sobota, 10 października 2015

Różne oblicza Wiednia

Żeby dotrzeć do hotelu, musieliśmy przejechać całe centrum Wiednia. Nie wiedziałam, czy łapać za aparat i przez szybę auta robić zdjęcia, czy z zachwytu kręcić głową we wszystkie strony. Po przaśnym nieco Belgradzie natężenie zabytków klasy 0 na m² spowodowało, że prawie dostałam oczopląsu. Gdy jednak zaczęliśmy zwiedzać stolicę Austrii, to nie pełne przepychu budowle pamiętające czasy świetności monarchii Habsburgów przykuły mój wzrok, ale dawny bunkier w Esterhazypark w dzielnicy Mariahilf, znany obecnie pod nazwą Haus des Meeres (Dom Morza). Budynki tego typu wznoszono w czasie II wojny światowej i nazywane są flaktrum lub wieżami FLAK (z jęz. niem. Flugabwehrkanone lub Fliegerabwehrkanone, w skrócie właśnie FLAK). Wiedeński w Esterhazyparku zbudowano w latach 1943-44. Spełniał rolę schronu, ale także platform dla artylerii przeciwlotniczej. Podobne są także w innych częściach Wiednia oraz w Berlinie i Hamburgu. Po wojnie budynek pełnił przez jakiś czas funkcję hotelu, zaś w latach pięćdziesiątych XX w. stał się siedzibą Towarzystwa Biologii Morskiej założonego w 1957 r. Wewnątrz znajduje się akwarium morskie, stacja badawcza oraz kawiarnia widokowa, zaś na zewnątrz ścianka do wspinaczki. W 1991 r. budynek przeszedł modernizację według projektu Lawrence'a Weinera. Dodana została nadbudówka z mottem w języku niemieckim i angielskim, które nieco wzniośle można przetłumaczyć jako Zdruzgotany na kawałki (gdy nocny pokój nastał). W latach 2000 i 2007 do betonowej konstrukcji dobudowano także szklane skrzydła, w których obecnie mieszkają egzotyczne gady i ptaki.

Haus des Meeres




Z Esterhazypark blisko jest już do Maria-Theresien-Platz. A tam z jednej strony czeka MuseumsQuartier, czyli uczta dla wielbicieli wszelkich dziedzin sztuki, przede wszystkim architektury, bowiem na małej przestrzeni można zobaczyć zarówno budynki o klasycznej wiedeńskiej formie, jak i budowle bardzo nowoczesne, jak choćby MUMOK z ekspozycją poświęconą sztuce współczesnej. Modernistyczna jest także jego bryła, ale mimo że jestem zwolenniczką łączenia starego z nowym, to akurat ten budynek zupełnie nie przypadł mi do gustu. Jedyne, czego żałowałam, to, że w stolicy Austrii planowaliśmy zostać tylko dwa dni (urlop nieubłaganie się kończył) i niestety muzea od razu skreśliliśmy z planu zwiedzania. Mogę sobie tylko wyobrazić te wszystkie płótna Klimta czy akty Schielego. Niestety, żeby zobaczyć w Wiedniu wszystko, co bym chciała, musiałabym zostać tu chyba z tydzień. Zatem żadnych obrazów, jedynie architektura. Dużo architektury. Z zewnątrz.




Po przeciwnej niż MuseumsQuartier stronie placu wznoszą się dwa bliźniacze gmachy, a w nich Kunsthistorisches Museum (Muzeum Historii Sztuki) i Naturhistorisches Museum (Muzeum Historii Naturalnej). Pomiędzy nimi stoi monumentalny pomnik cesarzowej Marii Teresy. 






Stamtąd już tylko rzut beretem do Hofburgu - dawnej rezydencji Habsburgów, gdzie znowu mieszczą się muzea, muzea i jeszcze raz muzea. Aaaaa, i biblioteka jeszcze. Pałac jest rozległy. Ma aż 18 skrzydeł! Zdecydowanie najciekawsza jest południowa część kompleksu. W najbardziej wysuniętym na południe skrzydle mieści się kolejne, jedno z najbardziej znanych muzeów w Wiedniu - Albertina, kolebka grafiki z pracami Dürera na czele. W 2003 r. budynek został poddany gruntownej renowacji i zyskał kilka nowoczesnych elementów oraz oświetlenie przypominające wiązki lasera. Przed Albertiną znajduje się ciekawy pomnik przeciwko wojnie i faszyzmowi z 1988 r. wykonany według projektu zmarłego w 2009 r. Alfreda Hrdlicki. Stoi w miejscu reprezentacyjnej kamienicy Philipphof, która została zburzona w marcu 1945 r. w wyniku alianckiego bombardowania. Zginęło wówczas ok. 300 osób, które schroniły się w piwnicach.




