środa, 2 sierpnia 2017

Agia Mavra. Strzegąc dostępu do Lefkady

Do pełnej godziny pozostała mniej niż minuta, gdy wjechaliśmy na most. Za nami wtoczyło się jeszcze tylko jedno auto, a potem usłyszeliśmy już tylko dźwięk syreny, który oznajmiał, że most, jak tylko z niego zjedziemy, podniesie się, zrobi obrót i ustawi się poziomo do lądu wypuszczając żaglówki z portu w stolicy Lefkady. Mieliśmy szczęście, inaczej na przeprawę musielibyśmy czekać w dość sporej kolejce jakiś kwadrans lub dłużej.

Most ma zaledwie 50 m długości. Tyle dzieli Lefkadę od stałego lądu. Nosi nazwę Agia Mavra vel Santa Maura, tak samo jak twierdza, która od strony stałego lądu strzeże dostępu do wyspy. Nic dziwnego, że gdy Wenecjanie zajęli Epir, a wraz z nim północne Wyspy Jońskie, postanowili w tym najwęższym miejscu wznieść potężną fortecę broniącą przeprawy na Lefkadę. Podobne budowali w innych strategicznych miejscach regionu.



Pierwotnie znajdowało się tu miejsce kultu Afrodyty. Pierwszą twierdzę na przełomie XIII w. i XIV w. wzniósł sycylijski władca, hrabia Jan (Giovanni) I Orsini, który w tym czasie zarządzał już Kefalonią i Zakhyntos. Ożenił się z córką ówczesnego władcy Epiru, Nicefora I Angelosa Dukas Komnena, która wniosła Lefkadę w posagu. Rodzina Orsini utraciła wyspę w 1331 r. Przeszła ona wraz z zamkiem we władanie Wenecjan. Wówczas, w okresie największej świetności, wewnątrz murów znajdowało się całe niewielkie miasto, z którego dziś pozostały już tylko ruiny. 




Pod koniec XV w. twierdzę opanowali Turcy. Sułtan Bajazyd II po raz pierwszy połączył ją z Lefkadą mostem składającym się z 360 modułów mocowanych na palach. Most potrzebny był, by zbudować wodociąg. Niestety uległ zniszczeniu podczas jednego z trzęsień ziemi, które na tym terenie zdarzają się dość często (ostatnie w listopadzie 2015 r.). 



Ok. 1500 r. Wenecjanie na krótko odzyskali zamek i odtąd pozostawał on raz pod patronatem weneckim, raz tureckim w zależności od zawieranych rozejmów i traktatów pokojowych. Na 1684 r. datuje się płaskorzeźbę z wizerunkiem lwa będącego symbolem Wenecji, dziś już prawie niewidoczną, umieszczoną nad bramą zamku. 



W latach 1800-1807 Lefkada wchodziła w skład Republiki Siedmiu Wysp (wraz z Korfu, Kefalonią, Zakhyntos, Itaką, Paxos i Kithirą) cieszącej się względną autonomią na mocy porozumienia turecko-rosyjskiego, a następnie dostała się pod panowanie Brytyjczyków, którzy znacznie zmodernizowali twierdzę. Niestety zniszczył ją pożar w 1888 roku. Mimo odbudowy, nie odzyskała już dawnej świetności służąc m.in. przez jakiś czas jako obóz dla uchodźców. Dzieła zniszczenia dokonały włoskie bombardowania podczas II wojny światowej. Mimo upływu czasu i tylu zniszczeń, forteca wciąż robi imponujące wrażenie i uchodzi za jeden z najbardziej interesujących obiektów obronnych na terenie całej dzisiejszej Grecji.



Tyle historia. Twierdza wzniesiona została na planie nieregularnego siedmioboku, z basztami w każdym narożu. W jej obrębie znajdowały się koszary, składy amunicji, szpital, domy mieszkalne, a także kościół Agia Mavra, od którego cały kompleks wziął nazwę, do dziś zachowany w niezłym stanie. W mury wkomponowana jest dzwonnica, zaś samo wnętrze świątyni znajduje się nieco niżej. Oświetlane jest naturalnym światłem doprowadzanym przez otwór w suficie. Podobne rozwiązanie zastosowano także w innych pomieszczeniach. W czasach panowania osmańskiego kościół zamieniony został na meczet, dziś znów pełni funkcje sakralne. Z pozostałych budynków niewiele się zachowało. 






