niedziela, 30 marca 2014

Podlasie - szlakiem czterech wyznań

Podlasie to najbardziej wielokulturowy i wielowyznaniowy region Polski - miejsce, gdzie wschód przenika się z zachodem. Od stuleci żyją tu obok siebie katolicy oraz wyznawcy prawosławia, w tym starobrzędowcy, a także Kościoła unickiego (grekokatolicy oraz neounici) i protestanci czy muzułmanie. Przed wojną tereny te zamieszkiwała także spora liczba ludności żydowskiej. Gdy jedzie się wzdłuż granicy z Białorusią, co kilka kilometrów mija się cerkiew lub kościół. Są też takie miejscowości, gdzie w niedużej odległości stoją świątynie dwóch wyznań i część mieszkańców, sąsiadów, czasem małżonków, chodzi do jednej, a część do drugiej i nie ma w tym nic nienaturalnego. Podczas ubiegłotygodniowej podróży po Podlasiu odwiedziłam cztery miejsca związane z czterema spośród tych wyznań.

Kostomłoty 

W Kostomłotach znajduje się ostatnia już w naszym kraju parafia neounicka. Neounici, czyli Kościół katolicki obrządku bizantyjsko-słowiańskiego tak jak pozostałe Kościoły unickie zachowuje zwierzchnictwo papieża, ale wierny jest obrządkowi biznatyjsko-słowiańskiemu. Powstał w XIX w., lecz w Polsce pierwsze parafie założono w dwudziestoleciu międzywojennym i do roku 1939 było ich w naszym kraju 47. W czasie II wojny światowej neounici zostali włączeni do Cerkwi prawosławnej, zaś po wojnie i zmianie wschodniej granicy Polski na terenie Podlasia zostały już tylko cztery parafie neounickie, z których do dnia dzisiejszego przetrwała tylko jedna - w Kostomłotach. Tutejsza cerkiew neounicka pod wezwaniem Św. Nikity pochodzi z pierwszej połowy XVII w. i początkowo była cerkwią greckokatolicką. W czasie zaborów Kościół greckokatolicki został zlikwidowany i w cerkwi zagościło prawosławie. Parafia neounicka powstała tu w 1927 r. Cerkiew przypomina mi nieco te, które znam z Beskidu Niskiego. Niestety nie udało mi się wejść do środka.





Kodeń 

Kodeń został założony przez Jana Sapiehę w 1511 r., zaś już w 1520 r. wybudowany został pierwszy kościół pod wezwaniem Św. Ducha, a także cerkiew pod wezwaniem Św. Michała Archanioła. Dzisiejszą murowaną Bazylikę Mniejszą pod wezwaniem Św. Anny wybudował czwarty w kolejności właściciel Kodnia, książę Mikołaj Sapieha. W trakcie budowy świątyni zachorował (był ponoć sparaliżowany) i udał się na pielgrzymkę do Rzymu, gdzie został przyjęty przez ówczesnego papieża Urbana VIII. W prywatnej kaplicy papieskiej zobaczył obraz Matki Bożej Gregoriańskiej i w wyniku modlitwy został cudownie uzdrowiony. Sapieha przywiózł obraz w 1631 r. do Kodnia, ale za kradzież został ukarany ekskomuniką, która została zdjęta w 1636 r., a obraz oficjalnie podarowany księciu i odtąd nazywany jest Matką Bożą Kodeńską. W 1723 r. dzięki staraniom Jana Fryderyka Sapiehy obraz został koronowany przez papieża (jako trzeci w ówczesnej Polsce po Jasnej Górze i Trokach). W czasie zaborów kościół został przemianowany na cerkiew w odwecie za udział mieszkańców Kodnia w Powstaniu Styczniowym. Obraz został w tym czasie wywieziony na Jasną Górę. Katolicy odzyskali parafię w roku 1905. Wówczas sprowadzono tu także Zakon Oblatów. Obraz wrócił do Kodnia w 1927 r. Niestety w czasie naszej wizyty wnętrze Bazyliki było w remoncie i obraz był zasłonięty.
Bazylika ma bardzo malownicze otoczenie - zajmuje dawną posiadłość zamkową Sapiehów. Znajduje się tu Kościół Św. Ducha łączący architektonicznie elementy gotyku z renesansem. Teren obecny układ otrzymał w latach trzydziestych XX w. Wówczas powstała Golgota i kaplica pod wezwaniem Świętej Rodziny. Znajduje się tu także współcześnie wykonana droga krzyżowa oraz tereny sportowe służące mieszkańcom. W bezpośrednim sąsiedztwie przebiega granica państwowa.

