środa, 31 lipca 2019

Warszawa przyłapana... w lipcu 2019

Warszawiacy suchej nitki nie zostawili na projekcie władz miasta na urządzenie na Placu Bankowym tzw. strefy relaksu złożonej z palet, między którymi ustawiono donice z roślinnością. Fala krytyki wylała się nie tylko na umiejscowienie ogródka tuż przy ruchliwej arterii i w bezpośrednim sąsiedztwie Ogrodu Saskiego, który jest naturalną oazą zieleni i ciszy, ale i na koszt prawie 1 miliona zł, jaki poniesiono na tymczasową realizację, która jesienią ma zostać rozebrana. Sam pomysł nie jest zły, bo miejsce jest ładnie zaprojektowane i składa się nie tylko z palet i donic, jak sugerują krytycy, ale zaopatrzone jest w cały system zraszaczy przyjemnie chłodzących mgiełką w upalne dni. Jest też sporo akcentów proekologicznych, chociażby artystyczna instalacja pokazująca, ile miejsca w przestrzeni miejskiej zajęłyby odpady produkowane przez mieszkańców zaledwie w ciągu jednego roku w zestawieniu z najbardziej charakterystycznymi budynkami stolicy. Natomiast nie sposób nie zgodzić się z tym, że lokalizacja ogródka jest trochę niefortunna, bo faktycznie przejeżdżające tuż za prowizorycznym ogrodzeniem samochody i tramwaje dają się we znaki, zaś w pobliżu jest nie tylko Ogród Saski, ale i Park Krasińskich, czy nieco cofnięty w stosunku do ulicy placyk przed kinem Muranów. Strefa relaksu odniosłoby sukces, gdyby na czas jej funkcjonowania Plac Bankowy został wyłączony z ruchu samochodowego. Na początku miesiąca byliśmy w Brnie, gdzie w taki właśnie sposób funkcjonuje Plac Wolności. Środkiem jeżdżą jedynie tramwaje, wjazd samochodów jest ograniczony, więc z powodzeniem niemal do samych torów sięgają kawiarniane ogródki z leżakami. Ogródek w takiej postaci jak na Placu Bankowym, niestety skazany jest na porażkę, a szkoda! 






Z kolei miłośnicy powojennego modernizmu ostro skrytykowali ozdobienie dolnego pawilonu dworca Warszawa Powiśle, w którym obecnie mieści się kawiarnia, motywami koronki przez NeSpoon. Dekoracja była tymczasowa, wykonana na potrzeby jednego wydarzenia, po którym miała zostać zamalowana. Została dzień, czy dwa dłużej i z miejsca okrzyknięto ją przykładem oszpecenia architektury tamtych czasów. Ostatecznie na fali krytyki dekoracja zniknęła i nie zdążyłam jej zobaczyć, ani sfotografować. I mimo, że bardzo cenię twórczość NeSpoon, to jednak jedną z najważniejszych cech modernizmu jest prostota, wyraz poprzez formę, a nie zdobienia, zaś ten budynek dworcowy uchodzi za jeden z najlepiej utrzymanych przykładów takiej architektury. I niech tak zostanie. 

Skoro zaś mowa o powojennym moderniźmie, to do rejestru zabytków został wreszcie wpisany gmach Dworca Centralnego. 

Niestety takiego szczęścia nie miały muralowe reklamy wielkoformatowe Jubilera i Fotonu z czasów PRL-u znajdujące się na ścianach kamienicy przy Targowej 15. Mimo zabiegów o objęcie ich ochroną konserwatorską, zostały zamalowane. Kilka dni później media obiegła informacja, że malowidła zostaną odtworzone. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. To będą jedynie kopie. Lepsze byłyby całkiem współczesne obrazy, w jakiś sposób nawiązujące do tych starych reklam, które mogłyby cieszyć oczy przez kolejne lata. Mamy mnóstwo uzdolnionych twórców street artu, więc o efekt byłabym spokojna. Warto dodać, że to już kolejne murale, które w ostatnim czasie straciła Praga. Dwa, moim zdaniem jedne z najlepszych w stolicy, czyli obrazy "Plac Zabaw" Ernesta Zacharevica i "Warszawa Wschodnia" Sebasa Velasco, zasłoniła budowa kompleksu nowych bloków przy Stalowej.




