środa, 23 maja 2018

Białystok. Miasto o trudnej historii i niełatwej współczesności

Jedziesz na majówkę do Białegostoku? Przecież tam nic nie ma! I co w ogóle interesującego można robić w Białymstoku? Takie opinie usłyszałam, gdy zdradziłam swoje majówkowe plany, co ciekawe padły nawet z ust mieszkańców miasta! Gdy natomiast mówiłam, że jadę na Podlasie, w odpowiedzi słyszałam, że to taki cudowny, wielokulturowy region. Oczywiście, Białystok nie jest typem miasta, które jednym tchem wymienić można obok Krakowa, czy Wrocławia, ale mówienie, że nic tam nie ma jest na pewno krzywdzące. Białystok jest zielony, przestronny, z niezbyt gęstą zabudową, z szerokimi ulicami i całą siecią ścieżek rowerowych. Jest czysty i zadbany. Chodząc ulicami, mijając przepyszne wille sąsiadujące z socrealistycznymi blokami, ciężko dziś uwierzyć, że to miasto wyrosło z przypałacowej osady. I że niejednego kopniaka dostało od historii, a II wojna światowa zostawiła tu praktycznie tylko gruzy, całkiem jak w Warszawie. Niektóre źródła mówią o zniszczeniu nawet 80% zabudowy jego centrum! O ile w przypadku Warszawy mówi się o tym głośno, to w kontekście Białegostoku dowiedziałam się dopiero jadąc na miejsce. Nic dziwnego, że nie ma tu spektakularnych zabytków. Ale stolica Podlasia podniosła się z ruin jak Warszawa i... nieco nawet Warszawę przypomina. Bo diabeł tkwi w szczegółach, a te Białystok zawdzięcza... dożynkom!






Centralne dożynki w 1973 r.


Restauracja Receptura, zaliczana do najmodniejszych w Białymstoku, mieści się w dość futurystycznym budynku, jednym z czterech niemal identycznych i połączonych ze sobą, które na pierwszy rzut oka przypominają latające kosmiczne spodki, a gdy spojrzeć z lotu ptaka lub drona przywodzą na myśl... meksykańskie sombrera! Zanim jeszcze złożyliśmy zamówienie, zapytałam kelnera, co mieściło się tu wcześniej. Bo my tu w 1973 r. mieliśmy centralne dożynki... - zaczął i nie musiał kończyć, bo resztę tej historii słyszałam lub czytałam już wcześniej. Dożynki to słowo, które w opracowaniach poświęconych Białemustokowi i w samym mieście do dziś odmienia się przez wszystkie przypadki, to słowo które właściwie zdefiniowało Białystok na kolejne długie lata. Momentami można odnieść wrażenie, że to dożynki zbudowały to miasto.





Decyzja o organizacji centralnych obchodów dożynek we wrześniu 1973 r. zapadła pod koniec poprzedniego roku. Miasto miało około 9 miesięcy, by przygotować się nie tylko do organizacji imprezy, ale i do wizyty ówczesnych władz, na czele z I Sekretarzem KC PZPR, Edwardem Gierkiem i premierem Piotrem Jaroszewiczem. Do dziś krążą anegdoty jak tuszowano wszelkiego rodzaju niedoróbki i to, z czym nie zdążono na czas, szczególnie na trasie przejazdu oficjeli: zamiast trawy sadzono owies, bo szybciej rośnie lub po prostu malowano trawę tam, gdzie jej nie było, na pustostanach, których nie zdążono rozebrać wieszano tabliczki z napisem "do rozbiórki", dachy domów dotąd krytych słomą, z jednej strony, od ulicy, na szybko pokrywano eternitem. Dziś te historie nieco śmieszą, ale fakt faktem, że miasto dostało spory zastrzyk finansowy, dzięki czemu zostało odnowione i wyładniało.

Spodki zaprojektował Henryk Toczydłowski i wzniesiono je w ciągu zaledwie czterech miesięcy! Pierwotnie mieściła się tam kawiarnia Elida (tu, gdzie dziś jest Receptura) oraz bar szybkiej obsługi i Biuro Wystaw Artystycznych.

Oprócz spodków powstały również modernistyczne tzw. okrąglaki, ale i cała gama zdobień socrealistycznych. W tym duchu utrzymane są sgraffita, które ozdobiły odbudowane po wojnie kamieniczki przy Rynku Kościuszki, głównym placu miasta, przy którym dziś mieszczą się liczne restauracje, kawiarnie i lodziarnie oraz przy reprezentacyjnych arteriach miasta, Sienkiewicza i Piłsudskiego, która wówczas nosiła nazwę 1 Maja, a także polichromie autorstwa Doroty i Jerzego Łabanowskich (Al. Piłsudskiego 20/1 i 20/3). To właśnie te akcenty przywodzą na myśl warszawskie Stare Miasto, bo zdobienia utrzymane są w podobnej stylistyce, choć oczywiście styl architektury i sam układ obu miast jest zupełnie inny.

























