Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja kontynentalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja kontynentalna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Nauplion. W historycznej stolicy Grecji

Stalowe chmury zawisły nad wenecką twierdzą górującą nad miastem. Gdzieś z oddali dał się słyszeć pomruk frontu burzowego Nefeli, który w tym czasie, w czerwcu ubiegłego roku, opanował niemal całą Grecję. Panie w zwiewnych sukienkach i panowie w słomkowych kapeluszach nieco zdezorientowani przystawali przy restauracyjnych ogródkach, które mimo popołudniowej pory, świeciły pustkami. Ryzyko deszczu było spore, a właściciele poskładali parasole w obawie przed ich zniszczeniem przez nasilający się wiatr.




Nauplion, czy też inaczej Nafplio był naszym ostatnim, trochę nadprogramowym, przystankiem w drodze na Kithirę, zanim prom zabrał nas z kontynentu na wyspę. Poprzednio Peloponez odwiedziłam w 2001 r., jeszcze bez Piotra i dzieci. Wówczas jednak skupiłam się na antycznych ruinach Koryntu, Myken i Olimpii. Na Nauplion nie starczyło już czasu. Potem o nim zapomniałam, ale wrócił. Wrócił w postaci przepięknych zdjęć na internetowych stronach poświęconych Grecji. Nic dziwnego, wszak to jedno z najbardziej malowniczych miasteczek w całym kraju. Jego chyba najbardziej rozpoznawalnym znakiem są kwitnące niemal w każdej uliczce kolorowe, pnące się po fasadach wiekowych kamienic bugenwille, kwiaty, które nieodłącznie kojarzą się z tym krajem.




Podróżowanie samochodem daje możliwość zaglądania do takich właśnie miejsc, leżących nieco na uboczu, ale niezwykle interesujących i wartych zatrzymania się choćby na chwilę. Nawet gdy w grę wchodzi tylko jeden nocleg, często wolimy zjechać kilka kilometrów z autostrady, by spędzić chociażby parę godzin w miejscu, które zapamiętamy na dłużej. Niestety to trochę jak lizanie lizaka przez papierek, bo zazwyczaj czasu starcza tylko na niespieszny spacer ulicami miasta, natomiast niektóre atrakcje trzeba zostawić z bólem serca na inny raz. Niekorzystna aura oraz dziesięć godzin jazdy, które mieliśmy za sobą sprawiły, że od razu skreśliliśmy wizytę w bastionach wznoszących się ponad dachami starówki, wymagającą pokonania wielu schodów ostro pnących się do góry.

Zamiast tego w jednej z lodziarni, z włoska nazywanych tu gelateriami, kupiliśmy lody i zagłębiliśmy się w wąskie, malownicze uliczki, z których jedna tak podobna jest do drugiej, że momentami można stracić orientację w terenie, by po chwili znaleźć się na placu zastanawiając się, czy aby na pewno wciąż jesteśmy w Grecji, a nie jakimś dziwnym zrządzeniem losu przenieśliśmy się nagle do słonecznej Italii lub gdzieś na Bliski Wschód. Z architektury Nauplionu można bowiem wyczytać jego historię. Bo to nie tylko malownicza zabudowa i barwne bugenwille. To przede wszystkim miejsce, gdzie na zgliszczach Republiki Weneckiej i Imperium Osmańskiego narodziła się nowożytna Grecja.



Pierwsze, co zazwyczaj przychodzi na myśl na hasło "historia Grecji", to ta starożytna, o której wszyscy uczyliśmy się w szkole, kolebka europejskiej cywilizacji i demokracji. Mówimy "starożytna Grecja" sprowadzając do wspólnego mianownika ludzi i zamieszkiwane przez nich ziemie, ale z lekcji historii powinniśmy też pamiętać, że nie był to jeden organizm państwowy, a szereg funkcjonujących równolegle polis, państw-miast, z których na kartach historii najmocniej zapisały się rywalizujące ze sobą Ateny i Sparta. Po ich upadku przyszły czasy podległości Rzymowi, potem narodziło się Bizancjum, które z czasem zaczęło poddawać się innym nacjom mającym zakusy na te tereny. Od końca XIV w. okupowały je zaś na przemian Republika Wenecka i osmańska Turcja. Część kraju niepodległość wywalczyła już w 1822 r., choć jeszcze 8 długich lat przyszło Grecji czekać, aż Turcja tę niepodległość uzna na mocy konferencji londyńskiej. Formalnie zaś wojny grecko-tureckie zakończył dopiero pokój z Lozanny w 1923 r. 

Niektórzy doszukują się w historii Grecji analogii do losów rozgrabionej przez zaborców Polski. Jest w tym trochę racji, bo naród grecki tak jak Polacy wszczynał narodowe powstania przeciwko okupantowi, ale dopiero w XIX w. narodziło się jednolite, nowożytne państwo greckie. Ono nie zniknęło z mapy jak Polska, ono na tej mapie dopiero wówczas się pojawiło.