Ale choć częściej słyszy się, że wartościowy street art znika z ulic Warszawy, niż że jest miastu przywracany, znalazłam też niedawno przykład na to, że zniszczone murale daje się uratować! Obraz duetu Cyrcle z 2014 r. zdobiący ponad stuletnią kamienicę przy Widok dość mocno ucierpiał w czasie rozbiórki sąsiedniego budynku i budowy hotelu PURO w tym miejscu. Szczerze mówiąc obawiałam się, że to jego koniec. Tymczasem przeszedł konserwację i wygląda jak nowy! Cieszy mnie to niezmiernie, bo to także jeden z moich ulubionych w mieście.




Zmiany także na Tamce. Przy Muzeum Fryderyka Chopina można z kolei podziwiać nowy mural z wizerunkiem kompozytora. Zastąpił poprzedni, nieco już wyblakły. Autorką nowego obrazu jest nieoceniona Barrakuz, wykonanie to zasługa Good Looking Studio. Niestety mural będzie zdobił kamienicę tylko do końca września tego roku. Potem ma powstać nowy projekt. W założeniu ekspozycja ma być w tym miejscu zmienna, coś jak patelnia przy stacji metra Centrum.



Metro także opanowała sztuka! Od 22 lipca do 25 sierpnia w przejściach podziemnych przy wszystkich stacjach linii M2 można podziwiać twórczość młodych artystów. Ta niecodzienna wystawa nosi tytuł "MetrODsztuki" i obejmuje reprodukcje najlepszych prac ponad 40 absolwentów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych z ostatnich 10 lat. Jest to jednocześnie podsumowanie trwającego od dekady projektu „Coming Out” - corocznej, uroczystej prezentacji najciekawszych prac dyplomowych studentów ASP z dziewięciu wydziałów. To pierwsza ekspozycja w całości zrealizowana w przestrzeni warszawskiego metra i jedna z największych w skali europejskiej, jeśli chodzi o tego typu projekty. Prace z zakresu malarstwa, fotografii, scenografii, czy plakatu można zobaczyć na bilboardach reklamowych na stacjach. Są ponumerowane i wszystkie razem tworzą trasę o długość ponad 1600 m. Rozplanowane są w taki sposób, by każda praca odsyłała do następnej. Przy okazji można wziąć udział w grze miejskiej skanując QR kody znajdujące się na stacjach i przenoszące na strony z informacjami o danym artyście. Bardzo mi się podoba taki pomysł na promocję sztuki w przestrzeni miasta, niestety mam wrażenie, że jest mało wyrazisty i większość przechodniów nie zwraca uwagi na bilboardy z reprodukcjami. Ludzie się spieszą, są atakowani reklamami na każdym kroku, więc często zwyczajnie nie przyglądają się temu, co nośniki reklamowe prezentują. Część ekspozycji znajduje się też w miejscach, gdzie przeciętny przechodzień nie patrzy, czyli np. przy ruchomych schodach przy wyjściu z metra na powierzchnię. Ja, gdybym nie wiedziała o tym, że jest taka wystawa, z pewnością nie zwróciłabym na nią uwagi. I ludzie zazwyczaj przechodzą obok obojętnie. Dopiero widząc kogoś z aparatem fotograficznym, spoglądają w kierunku fotografowanego obiektu. Jeśli jeździcie metrem, zatrzymajcie się na chwilę i obejrzyjcie tyle prac, ile dacie radę, bo naprawdę warto.





Znowu zaniedbałam w tym miesiącu muzea i udało mi się zobaczyć tylko jedną wystawę, za to jaką! Ekspozycja "Rządzić i olśniewać. Klejnoty i jubilerstwo w Polsce w XVI i XVII wieku" na Zamku Królewskim naprawdę olśniewa! Większość pokazanych eksponatów pochodzi ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu oraz klasztoru na Jasnej Górze. Wśród nich znajduje się biżuteria królewska, złote kielichy mszalne wysadzane drogimi kamieniami, czy nieco skromniejsze ozdoby mieszczan z tamtego okresu przekazane jako wota kościołom, dzięki czemu przetrwały wszystkie wojenne zawieruchy i dotrwały do czasów współczesnych. Niestety nie można robić zdjęć, więc musicie zobaczyć to sami lub uwierzyć na słowo. Spieszcie się jednak, bo wystawa czynna jest jeszcze tylko do 4 sierpnia.

