Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bułgaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bułgaria. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2016

Szkoła morska w Sozopolu

W starożytności wejścia do portu antycznej Apollonii strzegł olbrzymi posąg Apollina dłuta Kalamisa tworzącego w V w. p.n.e. Legenda mówi, że był złoty, bardziej jednak prawdopodobne jest, że wykonany był z brązu, następnie pozłocony. Miał 13 m wysokości i spełniał także funkcję latarni morskiej. W 72 p.n.e. został skradziony i wywieziony do Rzymu przez rzymskiego wodza Markusa Lukullusa, który najechał miasto. Niestety kolos nie dotrwał do naszych czasów. Dziś wpływającym do sozopolskiego portu może rzucić się w oczy niszczejący budynek dawnej szkoły morskiej, jednej z najstarszych w Bułgarii. Kiedyś musiał być piękny! Budowla jest dla Sozopolu tak charakterystyczna jak dla Limenarii na greckiej wyspie Thassos Pałacyk i pozostałości dawnej fabryki Metalia.  



W 1924 r. bułgarskie Zgromadzenie Narodowe podjęło decyzję o utworzeniu szkoły morskiej na niewielkiej wysepce Św. Kirik i Julita (znanej także pod nazwą Św. Cyryla) oddalonej zaledwie 250 m od portu w Sozopolu. Placówka miała kształcić specjalistów, którzy w przyszłości podjęliby się modernizacji rybołówstwa na Morzu Czarnym. Budowa ruszyła 5 kwietnia 1925 r. (tego samego dnia, dwa tysiące kilometrów dalej, w Strzemieszycach Wielkich urodziła się moja babcia). Prace miały potrwać niemal 5 lat. W tym czasie badania archeologiczne ujawniły ślady budowli, które znajdowały się tu wcześniej, m.in. fragmenty starożytnej świątyni Apollina oraz średniowieczny kościół, część dawnego kompleksu klasztornego. Prawdą jest to, co mówi się o Bułgarii, że gdzie nie zacznie się kopać, tam zapewne znajdzie się pozostałości po poprzednich pokoleniach zamieszkujących te tereny. W 1927 r. wyspę połączono ze stałym lądem falochronem, który do dziś jest jedyną drogą, którą można się tam dostać. 

Falochron łączący wyspę ze stałym lądem (widok od strony morza)

Oficjalne otwarcie szkoły nastąpiło 3 października 1930 r. Budynek został zaprojektowany przez architekta o nazwisku Nikolov. Niestety wkrótce potem okazało się, że zasoby rybne Morza Czarnego są niewystarczające. Wprowadzono ograniczenia połowów, co sprawiło, że podjęto także decyzję o zamknięciu szkoły w 1932 r. Ostatni nabór miał miejsce dwa lata później, a 1 kwietnia 1934 r. placówka oficjalnie przestała istnieć. Pomieszczenia zostały przekazane filii Akademii Morskiej z Warny, która mieściła się na wyspie do połowy 1940 r.

Działania wojenne sprawiły, że wyspa zyskała przeznaczenie wojskowe i była niedostępna dla cywili aż do... 2005 r.! W czasie II wojny światowej Bułgaria weszła w skład państw Osi i była sojusznikiem hitlerowskich Niemiec. Podczas inwazji na Jugosławię (Macedonię) i Grecję (Trację) w 1941 r. uzyskała dostęp do Morza Egejskiego i do Sozopolu w tym czasie została przemieszczona flota z portów w Kawali i Aleksandropolis.




Po wojnie, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w Sozopolu powstała baza rakietowa (brygada rakiet i kutrów torpedowych) oraz stocznia zajmująca się naprawą statków marynarki wojennej. Do dziś w mieście gdzieniegdzie można zobaczyć betonowe konstrukcje, zapewne naziemne fragmenty bunkrów lub schronów. Brygada ostatecznie została rozwiązana w 2005 r., zaś budynek trafił najpierw pod kuratelę Ministerstwa Rozwoju Regionalnego i Robót Publicznych, a od 2010 r. Ministerstwa Kultury. Od 1965 r. wyspa jest zabytkiem, mimo to budynki dawnej szkoły morskiej niszczeją. Stowarzyszenie absolwentów Akademii Morskiej chce podjąć próbę przywrócenia obiektom dawnej świetności. Są plany, by na wyspie powstało muzeum oraz centrum kulturalne organizujące warsztaty, seminaria czy festiwale. Trzymam bardzo mocno kciuki za sukces tego przedsięwzięcia. Byłaby to już kolejna atrakcja turystyczna Sozopolu, obok coraz liczniej odkrywanych stanowisk archeologicznych, czy festiwalu filmowego Apollonia.




