła raczej tym, co w jej przestrzeni powstać ma w przyszłym roku, mianowicie Łukiem Triumfalnym obiecywanym przez najwyższe władze od wielu lat. Przed wojną istniały co najmniej dwa takie łuki, ale nie przetrwały wojennej zawieruchy. W PRL w podobny sposób już w latach sześćdziesiątych chciano uczcić pamięć ofiar II wojny światowej. Modernistyczny Łuk Triumfalny miał stanąć w Ogrodzie Saskim, jednak pomysł nie wypalił. Wrócono do niego kilka lat temu, mając w perspektywie setną rocznicę Bitwy Warszawskiej. Obecny projekt warszawiaków podzielił. Sam pomysł upamiętnienia tamtego zwycięstwa jest jak najbardziej w porządku, natomiast kontrowersje budzi to, co zaproponował architekt Marek Skrzyński. Cóż... nie jestem fanką tego typu pomników. Bardziej przemawiałoby do mnie coś na miarę współczesnych czasów, projekt nowoczesny, odzwierciedlający obecne trendy w architekturze. A jakie jest Wasze zdanie? W Warszawie powinien stanąć Łuk Triumfalny? Gdzie byście zlokalizowali tak monumentalne przedsięwzięcie?

REKOMENDACJE NA GRUDZIEŃ

Warszawa świąteczna


To już ten czas! Ruszyło wielkie odliczanie do Świąt Bożego Narodzenia, a wraz z nim chyba najbardziej magiczny czas w większości miast na całym globie.

7 grudnia, tuż po zapadnięciu zmroku, ok. godz. 15:30, Warszawę rozświetli tegoroczna iluminacja świąteczna.

Dzień wcześniej, w piątek 6 grudnia na tory, jak w poprzednich latach, wyjadą udekorowane na Boże Narodzenie pociągi metra. Składy będą kursować na obu liniach podziemnej kolejki. I po cichu liczę na to, że będą mniej komercyjne niż w zeszłym roku.

Jarmarki Bożonarodzeniowe

Tradycyjnie, pierwszy ruszył Jarmark Bożonarodzeniowy zlokalizowany wzdłuż murów Starego Miasta. Można go odwiedzać już od 22 listopada aż do 6 stycznia 2020 r. To jest zazwyczaj najlepszy Jarmark w całej Warszawie, choć daleko mu do tych w zachodniej Europie.

Pozostałe, to raczej weekendowe kiermasze świąteczne. Na taki w dniach 7-8 grudnia zaprasza Centrum Praskie Koneser. Ponad 300 wystawców z całej Polski będzie tam mieć stoiska z rękodziełem, modą, kosmetykami. Będzie też działał świąteczny market spożywczy. Wszystko pod hasłem Slow Weekend.

Również 8 grudnia kiermasz odbędzie się w oranżerii Ogrodu Botanicznego Polskiej Akademii Nauk w Powsinie. Tu również zaopatrzyć będzie się można w rozmaite rękodzieło, w tym oczywiście w ozdoby świąteczne, a także ręcznie robione słodycze.

Tydzień później, w dniach 14-15 grudnia w Hali Gwardii odbędzie się świąteczna edycja Targów Rzeczy Wyszukanych. Tu ponad pięćdziesięciu wystawców zaprezentuje ekologiczne produkty lokalnych marek, m.in. rękodzieło, ozdoby świąteczne, biżuterię, czy dobrej jakości kosmetyki.

To tylko wybrane propozycje, bo podobnych jedno- i dwudniowych kiermaszy będzie w rozmaitych instytucjach kultury znacznie więcej.

Targi "Grecka Panorama" (7-8 grudnia, Stadion Narodowy)


Kolejna edycja imprezy, na której prezentują się różne regiony Grecji oraz biura podróży oferujące wczasy w tym kraju. Mam trochę obaw, bowiem ubiegłoroczna była najsłabszą z trzech, na których byłam. Mam wrażenie, że z roku na rok coraz mniej jest wystawców reprezentujących lokalne organizacje turystyczne, więcej zaś biur podróży, czy przedstawicieli hoteli. Coraz bogatsza jest za to część gastronomiczna, gdzie można kupić greckie produkty. 