Po Wenecjanach pozostała także... armata. Można na niej zobaczyć nazwisko producenta: Carlo Carmozzi, Bergamo. Nie jest jedyną wewnątrz kompleksu. Kilka stoi na murach, jakby wciąż strzegły Lefkady przed wrogiem, choć dziś odwiedzają ją głównie całkiem pokojowo nastawieni turyści. Z murów roztacza się piękny widok na lagunę Divari oraz leżące nad nią miasto Lefkada. 





Współczesnym akcentem jest latarnia morska, bowiem tuż przy twierdzy swój początek ma kanał, którym wpływa się do portu w Lefkadzie.




Choć współcześnie zamek porosła już trawa, to jednak w miejscach takich jak to szczególnie dobrze widać historyczne zawirowania, jakie targały Wyspami Jońskimi oraz kolejne, zmieniające się protektoraty, które swoje ślady pozostawiły nie tylko w architekturze, ale i, co ciekawe, w kuchni regionu. Niespieszne zwiedzanie zajmuje ok. 1 godz. Trzeba tylko pamiętać, by zdążyć zanim zamkną most! 



Wstęp jest płatny - 2 euro od osoby dorosłej, dzieci bezpłatnie.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Warszawa przyłapana... w lipcu 2017

W powrotach do Warszawy najbardziej lubię to, że przez chwilę we własnym mieście mogę poczuć się jak turystka. Zaglądam w stare kąty, by odkryć, że w czasie mojej nieobecności, choć trwała zaledwie trzy tygodnie, pojawiło się coś całkiem nowego. Ot, choćby samolot, który wylądował pod Pałacem Kultury i Nauki na prywatnej działce. Podobno ma tam działać... bar z kebabem lub kuchnią wietnamską (swoją drogą, jakie to oklepane, jest tyle fantastycznych kuchni świata, a u nas ciągle te kebaby i sajgonki). O ile, oczywiście samolot nie zniknie tak szybko, jak się pojawił, bowiem został uznany za samowolę budowlaną. Warszawiakom raczej też nie przypadł do gustu i w najlepszym razie budzi pobłażliwe uśmiechy.




Dużo większą sympatią cieszy się Gablotka Mirelli von Chrupek, a w niej... dwunasta już, letnia odsłona nosząca tytuł "Co w szuwarach piszczy". Mam wrażenie, że z każdą kolejną zyskuje ona coraz większe rzesze sympatyków. Gdy tuż po powrocie pobiegłam zobaczyć urocze Dinki, które tym razem się w niej rozgościły, zaczepił mnie pewien mężczyzna w średnim wieku. Podoba się pani? Ja też tu przychodzę, bo wie pani, tu się ciągle coś zmienia za tą szybą. I zrobił zdjęcie telefonem. Właśnie za takie smaczki uwielbiam Warszawę.



A na gmachu Muzeum Narodowego pojawił się neon z muzealnym logotypem! Dobrze, że świetlne reklamy wracają na ulice polskich miast. Dzięki nim, nawet po zmroku robi się kolorowo.