Bazylika Św. Anny - Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej



Bazylika od strony Kalwarii

Kaplica Świętej Rodziny

Kościół Św. Ducha 

Jabłeczna

Monastyr (klasztor) Św. Onufrego w Jabłecznej powstał pod koniec XV. Położony jest w pięknym miejscu - nad rozlewiskami Bugu. Miejsce założenia klasztoru nie jest ponoć przypadkowe. Zgodnie z miejscową legendą mieszkańcy właśnie tu wyłowili z Bugu ikonę z wizerunkiem Św. Onufrego i ówcześni właściciele tych ziem - rodzina Zaberezińskich, wyznająca prawosławie, ufundowała monastyr. Klasztor jako jedyny na Podlasiu po Unii Brzeskiej z 1596 r. pozostał wierny prawosławiu, co upamiętnia tablica przy klasztornej bramie. Obecne murowane budynki klasztorne zostały wzniesione w XIX w. Mają charakterystyczne dla architektury prawosławia złote kopuły, a wnętrza urządzone są z typowo wschodnim przepychem. Bardzo lubię architekturę prawosławia. Wcześniej byłam tylko w Monastyrze Rilskim w Bułgarii. Klasztor w Jabłecznej jest dużo skromniejszy, jednak malownicze położenie na uboczu, nad samym Bugiem i kameralność (żyje tu tylko dziecięciu braci) sprawia, że jest to miejsce pełne magii i choć budynki są świeżo po remoncie, można odnieść wrażenie, że zatrzymał się tu czas.








W bezpośrednim sąsiedztwie monastyru znajduje się drzewo wotywne, gdzie wierni wieszają różańce, krzyże i święte obrazy modląc się w rozmaitych intencjach.




Tykocin

Tykocin to miasto o bardzo bogatej historii. Dziś nieco prowincjonalne, choć chętnie odwiedzane przez turystów, miało w przeszłości bardzo duże znaczenie strategiczne i polityczne. Było też miejscem wielowyznaniowym. Przed wojną mieszkała tu bardzo liczna społeczność żydowska - w 1939 r. Żydzi stanowili połowę jego mieszkańców. Mieściła się tutaj druga co do wielkości (po krakowskiej) gmina żydowska w Polsce. Do dziś zachowała się piękna barokowa Synagoga Wielka z 1642 r. (druga co do wielkości w naszym kraju), w której po remoncie mieści się muzeum - to jedno z najładniejszych synagogalnych wnętrz, jakie kiedykolwiek widziałam. Żydów w Tykocinie już nie ma, ale warto zajrzeć do ich dawnej świątyni oraz odwiedzić pozostałości najstarszego kirkutu w Polsce znajdujące się na obrzeżach miasta.







W odległości kilkudziesięciu kilometrów od Tykocina leżą Kruszyniany, gdzie znajduje się jeden z dwóch najstarszych w Polsce meczetów, ale także cerkiew prawosławna oraz muzułmański i prawosławny cmentarz. W Kruszynianach mieszkają także katolicy. To miejsce wyjątkowo dobrze pokazuje wielowyznaniowość Podlasia. Niestety nam już nie starczyło czasu, aby tam pojechać, ale na pewno odwiedzimy je przy następnej wizycie w tym regionie.