Co roku targom towarzyszy też niewielka ekspozycja tematyczna. Dwa lata temu były to stroje ludowe z różnych części tego kraju, w ubiegłym wystawę poświęcono ewzonom, czyli Gwardii Prezydenckiej, która m.in. strzeże głównych budynków rządowych w Atenach, a ich uroczysta zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza jest nie lada atrakcją turystyczną. Ekspozycja związana była ze świętowaniem 150-lecia Gwardii. Można było nawet przymierzyć taki but z pomponem, w jakich chodzą gwardziści. 



Konieczna rejestracja.

Lodowiska


Mówią, że zima w tym roku będzie mroźna. Już dziś nazywana jest zimą trzydziestolecia, stulecia, a nawet „bestią ze Wschodu”.

W tym sezonie szczególnie imponująco zapowiada się oferta lodowisk. Oprócz tych, które polecam praktycznie co roku, czyli na Rynku Starego Miasta, na Placu Europejskim, czy pod Pałacem Kultury i Nauki, pojawią się także i dość nietypowe, zlokalizowane przy centrach handlowych. W Galerii Młociny już od 23 listopada można ślizgać się... na dachu! Natomiast 5 grudnia ruszy lodowisko przy Galerii Północnej, jak zapowiadają organizatorzy: najbardziej kolorowe lodowisko w Polsce, pełne tęczowych barw, brokatu, światła, muzyki i najlepszej zabawy na lodzie. Będzie miało ponad 500 m kw., a jego taflę pokryją barwne pasy niczym grzywa jednorożca.

W takich okolicznościach przyrody nawet siarczysty mróz nie straszny! I jak co roku mam nadzieję, że na Święta spadnie śnieg.

(foto: iza & basia)

wtorek, 19 listopada 2019

Na raki i trufle do... Ożarowa Mazowieckiego! Restauracja George Sand

Pamiętam czasy, gdy w niemal każdym niewielkim miasteczku nieźle prosperowały restauracje spod znaku GS (Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”). Czego tam nie było! Ozorki w sosie, befsztyki, rumsztyki w pieprzu, kotlety schabowe... Kuchnia polska, choć niewyszukana, ale w najlepszej postaci i ze świeżych produktów. Większość z tych lokali nie przetrwała transformacji ustrojowej. Poznikały wraz z przybywającą nad Wisłę modą na fast foody, pizzerie, czy wreszcie kebaby. Nie licząc przydrożnych barów przy trasach przelotowych, często marnej jakości, mniejsze miejscowości w pewnym momencie stały się kulinarnymi pustyniami. Na szczęście od jakiegoś czasu to się zmienia. Dziś stolica, czy też inne duże lub turystyczne miasta wcale nie mają monopolu na dobrą kuchnię. Nie mniej smacznie można zjeść w Grodzisku Mazowieckim, Żyrardowie, czy... Ożarowie Mazowieckim!

Takie miejsca jak Ożarów Mazowiecki, stolica Powiatu Warszawskiego Zachodniego, położony przy drodze krajowej 92 na Poznań, kiedyś bardzo popularnej, obecnie nieco zdetronizowanej przez płatną, ale szybszą autostradę, dotąd bardziej kojarzyły mi się z salami weselnymi niż w elegancką i smaczną kuchnią. W 2001 r. zbudowano tu hotel Mazurkas. Przeszklony gmach sąsiadujący z modernistycznym kościołem zawsze wzbudzał moją ciekawość. Jak kwiatek do kożucha pasował do postkomunistycznej w większości zabudowy miasteczka. Jednak po tych niemal dwudziestu latach przywykłam do niego, wręcz stał się dla mnie synonimem Ożarowa.

Mazurkas to przede wszystkim hotel i centrum konferencyjne, jednak za szklaną taflą kryje się też przyjemna restauracja George Sand z doskonałą kuchnią. Wnętrze jest raczej klasyczne, choć zupełnie nie w moim stylu i bardziej nadaje się na rodzinną uroczystość niż obiad w drodze, ale raczej nikt nie będzie patrzył krzywo na gości w dżinsach zamiast garniturów.




W karcie można znaleźć zarówno potrawy tak zakorzenione w polskiej tradycji kulinarnej jak raki, czy schabowy z kostką, jak i klasyki kuchni międzynarodowej z dużym wyborem owoców morza. Wszystkie są autorskimi kompozycjami Szefa Kuchni Mariusza Pietrzaka. 