WARSZAWA ZE SMAKIEM

Lato to czas, gdy częściej możemy sobie pozwolić na wyjścia tylko we dwoje, kiedy dzieci wyjadą na wakacje. Wybieramy wówczas takie miejsca, dokąd raczej nie moglibyśmy iść z nimi. Ta część postu jest zatem przeznaczona dla dorosłych. 

Loreta Bar

Na siódmym piętrze otwartego niedawno hotelu PURO przy Widok rozgościł się drink bar. Wnętrze jest przestronne, urządzone z elegancką prostotą. Jednak największym atutem lokalu jest taras z widokiem na budynki Śródmieścia. Niestety panoramę częściowo zasłania wieżowiec wznoszony na tyłach Rotundy, ale widok i tak robi wrażenie. Ja jednak przyszłam tam także z innego powodu. Taras zdobi bowiem neon autorstwa Maurycego Gomulickiego, a jeśli tu zaglądacie, to zapewne wiecie, że to jeden z moich ulubionych twórców, zaś jego neony lubię szczególnie i za jednym pojechałam nawet do Białegostoku







Tym sposobem sztuka przywiodła mnie (i małżonka) w miejsce, gdzie dość przyjemnie można spędzić upalny wieczór. Karta koktajli inspirowana jest Warszawą. Większość to drinki autorskie, ale na życzenie barman może przygotować także coś bardziej klasycznego. I choć sporo osób zamawiało powszechnie znany aperol spritz, my zdecydowaliśmy się na to, co oferowała karta. Koktajl o nazwie Upside Down (gin, rabarbar, prosecco i owoce granatu) jest lekki, owocowy i orzeźwiający. Idealnie nadaje się na letni wieczór. Loreta Cup, serwowany w niebanalnej filiżance, to drink na bazie whiskey, aromatyzowany agawą, chili i cytryną, dodatkowo podawany z karmelem, jednak nieco ciężki i bardzo słodki (pikantna nuta jest ledwo wyczuwalna). Najciekawszy był dla mnie White Cosmo (wódka, likier z czarnego bzu, limonka), gdzie w kieliszku dostaje się limonkę z kulce lodu, zaś sam koktajl w oddzielnym dzbanuszku do samodzielnego dozowania. Ze wszystkich wymienionych jest chyba najmocniejszy i najbardziej wytrawny. Wszystkie drinki w karcie kosztują 29 zł. 






Atutem koktajli, także pozostałych z karty, jest ich prostota, choć przydałoby się także coś bardziej ekstrawaganckiego, dla koneserów. Oprócz drinków serwowany jest także duży wybór win i mocnych alkoholi, w tym tradycyjnych polskich nalewek, co może szczególnie spodobać się cudzoziemcom, a także napoje bezalkoholowe. Brakuje jedynie czegoś na ząb, co pasowałoby do drinków, nawet zwykłych słonych orzeszków.

Samo miejsce jest jednak bardzo przyjemne i choć to ścisłe Centrum, jest kameralnie, a dzięki lokalizacji hotelu w sąsiedztwie dziewiętnastowiecznych kamienic, można poczuć ducha przedwojennej Warszawy i wyobrazić sobie, jak piękne kiedyś było to miasto.

Loreta Bar (Hotel PURO Warszawa Centrum)
ul. Widok 9

REKOMENDACJE NA SIERPIEŃ

1 sierpnia to kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. O godz. 17:00 znów zawyją syreny i zabiją kościelne dzwony, by uczcić pamięć tak żołnierzy, jak i cywilnych ofiar tego patriotycznego zrywu. Zatrzymajmy się na chwilę, by oddać hołd poległym. 