W tym roku najprawdopodobniej wrócę do Bułgarii, choć tym razem w planach mam wybrzeże Morza Czarnego na północ od Sozopolu, w tym Warnę i Bałczik, a także czarnomorskie kurorty w Rumunii.

Żródło informacji: www.urbex.bg. Na stronie można także zobaczyć więcej zdjęć szkoły, także wnętrza w obecnym stanie, autorstwa Christo Uzunova.

niedziela, 21 czerwca 2015

Plaże w Sozopolu

Bułgaria nie cieszy się dobrą opinią wśród Polaków. Może dlatego, że przez całe lata komuny był to jeden z niewielu ciepłych krajów, do których nie było problemem wyjechać. A może dlatego, że od tamtej pory mentalność Bułgarów niewiele się zmieniła. Choć byłam w tym kraju dwukrotnie i w czarnomorskim Sozopolu zakochałam się bez pamięci, to wciąż szargają mną sprzeczne emocje. Bo z jednej strony to kultura zbudowana na historii sięgającej kilku tysiącleci wstecz. Miasta nad Morzem Czarnym, dziś często kurorty, zbudowane są na ruinach dawnych greckich portów, a budynki Sofii stoją na pozostałościach rzymskiej Serdiki. Z drugiej jednak strony można odnieść wrażenie, że miejscowi myślą tylko o tym jak naciągnąć turystę. Na cokolwiek. Początkowo myślałam, że takie opinie to tylko stereotyp. Potem jednak okazało się, że a to za śniadanie policzono nam dużo więcej niż było na stronie internetowej pensjonatu, za skorzystanie z kawiarnienej toalety przez trzylatka z rodzicem musieliśmy zapłacić jak za dwie osoby, choć dziecko w tym wieku nie trafi samo do toalety znajdującej się w podziemiach, wreszcie - w kantorze kupiliśmy węgierskie forinty, jak okazało się już na Węgrzech, o nominale wycofanym z obiegu. To wszystko sprawiło, że po ostatniej wizycie straciłam trochę sympatii do tego kraju.

Jednak mimo to uważam, że Bułgaria ma niesamowity potencjał turystyczny i szkoda by było, by w taki głupi sposób go marnowała. Co zatem ma do zaoferowania turystom? Poza wspomnianym historycznym bogactwem, niskimi cenami, to przede wszystkim piękne plaże nad Morzem Czarnym. Kurortów do wyboru jest mnóstwo. Choć zazwyczaj nie jeżdżę dwa razy w to samo miejsce, to w Sozopolu byłam dwukrotnie. Dlaczego Sozopol? Bo jestem wzrokowcem. Gdy w 2011 r. wymyśliliśmy sobie, że pojedziemy na wakacje samochodem do Bułgarii, jak za dawnych starych czasów, zaczęło się szukanie miejscowości na urlop. Za wybór miejsca zawsze odpowiadam ja. Pierwsze typy to był oczywiście Słoneczny Brzeg lub Złote Piaski, bo te dwie nazwy cokolwiek mi mówiły. Więc Google i "obrazy dla Słoneczny Brzeg/Złote Piaski". Na zdjęciach beton i stojące prawie na plaży wielopiętrowe hotele. To nie miejsca dla mnie. Zdjęcia odsyłały najczęściej do ofert biur podróży. I w jednym z nich znalazłam wycieczkę fakultatywną do Sozopolu. Wpisałam w wyszukiwarkę nazwę i... już wiedziałam, że to jest to miejsce! Malownicza Starówka z charakterystycznymi domami z okresu bułgarskiego Odrodzenia Narodowego (przełom XVIII i XIX w.) o kamiennych parterach i drewnianych piętrach, kameralne plaże w zatokach i ani jednego hotelu, który miałby więcej niż kilka pięter i stał na samej plaży! W miasteczku są dwie główne plaże.