Wybraliśmy cztery przystawki, jedną spośród zimnych - ręcznie siekany tatar z polędwicy wołowej podawany z jajkiem przepiórczym, marynatami, anchois i czerwonym kawiorem (38 zł) i trzy ciepłe: kalmary w chrupiącej panierce z sałatką rzymską z oliwkami i suszonymi pomidorami oraz sosem jogurtowym z dodatkiem z kwaszonych ogórków (34 zł), krewetki królewskie smażone na maśle i szalotkach na spaghetti di seppia, grillowanym koprze włoskim i carpaccio z marynowanego ogórka (39 zł) i raki mazurskie w sosie brandy aromatyzowane koprem ogrodowym podane w kielichu z ciasta francuskiego (42 zł).

Tatar był świeży, bardzo smaczny i serwowany w niezwykle miłej dla oka formie, z dodatkami na grzance.



Krążki kalmarowe niczym nas nie zaskoczyły, za to całe danie "zrobiła" fantastyczna, lekko pikantna sałatka podana w "naczyniu" z kruchego ciasta.



Krewetki spokojnie mogłyby stanowić danie główne, bowiem porcja wcale nie była taka mała. Maślany sos wprost rozpływał się w ustach, a całość fantastycznie uzupełniał lekko przypieczony koper włoski.



Natomiast opis raków jest moim zdaniem nieco mylący, bo ja spodziewałam się skorupiaków w całości, tymczasem taki był tylko jeden i służył raczej do ozdoby dania, którego głównym składnikiem są szyjki rakowe szczelnie wypełniające sporej wielkości kielich z ciasta francuskiego. I nie czepiając się już więcej, to była najlepsza z przystawek. Sos na bazie brandy był fenomenalny. Rekomendacją niech będzie to, że niemal połowę porcji zjadło mi dziecko, które dla siebie zamówiło krewetki.



Z zup dzieciaki zrezygnowały, zaś my z Piotrem zamówiliśmy aksamitny krem z borowików podany z pianką truflową (24 zł) i consomme z ryb morskich aromatyzowane pieczoną limonką podawane z owocami morza i duetem ryb morskich (27 zł). Nie wiem, która z nich była lepsza - borowikowa o wyczuwalnej nucie truflowej, czy pełen kawałków ryb i owoców morza, lekko pikantny bulion. Właśnie takie zupy rybne lubię najbardziej.




Dania główne wypadły nieco słabiej niż przystawki i zupy. Piotr wybrał filet z sandacza z purée ziemniaczanym z papryką, zielonym groszkiem smażonym z bekonem i szalotkami, mulami duszonymi w winie i sosem maślanym (52 zł), chłopcy pieczoną kaczkę macerowaną w pomarańczach i goździkach z sosem winno-korzennym, szafranową gruszką faszerowaną żurawiną i chutneyem z ananasa podaną z domowymi kluseczkami (52 zł) oraz policzki wołowe duszone w czerwonym winie z blanszowanym szpinakiem, chutneyem z dyni, kolorowymi warzywami i purée ziemniaczanym smażonym w kataifi na sosie rozmarynowo-balsamicznym (56 zł), ja zaś stek z polędwicy wołowej Black Angus na sosie winno-rozmarynowym z risotto z ziemniaków z warzywami i borowikami smażonymi na maśle (67 zł).

Wszystkie były bardzo poprawne i smaczne, mięso miękkie i rozpływające się w ustach. Nie do końca pasowało mi jednak to, że wszystkie dania, oprócz ryby, okraszono sosem pieczeniowym. I choć według karty do każdego rodzaju mięsa serwowany był inny sos, to jednak można było odnieść wrażenie, że to jeden i ten sam. O ile w przypadku policzków sos jak najbardziej ma uzasadnienie, to już do kaczki, a szczególnie do steka pasuje mniej. Do niczego innego nie mogę się przyczepić. Na porcję kaczki składały się dwa spore uda i Andrzej, jedenastolatek, zjadł ze smakiem oba, z kolei młodszemu, Jerzykowi do gustu przypadło uformowane we wrzeciono i obsmażone na chrupko purée ziemniaczane. Mi natomiast bardzo pasowały ziemniaki wymieszane z kawałkami boczku serwowane do steka. Plus też za odpowiedni nóż, co jeszcze nie w każdej restauracji nie specjalizującej się w tym daniu jest standardem.