24 sierpnia rozpocznie się XVI Festiwal Warszawa Singera. Potrwa do 1 września.

Przez cały sierpień trwać będzie jeszcze projekt #ichmiasto, którego organizatorami są Akademia Dzikiej Ochoty we współpracy z Zarządem Zieleni m.st. Warszawy. Obejmuje cykl spacerów, wycieczek rowerowych i innych inicjatyw, których celem jest zwrócenie uwagi na to, że Warszawa to nie tylko miasto dla ludzi, ale że między nami żyją także liczne gatunki roślin i zwierząt. Spacery odbywają się głównie w parkach i miejskich terenach zielonych, zaś wycieczki rowerowe wiodą przez najciekawsze zakątki nad Wisłą. Więcej szczegółów: ichmiasto.pl

niedziela, 30 czerwca 2019

Warszawa przyłapana... w czerwcu 2019

Wystarczyło kilka upalnych dni i... palma na Rondzie de Gaulle'a uschła! Wśród warszawiaków konsternacja... jak to? Przecież ona jest sztuczna! I mimo, że niespecjalnie lubię tę instalację w centrum stolicy, to widok brązowych, zwisających bezwładnie, naturalnych liści, zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Akcja miała na celu zwrócenie uwagi na problemy zanieczyszczenia powietrza oraz globalnych zmian klimatycznych i myślę, że się udało. Bo mimo że liście są już znów zielone (i przy okazji wyczyszczone), to jednak wciąż mam w pamięci skwar tamtych dni i to egzotyczne uschnięte drzewo duszące się w spalinach mijających je aut pędzących jedną z bardziej ruchliwych ulic Warszawy.




Czerwiec to zawsze najkrótszy miesiąc w moich comiesięcznych podsumowaniach tego, co dzieje się w Warszawie. Zwykle zaraz po ostatnim szkolnym dzwonku ruszamy na wakacje, w tym zaś rok szkolny skończył się wyjątkowo wcześnie, bo 19 czerwca. Jakimś cudem udało mi się jednak zobaczyć dwie z kończących się w tym miesiącu wystaw, obie poświęcone fotografii.

Pierwsza to ekspozycja fotografii Tadeusza Rolke w Domu Spotkań z Historią. Wystawa była niewielka, ale znalazły się na niej i bardzo przejmujące obrazy Warszawy tuż powojennej, jeszcze w gruzach, ale z odradzającym się wśród ruin życiem, i zatrzymane w kadrach kolejne lata, ulice miasta i wizyty ważnych gości z obu stron Żelaznej Kurtyny. A jednak, mimo iż Rolke uchodzi za kronikarza Warszawy, to mi najbardziej podobały się zdjęcia modelek z sesji ulicznych dla Mody Polskiej i dla Barbary Hoff. Piękne miasto jako tło dla pięknych dziewczyn i oszałamiających ciuchów. Mój zdecydowany numer jeden to fotografia z 1967 r. przedstawiająca modelkę Lucynę Lucy Witkowską prezentującą fenomenalną kolekcję Barbary Hoff i trzymającą na smyczy groźnego psa, wszystko na tle nowoczesnego blokowiska. Współczesne sesje mody też są często bardzo interesujące, ale to zdjęcie to majstersztyk.





Drugą była ogromna prezentacja fotografii prasowej z czasów PRL-u w ramach wystawy "„Polska” na eksport" w Zachęcie. Magazyn "Polska" był wydawany w kilku obcych językach i miał za zadanie promowanie naszego kraju poza jego granicami, więc zamieszczone w nim zdjęcia były szczególnie wyselekcjonowane. Podobała mi się nie tylko wartość historyczna pokazanych fotografii, ale i sam układ wystawy. Zdjęcia podzielone zostały tematycznie oraz ciekawie zestawione: konkretny numer czasopisma, a obok odbitki zdjęć nie wykorzystanych w pokazanym artykule. Jeśli ktoś interesuje się tamtą epoką, to mógł znaleźć wiele smaczków, jak chociażby obszerną relację z Festiwalu Młodzieży i Studentów w Warszawie w 1955 r., nowoczesną jak na ówczesne czasy architekturę (zarówno socrealizm w postaci takich osiedli jak warszawski Muranów, czy krakowska Nowa Huta, ale także modernizm), czy też sztukę i dizajn (ceramika Grześkiewiczów, biżuteria Zaremskich, aktualna moda). Pismo i zdjęcia faktycznie pokazywały to, co najlepszego mieliśmy w tamtych czasach, choć należy pamiętać, że życie nie było wówczas tak kolorowe jak magazyn dla odbiorcy zagranicznego, ale świeciło pustymi półkami w sklepach i smakowało parówkami w puszkach z darów kolportowanych przez kościoły.