Choć akurat kolorów lipcowej Warszawie nie można odmówić! Barwnymi neonami atakował Nocny Market, a nad Ząbkowską, Otwartą Ząbkowską, zawisły kolorowe lampiony. Letnia edycja tego weekendowego festiwalu bije na głowę zimową, kiedy trzeba było tłoczyć się w niewielkim namiocie! Teraz restauracyjne i kawiarniane stoliki wylały się na ulicę, która docelowo ma zostać zupełnie wyłączona z ruchu i stać się deptakiem. Dalej ma być też rewitalizowana. Już dziś mieszkania kwaterunkowe, z których wyprowadzą się lokatorzy stoją puste, aż do momentu, gdy cała kamienica się wyludni. Wieść gminna, czy raczej uliczna, niesie, że potem takie opuszczone kamienice mają przejść gruntowny remont, ale mieszkania nie wrócą już do puli kwaterunkowej. Przeznaczone mają być na wynajem, w dużej mierze na biura. Nie wiem, czy to dobry pomysł i czy nie zabije klimatu, na który ulica teraz ciężko pracuje. Bo to nie pracownicy biur w garniturach go budują, a mieszkańcy. Bo dzisiejsza Ząbkowska to nie tylko miejsce, gdzie turyści przychodzą na chwilę, bo w zagranicznych przewodnikach i internetowych rankingach przeczytali, że teraz Praga to jeden z punktów must see w stolicy, to przede wszystkim sąsiedztwa, jakich w innych dzielnicach często próżno szukać. Sąsiad przysiada się do sąsiada w restauracyjnym ogródku, inny tylko na chwilę zatrzymuje się przy stoliku, by wymienić uprzejmości i zamienić dwa słowa o problemach dnia powszedniego. Ta ulica i cała dzielnica po prostu żyje - przyziemnymi problemami, ale i radością dnia wolnego. Gdy wejdzie się w pierwszą lepszą bramę, można trafić w sam środek sąsiedzkiej imprezy, hmmm... dość hucznej imprezy. Gdy biura zastąpią lokatorów, to wszystko zniknie. Czy będzie wtedy dla kogo w letni weekend wieszać kolorowe lampiony nad ulicą?






Na szczęście zmiany na Pradze zachodzą wolniej niż w innych częściach Warszawy. Wciąż tu można znaleźć malowane na murach reklamy z czasów minionych i zobaczyć, jak kiedyś, gdy nie było jeszcze płacht, którymi teraz owija się całe budynki, wyglądała reklama wielkoformatowa.





I dopiero po powrocie na drugą stronę Wisły widać, jak Warszawa zmienia się na naszych oczach. Takie, na przykład, nowe bulwary nad Wisłą przy Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Leżaki na trawie, bar ze stolikami wystawionymi na sztucznej plaży i miejsce do chlapania się w wodzie dla dzieci w ciepłe weekendy przyciągają mnóstwo ludzi. To świadczy tylko o tym, że takich miejsc we wspólnej przestrzeni wciąż jest za mało. I choć ta przestrzeń jest ładnie zaaranżowana, to jednak czegoś mi tam brak. 







Mam z bulwarami ten sam problem, co z Placem Europejskim. Bo z jednej strony podoba mi się pomysł i wykonanie, a z drugiej nie czuję tych miejsc, nie wywołują u mnie natychmiastowego zachwytu. Może to trochę tak jak z mieszkaniem, w którym po remoncie czuć jeszcze zapach farby, więc nie można poczuć się swojsko, u siebie. Może musi minąć trochę czasu nim ta nowa aranżacja przestrzeni wpisze się na dobre w mój obraz Warszawy. A może po prostu, jak śpiewał nieodżałowany Zbigniew Wodecki, lubię wracać w strony, które znam, po wspomnienia zostawione tam. My się chyba zwyczajnie musimy z tą nowoczesną, całkiem współczesną Warszawą jeszcze dotrzeć.

niedziela, 23 lipca 2017

Lefkada. Trzy zupełnie różne plaże

Zawsze mnie dziwiło, gdy słyszałam, że ludzie jadą na wczasy za granicę i całe dnie spędzają nad hotelowym basenem, nie idąc ani razu na plażę. Teraz dziwię się już trochę mniej. Bo posiadanie domku z basenem strasznie rozleniwia! Nie trzeba targać ze sobą koca, płetw dla dzieci, siatki z napojami, ani biegać do plażowego baru po lody, kawę mrożoną i colę w puszkach, co kosztuje bagatela 12 euro (a jak dorzuci się jeszcze dwie sałatki owocowe, to i 20 euro...). Można siedzieć sobie na tarasie i czytać książkę zerkając od czasu do czasu na dzieci grające w wodzie w piłkę, a kiedy ma się ochotę, to można wejść do domku i zaparzyć sobie kawę, albo przynieść coś zimnego z lodówki. Tylko czy naprawdę o to chodzi? Czy po to tłucze się człowiek te 2200 km w jedną stronę, by potem pić kawę nad basenem? Bo ja chyba nie do końca tak potrafię. Bo Morze Jońskie ma tak cudownie turkusowy kolor, a plaże na Lefkadzie są tak piękne, że siedzenie w hotelu byłoby grzechem. Choć muszę przyznać, że basen czasem też się przydaje...