Plaża Centralna

Położona jest praktycznie w samym centrum miasta i rozciąga się z niej piękny widok na malownicze zabudowania Starówki. W pobliżu bary, restauracje i mur forteczny, a także niewielki park i cerkiew Św. Cyryla i Metodego, odnowiona w ciągu ostatnich kilku lat. Na plaży część płatna z parasolami i leżakami oraz bezpłatna, gdzie można rozłożyć swój własny koc (to skrajne części plaży). Nad bezpieczeństwem kąpiących się czuwa ratownik, można skorzystać ze sprzętu wodnego, a nawet wznieść się ponad plażę w ramach parasailingu.


Widok z Plaży Centralnej na sozopolską Starówkę



Parasiling na Plaży Centralnej

Plaża Harmani

Szeroka piaszczysta plaża w nowej części miasta, pomiędzy Starówką a willowo-hotelową dzielnicą Budjaka. Wzdłuż plaży, przy ul. Ropotamo, ciągnie się szpaler barów i restauracji, z których do późnych godzin nocnych dobiegają dźwięki muzyki i śpiewu. Jest nawet bar z basenem! Zdarzają się noce, gdy plażę rozświetlają fajerwerki. Czasem miałam wrażenie, że plaża nigdy nie zasypia, bowiem, gdy spać kładli się ostatni imprezowicze, nad morzem pojawiali się już pierwsi plażowicze. W szczycie sezonu bywa tam tłoczno, jednak nie aż tak, by nie można było znaleźć wolnych miejsc. Podobnie jak na Plaży Centralnej, również i tu skrajne części są bezpłatne, zaś większą część plaży obejmują płatne parasole i leżaki (w latach 2011-2013 był to koszt 10 leva za parasol i po 10 leva za leżaki, cennika na ten rok niestety nie udało mi się ustalić). Jednak to właśnie tę część polecam. Po piewrwsze jest wygodniej (własny parasol i leżaki), a po drugie mniej ciasno. W części bezpłatnej w sezonie praktycznie koc leży przy kocu i ludzie bez mała chodzą sobie po głowach, by przebić się do wody. Problemem mogą być też niedopałki papierosów zakopywane w piasku. W Bułgarii niestety można palić wszędzie. W części płatnej zazwyczaj są popielniczki, więc tych niedopałków jest mniej.


W sierpniu niestety na bułgarskich plażach można natknąć się na glony

Plaża Harmani w szczycie sezonu




Plaża w Diuni

Jeśli ktoś szuka natomiast ciszy i spokoju oraz plaży wolnej od petów, powinien pojechać kilka kilometrów za miasto. Między kompleksem hotelowym w Diuni (to właśnie jeden z takich hoteli, jakich nie lubię - moloch stojący praktycznie na plaży, choć na szczęście nie za wysoki i w takim miejscu, że aż tak bardzo nie wadzi) i apartamentowcami Sveti Toma rozciąga się dzika plaża. Pusta, niezagospodarowana, co ma plusy i minusy. Plusy - jest pusto, cicho, spokojnie, a na plażę podpływają delfiny. Minusy - trzeba mieć własny prowiant, bo w pobliżu nie ma barów i restauracji. No i jak plaża nie jest zagospodarowana, to trzeba się liczyć z głazami sterczącymi z wody, które często są bardzo śliskie. Plaża leży na terenie rezerwatu Arkutino (będącego częścią rezerwatu Ropotamo), który jest jednym z ostatnich pozostałych dziewiczych miejsc bułgarskiego wybrzeża, gdzie swoje siedliska mają rzadkie gatunki ptaków. Jest zatem szansa, że taką dziką plażą pozostanie. Obecność rezerwatu oraz bagienny, podmokły teren powinny obronić się przed budową kolejnych hoteli.