REKOMENDACJE NA LIPIEC

Niestety trzeciej z fotograficznych wystaw, które miałam na liście, czyli ekspozycji pt. "Paweł Starzec. Miejsca użyteczności publicznej" w Instytucie Fotografii Fort, nie udało mi się odwiedzić. Na szczęście szykuje się tam kolejna, nie mniej ciekawa, "Niebezpieczne ujęcia. 100 lat fotografii mody w Polsce". Wernisaż odbędzie się 4 lipca. Potrwa do 12 września. 

Wczoraj ruszyła tegoroczna edycja Otwartej Ząbkowskiej, choć pierwsze wydarzenia kulturalne odbędą się dopiero za tydzień. W weekendy, aż do 01.09., ulica znów będzie zamieniać się w gwarny deptak pełen kawiarnianych ogródków i plenerowych wydarzeń. W tym roku wszystko będzie się kręcić wokół idei zero waste.

wtorek, 18 czerwca 2019

Targ serowy w Goudzie. Czy warto?

O ja naiwna! Podróżuj poza sezonem, to unikniesz tłumów, mówili. I ja zawsze święcie w to wierzyłam zazdroszcząc tym, którzy nie mają dzieci w wieku szkolnym i mogą w każdej chwili spakować walizki i ruszyć przed siebie w dowolne miejsce na świecie. W kwietniu jednak oświata ogłosiła strajk, więc by nie frustrować się w domu przed telewizorem i nie sprawdzać codziennie informacji w dzienniku elektronicznym, czy nazajutrz dzieci mają przyjść na lekcje, czy nie, postanowiliśmy zrobić sobie nasze wymarzone przedsezonowe wakacje. Wybór padł na Holandię. Tyle, że wiosna w Holandii to żaden pozasezon! To apogeum kwitnienia tulipanów, które ściąga do tego maleńkiego państwa całe rzesze turystów spragnionych widoków ciągnących się po horyzont pól kolorowych kwiatów. I o ile w parku Keukenhof, który w tym okresie stanowi główny kierunek pielgrzymek, tłumy nie są tak bardzo odczuwalne, bo teren parku jest olbrzymi, to jednak potem cała ta "tulipanowa turystyka" rozlewa się także po innych zakątkach kraju. 

Jeśli tu zaglądacie, to zapewne wiecie, że uwielbiam wszelkiego rodzaju targowiska, uliczne jedzenie i festiwale kuchni odbywające się tam, gdzie akurat jestem i na które najczęściej trafiam przypadkiem, jak chociażby na Festiwal Wina i Palinki w Kecskemét na Węgrzech, czy Szczawnickie Żywe Szachy w słowackiej Bańskiej Szczawnicy. Targ serowy w Goudzie wpisałam na listę miejsc do odwiedzenia, gdy tylko w naszych głowach zakiełkował pomysł wizyty w Holandii. Przez lata naoglądałam się najpierw na pocztówkach, potem w Internecie obrazków z olbrzymimi żółtymi serowymi krążkami niesionymi na specjalnych drewnianych "łódkach" i z dziewczętami w tradycyjnych strojach, czerwonych skarpetach i drewniakach uwijającymi się między stosami serów. Targ odbywa się na rynku tego uroczego miasteczka od stuleci, zaś współcześnie ma postać jednego wielkiego spektaklu, który pokazać ma odwiedzającym jak to kiedyś wyglądało i jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Holandii. Miałam więc bardzo duże oczekiwania wobec tej imprezy. Chyba zbyt duże.