Wszystko to jak na dłoni widać właśnie w Nauplionie, który w czasach, gdy Bałkany kawałek po kawałku zagarniało Imperium Osmańskie, przechodził z rąk do rok. Raz był we władaniu Wenecjan, raz Turków. Większość obecnej zabudowy miasta powstała w czasie tzw. drugiego panowania weneckiego w latach 1686-1715. Po nich na ponad sto lat znów zapanowali Turcy wysiedlając ludność i zamieniając miasto w wojskową twierdzę. Nauplion został wyzwolony już na początku greckiej drogi do całkowitej niepodległości, w 1822 r. stając się sześć lat później stolicą nowożytnej Grecji i przy okazji areną zamachu na jej pierwszego prezydenta Ioannisa Kapodistriasa w 1831 r. Dopiero w 1834 r. król Otton I przeniósł stolicę do Aten.



Stare Miasto


Te historyczne zawirowania najlepiej oddaje Plac Syntagma, przy którym zachowały się pamiątki i po Turkach, i po Wenecjanach. Stoją tu dwa meczety. Oba pełnią obecnie funkcje kulturalne. Większy, pochodzący z 1730 r. zwany jest też Vouleftiko, czyli Parlamentarnym, gdyż w 1825 r. obradował w nim pierwszy grecki parlament. W mieście zachował się też budynek medresy. Po sąsiedzku z meczetami stoi dawny wenecki arsenał marynarki z 1713 r. Kamienną fasadę zdobi lew Św. Marka, symbol Republiki Weneckiej. Dziś to siedziba Muzeum Archeologicznego.





Plac to również serce współczesnego miasta, które żyje nie tylko turystyką, ale i codziennością mieszkańców. Dzieciaki grają w piłkę, jeżdżą dookoła na rowerach, ganiają rozleniwione upałem psy, a ich opiekunowie przystają na chwilę pogawędki, nic nie robiąc sobie z przyjezdnych z aparatami fotograficznymi na szyjach. Tu czas płynie własnym rytmem, jakby nikt nie pamiętał już jak wiele krwi wylano, by dziś język grecki rozbrzmiewał wśród tych murów, które słyszały i widziały niejedno.



Z placu można wejść w dowolną przypadkową ulicę i mieć pewność, że każda wzbudzi jednakowy zachwyt. Znajdziecie w nich eleganckie sklepy z rękodziełem, biżuterią i pamiątkami, stoliki tawern i kawiarni nieśmiało zapewniające, że deszcz jednak nie spadnie, mnóstwo kwiatów z bugenwillami na czele, ale i w donicach zdobiących wejścia do domów, koty leniwie przeciągające się na wycieraczkach, czy tajemnicze bramy prowadzące do chłodnych wnętrz willi z kamienia, a wszystko okraszone niebanalnymi detalami.











W plątaninie uliczek czasem trafi się plac, a przy nim kościół.




Zdjęcia w Internecie nie kłamią! Nauplion jest wprost oszałamiający, choć przy braku słońca może wydawać się nieco smutny, a bugenwille o krzykliwych przecież barwach nieco wyblakłe.

Miasto trzech twierdz


Jednak to, z czego słynie Nauplion to trzy weneckie twierdze: dwie wznoszące się ponad miastem i spoglądające na nie z góry i jedna, na maleńkiej wyspie, strzegąca wejścia do portu. 

Twierdza Palamidi

Z fortec górujących nad miastem bardziej imponująca jest twierdza Palamidi, znana także pod nazwą Palamedesa, zbudowana przez Wenecjan w latach 1711-1714. Założenie było genialne, bowiem na stromym zboczu wzgórza na różnych wysokościach wzniesiono osiem niezależnych bastionów połączonych ze sobą jedynie systemem fortyfikacji. Twierdza miała być nie do zdobycia, jednak wpadła w ręce Turków zaledwie rok po ukończeniu.

Na samą górę wiedzie 857 stopni. Gdy patrzy się z dołu, wspinający się mozolnie ludzie wyglądają jak mrówki wędrujące ku szczytowi mrowiska. Dopiero po powrocie do Polski doczytałam w przewodniku, że na szczyt, od drugiej strony można wygodnie wjechać autem!

Z góry rozpościera się fenomenalny widok na miasto i morze, a także na drugą z twierdz o nazwie Akronafplia znajdującą się nieco niżej na sąsiednim wzgórzu.



Twierdza Akronafplia

Akronafplia, czy też Akronauplia wzniesiona została w XIII w., w czasach bizantyjskich, miejscu starożytnego akropolu, czemu zawdzięcza nazwę. W kolejnych wiekach była rozbudowywana przez kolejne ludy, w których władaniu pozostawało miasto, najpierw przez Franków, następnie przez Wenecjan i wreszcie Turków, którzy twierdzę, podobnie jak tę w Ioanninie, nazywali Its Kale, co oznacza zamek wewnętrzny. Służyła też celom wojskowym w czasie II wojny światowej. Duża część fortyfikacji ze śladami z wszystkich tych okresów zachowała się w dość dobrej kondycji do dzisiaj, jednak sama cytadela nie robi tak imponującego wrażenia i nie jest tak dobrze widoczna z miasta jak twierdza Palamidi, za to na wzgórzu mieści się luksusowy hotel, a część niezagospodarowanych fortyfikacji oddała się we władanie opuncji. I tu na szczyt można wjechać autem.

Twierdza Bourtzi

Jednak najbardziej charakterystycznym, ikonicznym wręcz widokiem Nauplionu jest maleńka wyspa, którą niemal w całości zajmuje zamek-twierdza Bourtzi. To też dzieło Wenecjan, jeszcze z czasów pierwszego panowania. Bastion powstał w 1473 r. dla ochrony miasta przed Turkami. Służył też jako więzienie, kwatera miejskiego kata, a w latach 1930-70 nawet jako luksusowy hotel! Dziś udostępniony jest do zwiedzania, z portu na wyspę kursują łódki. 