Pałac Branickich


To bez wątpienia symbol i wizytówka stolicy Podlasia i to tam najczęściej swoje pierwsze kroki kierują turyści. To właśnie wokół pałacu wyrosło samo miasto, pierwotnie jako miasto prywatne Branickich. Hetman wielki koronny Jan Klemens Branicki, który uwielbiał otaczać się przepychem, w XVIII w. znacznie rozbudował rezydencję oraz otaczający ją ogród na wzór posiadłości francuskich, dzięki czemu kompleks zyskał przydomek Wersalu Podlasia. Pałac w czasie wojny uległ zniszczeniu i obecny to w dużej mierze rekonstrukcja. Swoją siedzibę ma tu Uniwersytet Medyczny. Zwiedzać można tylko część wnętrz, gdzie znajduje się Muzeum Historii Medycyny i Farmacji. Udostępniony jest także balkon, z którego można podziwiać park znajdujący się na tyłach pałacu. Park nie jest zbyt duży, ale bardzo zadbany i pełen stylowych rzeźb. To idealne miejsce na iście magnacką sesję zdjęciową dla nowożeńców!











Wielokulturowość i Szlak Dziedzictwa Żydowskiego


Białystok, podobnie jak całe Podlasie, to najbardziej wielokulturowy region Polski. W mieście żyje największy w Polsce odsetek osób wyznających prawosławie, którzy stanowią ok. 20% wszystkich mieszkańców. Obok trzydziestu pięciu kościołów katolickich znajduje się tu jedenaście cerkwi. Kiedyś po sąsiedzku stały też synagogi. Na ulicach słychać było mieszankę języków: polskiego, jidisz, niemieckiego, rosyjskiego, białoruskiego, ukraińskiego, czy litewskiego. W takim świecie dorastał Ludwik Zamenhof i właśnie ta białostocka Wieża Babel (jako dziesięciolatek napisał dramat pt. "Wieża Babel, czyli tragedia białostocka w pięciu aktach") zainspirowała go do stworzenia uniwersalnego języka, którym mogliby posługiwać się wszyscy ludzie. Zamenhof nazwał go esperanto.




Na początku XX w. Żydzi stanowili ponad 60% ludności Białegostoku! Ta liczba w dwudziestoleciu międzywojennym uległa zmniejszeniu, w dużej mierze przez włączenie w 1921 r. w granice administracyjne Białegostoku okolicznych wsi zamieszkiwanych przede wszystkim przez ludność polską. Szacuje się, że wówczas liczba osób wyznania mojżeszowego wahała się w granicach 40%. Funkcjonowało ok. 60 synagog i domów modlitwy (niektóre źródła podają, że było ich 100). Najstarszą wzniesiono w latach 1711–1718 przy ówczesnej ul. Bożniczej (obecnie Suraskiej). Została rozebrana w latach 1906–1908, zaś w latach 1909–1913 na jej miejscu wybudowano tzw. Wielką Synagogę według projektu Samuela J. Rabinowicza. Okazały gmach łączył w sobie styl neogotycki i neobizantyjski, a zdobiła go masywna kopuła o średnicy 10 metrów. W czasie II wojny światowej świątynia została spalona wraz z uwięzionymi w niej ludźmi. Gdy pożar dogasł, zgliszcza przykrywała jedynie odkształcona pod wpływem ognia kopuła, która jakimś cudem przetrwała. Dziś w tym miejscu stoi pomnik nawiązujący do tej tragicznej historii i upamiętniający białostockich Żydów.



Do dziś zachowały się trzy budynki dawnych synagog: synagoga Beit Szmuel przy ul. Branickiego 3 (niedaleko Pałacu Branickich), synagoga Piaskower przy ul. Pięknej 3 i synagoga Cytronów przy ul. Waryńskiego 24a. Oczywiście mają one już zupełnie inne przeznaczenie (w ostatniej z wymienionych mieści się Galeria im. Sleńdzińskich gromadząca zbiory związane z kulturą kresów wschodnich), a w dodatku są tak niepozorne, że można wcale nie domyślić się, że kiedyś mieściły się tu miejsca kultu religijnego. Wszystkie znajdują się na Szlaku Dziedzictwa Żydowskiego, który od dziesięciu lat prowadzi po żydowskich pamiątkach w Białymstoku.