Kompleks Diuni





Sveti Toma

Byłam w Sozopolu dwukrotnie. I mimo tych kilku negatywnych doświadczeń, to wciąż miejsce, w którym się kiedyś zakochałam i które zawsze będzie mi bardzo bliskie. Czy kiedyś tam wrócę? Tak, z pewnością. Ale za jakiś czas dopiero, bo jest jeszcze tyle miejsc na świecie, które chciałabym zobaczyć, że Sozopol musi poczekać. Mam jednak nadzieję, że nie zmieni się zbytnio i mimo iż jest miejscem bardzo popularnym wśród turystów, to będzie umiał tę turystykę zagospodarować w taki sposób, by wciąż chciało się tam wracać, a nie uciekać z krzykiem. 

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Z wózkiem i nosidłem, czyli jak dzieci zmieniły nasze podróżowanie

Dziś Dzień Dziecka i niespełna miesiąc do naszej następnej podróży. Z dziećmi. Bo z dziećmi też da się podróżować i wcale nie trzeba czekać aż podrosną (czyli kiedy?)! Kilka dni temu opowiadałam Wam o tym, jak podróżowaliśmy zanim urodziły nam się dzieci, tym razem chciałabym pokazać, że ich pojawienie się na świecie nie wywraca życia do góry nogami. My na początku musieliśmy tylko nieco zwolnić. Po narodzinach Andrzeja nie zrezygnowaliśmy jednak całkiem z gór, które w tamtym okresie były naszym głównym kierunkiem turystycznym, tyle że odtąd musiały to być pobyty stacjonarne. Przynajmniej do czasu stawiania pierwszych kroków na własnych nogach, ale i potem często słyszeliśmy "na barana, nogi mnie bolą"... Pierwsza podróż z dwumiesięcznym Andrzejem to Beskid Niski. Zatrzymaliśmy się w Wysowej Zdroju w cudownym Starym Domu Zdrojowym. Ale jeśli ktoś myśli, że przez 10 dni chodziliśmy z wózkiem po parku zdrojowym wte i wewte, to jest w błędzie! Zobaczyliśmy chyba wszystkie cerkwie i cmentarze z okresu I wojny światowej w tym regionie. Odwiedziliśmy Gorlice i Krynicę Zdrój. I nawet na krótki szlak się wypuściliśmy, a co!

Beskid Niski (2008 r.)

Beskid Niski - Wysowa Zdrój (2008 r.)

Beskid Niski (2008 r.)

Beskid Niski - Blechnarka (2008 r.)

Beskid Niski - przydrożny krzyż łemkowski gdzieś między Wysową a Blechnarką (2008 r.)

Beskid Niski - cmentarz łemkowski w Bartnem (2008 r.)

Beskid Niski - cmentarz łemkowski w Bartnem (2008 r.)

Beskid Niski - cmentarz z I wojny światowej (2008 r.)

Skansen w Szymbarku (2008 r.)

Gorlice (2008 r.)

Kościół w Sękowej wpisany na listę UNESCO (2008 r.)

Wnętrze kościoła w Sękowej (2008 r.)

Jeszcze w tym samym roku powtórnie pojechaliśmy w góry. Miała być Szklarska Poręba, ale ile można! Pojechaliśmy więc... kilkanaście kilometrów dalej, do Świeradowa Zdroju. Były więc ścieżki Gór Izerskich i dalsze zwiedzanie Dolnego Śląska, głównie szlakiem rozmaitych festynów i jarmarków jak Święto Ceramiki w Bolesławcu czy Dni Zgorzelca, które odbywały się po obu stronach Nysy Łużyckiej i nie muszę chyba wspominać, gdzie było bardziej na bogato... Z niemieckich miast odwiedziliśmy nie tylko Görlitz, ale i Żytawę (Zittau), a także czeski Jablonec nad Nysą z cudownym Muzeum Szkła i Biżuterii. Niech no mi teraz ktoś powie, że koraliki z Jablonexu są tandetne... Przynajmniej własne muzeum mają! To były jedne z naszych najbardziej leniwych wakacji, ale szalenie miło je wspominam. Cały ten okres z małym dzieckiem, na urlopie macierzyńskim i wychowawczym wspominam jako bardzo beztroski i najszczęśliwszy w moim życiu.

Świeradów Zdrój (2008 r.)

Świeradów Zdrój (2008 r.)

Góry Izerskie - szlak na Stóg Izerski (2008 r.)

Góry Izerskie - szlak do Chatki Górzystów (2008 r.)