Desery zmieściły się już tylko dzieciom. Wybrali W-Z - puszysty biszkopt czekoladowy z aromatem wiśniówki z kremem śmietankowym oraz crème brûlée z malinami i karmelizowanym cukrem muscovado (każdy po 19 zł). Oba były dość klasyczne, bez szczególnych niespodzianek, ale i bez specjalnych uniesień.




Obsługa jest profesjonalna i dyskretna, choć przyznam, że było dla mnie zaskoczeniem, że kelner nie zabrał od nas okryć, choć w hallu hotelu tuż obok sali restauracyjnej znajduje się pomieszczenie z przeznaczeniem na szatnię. Zamiast tego zaproponował, żebyśmy płaszcze, czapki i szaliki położyli na krzesłach przy sąsiednim stoliku. Pomijając to, że w ten sposób ubrania się gniotą, to we wnętrzu aspirującym do eleganckiego wygląda to po prostu słabo (nie byliśmy jedynymi gośćmi restauracji, przy sąsiednim stoliku praktyka była identyczna).

Ogólnie jednak całość się broni, przede wszystkim bardzo smaczną kuchnią. Mnie kupili głównie rakami, które nie są daniem powszechnie serwowanym w polskich restauracjach i pamiętam, że kilka lat temu po prostu musiałam je specjalnie zamawiać w jednym z lokali w Warszawie z kilkudniowym wyprzedzeniem. Teraz, do końca listopada restauracja serwuje z kolei dania z gęsiny z menu specjalnego, sezonowego. To m.in. pasztet z gęsi aromatyzowany koniakiem z grzankami, carpaccio z fileta z gęsi na musie jabłkowym, z sosem z leśnych owoców (29 zł), consomme z gęsiny z ravioli z nadzieniem z borowików, z grzanką z grzybami i świeżymi ziołami (21 zł), czy filet z gęsi confit macerowany w Burbonie i śliwkach, serwowany z purée z batatów, z konfiturą z czerwonej cebuli, borowikami i chutneyem z ananasa na sosie balsamicznym (56 zł). 

Ożarów oddalony jest od Warszawy zaledwie o dwadzieścia kilka kilometrów. To około pół godziny jazdy autem. To nie jest duża odległość, gdy w perspektywie ma się dobrą kuchnię!

Restauracja George Sand 
MCC Mazurkas
Conference Centre & Hotel
ul. Poznańska 177
Ożarów Mazowiecki

niedziela, 10 listopada 2019

Nauplion. W historycznej stolicy Grecji

Stalowe chmury zawisły nad wenecką twierdzą górującą nad miastem. Gdzieś z oddali dał się słyszeć pomruk frontu burzowego Nefeli, który w tym czasie, w czerwcu ubiegłego roku, opanował niemal całą Grecję. Panie w zwiewnych sukienkach i panowie w słomkowych kapeluszach nieco zdezorientowani przystawali przy restauracyjnych ogródkach, które mimo popołudniowej pory, świeciły pustkami. Ryzyko deszczu było spore, a właściciele poskładali parasole w obawie przed ich zniszczeniem przez nasilający się wiatr.




Nauplion, czy też inaczej Nafplio był naszym ostatnim, trochę nadprogramowym, przystankiem w drodze na Kithirę, zanim prom zabrał nas z kontynentu na wyspę. Poprzednio Peloponez odwiedziłam w 2001 r., jeszcze bez Piotra i dzieci. Wówczas jednak skupiłam się na antycznych ruinach Koryntu, Myken i Olimpii. Na Nauplion nie starczyło już czasu. Potem o nim zapomniałam, ale wrócił. Wrócił w postaci przepięknych zdjęć na internetowych stronach poświęconych Grecji. Nic dziwnego, wszak to jedno z najbardziej malowniczych miasteczek w całym kraju. Jego chyba najbardziej rozpoznawalnym znakiem są kwitnące niemal w każdej uliczce kolorowe, pnące się po fasadach wiekowych kamienic bugenwille, kwiaty, które nieodłącznie kojarzą się z tym krajem.