Zachował się także jeden z dwóch cmentarzy żydowskich, przy ul. Wschodniej. W miejscu drugiego dziś znajduje się Park Centralny. Jego powstanie to jedna z mniej chlubnych kart w historii Białegostoku. Cmentarz został bardzo zniszczony przez Niemców w czasie II wojny światowej, potem nie miał się kto o niego upomnieć, więc dalej był dewastowany przez miejscowych wandali. Wreszcie ówczesny architekt miejski w 1954 r. podjął decyzję, by... cmentarz zasypać. Nawet nie zadano sobie trudu, żeby usunąć macewy, zasypano je tak, jak stały. To dlatego parkowa górka ma ponad 5 m wysokości! Dziwne to uczucie chodzić między drzewami mając świadomość, że pod stopami, gdzieś tam głęboko, ma się groby. Uczucie podobne do tego, które zawsze towarzyszy mi na warszawskim Muranowie, wzniesionym na gruzach getta i podobnie jak w Białymstoku tylko przysypanych warstwą ziemi i wyrównanych, z tą różnicą, że zamiast drzew, w stolicy wyrosło osiedle mieszkaniowe. Przy wejściu do parku znajduje się tabliczka informująca o tym, że kiedyś w tym miejscu znajdowała się nekropolia. Nieopodal tej oazy zieleni znajduje się nowoczesny budynek Opery i Filharmonii Podlaskiej oraz siedziba Białostockiego Teatru Lalek.



Opera i Filharmonia Podlaska (Europejskie Centrum Sztuki)


Oddany do użytku we wrześniu 2012 r. gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej na pierwszy rzut oka budzi skojarzenia z budynkiem Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, powstał wszak według projektu prof. Marka Budzyńskiego, tego samego, który jest współautorem BUW. Zbliżona jest konstrukcja i ogrody na dachu (na najwyższy poziom niestety nie udało nam się wejść). Ciekawa, częściowo przeszklona bryła świetnie komponuje się zarówno z sąsiednim Białostockim Teatrem Lalek, jak również z Parkiem Centralnym, abstrahując od jego historii.











Modernizm międzywojenny


Mimo wojennych zniszczeń w Białymstoku zachowały się dwa podręcznikowe przykłady modernizmu dwudziestolecia międzywojennego. To Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki oraz kościół Chrystusa Króla i Św. Rocha. 

Gmach teatru został wzniesiony w latach 1933-1938 według projektu Jarosława Gerycza. Do dziś przetrwał nawet oryginalny rozkład wnętrz teatralnych. Budynek mieści się na terenie parku Księcia Józefa Poniatowskiego, nieopodal Pałacu Branickich.





Kościół natomiast zaprojektował Oskar Sosnowski. Budowę, z użyciem nowatorskiego jak na ówczesne czasy zbrojonego betonu dotąd wykorzystywanego praktycznie tylko w budownictwie przemysłowym, rozpoczęto w 1927 r. Świątynia cudem przetrwała wojnę i ostatecznie została ukończona w 1947 r.


Galeria Arsenał Elektrownia


W 1807 r. Białystok stał się częścią Imperium Rosyjskiego jako tzw. obwód białostocki. Gdy po upadku powstania listopadowego wprowadzono wysokie cła pomiędzy Królestwem Polskim a pozostałymi ziemiami ówczesnej Rosji, wiele zakładów, głównie włókienniczych, przeniosło się do Białegostoku i okolicznych miejscowości, choćby do Supraśla. Białystok bez mała nagle stał się prężnym ośrodkiem przemysłu lekkiego. Zyskał nawet przydomek Manchesteru Północy. Dziś niestety architektura poprzemysłowa niszczeje i coraz częściej jest wyburzana, choć mogłaby służyć celom kulturalnym jak mieszczący się w budynku starej elektrowni z początku XX w. oddział Galerii Arsenał, zwany po prostu Elektrownią. 



Teraz zdradzę Wam sekret, skąd w ogóle wziął się pomysł, by majówkę spędzić w Białymstoku. Otóż któregoś dnia na Instagramie zobaczyłam neon w kształcie gwiazdy. Pozornie to nic szczególnego, ale neon był autorstwa jednego z moich ulubionych artystów współczesnych, Maurycego Gomulickiego. Jeśli tu zaglądacie, to zapewne wiecie, że często kierunki naszych podróży wyznaczają aktualne ciekawe wystawy. Nowy neon Gomulickiego był częścią ekspozycji pt. „Plusy i minusy. O elektrowni białostockiej” poświęconej historii tego niezwykłego miejsca, dziś prezentującego sztukę w niecodziennych wnętrzach. Szalenie lubię architekturę postindustrialną i uważam, że świetnie się sprawdza jako miejsce wystaw sztuki współczesnej, choć ta akurat łączyła sztukę z historią, ale w sposób i ciekawy, i oryginalny.