poniedziałek, 24 marca 2014

Roskosz

Od dziecka dużo podróżowałam po Polsce, jednak najdalej na wschodzie byłam w Lublinie (nie licząc Bieszczad). Splot różnych okoliczności sprawił, że ostatni weekend spędziłam na Podlasiu. Celem mojej podróży był malowniczy Tykocin, jednak zanim tam dotarłam spędziłam noc na Podlasiu Południowym - w Roskoszy. O istnieniu tego miejsca dowiedziałam się jesienią ubiegłego roku, głównie dzięki zdjęciom na zaprzyjaźnionym blogu - Obrazki. Już sama nazwa zachęca, aby je odwiedzić, do tego ma ono bardzo burzliwe dzieje.
Roskosz to dawna posiadłość Radziwiłłów. W pięknym starym parku do naszych czasów przetrwał dworek oraz stajnia cugowa - oba budynki mają obecnie przeznaczenie hotelowe, ale właśnie dzięki temu zostały odrestaurowane. Początkowo, w XVI-XVII w., tereny te miały jedynie charakter gospodarczy. Dopiero kiedy w II poł. XVII w. trafiły w ręce Katarzyny z Sobieskich Radziwiłłowej - siostry króla Jana III Sobieskiego budynki folwarczne zostały przebudowane w duchu barokowym i zmieniły swoje przeznaczenie. Obecny układ parku ma swoje korzenie w czasach, gdy właścicielką dóbr była Anna z Sanguszków Radziwiłłowa - miłośniczka i mecenas sztuki. To ona poleciła wybudowanie w tym miejscu pierwszego, jeszcze wówczas drewnianego dworku. Powstał on w latach 1730-1731, jednak popadł w ruinę pod rządami syna Anny, księcia Hieronima Floriana Radziwiłła. W czasach wojen napoleońskich dwór trafił w ręce Ludwiki z Kamińskich i jej męża Teodora Michałowskiego, którzy doprowadzili Roskosz do jej największego rozkwitu. W latach dwudziestych XIX w. założyli tu park w stylu angielskim. To z tego okresu pochodzi aleja lipowa prowadząca do kompleksu parkowo-dworskiego. Około roku 1840 wzniesiony został murowany dwór i stajnia cugowa. W tym czasie istniał tu także szereg drewnianych budynków gospodarczych. W 1842 roku dobra przeszły w ręce Łubieńskich za sprawą ślubu córki Michałowskich Izabelli z hrabią Janem Łubieńskim, zaś 30 lat póżniej znalzły się w rękach rodziny Mielżyńskich i w tym czasie budynki ponownie przebudowano, zaś pod koniec XIX w. gospodarcza część dóbr została uprzemysłowiona. Powstała m.in. gorzelnia, której niszczejący budynek można do dziś zobaczyć w bezpośrednim sąsiedztwie kompleksu oraz murowane stajnie (do czasów współczesnych zachowały się tylko dwie). Córka Mielżyńskich Helena wniosła majatek jako wiano w 1914 r. wychodząc za mąż za Aleksandra Karskiego. Cześć parku i dworu uległa zniszczeniu podczas I wojny światowej, gdy stacjonowali tu niemieccy żołnierze. Po wojnie dwór po raz kolejny przeszedł remont, w czasie którego stracił swój dotychczasowy neogotycki wygląd. Rodzina Karskich straciła majątek pod koniec II wojny światowej, zaś po wojnie został on upaństwowiony i stał się siedzibą PGR-u (jak wiele innych dworów na terenie Polski). Gdy upadł PGR przez chwilę był tu Ośrodek Pracy Twórczej, potem całość przejęło miasto Biała Podlaska. Od 1999 r. park wraz z budynkami znajdują się we władaniu Ochotniczych Hufców Pracy i po generalnym remoncie mieści się tu Europejskie Centrum Kształcenia i Wychowania OHP.

Stajnia Cugowa
Wizerunek konia nad wejściem do Stajni Cugowej
Dworek - widok od frontu
Dworek - widok od strony parku
Dworek - widok od strony parku
Dawna gorzelnia
Murowana obora z XIX w.
Pola otaczające roskoszański kompleks

Kompleks ma niezwykle malownicze otoczenie. Tuż za płotem znajdują się pola oraz tereny podmokłe będące ostoją żab (które mają właśnie okres godowy), patków i bobrów, będących bardzo aktywnymi w rejonie sąsiadującej z parkiem rzeki Klukówki. Ponad rzeką wznosi się żelazny most dawnej kolei wąskotorowej, z którego można podziwiać piękne wschody słońca i - przy odrobinie szczęścia - także mające tu żeremia bobry.