Twierdzę można podziwiać także z ładnej promenady, przy której rosną palny i z której w głąb morza prowadzi grobla zakończona niewielkim placykiem z latarnią morską. Tu cumują kolorowe łodzie rybackie, suszą się sieci i przysiadają mewy. Najlepiej usiąść na schodzących ku wodzie stopniach i cieszyć się niespiesznym popołudniem w tym jednym z najładniejszych zakątków Europy.










Muzea w Nauplionie


Jeśli traficie tu w taką pogodę jak my, to alternatywą dla żmudnej wspinaczki może być wizyta w muzeum, a tych w Nauplionie nie brakuje!

Muzeum Archeologiczne

Jak już wspomniałam, muzeum zajmuje gmach weneckiego arsenału. Ekspozycja prezentuje jednak pozostałości czasów dużo bardziej odległych odkryte podczas wykopalisk archeologicznych w okolicach Nauplionu, ale także w innych częściach Peloponezu. Najcenniejszym zabytkiem jest kompletna mykeńska zbroja z brązu (z XIV w. p.n.e.), odnaleziona w 1960 r. w miejscowości Dendra w pobliżu Myken.

Muzeum Etnograficzne

Na ekspozycji zobaczyć można tradycyjne stroje ludowe, tkaniny i hafty z całej Grecji (pamiętacie unikatowy haft karsaniko z Lefkady?), a także zabytkowe narzędzia i sprzęty.

Muzeum Wojny

Muzeum mieści się w budynku, w którym w latach 1829-31 funkcjonowała pierwsza w nowożytnej Grecji szkoła wojskowa. Zbiory obejmują pamiątki militarne od czasów powstania w 1821 r. aż do wojny domowej z 1947 r., m.in. umundurowanie, zdjęcia i oczywiście broń.

Muzeum Komboloi

Kojarzycie paciorki przypominające różaniec, które często można zobaczyć w rękach Greków, szczególnie mężczyzn? To komboloi. Nie mają funkcji religijnej. Ich zadaniem jest relaksować i masować zmęczone pracą dłonie. Nie do końca wiadomo, jaki jest ich rodowód. Jedna wersja wywodzi je z tradycji pasterskiej, gdzie opiekujący się stadami mężczyźni robili supełki na sznurach, inna zaś wiąże je z okupacją turecką, choć w islamie podobne koraliki związane są z wiarą, jak nasz różaniec. 

W Nauplionie komboloi mają swoje muzeum. Kolekcja jest prywatna, ale udostępniona do zwiedzania.

Czy zatem warto wybrać Nauplion na jedno popołudnie, jako przystanek w drodze?

To jest miejsce, na które zdecydowanie trzeba poświęcić więcej czasu, przynajmniej dobę, a najlepiej 2-3 dni, by spokojnie wejść na obie twierdze, popłynąć na wyspę, a przy gorszej pogodzie odwiedzić także tutejsze muzea. Trochę grzechem jest traktować Nauplion jedynie jako miejsce na nocleg tranzytowy, ale mimo wszystko wolimy spędzić nawet jedną noc w tak malowniczym zakątku niż w bezdusznym motelu gdzieś przy autostradzie. Żal nam było wyjeżdżać zobaczywszy tak niewiele. Nauplion był moim marzeniem, dokąd 17 lat wcześniej po raz pierwszy postawiłam swoją stopę na Peloponezie. I... jest tym marzeniem dalej, bo czuję niedosyt. Do Nauplionu dołączyła niedawno również Monemvasia. I choć na moją podróżniczą bucket list co roku dopisuję kolejne greckie wyspy, to jednak coraz bardziej mam ochotę wrócić na Peloponez. 

Jeśli planujecie wakacje w Grecji, szczególnie kontynentalnej, zajrzyjcie do Nauplionu koniecznie!

sobota, 6 października 2018

Ateny. Antyk, modernizm i sztuka na ulicy

Sznur aut ciągnął się kilometrami. Od czasu do czasu, co bardziej niecierpliwy kierowca, dawał upust swoim nerwom, wciskając klakson. Taksówkarze wpychali się bez kolejki. Bo kto normalny pcha się do Aten samochodem? To akurat usłyszałam jeszcze w Warszawie, przed wyjazdem. Ale fakt, stolica Grecji nie jest szczególnie przyjazna dla zmotoryzowanych: wąskie, w większości jednokierunkowe ulice, skutery slalomem lawirujące między autami i piesi, niczym święte krowy, przebiegający między samochodami przez jezdnię lub... maszerujący jej środkiem. Tym razem jednak za chaos odpowiedzialny był półmaraton, który wyłączył z ruchu połowę centrum miasta, sprawiając, że nawigacja samochodowa gubiła się z każdym nadprogramowym zakrętem, każąc wracać wciąż w te same uliczki. A ja coraz mocniej przyciskałam nos do szyby próbując oswoić ten komunikacyjny i urbanistyczny chaos, który nas otaczał. Raz po raz spomiędzy kilkupiętrowych, podobnych do siebie kamienic o jasnych fasadach, wyłaniał się on, Akropol z wieńczącym go Partenonem, cel naszej wizyty w Atenach.