Pomnik przeciwko wojnie i faszyzmowi
Pomnik przeciwko wojnie i faszyzmowi



Albertina



Z kolei za plecami Albertiny znajduje się palmiarnia, a także restauracja z tarasem (idealna by wieczorem, przed powrotem do hotelu, mając w nogach 15 km marszu po mieście wypić jeszcze lampkę austriackiego rieslinga) oraz niewielki kameralny park Burggarten. Wieczorem można zobaczyć jak na pałacowych schodach tańczą młodzi ludzie. I bynajmniej nie wiedeńskiego walca...





Wiedeńskie Stare Miasto onieśmiela - ogromem i przepychem budynków, witrynami drogich marek, ruchem i gwarem. Z zabytkową zabudową kontrastują budowle ze szła i stali bezwstydnie wypinające się gdzieniegdzie spomiędzy gotyckich i barkowych zabytków. W jednym z takich szklanych domów przegląda się Stephansdom (Bazylika Św. Stefana) - najbardziej rozpoznawalny z ok. 660 wiedeńskich kościołów. W jej cieniu dorożki czekają na zamożniejszych turystów, zaś na pobliskim Stephansplatz oraz deptaku Graben rozgościły się kawiarniane ogródki i budki z kiełbaskami w bułkach. Kiedy żar leje się z nieba, to nie na kiełbaskę ma się ochotę, ale na lody. Gdy w lodziarni u Juliusa Meinla tłumaczę chłopakom nazwy smaków, sprzedawca zwraca się do nas po polsku (choć z silnym niemieckim akcentem). Jemy lody patrząc na instalację francuskiej artystki Julien Berthier (ur. 1975 r.) pt. Monumental Break przedstawiającą jeźdźca oddzielonego od konia oraz wzniesioną w 1692 r. przez Leopolda I barokową morową kolumnę Pestsäule (Trójcy Świętej) upamiętniającą pokonanie epidemii dżumy w 1679 r. Kolejny z wiedeńskich kontrastów, jednak rzeźbę Julien Berthier będzie można podziwiać tylko do 1 listopada tego roku. 


Pasaż w Palais Ferstel na Herrengasse

Pasaż w Palais Ferstel 




Julien Berthier "Monumental Break"
Pestsäule








Graben

Budka z kiełbaskami na Graben

Bazylika Św. Stefana
Bazylika Św. Stefana











Na Starym Mieście dominuje architektura gotycka i barokowa. Młodsze zabytki, z XIX w. jak Parlament, budynek Ratusza czy Uniwersytet ulokowane są przy Ringstrasse, nieco na obrzeżach Starówki.

Parlament

Ratusz (akurat trwał festiwal filmowy)

Dziedziniec Uniwersytetu

Dla mnie to za dużo przepychu jak na jeden dzień. Moje oczy potrzebowały czegoś bardziej współczesnego. Idealny jest słynny kolorowy dom Hundertwassera. Żeby tam dotrzeć, trzeba przejść przez dzielnicę, w której dominują biurowce i nowoczesne hotele, a przy okazji można trafić na moment, gdy kucharze mają akurat przerwę na lunch i papierosa. Lub na sklep z akcesoriami dla magików. Vienna Magic... O twórczości Hunderwassera napiszę oddzielnie kilka zdań, bo to bardzo ciekawa postać współczesnej architektury, a Wiedeń ma kilka jego dzieł na swojej mapie. 



Dom Hundertwassera

Dzieciaki bardzo dzielnie dreptały po mieście w ponad trzydziestostopniowym upale, więc na deser zabraliśmy je na Prater. Dla mnie to największe wiedeńskie rozczarowanie. Wyobrażałam sobie wiele razy te diabelskie młyny stojące w centrum miasta, wagoniki zawieszone tuż nad zabytkowymi kopułami kościołów. Nic bardziej błędnego. Ot, trochę większe wesołe miasteczko, 5 km od ścisłego centrum. Sam kicz, ale maluchy były zachwycone samochodowymi rajdami i zderzeniami, po których miałam potem siniaki na kolanach. W piątkowe popołudnie dominowali głównie turyści oraz muzułmańska społeczność Wiednia. Muzułmanie są na ulicach stolicy Austrii bardzo widoczni, szczególnie kobiety z dziećmi. To stara imigracja, już zasymilowana, często pracująca w wiedeńskich instytucjach jak dziewczyna, która przywitała nas w hotelowej recepcji, mówiąca świetnie po angielsku, uśmiechnięta i chętnie służąca pomocą. Jednak mimo wszystko przeżyłam na ulicach Wiednia szok kulturowy. Częściej niż na zachód, jeżdżę na wschód, szczególnie w ostatnich latach, i to pierwsze miasto, w którym widziałam tak liczną muzułmańską mniejszość. Nawet w wielokulturowym Skopje Muzułmanów nie było aż tak dużo. Przy okazji chłopaki mieli kulturoznawczą i religioznawczą pogadankę, bo zupełnie nie pojmowali, dlaczego te panie chodzą w chustach i początkowo myśleli, że to zakonnice!