Wschód słońca nad Klukówką
Dawny most kolei wąskotorowej nad Klukówką
Dawny most kolei wąskotorowej nad Klukówką
Działalność bobrów nad Klukówką
Po bobrach muszą sprzątać ludzie
Bóbr płynący Klukówką


niedziela, 9 marca 2014

Kocie cztery pory roku

Przeglądając niedawno blog podróżniczy Daleko Niedaleko natrafiłam na bardzo dowcipinie napisany tekst pt. "Na Cyprze rządzą koty!". Nigdy nie byłam na Cyprze, ale podobne odczucia miałam podczas podróży po Grecji trzynaście lat temu i w czasie dwóch niedawnych wizyt na bułgarskim wybrzeżu. Mam wrażenie, że tym zwierzakom po prostu służy południowy klimat. Mogą całymi dniami wylegiwać się na słońcu, a tym które mieszkają w kurortach pewnie nie raz coś spada z restauracyjnych stolików, wszak tylko nieliczni turyści pozostają obojętni na kocie wdzięki i prężące się grzbiety. Sama kilkakrotnie im uległam!
W bułgarskim Sozopolu w ciągu dnia kocury szczególnie chętnie wylegiwały się na koszach na śmieci. Popłudniową porą wędrowały od restauracji do restauracji, aby po sutym posiłku położyć się w cieniu na poobiednią drzemkę. Rozleniwione niechętnie pozowały do zdjęć podnosząc tylko głowy z miną pytającą: ale czego Ty ode mnie chcesz? Tylko te buszujące pomiędzy stołami w restauracjach radośnie podchodziły do aparatu z nadzieją, że za zdjęcie dostaną coś dobrego. I na ogół oczywiście dostawały.






Polskie koty mają trochę trudniejsze życie. Chłodniejszy klimat, mniej turystów, a w mieście ludzie częściej je przeganiają niż karmią. Włóczą się więc stworzenia po ulicach, piwnicach, nawet między cmentarnymi nagrobkami próbując upolować wiewórkę, kaczkę lub choćby wróbla...



W marcu na ulicach widać (i przede wszystkim słychać) więcej kocurów, bowiem zaczęło się marcowanie, czyli kocie gody. Więc jeśli w nocy obudzi nas głośne miauczenie, bądźmy bardziej wyrozumiali dla przyszłych kocich rodziców.

czwartek, 20 lutego 2014

Skansen w Nowym Sączu - poza sezonem szary i smutny

Sądecki Park Etnograficzny to jeden z ciekawszych skansenów w Polsce. Położony na obszarze ponad 20 ha, ma bardzo przemyślany układ przestrzenny. Został podzielony w taki sposób, aby w poszczególnych częściach prezentować budownictwo różnych grup kulturowych zamieszkujących dawną Sądecczyznę: Lachów Sądeckich, Pogórzan, Łemków, Górali Sądeckich, a nawet Cyganów Karpackich i kolonistów józefińskich, czyli Niemców Galicyjskich. Na terenie skansenu znajdują się m.in. trzy kościoły (cerkiew greckokatolicka oraz kościół rzymskokatolicki i ewangelicki), dwór szlachecki z XVII w. oraz oryginalne chałupy zamieszkiwane niegdyś przez wszystkie wspomniane grupy ludności, a także liczne budnynki gospodarcze.
Poza sezonem turystycznym niestety budynki można oglądać tylko z zewnatrz. Jednynie grupy z przewodnikiem mogą zajrzeć do ich wnętrza. Bezśnieżna zima sprawiła, że w skansenie są obecnie prowadzone prace remontowo-naprawcze m.in. wycinka drzew. Pochmurna aura raczej nie zachęca do zwiedzania muzeum na świeżym powietrzu i na takiej przestrzeni (na spacer trzeba poświęcić ok. 3 godz.), co powoduje wrażenie pustki i opuszczenia. Być może właśnie tak po II wojnie światowej wygladały beskidzkie wsie, z których wysiedlono np. ludność łemkowską... 



















W skład skansenu wchodzi również Miasteczko Galicyjskie, jednak zwiedzalismy je w strugach deszczu, dlatego robienie zdjęć odłożyłam na następny raz i ładniejszą pogodę.