Podróżowanie samochodem daje możliwość zaglądania do takich właśnie miejsc, leżących nieco na uboczu, ale niezwykle interesujących i wartych zatrzymania się choćby na chwilę. Nawet gdy w grę wchodzi tylko jeden nocleg, często wolimy zjechać kilka kilometrów z autostrady, by spędzić chociażby parę godzin w miejscu, które zapamiętamy na dłużej. Niestety to trochę jak lizanie lizaka przez papierek, bo zazwyczaj czasu starcza tylko na niespieszny spacer ulicami miasta, natomiast niektóre atrakcje trzeba zostawić z bólem serca na inny raz. Niekorzystna aura oraz dziesięć godzin jazdy, które mieliśmy za sobą sprawiły, że od razu skreśliliśmy wizytę w bastionach wznoszących się ponad dachami starówki, wymagającą pokonania wielu schodów ostro pnących się do góry.

Zamiast tego w jednej z lodziarni, z włoska nazywanych tu gelateriami, kupiliśmy lody i zagłębiliśmy się w wąskie, malownicze uliczki, z których jedna tak podobna jest do drugiej, że momentami można stracić orientację w terenie, by po chwili znaleźć się na placu zastanawiając się, czy aby na pewno wciąż jesteśmy w Grecji, a nie jakimś dziwnym zrządzeniem losu przenieśliśmy się nagle do słonecznej Italii lub gdzieś na Bliski Wschód. Z architektury Nauplionu można bowiem wyczytać jego historię. Bo to nie tylko malownicza zabudowa i barwne bugenwille. To przede wszystkim miejsce, gdzie na zgliszczach Republiki Weneckiej i Imperium Osmańskiego narodziła się nowożytna Grecja.



Pierwsze, co zazwyczaj przychodzi na myśl na hasło "historia Grecji", to ta starożytna, o której wszyscy uczyliśmy się w szkole, kolebka europejskiej cywilizacji i demokracji. Mówimy "starożytna Grecja" sprowadzając do wspólnego mianownika ludzi i zamieszkiwane przez nich ziemie, ale z lekcji historii powinniśmy też pamiętać, że nie był to jeden organizm państwowy, a szereg funkcjonujących równolegle polis, państw-miast, z których na kartach historii najmocniej zapisały się rywalizujące ze sobą Ateny i Sparta. Po ich upadku przyszły czasy podległości Rzymowi, potem narodziło się Bizancjum, które z czasem zaczęło poddawać się innym nacjom mającym zakusy na te tereny. Od końca XIV w. okupowały je zaś na przemian Republika Wenecka i osmańska Turcja. Część kraju niepodległość wywalczyła już w 1822 r., choć jeszcze 8 długich lat przyszło Grecji czekać, aż Turcja tę niepodległość uzna na mocy konferencji londyńskiej. Formalnie zaś wojny grecko-tureckie zakończył dopiero pokój z Lozanny w 1923 r. 

Niektórzy doszukują się w historii Grecji analogii do losów rozgrabionej przez zaborców Polski. Jest w tym trochę racji, bo naród grecki tak jak Polacy wszczynał narodowe powstania przeciwko okupantowi, ale dopiero w XIX w. narodziło się jednolite, nowożytne państwo greckie. Ono nie zniknęło z mapy jak Polska, ono na tej mapie dopiero wówczas się pojawiło.

Wszystko to jak na dłoni widać właśnie w Nauplionie, który w czasach, gdy Bałkany kawałek po kawałku zagarniało Imperium Osmańskie, przechodził z rąk do rok. Raz był we władaniu Wenecjan, raz Turków. Większość obecnej zabudowy miasta powstała w czasie tzw. drugiego panowania weneckiego w latach 1686-1715. Po nich na ponad sto lat znów zapanowali Turcy wysiedlając ludność i zamieniając miasto w wojskową twierdzę. Nauplion został wyzwolony już na początku greckiej drogi do całkowitej niepodległości, w 1822 r. stając się sześć lat później stolicą nowożytnej Grecji i przy okazji areną zamachu na jej pierwszego prezydenta Ioannisa Kapodistriasa w 1831 r. Dopiero w 1834 r. król Otton I przeniósł stolicę do Aten.