Legnica (2008 r.)

Święto Ceramiki w Bolesławcu (2008 r.)

Święto Ceramiki w Bolesławcu (2008 r.)

Zgorzelec (2008 r.)

Gorlitz, Niemcy - widok na most graniczny na Nysie Łużyckiej (2008 r.)

Żytawa (Zittau), Niemcy (2008 r.)

Liberec, Czechy (2008 r.)
Jablonec nad Nysą - Muzeum Szkła i Biżuterii, Czechy (2008 r.)

Rok później znowu dwukrotnie wybraliśmy się w góry. Najpierw był powrót na Dolny Śląsk (który to już raz?). Zatęskniłam za Szklarską Porębą. Mówisz i masz, ale Piotr siedząc któregoś dnia przed komputerem pokazał mi stojący w polu poniemiecki dom, a właściwie dawny gasthaus, który w dalszym ciągu pełni rolę hotelu. Zapytał jak mi się podoba. Byłam oczarowana i tym sposobem, tydzień przed planowanym pobytem w Karkonoszach spędziliśmy w Goworowie, praktycznie u stóp Śnieżnika. Pogoda była masakryczna. Śnieżnik i Igliczną zdobywaliśmy w totalnej mgle, w pobliskim Kłodzku doszło do podtopień, które w telewizji pokazane były bez mała jako powódź stulecia (rodzice dzwonili do nas przerażeni), a i w sąsiednich Czechach wcale nie było lepiej, bo Ołomuniec zwiedzaliśmy w strugach deszczu. Potem w Szklarskiej Porębie było już ciut ładniej, ale w górach grzmiało i jedna niezbyt przyjemna burza złapała nas na szlaku.

Terra Sudeta, Goworów (2009 r.)

Goworów (2009 r.)

Śnieżnik (2009 r.)

Igliczna w Masywie Śnieżnika (2009 r.)
Schronisko na Iglicznej (2009 r.)




Kłodzko (2009 r.)


Długopole Zdrój (2009 r.)

Ołomuniec, Czechy (2009 r.)

Karkonosze - źródła Łaby, Czechy (2009 r.)

Karkonosze - źródła Łaby, Czechy (2009 r.)

Karkonosze (2009 r.)

Karkonosze (2009 r.)

Karkonosze (2009 r.)

We wrześniu tego samego roku wylądowaliśmy w Zakopanem, z rodzicami, jak na młode (stażem) małżeństwo z dzieckiem przystało! Plan był taki, żeby zostawić Andrzeja z dziadkami, zarzucić plecaki i do schroniska. Zejść za dwa-trzy dni, posiedzieć z dzieckiem, potem znów wrócić na szlak. Ale jak już życie pokazało nam dwa lata wcześniej, znów musieliśmy te plany zweryfikować, bo Andrzej wkrótce miał mieć brata. Dwa tygodnie dreptania po Krupówkach, a ze szlaków co najwyżej doliny... Ciekawe, czy Jerzyk mi kiedyś za to podziękuje...

Tatry - Dolina Strążyska (2009 r.)

Tatry - Dolina Chochołowska (2009 r.)



Tatry - Rusinowa Polana (2009 r.)

To nie koliber! To fruczak gołąbek - motyl z rodziny zawisaków. Zakopane (2008 r.)

Z dwójką dzieci musieliśmy niestety zrezygnować z gór. Nie dalibyśmy rady, bo każde z nas musiałoby nosić jedno dziecko na plecach. A gdzie ubrania do przebrania, pieluchy, słoiczki z jedzeniem, palnik do podgrzewania itp.? I tak to się właśnie stało, że zaczęliśmy jeździć nad morze. Na pierwszy ogień poszła Białogóra. Czerwiec nad Bałtykiem ma jeden zasadniczy plus - jest pusto. Ale woda była taka zimna, że jak mój mąż wszedł do morza, to cała plaża (czytaj: dwie pozostałe rodziny) biła mu brawo.

Białogóra (2010 r.)

Białogóra (2010 r.)

Białogóra (2010 r.)

Łeba - Wędzarnia u Mieci (2010 r.)


Gdynia (2010 r.)
Gdynia - Akwarium (2010 r.)