W programie piątej klasy szkoły podstawowej są i mity greckie, i historia starożytna. Chciałam, żeby Andrzej, który we wrześniu rozpoczął naukę w tej właśnie klasie, najpierw zobaczył tę spuściznę antyku na własne oczy. Bo potem, gdy Grecja stanie się jedną z rzymskich prowincji, system edukacji w Polsce nie wspomni już o tym kraju ani słowem: ani o trwającej setki lat okupacji tureckiej, ani o późniejszym panowaniu Francuzów i Brytyjczyków w części kraju, ani o kończącym wojnę grecko-turecką traktacie z Lozanny nakazującym obu stronom wymianę ludności biorąc za kryterium wyznanie, ani o tym, że Ateny, miejsce narodzin europejskiej cywilizacji, stały się stolicą nowożytnego kraju dopiero w 1834 r., gdy pierwszy król niepodległej Grecji, Otton I Bawarski przeniósł tu stolicę z Nauplionu. Czy ktoś w ogóle uczył się o tym, że Grecja była monarchią? No właśnie. Wszak to przecież kolebka demokracji! Tyle ja wyniosłam ze szkoły... 

A to właśnie Ottonowi I Ateny zawdzięczają dzisiejszą wielkomiejskość. To on zaczął wytyczać w tym wówczas niewielkim i biednym mieście szerokie arterie i place oraz wznosić okazałe budynki użyteczności publicznej w klasycystycznym stylu, które podziwiać można do dzisiaj. 

Obecnie to niemal czteromilionowa metropolia. Szacuje się, że dodatkowo żyje tu około milion imigrantów z różnych krajów, którzy dla mnie mieli przede wszystkim twarze sklepikarzy, najczęściej o azjatyckim pochodzeniu. Wiele słyszałam o Atenach przed wyjazdem, że to niebezpieczne miasto, że włamują się do samochodów, nawet tych z wypożyczalni. Gdy już udało nam się przebić przez poprzecinane taśmami miasto, jedyne wolne miejsce parkingowe przy ulicy, gdzie mieliśmy mieszkać przez kolejne trzy dni, znaleźliśmy przed pakistańskim sklepem. Wytaszczyliśmy więc walizki, weszliśmy do sklepu, zrobiliśmy zakupy na kolację i po prostu zapytaliśmy, czy auto nie będzie przeszkadzać. Nie przeszkadzało i nikt się nie włamał. Po sąsiedzku ze sklepem, na dole kamienicy, w której znajdował się wynajęty przez nas apartament, mieściła się dość elegancka i nie najtańsza włoska restauracja. Ot, takie ateńskie kontrasty.

Ateny dzielą. Podobno kocha się je, albo nienawidzi. W podróży daleka jestem od tak skrajnych odczuć, ale ze stolicą Grecji nie mam problemów. Bo wszystko zależy od tego, czego się szuka. Jeśli tylko antyk - dobry adres. Jeśli widzi się tylko komunikacyjny i architektoniczny chaos - może rozczarować, tak jak rozczarowały Piotra. Ja szukałam czegoś więcej - wyróżniającej się architektury modernistycznej, szczególnie tej, w którą swój wkład włożył rzeźbiarz Paris Prekas, a także sztuki na ulicy. Nie sztuki ulicy, street artu, z którego znane są Ateny, ale sztuki w przestrzeni miasta. Takie smaczki lubię najbardziej. Czy się udało? Przeczytajcie! Ale najpierw antyk. 

Ateny starożytne


Nie oszukujmy się, całe rzesze turystów przyjeżdżają do Aten, by zobaczyć miejsce, gdzie narodziła się filozofia, nauka, teatr i sztuka. I które jest kolebką europejskiej cywilizacji. Przede wszystkim zaś po to, by stanąć na skale, na której wznosi się najbardziej chyba rozpoznawalny zabytek starożytnego świata, Partenon, symbol nie tylko Aten, ale i całej Grecji, ba, symbol kultury antycznej. 



Za wstęp na Akropol trzeba zapłacić 20 euro. Jeśli dorzuci się kolejne 10, można zobaczyć także 6 innych stanowisk archeologicznych*: dwie Agory (grecką i rzymską), Bibliotekę Hadriana, Olimpiejon, czyli świątynię Zeusa Olimpijskiego, Keramejkos i Likejon. Bilet jest ważny przez 5 dni, więc wrażenia można sobie dawkować. Czy warto? Moim zdaniem tak, ponieważ niektóre z nich naprawdę robią wrażenie. 

Czy jest sens jechać do Aten w czasie wakacji? Jeśli ma się dzieci w wieku szkolnym, to za bardzo nie ma wyboru. Spodziewałam się tłumów, kolejki do kasy i do wejścia na Akropol. Ludzi było sporo, ale nie staliśmy w kolejkach i turyści jakoś równomiernie rozchodzili się po zabytkach, więc nie było zbytniego zagęszczenia. Jedyne co mnie pokonało, to upał. W lipcu temperatura sięga powyżej 30 stopni, a na odkrytej przestrzeni, wśród oddających ciepło kamieni słońce praży jak wściekłe, więc jestem zdania, że zwiedzanie najlepiej rozłożyć na 2-3 dni. My staraliśmy się wszystko zobaczyć w jeden, by kolejny poświęcić na inne atrakcje i było to potwornie męczące. Ale jeśli macie mało czasu, to warto podjąć ten trud.