Z Prateru do centrum też wróciliśmy piechotą. Na chwilę zatrzymalismy się w Stadpark (Park Miejski), by zobaczyć złotą postać Johanna Straussa syna z 1925 r. Z pobliskiej restauracji dobiegały dżwięki walca...

Stadpark

Stadpark

W sumie pierwszego dnia zrobiliśmy ponad 15 km na nogach. Z moimi kilkoma kilogramami nadwagi i kondycją prosto zza biurka marzyłam tylko o tym, by gdzieś usiąść. Kuchnia austriacka jest wstrętna, więc wybraliśmy włoską restaurację, w której kelner, Włoch, umiał nawet kilka zdań po polsku, ale już od progu krzyczał No pizza! Nawet nie mieliśmy na nią ochoty. Gdy jednak przy stoliku obok usiadło małżeństwo z dzieckiem i dostali pizzę, zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. Że niby Polacy zamówią jedną pizzę na czworo? I jeszcze pewnie szklankę coli i cztery słomki! Więc przy rachunku uśmiechnęliśmy się tylko nieśmiało. No pizza, no tip! 

W Wiedniu są i kawiarnie wystrojem nawiązujące do poprzednich stuleci...

... i całkiem nowoczesne



W drodze powrotnej do hotelu wpadliśmy jeszcze tuż przed zamknięciem do sklepu sieci Spar. Niesamowite, że wina musujące stoją tam w lodówkach! Głośno powiedziałam, że chyba jesteśmy ostatnimi klientami, na co ładna blondynka zza kasy odpowiedziała: Tak, jesteście dziś ostatnimi klientami! Społeczność Wiednia jest tak wielokulturowa jak eklektyczna jest jego architektura. Wzięliśmy schłodzone wino i wróciliśmy do hotelowego pokoju. Trzeba było nieco odpocząć, bo nazajutrz czekał na nas Schönbrunn.

sobota, 3 października 2015

Spacerem po Belgradzie

- Skąd jesteście? - kobieta w wieku moich rodziców, zapewne słysząc nasz słowiański język, zaczepia nas pod sklepem spożywczym, gdy pierwszego wieczoru w Belgradzie czekamy z Andrzejem i Jerzykiem, aż Piotr zrobi zakupy na kolację. Posługuje się nienagannym angielskim.
- Z Polski.
- Z Polski? To co robicie w Belgradzie?
- Jesteśmy na wakacjach.
- Na wakacjach w Belgradzie? - na jej twarzy maluje się zdziwienie i niedowierzanie, ale chyba nie chce nas zniechęcać do miasta, więc pyta jak nam się podoba. Gdy mówię, że jest pięknie, jest jeszcze bardziej zdziwiona.
- Tak, jest pięknie... - nie wiem już, czy teraz sama siebie nie próbuje przekonać, że jej miasto może się komuś podobać. 
Rozmawiamy jeszcze chwilę. Opowiada o swoich wnuczkach, nieco starszych od moich chłopaków. Wreszcie życzy nam udanego pobytu i znika w sklepie. Stolica Serbii nie jest miastem, przez które przetaczają się tłumy turystów, może stąd jej zdziwienie. Po ulicach kręcą się głównie backpackersi, ale, o dziwo, przyjeżdża tu też sporo Polaków. Chwilę przed tą rozmową mieliśmy w restauracji miłe spotkanie z rodakami z Wrocławia, którzy tak jak my zwiedzali Belgrad z dzieciakami. Nazajutrz spotkaliśmy ich znowu, tym razem pod Kalemegdanem - w chyba najbardziej spacerowym miejscu w całym Belgradzie. Mijaliśmy też wycieczkę harcerzy z Płocka. Bo Belgrad to nie miasto, gdzie będzie się biegać od muzeum do muzeum, choć ma jak najbardziej artystyczne tradycje. To miasto idealne, by powłóczyć się jego ulicami, przysiąść gdzieś na kawę, zapatrzyć się w modrą wodę Dunaju (lub Sawy) czy zjeść pikantne grillowane i następnie marynowane papryki, których nie skosztuje się chyba nigdzie poza Serbią. To miasto, gdzie bez pośpiechu idzie się przed siebie chłonąc jego atmosferę i podziwiając gęstą zabudowę we wszystkich chyba możliwych stylach architektonicznych. Przy ulicy Terazjie można zobaczyć secesyjny Hotel Moskwa z początku XX w., w którym zatrzymywały się osobistości świata polityki, filmu czy sportu. Nazwa hotelu to wcale nie pamiątka po poprzednim reżimie i przynależności Jugosławii do bloku socjalistycznego, ale po siedzibie i hotelu Towarzystwa Ubezpieczeniowego "Moskwa", gdzie do II wojny światowej skupiało się życie dyplomatyczne i kulturalne Belgradu. Hotel stoi vis à vis powojennego budynku banku. To właśnie tuż obok tego budynku ciągnie się street artowy Čavketov Pasaž oraz mały zadaszony plac, z tureckiego nazywany Bezistan, co oznacza dosłownie "bazar, rynek". Pośrodku stoi ciekawa fontanna ozdobiona mozaikami, w których kocha się Belgrad. Z placu Bezistan wychodzi się na Plac Mikołaja Pašicia (najmłodszy w mieście, wytyczony w 1953 r.) z nowoczesnymi fontannami, a nieco dalej wznosi się neoklasycystyczny budynek Zgromadzenia Narodowego wzniesiony w latach 1906 - 1936. Taki właśnie jest cały Belgrad.