Przed wejściem można zobaczyć drugą pracę artysty, w postaci wielkiej kuli. Natomiast drzwi do galerii zdobi koronka NeSpoon, jedna z dwóch jej prac w Białymstoku. Bo stolica Podlasia może pochwalić się także całkiem pokaźną kolekcją street artu, która zasługuje na oddzielny wpis, szczególnie, że w czasie naszego czterodniowego pobytu zobaczyliśmy kilkanaście bardzo dobrych murali! Spodziewajcie się zatem w najbliższym czasie mnóstwa białostockiej sztuki ulicznej!




Białystok z dziećmi 


Białystok nie jest oczywistym kierunkiem, jeśli chodzi o podróżowanie z dziećmi. Ma niewiele atrakcji stricte familijnych. Atutem miasta jest bez wątpienia Białostocki Teatr Lalek. Obejrzeliśmy przedstawienie pt. "Robot i motylek", w którym grają i lalki, i aktorzy wciągając publiczność do wspólnej zabawy, także po zakończeniu spektaklu, bowiem dzieci zostały poproszone o dopisanie dalszego ciągu opowiedzianej historii i przysłanie do teatru. Bardzo fajny pomysł! Andrzej za odrabianie pracy domowej zabrał się zaraz po wyjściu z teatru, na ławce w parku.



Kilka kilometrów od stolicy Podlasia znajduje się Jurajski Park Dinozaurów "Muzeum Dziejów Ziemi". Nie jestem fanką takich miejsc, ale podróżując z dziećmi staramy się wprowadzać równowagę między tym, co interesuje nas, dorosłych, a tym, co jest atrakcyjne dla najmłodszych. Dzieciom się podobało, a jeszcze bardziej podobały się im dmuchańce, park linowy i gokarty, które znajdują się tuż przy parku. Obok jest też skansen, ale o nim opowiem oddzielnie.



Białystok budzi dziś wiele negatywnych skojarzeń. Mówi się, że to miasto ONR-owców, kibiców Jagiellonii i fanów disco-polo, miasto bez pamięci, rasistowskie i ksenofobiczne, co w dużej mierze jest zasługą książki "Białystok. Biała siła, czarna pamięć" Marcina Kąckiego, książki bardzo dobrej, ale nieco krzywdzącej to miasto. Z jej kart wyłania się obraz Białegostoku jako dawnego wielokulturowego tygla, w którym żyli Żydzi, Polacy, także ci o białoruskich czy litewskich korzeniach i w którym przenikały się różne religie: judaizm, katolicyzm, prawosławie i islam, a który dziś jest wielokulturowy tylko w teorii i jawi się jako arena uprzedzeń oraz wzajemnych oskarżeń o popełnione zbrodnie. Cztery dni to zbyt krótko, by wejść w miasto na tyle głęboko, żeby potwierdzić te tezy lub im zaprzeczyć, ale na pewno Białystok stara się swoją historię pielęgnować. Widziałam wielokulturowy mural poświęcony wszystkim narodom i religiom (był jeden incydent z namalowaniem na nim swastyki, ale szybko została ona usunięta), jest wspomniany Szlak Dziedzictwa Żydowskiego, przy Parku Centralnym znajduje się tabliczka z informacją, że tereny zielone powstały w miejscu cmentarza żydowskiego, zaś w tym czasie, gdy odwiedziliśmy miasto, w Teatrze Lalek wystawiane było przedstawienie pt. "Pięcioksiąg Izaaka", opowieść o życiu żydowskiego krawca, Izaaka Jakuba Blumenfelda, który w zależności od tego, gdzie akurat rzucił go los, staje się krawcem polskim, rosyjskim, czy niemieckim. Polska nie miała łatwej historii, a w czasie II wojny światowej wymordowano niemal wszystkich jej żydowskich mieszkańców. I tak jak Białemustokowi można zarzucić zasypanie cmentarza żydowskiego, tak Warszawie pobieżne wyrównanie terenu Dzielnicy Północnej i wzniesienie z jej gruzów (dosłownie, bo budulec uzyskiwano z przemiału gruzu z pożydowskich kamienic) socrealistycznego Muranowa, a mieszkańcom wielu innych mniejszych miast przerabianie macew na sprzęty użyteczne w gospodarstwach takie jak tarcze szlifierskie, czy żarna. Czy wynikało to z antysemityzmu, czy raczej z braku pomysłu na zagospodarowanie miejsc, o które po wojnie nie było się komu upomnieć i wobec konieczności odbudowy miast i zapewnienia miejsca do życia dla przybywających za pracą ludzi ze wsi? Dziś łatwo jest oceniać i szufladkować. Miasta takie jak Białystok, gdzie mieszają się nacje i religie, należą do najtrudniejszych do zrozumienia, bo tu każdy jest u siebie, ale i tak głos decydujący ma większość lub ten, kto rządzi. To bolączka wszystkich pograniczy, ale jednocześnie i to, co w takie miejsca przyciąga. Starałam się zrozumieć Białystok i myślę, że na tyle, na ile pozwala tak krótki czas, udało się. Zrozumiałam też ludzi, których znam i którzy deklarują, że na emeryturze wrócą z Warszawy do swojego rodzinnego Białegostoku. Ja też polubiłam stolicę Podlasia!