Akropol

Właściwie skąd by nie spojrzeć, widać górującą ponad miastem skałę, a na niej budowlę podpartą kolumnami. W VI w. p.n.e. wyrocznia delficka wskazała, że Akropol ma zostać poświęcony bogom, stąd przez niemal całą starożytność wznoszono tu wyłącznie budynki sakralne. Największym i najbardziej znanym jest oczywiście Partenon, świątynia wzniesiona w latach 447-438 p.n.e. ku czci bogini Ateny, pierwotnie bogato zdobiona płaskorzeźbami autorstwa jednego z najbardziej znanych rzeźbiarzy antyku, Fidiasza. W tym czasie budowla pomalowana była w rozmaite kolory, a nie jak dziś, biała. W czasach nowożytnych w Partenonie mieścił się kościół wczesnochrześcijański, w 1209 r. przekształcony w katedrę katolicką, potem, za czasów panowania osmańskiego, w meczet. Budowla w dość dobrym stanie dotrwała do 1687 r., kiedy to trafił w nią pocisk armatni wojsk weneckich. Wówczas mieścił się tam skład prochu. Wybuch niemal doszczętnie zniszczył monumentalny gmach. Dzieła destrukcji dokończyły kolejne trzęsienia ziemi. Dziewiętnastowieczny boom archeologiczny sprawił, że zdecydowano o częściowej odbudowie starożytnej świątyni. Ta rekonstrukcja trwa praktycznie po dziś dzień, zaś dźwigi na akropolskim wzgórzu wpisały się już w krajobraz miasta.




Niezwykle ciekawym budynkiem jest też Erechtejon, w starożytności najważniejsze miejsce kultu na Akropolu, gdzie czczono nie tylko Atenę, ale i Posejdona (ta dwójka bogów rywalizowała o opiekę nad miastem, zaś Erechtejon stał się miejscem, gdzie rozstrzygnął się spór, który ostatecznie wygrała Atena), a także Zeusa i Hefajstosa. Do dziś zdobi go ozdobny portyk z kariatydami (to kopie, oryginalne rzeźby znajdują się w Muzeum Akropolu). Podobnie jak w przypadku Partenonu w późniejszych czasach mieścił się tu kościół wczesnochrześcijański, świątynia katolicka, a w czasach osmańskich harem.



Na zboczach Akropolu znajdują się też dwa teatry. Pierwszy to Teatr Dionizosa, najstarszy ateński teatr (z VI w p.n.e.), w którym odbywało się doroczne święto ku czci Dionizosa, Wielkie Dionizje i do którego, wstyd się przyznać, nie znaleźliśmy drogi, więc obejrzeliśmy go tylko z góry.




Drugi, to imponujący Odeon Heroda Attyka. Wzniesiony został dopiero w czasach rzymskich, w 161 r. przez Heroda Attyka, wysokiego urzędnika z czasów Hadriana (o cesarzu będzie jeszcze mowa, bo  także pozostawił po sobie pamiątki w Atenach), ku czci zmarłej żony. Do dziś w tym miejscu odbywają się przedstawienia i koncerty. 



Akropol to także doskonały punkt widokowy. Z góry można spojrzeć na całe morze bieli, które wyrosło tu, gdy Ateny wybiły się na stołeczność. Biel podchodzi niemal pod same antyczne ruiny, jakby chciała je zalać. Dopiero patrząc z tej perspektywy widać jak współczesne miasto przez stulecia zawładnęło starożytnym, jak architektura wznoszona latami okrążyła antyczne ruiny, jak obok nich wyrastały biznatyjskie kościoły i osmańskie meczety, potem klasycystyczne budynki państwowe niepodległej Ellady, wreszcie, w 2009 r. nowoczesny, ciemny budynek Muzeum Akropolu zaprojektowany przez zespół szwajcarskiego architekta Bernarda Tschumiego, odcinający się od tego zalewu bieli. Stąd dopiero na wyciągnięcie ręki ma się całą złożoność historii tego kraju, tę część historii, o której już nie uczą w szkołach, a której namacalne ślady są w zasięgu wzroku.






W 1987 r. Akropol został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Starożytna (grecka) Agora

W czasach antycznych był to centralny plac miasta. Znajdowały się tu świątynie, budynki publiczne, ale kwitł też handel. Tu w 399 r. p.n.e. toczył się proces Sokratesa i tu został zabity. Także tu kilka wieków później przemawiał Św. Paweł Apostoł.

Stanowisko archeologiczne zajmuje sporą przestrzeń, nad którą góruje świątynia wzniesiona ku czci Hefajstosa i Ateny (Hefajstejon), jeden z najlepiej zachowanych zabytków starożytnych na świecie, taki nieco mniejszy Partenon, za to oryginał. 






Jest tu także niewielkie muzeum. Mieści się w odtworzonym w XX w. budynku o nazwie Stoa Attalosa, niegdyś stanowiącym główne centrum handlowe Aten, które dziś pewnie nazwalibyśmy galerią handlową, choć w tym wypadku nazwa galeria jest jak najbardziej uzasadniona, bowiem obecnie zgromadzono tu sporą liczbę znalezisk archeologicznych. Patrząc na te wszystkie antyczne naczynia nie mogłam się nadziwić, że człowiek właściwie od zawsze miał potrzebę otaczania się przedmiotami estetycznymi i od początku istnienia cywilizacji je ozdabiał.