Hotel Moskwa



Parlament

Parlament nocą

Jednak pierwszym miejscem, do którego swoje kroki kierują chyba wszyscy turyści jest wspomniane wzgórze Kalemegdan z pozostałościami twierdzy. U stóp wzgórza znajduje się niewielki park, w którym na licznych straganach można zaopatrzyć się w pamiątki z Belgradu. W cieniu drzew, tuż przy fontannie z rybakiem, ustawione są stoliki do gry w szachy. Widziałam takie w wielu europejskich miastach, wliczając w nie np. Grodzisk Mazowiecki, ale dopiero w Belgradzie zobaczyłam, że jest sens takie stawiać. Niemal wszystkie zajęte były przez lokalnych wielbicieli tej gry. Andrzej, który od roku chodzi do szkółki szachowej, chciał nawet stanąć z jednym z panów w szranki, ale napotkał barierę językową, a mężczyzna w wieku jego dziadka nie bardzo dowierzał, że ma grać z siedmiolatkiem, więc skończyło się na pamiątkowym wspólnym zdjęciu.

Pomnik Rybaka





Idąc dalej mija się ciekawy pomnik Wdzięczności Francji z 1930 r. dłuta Ivana Meštrovicia - klasyczny przykład nurtu Art Deco w sztuce będący wyrazem podziękowania za pomoc okazaną Serbom przez Francję w czasie I wojny Światowej.



Nazwa Kalemegdan pochodzi z tureckiego i oznacza "pole pod twierdzą". Fragment fosy został zaadaptowany na korty tenisowe, a na terenie twierdzy znajduje się Muzeum Wojska. Część eksponatów, ku radości moich chłopaków, wystawiona jest na zewnątrz, przy murach. Przy murach znajduje się także cerkiew Ružica oraz kaplica Św. Petki wyłożona mozaiką. W mury obronne wkomponowana jest restauracja. Wewnątrz obwarowania znajduje się duży park, z którego roztacza się piękny widok na ujście Sawy do Dunaju oraz zabudowania Nowego Belgradu z charakterystycznym budynkiem Zeptera oraz na dzielnicę Zemun. 


Kalemegdan - Brama Stambulska i Wieża Zegarowa

Kalemegdan - Muzeum Wojska


Kalemegdan - widok na ujście Sawy do Dunaju i zabudowania Nowego Belgradu




Kalemegdan - kapilica Św. Petki

Wnętrze kaplicy Św. Petki



Kalemegdan w wydaniu street artowym

Z Kalemegdanu, wychodząc Bramą Vidin, tuż przy ZOO, dojdzie się do dzielnicy Dorćol. To kolejna turecka nazwa w topografii Belgradu. Oznacza "skrzyżowanie czterech ulic", które w tej części miasta faktycznie wytyczone są z niezwykłą dokładnością. Dzielnica słynie z zieleni oraz dużej ilości kawiarni i restauracji. Stoi tam jedyny w Belgradzie meczet Bajrakli. Jedna z głównych ulic dzielnicy nosi nazwę Tadeusza Kościuszki. To nie jedyny polski akcent w mieście. Znalazłam także pomnik Fryderyka Chopina vel Frederika Sopena, choć w zupełnie innym zakątku miasta. 