Stare Miasto


Te historyczne zawirowania najlepiej oddaje Plac Syntagma, przy którym zachowały się pamiątki i po Turkach, i po Wenecjanach. Stoją tu dwa meczety. Oba pełnią obecnie funkcje kulturalne. Większy, pochodzący z 1730 r. zwany jest też Vouleftiko, czyli Parlamentarnym, gdyż w 1825 r. obradował w nim pierwszy grecki parlament. W mieście zachował się też budynek medresy. Po sąsiedzku z meczetami stoi dawny wenecki arsenał marynarki z 1713 r. Kamienną fasadę zdobi lew Św. Marka, symbol Republiki Weneckiej. Dziś to siedziba Muzeum Archeologicznego.





Plac to również serce współczesnego miasta, które żyje nie tylko turystyką, ale i codziennością mieszkańców. Dzieciaki grają w piłkę, jeżdżą dookoła na rowerach, ganiają rozleniwione upałem psy, a ich opiekunowie przystają na chwilę pogawędki, nic nie robiąc sobie z przyjezdnych z aparatami fotograficznymi na szyjach. Tu czas płynie własnym rytmem, jakby nikt nie pamiętał już jak wiele krwi wylano, by dziś język grecki rozbrzmiewał wśród tych murów, które słyszały i widziały niejedno.



Z placu można wejść w dowolną przypadkową ulicę i mieć pewność, że każda wzbudzi jednakowy zachwyt. Znajdziecie w nich eleganckie sklepy z rękodziełem, biżuterią i pamiątkami, stoliki tawern i kawiarni nieśmiało zapewniające, że deszcz jednak nie spadnie, mnóstwo kwiatów z bugenwillami na czele, ale i w donicach zdobiących wejścia do domów, koty leniwie przeciągające się na wycieraczkach, czy tajemnicze bramy prowadzące do chłodnych wnętrz willi z kamienia, a wszystko okraszone niebanalnymi detalami.











W plątaninie uliczek czasem trafi się plac, a przy nim kościół.




Zdjęcia w Internecie nie kłamią! Nauplion jest wprost oszałamiający, choć przy braku słońca może wydawać się nieco smutny, a bugenwille o krzykliwych przecież barwach nieco wyblakłe.

Miasto trzech twierdz


Jednak to, z czego słynie Nauplion to trzy weneckie twierdze: dwie wznoszące się ponad miastem i spoglądające na nie z góry i jedna, na maleńkiej wyspie, strzegąca wejścia do portu. 

Twierdza Palamidi

Z fortec górujących nad miastem bardziej imponująca jest twierdza Palamidi, znana także pod nazwą Palamedesa, zbudowana przez Wenecjan w latach 1711-1714. Założenie było genialne, bowiem na stromym zboczu wzgórza na różnych wysokościach wzniesiono osiem niezależnych bastionów połączonych ze sobą jedynie systemem fortyfikacji. Twierdza miała być nie do zdobycia, jednak wpadła w ręce Turków zaledwie rok po ukończeniu.

Na samą górę wiedzie 857 stopni. Gdy patrzy się z dołu, wspinający się mozolnie ludzie wyglądają jak mrówki wędrujące ku szczytowi mrowiska. Dopiero po powrocie do Polski doczytałam w przewodniku, że na szczyt, od drugiej strony można wygodnie wjechać autem!

Z góry rozpościera się fenomenalny widok na miasto i morze, a także na drugą z twierdz o nazwie Akronafplia znajdującą się nieco niżej na sąsiednim wzgórzu.



Twierdza Akronafplia

Akronafplia, czy też Akronauplia wzniesiona została w XIII w., w czasach bizantyjskich, miejscu starożytnego akropolu, czemu zawdzięcza nazwę. W kolejnych wiekach była rozbudowywana przez kolejne ludy, w których władaniu pozostawało miasto, najpierw przez Franków, następnie przez Wenecjan i wreszcie Turków, którzy twierdzę, podobnie jak tę w Ioanninie, nazywali Its Kale, co oznacza zamek wewnętrzny. Służyła też celom wojskowym w czasie II wojny światowej. Duża część fortyfikacji ze śladami z wszystkich tych okresów zachowała się w dość dobrej kondycji do dzisiaj, jednak sama cytadela nie robi tak imponującego wrażenia i nie jest tak dobrze widoczna z miasta jak twierdza Palamidi, za to na wzgórzu mieści się luksusowy hotel, a część niezagospodarowanych fortyfikacji oddała się we władanie opuncji. I tu na szczyt można wjechać autem.