poniedziałek, 7 maja 2018

Supraśl. Klasztor i włókiennictwo

Ci, którzy mają już cegiełki, czekają tu na wejście, resztę zapraszam do zakupu. Energiczny braciszek wprawnie dyrygował ruchem przed wejściem do prawosławnego Monasteru Zwiastowania Najświętszej Bogarodzicy w Supraślu. Chętnych, by w upalny świąteczny dzień zobaczyć jedyny w Polsce prawosławny klasztor z cerkwią obronną, nie brakowało. To bez wątpienia największa atrakcja tego niewielkiego podbiałostockiego miasteczka.



Monumentalny kompleks klasztorny to pierwsze, co widać zaraz po wjeździe do Supraśla. Położony jest nieco na uboczu, za to wśród pól i łąk, na których pasą się konie. Otoczony jest mnóstwem zieleni, o tej porze roku intensywnie nasyconej kolorami. Klasztor założony został pod koniec XV w., choć nie od razu w tym miejscu. Pierwotną siedzibą monasteru był niedaleki Gródek. Tam znajdował się zamek należący do fundatora klasztoru, wojewody nowogródzkiego i marszałka Wielkiego Księstwa Litewskiego, Aleksandra Chodkiewicza, zaś sam Gródek zwany był wówczas Zamkiem Supraśl. To właśnie Chodkiewicz wraz z arcybiskupem smoleńskim Józefem Sołtanem założyli monaster. Magnat wzniósł dla zakonników drewnianą cerkiew w obrębie zamku i choć przybywali do niej jedynie na nabożeństwa, to jednak głośne dworskie życie nie pozwalało mnichom skupić się na modlitwie. Dlatego kilka lat później, na początku kolejnego stulecia, postanowili oni znaleźć dla siebie spokojniejsze miejsce. Legenda mówi, że w tym celu do rzeki Supraśl w Gródku wrzucili drewniany krzyż z cząsteczką Krzyża Świętego. Miejsce, do którego dopłynął, miało stać się nową siedzibą klasztoru. Krzyż zatrzymał się w sercu ówczesnej Puszczy Błudów na uroczysku Suchy Hrud położonym między rzeczkami Berezówka i Grabówka, na bagnistym terenie. Ciekawe, że podobna legenda wiąże się także z założeniem innego klasztoru prawosławnego, w Jabłecznej nad Bugiem, który ponoć powstał w miejscu wyłowienia z rzeki ikony Św. Onufrego.



Dziś z dawnego uroczyska niewiele zostało, bagna zostały osuszone po II wojnie światowej. Przez lata kompleks rozrósł się do dość pokaźnych rozmiarów, choć jego historia wcale nie była łatwa. Po podpisaniu unii brzeskiej z 1596 r. klasztor został zmuszony do uznania zwierzchnictwa papieża. Na całym Podlasiu tylko wspomniany monaster w Jabłecznej pozostał wierny prawosławiu. Dopiero po rozbiorach Polski, w 1839 r., gdy odbył się sobór zjednoczeniowy likwidujący unię na ziemiach należących do Cesarstwa Rosyjskiego, monaster w Supraślu powrócił do prawosławia.