Nieco na uboczu kompleksu znajduje się niewielki kościółek św. Apostołów z X w. wzniesiony w miejscu antycznej świątyni nimf. W bałkańskim krajobrazie szczególnie lubię te wczesnochrześcijańskie miejsca kultu, bogato zdobione freskami, o ścianach przesiąkniętych zapachem kadzidła. To jeden z najstarszych kościołów w całych Atenach z zachowanymi fragmentami siedemnasto- i osiemnastowiecznych fresków.





Rzymska Agora

Niemal u stóp Akropolu, znajduje się druga, obok greckiej, rzymska Agora, która miała wyłącznie handlowy charakter. Kompleks nie jest duży i zdecydowanie najciekawszym zachowanym budynkiem jest tzw. Wieża Wiatrów, wzniesiona na planie ośmiokąta. Prawdopodobnie pełniła funkcję obserwatorium astronomicznego i wskazywała kierunek wiatru. Zdobią ją płaskorzeźby z wyobrażeniem bóstw wiatru, którym zawdzięcza swoją nazwę. W czasach osmańskich wieża należała do tzw. tańczących derwiszów, którzy osiągali jedność z Bogiem poprzez ekstatyczny taniec. Wewnątrz do dziś zachował się mihrab.






To nie jedyna pamiątka po tureckim panowaniu w tym miejscu. Na terenie stanowiska archeologicznego znajduje się też Meczet Zdobywców, najstarszy z ateńskich meczetów, ufundowany w 1458 r. przez sułtana Mehmeda II Zdobywcę dla uczczenia podboju Konstantynopola. Obecnie mieści się w nim muzeum ze zbiorami o tematyce antycznej.



Biblioteka Hadriana

Z potężnej niegdyś biblioteki, wzniesionej w 132 r. do dziś zachował się jedynie fragment fasady z wejściem ozdobionym kolumnami korynckimi. W czasach świetności przechowywano tu ponad 17 tys. zwojów papirusów, były też czytelnie i pomieszczenia, w których toczono filozoficzne dyskusje. Wewnątrz znajdował się też... ogród z basenem! Dziś trudno to sobie wyobrazić, bo stanowisko archeologiczne jest niewielkie i znajduje się w ścisłym centrum, tuż obok Placu Monastiraki i gwarnego bazaru.





Olimpiejon (Świątynia Zeusa Olimpijskiego) i Łuk Hadriana

Świątynia Zeusa Olimpijskiego była największą budowlą sakralną starożytnych Aten. Nawet to, co dotrwało do czasów współczesnych, robi niesamowite wrażenie, choć to zaledwie niewielki fragment całości. Zachowane kolumny zdają się podtrzymywać niebo! Budowę rozpoczęto jeszcze w VI w. p.n.e., ale dokończona została dopiero w czasach rzymskich, przez cesarza Hadriana w II w.




W pobliżu znajduje się tzw. Łuk Hadriana wzniesiony w 131 r., kiedy ukończono budowę Olimpiejonu. Miał stanowić symboliczną granicę między Atenami greckimi, a rzymskimi. Po obu stronach marmurowej konstrukcji znajdują się inskrypcje: od strony Akropolu głosząca, że to są Ateny, miasto Tezeusza, po drugiej zaś: to miasto Hadriana, nie Tezeusza. Ot, taki cesarski kaprys.



Keramejkos

Jak sama nazwa wskazuje, to dawna dzielnica garncarzy i jednocześnie granica starożytnych Aten. Za znajdującymi się w tym miejscu bramami rozciągał się najstarszy cmentarz w mieście dla jego najznakomitszych obywateli.




Likejon 

To w sumie chyba najmniej ciekawe ze wszystkich stanowisk archeologicznych w ramach biletu łączonego, a tak przecież ważne dla rozwoju kultury antyku. Tu ćwiczono duszę i ciało, bo Likejon to nic innego jak szkoła filozoficzna (zresztą od tego greckiego słowa pochodzi współczesna nazwa liceum), ale rozumiana tak jak filozofię rozumiano w starożytności, czyli jako naukę interdyscyplinarną. Szkoła nie byle jaka, bo założona przez samego Arystotelesa. Chyba niewielu turystów tu dociera, nawet tych ze wspólnym biletem, bowiem na stanowisku byliśmy tylko my i ogrodnik krzątający się między alejkami. 



Kiedy już mieliśmy wychodzić, w niewielkiej części zadrzewionej nagle ponad naszymi głowami zrobił się wielki rumor. To papugi, które w Atenach żyją na wolności. Gdy w konarach drzew, wśród soczyście zielonych liści, próbowałam dostrzec ptaki w tym samym kolorze, podszedł do nas ogrodnik. Przyniósł roślinę z muzealnego ogródka. Potarł ją w rękach i zapytał, czy po wyglądzie i zapachu, odgadniemy jej nazwę. Potem przyniósł następną, i następną. Część odgadliśmy, część nam podpowiedział. Cóż, starożytne Ateny kształcą nawet w botanice! A współcześni Ateńczycy są serdeczni i otwarci, o czym mieliśmy się w trakcie naszego pobytu jeszcze nie raz przekonać.




Stadion Panatenajski

Historia stadionu sięga VI w. p.n.e., kiedy to rozgrywano tu zawody sportowe podczas Wielkich Panatenajów. Jego dzisiejszy wygląd to efekt dziewiętnastowiecznej przebudowy w związku z pierwszymi nowożytnymi igrzyskami olimpijskimi, które odbyły się w Atenach w 1896 r. Na stadion nie obowiązuje łączony bilet wstępu, trzeba kupić oddzielny za 5 euro (w cenie także niewielkie Muzeum Igrzysk Olimpijskich).