Twierdza Bourtzi

Jednak najbardziej charakterystycznym, ikonicznym wręcz widokiem Nauplionu jest maleńka wyspa, którą niemal w całości zajmuje zamek-twierdza Bourtzi. To też dzieło Wenecjan, jeszcze z czasów pierwszego panowania. Bastion powstał w 1473 r. dla ochrony miasta przed Turkami. Służył też jako więzienie, kwatera miejskiego kata, a w latach 1930-70 nawet jako luksusowy hotel! Dziś udostępniony jest do zwiedzania, z portu na wyspę kursują łódki. 



Twierdzę można podziwiać także z ładnej promenady, przy której rosną palny i z której w głąb morza prowadzi grobla zakończona niewielkim placykiem z latarnią morską. Tu cumują kolorowe łodzie rybackie, suszą się sieci i przysiadają mewy. Najlepiej usiąść na schodzących ku wodzie stopniach i cieszyć się niespiesznym popołudniem w tym jednym z najładniejszych zakątków Europy.










Muzea w Nauplionie


Jeśli traficie tu w taką pogodę jak my, to alternatywą dla żmudnej wspinaczki może być wizyta w muzeum, a tych w Nauplionie nie brakuje!

Muzeum Archeologiczne

Jak już wspomniałam, muzeum zajmuje gmach weneckiego arsenału. Ekspozycja prezentuje jednak pozostałości czasów dużo bardziej odległych odkryte podczas wykopalisk archeologicznych w okolicach Nauplionu, ale także w innych częściach Peloponezu. Najcenniejszym zabytkiem jest kompletna mykeńska zbroja z brązu (z XIV w. p.n.e.), odnaleziona w 1960 r. w miejscowości Dendra w pobliżu Myken.

Muzeum Etnograficzne

Na ekspozycji zobaczyć można tradycyjne stroje ludowe, tkaniny i hafty z całej Grecji (pamiętacie unikatowy haft karsaniko z Lefkady?), a także zabytkowe narzędzia i sprzęty.

Muzeum Wojny

Muzeum mieści się w budynku, w którym w latach 1829-31 funkcjonowała pierwsza w nowożytnej Grecji szkoła wojskowa. Zbiory obejmują pamiątki militarne od czasów powstania w 1821 r. aż do wojny domowej z 1947 r., m.in. umundurowanie, zdjęcia i oczywiście broń.

Muzeum Komboloi

Kojarzycie paciorki przypominające różaniec, które często można zobaczyć w rękach Greków, szczególnie mężczyzn? To komboloi. Nie mają funkcji religijnej. Ich zadaniem jest relaksować i masować zmęczone pracą dłonie. Nie do końca wiadomo, jaki jest ich rodowód. Jedna wersja wywodzi je z tradycji pasterskiej, gdzie opiekujący się stadami mężczyźni robili supełki na sznurach, inna zaś wiąże je z okupacją turecką, choć w islamie podobne koraliki związane są z wiarą, jak nasz różaniec. 

W Nauplionie komboloi mają swoje muzeum. Kolekcja jest prywatna, ale udostępniona do zwiedzania.

Czy zatem warto wybrać Nauplion na jedno popołudnie, jako przystanek w drodze?

To jest miejsce, na które zdecydowanie trzeba poświęcić więcej czasu, przynajmniej dobę, a najlepiej 2-3 dni, by spokojnie wejść na obie twierdze, popłynąć na wyspę, a przy gorszej pogodzie odwiedzić także tutejsze muzea. Trochę grzechem jest traktować Nauplion jedynie jako miejsce na nocleg tranzytowy, ale mimo wszystko wolimy spędzić nawet jedną noc w tak malowniczym zakątku niż w bezdusznym motelu gdzieś przy autostradzie. Żal nam było wyjeżdżać zobaczywszy tak niewiele. Nauplion był moim marzeniem, dokąd 17 lat wcześniej po raz pierwszy postawiłam swoją stopę na Peloponezie. I... jest tym marzeniem dalej, bo czuję niedosyt. Do Nauplionu dołączyła niedawno również Monemvasia. I choć na moją podróżniczą bucket list co roku dopisuję kolejne greckie wyspy, to jednak coraz bardziej mam ochotę wrócić na Peloponez. 

Jeśli planujecie wakacje w Grecji, szczególnie kontynentalnej, zajrzyjcie do Nauplionu koniecznie!