Duże straty przyniosła II wojna światowa. Najpierw Armia Czerwona dokonała ogromnych zniszczeń wnętrz kompleksu (spalony został barokowy ikonostas - unikatowe dzieło gdańskich snycerzy), zaś Niemcy w 1944 r. wysadzili obronną cerkiew Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Dzisiejszy budynek jest rekonstrukcją, którą wznosić zaczęto w latach osiemdziesiątych XX w.



Po wejściu za klasztorną furtę, bracia prowadzą zwiedzających w pierwszej kolejności właśnie do cerkwi Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Wnętrze póki co jest jeszcze dość surowe i nie ma ikonostasu. Docelowo całe ma zostać pokryte freskami, identycznymi jak te z XVI w., które zdobiły ściany świątyni przed zniszczeniem (nieliczne przetrwały eksplozję i można je zobaczyć w Muzeum Ikon znajdującym się w tym samym kompleksie, co klasztor, jednak jest to muzeum świeckie i niestety 1 maja było zamknięte). Malowidła są na podstawie zachowanej dokumentacji fotograficznej pieczołowicie odtwarzane przez artystów z Serbii (oryginalne także były dziełem twórców serbskich, bowiem monaster od początku utrzymywał bliskie kontakty z ośrodkami duchowymi na Bałkanach). To właśnie na ten cel idą fundusze uzyskane z cegiełek. Za wstęp płaci się co łaska, ale warto dać więcej, bowiem wiele jeszcze zostało do zrobienia! Póki co freski odtworzono jedynie w centralnej kopule świątyni.




Przy odrobinie szczęścia można zobaczyć także wnętrze mniejszej cerkwi, św. Jana Teologa z końca XIX w., dokąd bracia zapraszają głównie wycieczki zorganizowane. Opowiadają wówczas historię klasztoru i tłumaczą różnice pomiędzy liturgią prawosławną, a katolicką. Wiedzieliście, że dodatkowa poprzeczka na krzyżu prawosławnym występuje tylko w kościołach słowiańskich tego wyznania? Ja wcześniej nie wiedziałam!

Samo miasteczko Supraśl rozwijało się pierwotnie jako osada przyklasztorna. Najbardziej dziś chyba znany, pocztówkowy wręcz widok, który podpowiada każda wyszukiwarka internetowa, to ten z ulicy Konarskiego. Na pierwszym planie drewniany dom, nieco w tle zabudowania monasteru. Budynek z II połowy XVIII w. dziś najczęściej nazywany jest Starą Pocztą, ale pierwotnie był to dom klasztornych ogrodników. Potem mieściła się w nim karczma, wreszcie, po I wojnie światowej, poczta. Dziś to dom prywatny.



Zmiany w Supraślu przyniósł XIX w. Nieudany niepodległościowy zryw, jakim było powstanie listopadowe, spowodował wprowadzenie przez władzę carską wielu represji, m.in. granicy celnej miedzy Królestwem Polskim a pozostałymi ziemiami ówczesnej Rosji. Był to cios dla wielu przemysłowców, których rynki zbytu znajdowały się na wschodzie. Bardziej opłacalne stało się przeniesienie zakładów tuż poza granicę Królestwa Polskiego, np. właśnie do obwodu białostockiego. Pierwszym był Wilhelm Zachert, który w 1834 r. ze Zgierza przeniósł do Supraśla swoje bardzo nowoczesne zakłady tkackie. Ten moment uważa się za początek miasta Supraśl. Rodzinie Zachertów miasto zawdzięcza m.in. utworzenie żeńskiej szkoły z językiem polskim (obecnie w budynku znajduje się Ratusz Miejski) oraz budowę modernistycznego drewnianego Domu Ludowego w dwudziestoleciu międzywojennym, jednego z najciekawszych budynków w mieście.




Za Zachertem przybyli kolejni przemysłowcy, a wraz z nimi wykwalifikowana siła robocza z innych regionów Polski. Supraśl przestał być osadą prawosławnych mnichów, a stał się miastem wielokulturowym, bowiem zamieszkali tu i katolicy, i protestanci, i Żydzi. Już w latach czterdziestych XIX w. Supraśl był z kilkunastoma zakładami włókienniczymi największym ośrodkiem przemysłowym w okręgu i przez jakiś czas przewyższał pod tym względem nawet Białystok!



Po fabrykantach do dziś pozostał eklektyczny pałacyk, zwany pałacem Buchholtza. Pierwotnie należał do Wilhelma Zacherta i wyglądał dużo skromniej. Potem zakupił go Adolf Buchholtz, także przedstawiciel przemysłu włókienniczego przybyły do Supraśla. Mając w perspektywie ślub z córką potentata łódzkiego Scheiblera, Adelą, w latach 1892–1903 znacznie go rozbudował dodając skrzydło i kolejne budynki. Niestety zaraz po ukończeniu pałacu zginął tragicznie w wypadku.