Dorćol schodzi aż do brzegu Dunaju, jednak wzdłuż rzeki ciągnie się jedynie promenada spacerowa. Stoi przy niej Pomnik Ofiar Holocaustu oraz ciekawy modernistyczny budynek wchodzący w skład ośrodka sportowego. Wieczorami ludzie spotykają się na niedalekim Placu Studenckim, który jednak leży już poza obrębem dzielnicy.

Pomnik Ofiar Holocaustu


Plac Studencki

Za to w dawnych zabudowaniach magazynowych kapitanatu Żeglugi Dunajskiej wzniesionych w latach 1936-37 (to jedyny zachowany budynek portowy z dwudziestolecia międzywojennego), dla zmyłki położonych nad Sawą, tuż przy jej ujściu do Dunaju, rozgościły się eleganckie restauracje. Nie znajdzie się tam typowej kuchni bałkańskiej, raczej śródziemnomorską czy latynoamerykańską, ale z profesjonalną obsługą i pięknie podanymi daniami. Długi (ok. 330 m) modernistyczny budynek nosi potoczną nazwę Beton Hala. Leży tuż przy dzielnicy Savamala, więc przy okazji i w ten rejon warto zajrzeć, choć jest to najbardziej mroczna, zaniedbana i nie ciesząca się zbyt dobrą opinią część Belgradu.

Restauracja Sofa w Beton Hali



Savamala

Savamala

Będąc w Belgradzie nie można nie odwiedzić jednej z największych w Europie cerkwi prawosławnych pod wezwaniem Św. Sawy, która do dnia dzisiejszego nie została tak naprawdę wykończona i straszy surowym wnętrzem. Widać ją z większości miejsc w Belgradzie. 

Cerkiew Św. Sawy

Cerkiew Św. Sawy



Cerkiew Św. Marka

Nasza wizyta w stolicy Serbii zbiegła się praktycznie z dwudziestoleciem masakry ludności muzułmańskiej w Srebrenicy w czasie wojny w Bośni. Byłam zaskoczona, gdy na belgradzkich murach znalazłam symbole krwawej dłoni z datą 11.07.1995 i podpisem sedamhiljada. Okazało się, że Sedam Hiljada to akcja zainicjowana przez dziennikarza Dušana Mašicia mająca na celu przywrócenie pamięci o tym, co stało się w Srebrenicy i uznaniu masakry za ludobójstwo, co rząd serbski oczywiście neguje. Celem działań miało być zgromadzenie co najmniej 7 tys. osób pod Zgromadzeniem Narodowym Serbii dla uczczenia pamięci ofiar. Co ciekawe, to akcja samych Serbów, którzy w ten sposób chcieli się rozliczyć z przeszłością. Jednak serbskie MSW zabroniło zgromadzenia, ale akcja i tak odbiła się szerokim echem w całym Belgradzie i serbskich mediach społecznościowych. Masakra w Srebrenicy nigdy nie została uznana za ludobójstwo. W tym roku rezolucję ONZ w tej sprawie zawetowała Rosja. Nic dziwnego, bowiem Serbia jest jednym z najbardziej prorosyjskich krajów w Europie. Koszulki z podobizną Putina można kupić praktycznie we wszystkich sklepach z pamiątkami w Belgradzie. Tymczasem w Bośni, niemal równocześnie, w dwudziestą rocznicę masakry, obył się marsz pamięci o zdecydowanie antyserbskim wydźwięku.



O ile zgromadzenie zwolenników akcji Sedam Hiljada zostało zakazane, to pod Parlamentem można było zobaczyć transparenty oskarżające Unię Europejską i NATO o bombardowania Serbii (także Belgradu) w latach 1998 i 1999, które miały związek z konfliktem dotyczącym Kosowa, w odwecie za czystki etniczne dokonywane tam przez Serbów. Serbia nigdy nie uznała niepodległości Kosowa, nazywanego także Starą Serbią i nigdy nie pogodziła się z utratą tej prowincji uznawanej przez nią za kolebkę serbskiej państwowości.




Bałkany to część Europy o najbardziej skomplikowanej historii - wieloetniczny, wielonarodowy tygiel, gdzie motorem konfliktów są nie tylko granice, ale i religia. Mimo względnego spokoju w regionie w ciągu ostatnich 15 lat, wojna może się tam, zdaniem ekspertów, rozpocząć znów w każdej chwili. Wystarczy iskra, by pożar wybuchł na nowo.

(foto: iza & pwz)