Sery dziś znane jako Gouda wytwarza się od XII w. i należą do najstarszych gatunków sera na świecie. Ciekawostką jest, że ich produkcja wcale nie odbywała się w mieście o tej nazwie i nawet nie w najbliższej okolicy, a w całej Holandii! Nazwa faktycznie pochodzi od nazwy miasta, ale dlatego, że było ono jednym z niewielu miejsc Niderlandów czasów średniowiecza i renesansu, gdzie producenci sera i kupcy mogli wymieniać towary. W tym okresie Gouda posiadała monopol na handel serem i stanowiła największy ośrodek handlu produktami mlecznymi w Holandii.

Gouda jest tradycyjnie wytwarzana z niepasteryzowanego mleka krowiego i powleczona żółtym woskiem, który zapobiega wysychaniu podczas dojrzewania. Do produkcji przemysłowej używa się raczej mleka pasteryzowanego, które nie psuje się tak szybko. Jednak ok. 300 gospodarstw w całej Holandii nadal wytwarza Goudę zgodnie z dawnymi recepturami, z mleka niepoddanego obróbce. Tak wykonany ser nosi nazwę Boerenkaas (ser rolniczy) i jest chroniony przez prawo Unii Europejskiej. I to właśnie chęć spróbowania i zakupu takich rarytasów sprawiła, że pojechaliśmy do Goudy. Okazało się jednak, że na podobny pomysł wpadli także inni. 



Targ odbywa się sezonowo, w czwartki, tym roku od 4 kwietnia do 29 sierpnia. Trafiliśmy na jeden z pierwszych tak ładnych, słonecznych i ciepłych dni tej wiosny, który zachęcił ludzi do wyjścia z domu. Najpierw utknęliśmy w kilkukilometrowym korku, a gdy nawigacja doprowadziła nas do znalezionego wcześniej w Internecie parkingu o nazwie Klein Amerika na skraju Starego Miasta, okazało się, że... nie ma miejsc. Cały parking zastawiony był camperami! Wielkie domy na kółkach zajmowały po dwa miejsca, a targ dopiero się rozpoczynał, więc nie było szansy, że ktoś akurat odjedzie. Cudem zaparkowaliśmy okrakiem na parkingowym chodniku i po kilkuminutowym spacerze byliśmy już na Rynku szczelnie wypełnionym rozmaitymi kramami, pełnym gwaru, z melodyjnymi dźwiękami katarynki, czy orkiestry dobiegającymi gdzieś z oddali. Gdy spojrzeć na Rynek z lotu ptaka, jego kształt przypomina zaokrąglony trójkąt, niczym kawałek odcięty z serowego krążka (lub tortu). 




Zobaczyłam dokładnie to, co znałam już wcześniej ze zdjęć w sieci. Żółte krążki leżały w kilku rzędach przed Ratuszem, były dziewczęta w tradycyjnych strojach i panowie przebrani za handlarzy serem śmiesznie poklepujący się nawzajem po dłoniach. Większość chłopów przyjeżdżających dawniej na targ była niepiśmienna, dlatego wymyślono system znaków potrzebnych do ustalenia ceny i jakości nabiału. Po prostu odpowiednią ilość razy uderzano dłonią o dłoń. 



Między sery można wchodzić i brać je do rąk, by zrobić sobie zdjęcie. Oczywiście z innymi ludźmi za plecami, bo o jakąś intymną atmosferę w tym czasie raczej tu trudno, ale nie ma co winić innych turystów, że też chcieli to zobaczyć. Wszak my tego dnia też staliśmy się trybikami tej ogromnej machiny, jaką jest masowa turystyka i jak się miało okazać za chwilę, przekonać się, jak się tego biednego turystę nabija w butelkę. Bo gdy już ustawiliśmy się z dzieciakami do idealnego kadru z Ratuszem w tle i podniosłam jeden z serów... okazało się, że to plastikowa atrapa! Oczy przecierałam ze zdumienia! Po co? Były oczywiście i prawdziwe sery, bardzo ciężkie, ale ten sztuczny strasznie mnie zniesmaczył. Czar prysnął. Co ciekawe, atrapy serów można zobaczyć w całym mieście: ułożone na łódkach cumujących w kanałach, czy przyczepione do rowerów, niekwestionowanego symbolu Holandii.