Portrety przemysłowców i członków ich rodzin zdobią dziś okna jednego z opuszczonych domów w centrum miasta.





Włókiennicy pozostawili po sobie nie tylko pałacyk, mieszczący obecnie liceum plastyczne, ale także charakterystyczną dla Supraśla drewnianą zabudowę, czyli domki tkaczy, większość przy ulicy nomen omen 3-go Maja.






Wędrując ulicami Supraśla, nieco pogrążonego w letargu w świąteczny dzień, trudno uwierzyć, że kiedyś działały tu liczne zakłady tkackie. Przemysłu w miasteczku dawno już nie ma. Jest za to cisza, niezwykle czyste powietrze i bogate złoża borowin. Wszystko to sprawiło, że od 1999 r. Supraśl ma status uzdrowiska. A jednak nie znajdziecie tu olbrzymich sanatoriów, raczej niewielkie ośrodki SPA.



Supraśl uznawany jest za perłę Podlasia i na pewno nie można mu odmówić urody, szczególnie o tej porze roku, gdy wciąż jeszcze kwitną drzewa i krzewy i gdy cudnie pachnie bez rosnący w niemal każdym przydomowym ogródku. Zieleń pięknie kontrastuje z barwą starego drewna, a fiolet bzu z jasnymi, odnowionym elewacjami murowanych budynków. Miasteczko jest na tyle małe, że całe można obejść w godzinę, góra dwie. Czy warto tu przyjechać? Dla klasztoru na pewno, reszta nieco mnie rozczarowała, może dlatego, że słyszałam tyle entuzjastycznych opinii o tym miejscu i miałam w związku z tym zbyt duże oczekiwania. Żałuję jedynie, że nie zobaczyłam Muzeum Ikon i to jest na pewno powód, dla którego będę chciała przyjechać tu jeszcze raz. Z Warszawy przecież to tylko dwie i pół godziny jazdy autem!

piątek, 27 kwietnia 2018

Warszawa przyłapana... w kwietniu 2018

Napis Kamień i co jakby trochę wyblakł od mojej ostatniej wizyty na Waliców. Kwiecień w tym roku nieco przeleciał mi przez palce. Wiosną zawsze mam jakąś taką niemoc, zmęczenie po zimie, które mimo eksplozji zieleni i kwiatów na drzewach i krzewach, odbiera mi siły. Więcej czasu spędziłam więc na spotkaniach z rodziną i przyjaciółmi, czy zawodach sportowych dzieci, niż na spacerach po Warszawie. Nie umknęło jednak mojej uwadze, że 30 marca kamienica przy Waliców 14, właśnie ta z muralem Kamień i co, została wpisana do rejestru zabytków. Cieszy mnie to niezmiernie! To jeden z żywych pomników zagłady Warszawy i jej żydowskich mieszkańców, prawdziwszy niż granitowe monumenty stawiane bohaterom. Kamienica znalazła się w czasie wojny w granicach getta. Znana jest chyba głównie z tego, że w tym okresie mieszkał w niej poeta Władysław Szlengel, nazywany często poetą getta, bowiem w przejmujący sposób wierszem opowiadał o losach ludzi zamkniętych w dzielnicy żydowskiej. Zginął 8 maja 1943 r. wraz z żoną w czasie powstania w getcie (19 kwietnia obchodzona była 75-ta rocznica wybuchu powstania) w schronie Daniela Kaca przy Świętojerskiej 36. Kamienica zaś w czasie Powstania Warszawskiego uderzona została tzw. goliatem i w wyniku wybuchu zawalił się jej front. A jednak po wojnie wrócili do niej mieszkańcy. Ostatni lokatorzy opuścili bardzo zaniedbany budynek kilkanaście lat temu. Potem jego los wisiał na włosku, ale dzięki miłośnikom Warszawy udało się uratować go od prawdopodobnej rozbiórki. Póki co nie widać żadnych prac zabezpieczających zabytek przed dalszą destrukcją, mam jednak nadzieję, że znajdzie się sposób na zagospodarowanie zachowanych fragmentów i nie będzie to kolejny zabytek tylko na papierze.