Lefkada jest wietrzną wyspą, co jest szczególnie odczuwalne na jej zachodnim wybrzeżu. Przyciąga wielu amatorów sportów łączących wiatr i wodę. Plaża Agios Ioannis położona na obrzeżach stolicy wyspy, miasta Lefkada (nazywanego także Lefkas), z charakterystycznymi kamiennymi wiatrakami, popołudniami pełna jest kitesurferów. Ich kolorowe latawce cudownie kontrastują z kolorem wody. Miejscowość Vassiliki na południu uznawana jest natomiast za mekkę windsurferów. I o ile silny wiatr sportowcom jest na rękę, to dla plażowiczów może być utrapieniem. Bo gdy fale są zbyt wysokie, pozostaje wdychanie jodu na brzegu i oglądanie spektaklu, jaki zgotowała przyroda. I wtedy przydaje się hotelowy basen.



Zdecydowanie spokojniejsze jest wschodnie wybrzeże. Nawet jak na zachodzie fale rozbijają się o brzeg, po przeciwnej stronie wyspy można tego wcale nie odczuć.

My plażowaliśmy tylko na zachodzie, a i tam plaże są bardzo różnorodne, dające różne możliwości odpoczynku. Dziś trzy z nich.

Porto Katsiki

Być na Lefkadzie i nie zobaczyć Porto Katsiki, to jak wrócić z Paryża bez zdjęcia pod Wieżą Eiffla. Plaża jest faktycznie spektakularna. Położona jest u podnóża skalnego urwiska. Trzeba pokonać około sto schodów, by się na nią dostać. W minionych latach działał punkt widokowy na wzgórzu położonym naprzeciwko, skąd można było zrobić zdjęcie obejmujące całą plażę. Przed wyjazdem widziałam setki takich zdjęć, ale żadne nie oddaje piękna natury. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. Niestety punkt widokowy został zamknięty ze względów bezpieczeństwa, prawdopodobnie po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło wyspę w 2015 r. i właśnie w tej jej części poczyniło najwięcej szkód.





Warto pamiętać, że plaża położona jest w takim miejscu, że do godz. ok. 11:30 jest zacieniona. Woda w morzu też jest chłodniejsza niż w bardziej nasłonecznionych częściach wyspy. 

Na plaży znajduje się cała infrastruktura potrzebna do odpoczynku, czyli leżaki i parasole, ale ponieważ spędzaliśmy tam tylko dwie godziny, więc rozłożyliśmy sobie własny i nie wiem, jaki jest koszt wynajmu. Za to za parking trzeba zapłacić 5 euro za cały dzień bez względu na to, ile chce się zostać.

Bary znajdują się obok parkingów, więc w ewentualne smakołyki lepiej zaopatrzyć się, zanim zejdzie się na dół. Jest jednak i coś dla leniuszków! Przy parkingu jedna z restauracji rozdaje coś w rodzaju menu z ofertą i cenami oraz planem plaży podzielonym na sektory zaznaczone kolorami. Zamówienia można składać będąc już na plaży. Podaje się kolor sektora, a kursujący z góry na dół kelnerzy przynoszą zamówienie prosto do leżaka. I uwijają się jak w ukropie, szczególnie, gdy podpłynie statek wycieczkowy, który cumuje zazwyczaj tylko 40-50 min.