Gdynia - Akwarium (2010 r.)

Gdynia - Akwarium (2010 r.)

Białogóra - droga powrotna z plaży do domu (2010 r.)

Dlatego rok później pojechaliśmy do Bułgarii. Andrzej miał 3 lata i 2 miesiące, Jerzyk prawie 1,5 roku. Prawie 2 tys. km samochodem. Wiele osób mówiło, że dzieciaki są za małe na taką podróż. Nic bardziej błędnego. One praktycznie cały czas spały w aucie. Poza tym podzieliliśmy drogę na cztery odcinki po ok. 500 km i góra 6-7 godz. jazdy. I trochę zwiedzania, oczywiście: Sucha Hora u stóp Małej Fatry na Słowcji, Batajnica w Serbii niedaleko Belgradu, wreszcie Rilski Monastyr wpisany na listę UNESCO już w Bułgarii. I wreszcie mój ukochany Sozopol nad Morzem Czarnym. Choć sama Bułgaria budzi we mnie sprzeczne uczucia - raz zachwyt, raz złość, to Sozopol skradł moje serce. Wróciliśmy tam w 2013 r. i wiem, że wrócę nie raz jeszcze, choć pewnie dopiero za jakiś czas.

Sozopol, Bułgaria (2011 r.)

Sozopol, Bułgaria (2011 r.)

Sozopol, Bułgaria (2013 r.)

Zanim jednak w 2013 r. wróciliśmy do Bułgarii i zanim zaczęłam prowadzić bloga, był powrót nad Bałtyk - z namiotem. W drodze powrotnej do domu pojechaliśmy jeszcze na kilka dni na Pojezierze Gnieźnieńskie (wchodzące w skład Pojezierza Wielkopolskiego). Wynajęliśmy mały drewniany domek w Izdebnie nad Jeziorem Wolskim. W te strony przyciągnęły nas dwa miejsca - moje marzenie z dzieciństwa, by zobaczyć Biskupin (cóż, chrzestny archeolog...) i szlak naszych dzieci tropem parków dinozaurów (tym razem w Rogowie). Po całej tej podróży z namiotem dzieciaki powiedziały, że fajnie było na campingach, ale w tym domku podobało im się najbardziej!

Chłapowo - camping Alexa (2012 r.)

Ustka (2012 r.)

Izdebno - Jez. Wolskie (2012 r.)

Biskupin (2012 r.)

Biskupin (2012 r.)

Biskupin (2012 r.)

Wenecja (2012 r.)

Od 2013 r. w Polsce spędzamy tylko zimy (choć i to już nie do końca, bo w tym roku byliśmy na Słowacji) i weekendy, które tym razem pominęłam. Lato poświęcamy na nasze podróże po Europie, z których prawie wszystkie opisane były we wcześniejszych postach. Założenie jest takie, żeby 10-12 dni spędzić nad morzem - dla dzieciaków i tydzień poświęcić na zwiedzanie - dla nas. W ciągu tych czterech ostatnich lat byliśmy w Bułgarii, Rumunii, Serbii, Macedonii i Grecji oraz w trzech europejskich stolicach - Sofii, Bratysławie i Budapeszcie. W tym roku wracamy do Grecji, a planach także dwie następne stolice - Belgrad i Wiedeń.

Sofia, Bułgaria (2011 r.)

Sofia, Bułgaria (2011 r.)

Oradea, Rumunia (2013 r.)

Sighisoara, Rumunia (2013 r.)

Braszów, Rumunia (2013 r.)

Z upływem tych wszystkich lat i z wiekiem oczywiście robimy się wygodni. Dzieciaki też wolą nocowanie w hotelach, czy na kwaterach, niż pod namiotem czy w schronisku, ale głównie dlatego, że mają TV. Poniekąd się im nie dziwię, ale chcemy, by zobaczyły, że można inaczej - nie tylko plaża, ciepłe morze, tawerna i pokój z TV. Przed nami jeszcze wiele lat podróży i mam nadzieję, że z czasem zmienią się proporcje naszego podróżowania - mniej plażowania, więcej zwiedzania. A relacje oczywiście będziemy prezentować na blogu, o ile zapału i konsekwencji wystarczy.

(foto: iza & pwz)