Plac Monastiraki


Chyba w każdym mieście, które znalazło się na długie lata w granicach Imperium Osmańskiego, jest takie miejsce, które można określić mianem Starego Bazaru. I chyba właśnie czymś takim jest w Atenach Plac Monastiraki, choć zupełnie nie przypomina Starych Bazarów, które zwiedzaliśmy w Sarajewie, Skopje, Bitoli, czy chociażby w Ioanninie, bo jego wygląd ukształtowała wielowiekowa historia. Rzymska Biblioteka Hadriana sąsiaduje tu z meczetem, w którym dziś mieści się muzeum, a ten z cerkwią. Ale tym, co przyciąga turystów w tę część miasta jest olbrzymia ilość kramów w uliczkach odchodzących od placu. Można się tu zaopatrzyć w rozmaite pamiątki z Aten. Jest też sporo sklepików z antykami, które w każdą niedzielę swój asortyment wystawiają na zewnątrz oraz na niewielkim placu Avissinias tworząc jeden ogromny pchli targ, gdzie kupić można właściwie mydło i powidło. 





Z placu doskonale widać górujący ponad nim Akropol, dlatego w okolicznych kilkupiętrowych budynkach urządziło się sporo restauracji i barów widokowych. Ceny nie należą do najniższych, ale kto by nie miał ochoty na horiatiki lub drinka z widokiem na Partenon? My wybraliśmy drinki i bar o nazwie 360 stopni.





Plaka i Anafiotika


U podnóża Akropolu znajdują się dwie oazy wyłączone z komunikacyjnego chaosu. To Plaka i Anafiotika. Do dziś nie wiem, gdzie jedna się kończy, a zaczyna druga. Pełno tu knajpek, kwiatów, kotów, a uliczki są wąskie, wspinające się pod górę, ku zboczom Akropolu. Mówią, że cechuje je niespotykany w Atenach spokój i bark pośpiechu, ale w sezonie także i sporo turystów. Anafiotika czasem uznawana jest za namiastkę wysp greckich w stolicy, wszak białe domki Anafiotiki wznosili budowniczowie sprowadzeni przez króla Ottona I do stolicy z Cyklad, z wyspy Anafi, do wznoszenia budynków państwowych. Na zboczach Akropolu odtworzyli zaś swój wyspiarski dom. I szczerze? Nie zachwyciłam się. Nie dlatego, że nie jest tam pięknie i uroczo. Jest! Tylko ja na wyspy greckie jeżdżę prawie co roku, a do Aten przyjechałam prosto z jedenastodniowego pobytu na Kithirze, która ma taki właśnie klimat. Do stolicy przyjechałam szukać czegoś zgoła innego. Przede wszystkim antyku, ale i wielkomiejskości z jej wszystkimi konsekwencjami: zgiełkiem, ruchem, zwartą zabudową i tymi wszystkimi smaczkami, które w tej plątaninie ulic się kryją. Niemniej na pewno te miejsca warto odwiedzić, usiąść w jednej z kawiarni, czy kuriozalnych barów, których nieco można tu znaleźć, lub zaszyć się gdzieś z dala od hałasu, bo i takie oazy tu można znaleźć.








Zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza


To jedna z największych atrakcji turystycznych Aten. Grób Nieznanego Żołnierza znajduje się przed budynkiem Parlamentu, zaś wartę honorową pełnią przy nim gwardziści Gwardii Prezydenckiej zwani ewzonami. Noszą bogato zdobione mundury ze spódniczkami, rajtuzami i butami zwieńczonymi pomponami. Całość waży bagatela ok. 30 kg! Ponoć to rozbudowana wersja ludowego stroju greckich górali. Do tego chodzą w specyficzny sposób. Zmiana warty odbywa się co godzinę, jednak najbardziej uroczystą można zobaczyć w niedzielę o godz. 11:00. Żołnierze mają wówczas jeszcze bardziej odświętne stroje (białe, na co dzień chodzą w nieco ciemniejszych), pod pomnik w reprezentacyjnej defiladzie dociera wówczas cały oddział w towarzystwie orkiestry. Zamykana jest też ulica oddzielająca plac przed Grobem Nieznanego Żołnierza od reszty Placu Syntagma. Całość ma iście teatralną oprawę i warto to zobaczyć na własne oczy, choć żeby zająć dobre miejsce, trzeba być sporo wcześniej, bowiem uroczystość przyciąga tłumy turystów.