Mimo pięknych widoków i wszelkich udogodnień, plażowanie w tym niezwykłym miejscu nie należy wcale do najprzyjemniejszych. W tym roku plaża wyłożona była dużymi białymi kamieniami, po których bardzo niewygodnie się chodzi. Na zdjęciach z poprzednich lat widziałam żwirek, więc domyślam się, że kamienie zostały sztucznie nawiezione. Woda była raczej zimna jak na standardy greckie. Dość szybko robiło się głęboko, czyli idealnie do nurkowania, ale z kolei dno przy brzegu też wysypane było tymi samymi kamieniami, co sprawiło, że było dość monotonne, bez żadnej fauny i flory.




Na pewno trzeba tę plażę zobaczyć na własne oczy, bo robi imponujące wrażenie. Dla nas jednak było tam zbyt głośno i... nudno.

Kathisma

Plaża położona jest w centralnej części zachodniego wybrzeża, w pobliżu uroczej miejscowości Agios Nikitas. To górzysta część wyspy, jednak autem zjeżdża się wąską, dość stromą drogą nad sam brzeg morza i nie trzeba już pokonywać żadnych schodów. Kathisma jest długa, szeroka, pełna parasoli i leżaków. Bezpłatne parkingi oddzielają ją od szpaleru barów, które ciągną się wzdłuż plaży (jeden nawet z basenem). Płatnymi leżakami i parasolami zarządzają właśnie bary. Jeśli coś się zamówi, można korzystać z nich bezpłatnie. Podobnie było też w niektórych miejscach na Korfu.



Jednak ze wszystkich plaż, na których byliśmy, ta jest chyba najbardziej komercyjna, nie tylko ze względu na dużą ilość barów, ale i wszelkiej maści handlujących towarami i usługami. Można kupić kolczyki, kapelusze, wodoszczelne etui do telefonów, rejs statkiem wycieczkowym, a ładne dziewczyny o egzotycznej urodzie proponują masaż. Bardzo tego nie lubię. Nie odpoczywam, gdy co chwilę jestem przez kogoś nagabywana.





Plaża cieszy się sporą popularnością, ale jest na tyle duża, że każdy znajdzie dla siebie miejsce, czy to na płatnych leżakach, czy to na własną rękę.

Agios Ioannis

Jest coś takiego w tych najmniej zagospodarowanych plażach, że najbardziej je lubię. Ta pustka, która sprawia, że można odnieść wrażenie, że ma się całą tylko dla siebie... Dno morza, z którego nie uprzątnięto kamieni, może jest nieco mniej wygodne, ale przyciąga też kolorowe ryby (jeżowców na szczęście nie było), więc jeśli ktoś lubi nurkować, będzie miał na co popatrzeć.




Na brzegu stoją kamienne wiatraki, tak charakterystyczne dla greckiego krajobrazu. Pierwotnie było ich 12, dziś zostało tylko kilka, które niszczeją i służą praktycznie za publiczne szalety. Lokalizacja dawnych młynów przestaje dziwić w wietrzne dni. I choć nie działają już od wielu lat, to wiatr plączący włosy i fale rozbijające się o brzeg pokazują, że jest to doskonałe miejsce dla mechanizmów napędzanych wiatrem (przy okazji zachęcam do obejrzenia naszego pierwszego filmu, który nakręciliśmy w jeden z takich dni). Wiedzą o tym także surferzy. Na morzu można zobaczyć i deski z żaglami, i latawce kitesurferów fruwające ponad taflą.







Niestety silny wiatr może nanieść sporą ilość trawy morskiej, której tutaj nikt nie sprząta. A jednak to właśnie na tej plaży czuliśmy się najlepiej. Nic nie zakłócało ciszy i spokoju. Chłopaki mogli nurkować, a ja, ponieważ nie przepadam za plażowaniem, mogłam iść na spacer i nie tylko podziwiać malownicze wiatraki, ale także podglądać ptaki w leżącej niemal naprzeciwko zatoce, zwanej laguną Divari lub Ivari, dokąd późną jesienią przylatują flamingi.


Plaża Agios Ioannis i laguna Divari - widok z monastyru Panagia Faneromeni

Plaże na Lefkadzie są bardzo różnorodne i bez wątpienia każdy znajdzie taką, na której najlepiej będzie mu się odpoczywać. Nie warto ograniczać się do hotelowego basenu!

(foto: iza & andy)