Z kolei na budynku Muzeum Sztuki Nowoczesnej (nad Wisłą) rozbłysnął neon. To ten sam, który dawniej wisiał na fasadzie bloku tuż za dawnym pawilonem meblowym Emilia, gdzie wcześniej mieściło się muzeum. Uświadomiłam sobie przy okazji, że już 6 maja kończy się wystawa twórczości Ediego Hili, której jeszcze nie widziałam. Ba! Ja w tym miesiącu żadnej wystawy nie widziałam! Zapowiada się zatem kulturalny maj, bowiem oprócz ekspozycji poświęconej albańskiemu malarzowi, swój finał będą miały jeszcze dwie inne wystawy, które chciałabym zobaczyć: "Bagaż osobisty. Po Marcu" w Domu Spotkań z Historią i "Przyszłość będzie inna. Wizje i praktyki modernizacji społecznych po roku 1918" w Zachęcie.




REKOMENDACJE NA MAJ

Majówka... Słowo, które w ostatnich dniach słychać było dosłownie wszędzie: w autobusach, tramwajach, kolejkach do kasy w sklepie spożywczym i oczywiście w pracy. To synonim pierwszej dłuższej wolności po zimie, za którym kryje się beztroska, ciepło, odpoczynek, grill i dobra zabawa. Majówka to najczęściej także wypady za miasto, ale gdy już wrócicie, to Warszawa też ma Wam coś do zaoferowania, bo zazwyczaj początek maja jest tym momentem, kiedy w każdym mieście kawiarnie i restauracje zaczynają wystawiać letnie ogródki i gdy ruszają wszelkiego rodzaju plenerowe imprezy. Niestety w tym sezonie nie będzie Nocnego Marketu na Głównym. Nie wiadomo też, czy uda się znaleźć inną lokalizację dla nocnego targu z dobrą kuchnią. Jest mi strasznie smutno z tego powodu, bo to było jedno z fajniejszych miejsc na kulinarnej mapie stolicy.

Gdzie zatem można wybrać się w maju?

Multimedialne fontanny na Podzamczu 


Od maja po przerwie ruszają pokazy fontann na Podzamczu. Zimą można było oglądać jedynie pokazy światła przelewającego się przez kolorowe rurki przy dźwiękach muzyki, teraz wraca także woda. Pokazy tradycyjnie będą odbywać się w piątki i soboty o godz. 21:30. Widowisko trwa pół godziny. Wstęp jak co roku bezpłatny.

Otwarcie Sezonu nad Wisłą (5 maja 2018 r., Bulwar Jana Karskiego i plaża Rusałka)


5 maja otwarcie sezonu nad Wisłą pod hasłem "Aktywnie nad Wisłą". Zabawa odbywać się będzie od godz. 13:00 po obu stronach rzeki, na Bulwarze Jana Karskiego i plaży Rusałka. Pomiędzy brzegami będą kursować łodzie! 




To także początek tegorocznego sezonu żeglugi w Warszawie. Od 1 maja do 16 września bezpłatne promy pod banderą Warszawskich Linii Turystycznych pływać będą na czterech trasach:

Cypel Czerniakowski – Saska Kępa (21 osób + 21 rowerów)
Most Poniatowskiego – Stadion Narodowy/plaża Poniatówka (21 osób + 21 rowerów)
Podzamcze – ZOO/plaża Rusałka (40 osób + 40 rowerów)
Ww. wymienione promy będą wykonywać 30 kursów w weekendy i 14 w dni robocze.

Nowodwory – Łomianki (21 osób + 21 rowerów)
Prom wykonywać będzie 30 kursów w weekendy i 7 w dni robocze.

Ekiden - Maraton Sztafet (12-13 maja 2018 r., Park Szczęśliwicki)


Imprezy biegowe to nieodłączny element krajobrazu Warszawy od wiosny do jesieni. Ekiden to maraton, ale taki, który pokonuje się drużynowo. W każdej drużynie startuje 6 zawodników, którzy do przebiegnięcia mają łącznie dystans równy długości maratonu. Pierwszy zawodnik pokonuje odcinek 7,195 km, dwaj następni po 10 km, a trzej kolejni po 5 km. W sumie – 42,195 km. W ramach biegu odbywa się akcja charytatywna „Biegam Dobrze”.

Noc Muzeów (19 maja 2018 r.)


Coroczna uczta dla wielbicieli muzeów, która nieustająco budzi moje mieszane uczucia, bo z jednaj strony chętnie odwiedziłabym któreś z miejsc na co dzień niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, a z drugiej przerażają mnie te kolejki i tłumy wszędzie. Jeśli jednak się gdzieś wybiorę, na pewno opowiem Wam o tym za miesiąc!



A póki co pierwszy raz od pięciu lat uciekam na (przed)majówkę - w miejsce, gdzie, mam nadzieję, nie będzie tłumów!