Ateński modernizm


Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że architektura Aten jest chaotyczna jak ruch na jego ulicach. Ot, morze podobnych do siebie trochę "klockowatych" wielopiętrowych bloków o jasnych, często nieco poszarzałych elewacjach, oddzielonych wąskimi, jednokierunkowymi ulicami. Jednak wśród nich można znaleźć perły modernizmu, zarówno międzywojennego, jak i powojennego. Zachodnie style architektoniczne w Grecji przyjmowały się raczej trudno, po pierwsze z powodu wiecznego uwielbienia dla antyku, po drugie należy pamiętać, że Grecja przez stulecia borykała się z okupacją turecką, potem przyszły wojny z tym krajem, aż wreszcie traktat z Lozanny postawił kraj przed koniecznością przyjęcia przesiedleńców z terytoriów, które znalazły się w granicach Turcji. Społeczeństwo było ubogie i problemem mieszkańców było wówczas raczej, GDZIE mieszkać, a nie JAK mieszkać. Dopiero po I wojnie światowej zaczął się boom budowlany i na masową skalę zaczęły powstawać mieszkalne apartamentowce. Budynki użyteczności publicznej wciąż wznoszono na modłę klasycystyczną, ale dochodząca do głosu i pieniędzy klasa średnia pragnęła mieszkać nowocześnie, coraz częściej wybierając modernizm, szczególnie w latach trzydziestych XX w., stąd w Atenach można zobaczyć nieco przykładów architektury o artdekowskich kształtach.

Od lat sześćdziesiątych coraz odważniej stosowano szkło. Zaczęto wówczas wznosić pierwsze biurowce o przyciemnionych przeszklonych fasadach, do dziś wyróżniające się na tle architektury miasta. W tym czasie do łask wrócił też marmur, od którego nieco odwrócił się międzywojenny modernizm (na rzecz przede wszystkim żelbetu). I właśnie modernizmu z tego okresu szukałam w Atenach przede wszystkim.






Paris Prekas

W twórczości Parisa Prekasa zakochałam się w zeszłym roku, gdy odwiedziłam Ioanninę. To tam, w Epirze, po raz pierwszy w mojej głowie zakiełkowała myśl, by po 17 latach wrócić do Aten. Przede wszystkim po to, by chłopakom pokazać dokonania starożytnych Greków, ale przy okazji by także przy tym samym ogniu upiec jeszcze jedną pieczeń: zobaczyć ateńskie realizacje Prekasa! Artysta bowiem chętnie wchodził w romanse z architekturą tworząc reliefy, płaskorzeźby i murale. Z sześciu wynotowanych lokalizacji niestety udało mi się znaleźć tylko dwie, bo nasza wizyta przypadła na weekend, gdy nie pracują banki (a to właśnie w jednym z nich zobaczyć można chyba najbardziej znany przykład architektonicznej twórczości Prekasa), z kolei płaskorzeźba zdobiąca niegdyś biurowiec trafiła do prywatnej kolekcji, kolejnego adresu nie udało mi się odszukać, a pod następnym, gdzie miał być mural z lat sześćdziesiątych, nie wiedzieli, o czym mówię. Być może nie ma go tam już od lat.

Dotarłam za to do reliefu w klatce schodowej kamienicy przy ul. Xenophontos 10 oraz do Instytutu Francuskiego (ul. Sina 31) wzniesionego w latach 1974-75, którego cała elewacja pokryta jest abstrakcyjnymi płaskorzeźbami artysty. 











Nieco współczesności


A jednak dzisiejsze Ateny, te budowane w ostatnich latach, też w tym całym chaosie dostarczają nieco estetyki. Szalenie podobała mi się oddana do użytku w 2000 r. stacja metra Plac Syntagma, którą zdobią rzeźby zmarłego w tym roku greckiego artysty o międzynarodowej sławie Thodorosa Papadimitriou (1931-2018). To taka trochę galeria sztuki łącząca tę starożytną z całkiem współczesną. Przy odrobinie szczęścia można trafić na... koncert muzyki klasycznej w przejściu podziemnym przed zejściem do strefy biletowej. 





Warta uwagi jest też postać współczesnej rzeźbiarki Christiny Sarantopoulou (ur. 1952), w której twórczości charakterystyczny jest motyw linii papilarnych. Jej instalacje od czasu do czasu pojawiają się na ulicach Aten i innych greckich miast. Ja w stolicy znalazłam tylko jedną uliczną rzeźbę jej autorstwa pt. "Family" z 2000 r., zdobiącą wejście do hotelu Herodion niedaleko Akropolu (ul. Rovertou Galli 10).



A o tym, że Ateny doceniają sztukę w swojej przestrzeni może świadczyć pomnik poświęcony nieznanemu artyście.



Miasto najwyraźniej lubi też rozmaite detale, bowiem znalazłam i lampiony zawieszone ponad ulicami (w dzielnicy Psiri), i manekiny zdobiące podwórka i balkony, i ciekawie zaprojektowane bary. I jeszcze ciekawostka, która Was pewnie mocno zdziwi i zaskoczy: prawie nie widziałam street artu! Ale i specjalnie nie szukałam, bo bardziej wciągnęła mnie sztuka na ulicy, wliczając w to także detale architektoniczne.






Ateny mnie nie zawiodły. Pokazałam chłopcom spuściznę antyku, a sama w tym pozornym chaosie znalazłam sporo luzu, ale i elegancji. Ateny dotknął kryzys, ale to w dalszym ciągu jest czteromilionowa metropolia z wszystkimi wadami i zaletami dużego miasta. Dwa dni to za mało nawet na niezbędne minimum, które w stolicy Grecji wypadałoby zobaczyć. Chciałabym teraz zaszyć się tu na co najmniej tydzień, w głębokim pozasezonie, by mieć czas na zwiedzanie muzeów bez pośpiechu i szukanie w wąskich uliczkach nieodkrytych perełek modernizmu.

***

*Te tzw. bilety combo zostały zniesione 1 kwietnia 2025 r., zaś cena wstępu na sam Akropol wzrosła do 30 euro.