To był moment, kiedy odechciało mi się tradycji. Z nadzieją, że zakupy wypadną lepiej, ruszyliśmy między kramy w poszukiwaniu sera idealnego, parafrazując nieodżałowanego Anthony'ego Bourdain'a. I tu czar prysnął drugi raz. Stoisk z serami było kilka i przy wszystkich kłębiły się spore grupki ludzi. O dziwo, nie tylko przyjezdnych, ale i mieszkańców. Pozostałe oferowały przysłowiowe mydło i powidło: kwiaty, pasmanterię (to dla mnie ciekawostka, bo w każdym holenderskim mieście, które odwiedziliśmy, mnóstwo było sklepów z nitkami, czy guzikami, jakby ludzie stąd po godzinach pracy najchętniej oddawali się szyciu), czy z chustami dla muzułmanek. I szczerze mówiąc, to była najfajniejsza część całego targowiska, taka zwyczajna, dla mieszkańców, bez zadęcia. Ludzie wybierali rośliny do ogródków, dziewczyny mierzyły chusty, ktoś skubnął pączka na gorąco. Targ od stuleci działa w tym miejscu przede wszystkim dla Holendrów i ich codziennych potrzeb. 




Do serów natomiast ciężko się było dopchnąć i wybór był niewielki. Dużo bardziej podobał mi się zwyczajny, lokalny targ spożywczy w Utrechcie, na którym byliśmy dzień wcześniej (odbywa się w środy i piątki w godz. 10:00-17:00 oraz w soboty w godz. 08:00-17:00). Tam był i większy wybór serów, i lepsze gatunkowo, i stoiska ładniejsze i każdy ser można było zapakować próżniowo na podróż (wówczas można go przechowywać do pięciu miesięcy). Teraz żałuję, że kupiliśmy tam tylko dwa gatunki. Cóż, mądry Polak po szkodzie. W Goudzie odniosłam wrażenie, że ważniejsza od jakości jest ilość. Każdy turysta i tak coś kupi. W centrum Goudy znajduje się także kilka sklepów z serami. One też mają asortyment przede wszystkim dla przyjezdnych, ale wydały mi się lepiej zaopatrzone. Niestety wówczas już byliśmy po zakupach i zgodnie z przewidywaniami szału nie było.





Targ oficjalnie odbywa się w godz. 10:00-12:30, ale w praktyce kramy zaczynają zwijać się ok. godz. 14:00. I to właśnie wtedy, gdy przetoczą się tłumy, a zorganizowane wycieczki pojadą dalej, jest najfajniej. I to jest również najlepszy czas na zdjęcia! Wówczas odgrywane są scenki pakowania serów na wozy, które chętnie filmują lokalne media. Dopiero wtedy można poczuć atmosferę dawnego rynku.




Czy zatem warto odwiedzić targ serowy w Goudzie? Jeśli Waszym celem jest tylko zakup serów, lepiej poszukajcie lokalnego bazaru dla mieszkańców w innych miastach. Jeżeli zaś chcecie zobaczyć całą otoczkę towarzyszącą temu wydarzeniu, to mimo wszystko polecam, choć nie warto spieszyć się, by być na samym otwarciu. Po godz. 12:30 jest mniej ludzi, więcej wolnych miejsc na parkingach i luźniejsza atmosfera. A gdy kurz odjeżdżających furmanek i samochodów dostawczych już opadnie, warto przyjrzeć się samej Goudzie, bo to jest prześliczne miasteczko. Rynek, na którym odbywa się targ uznawany jest za największy w całej Holandii. Pośrodku wznosi się przepiękny, niezwykle ozdobny Ratusz (Stadhuis) zbudowany w 1450 r. w czasach panowania burgundzkiego na tych ziemiach i stanowi jeden z najciekawszych przykładów charakterystycznego dla Niderlandów gotyku barbanckiego. Fasadę zdobią liczne rzeźby i wieżyczki, okna zaś - charakterystyczne czerwone okiennice. Budowla bardziej przypomina zamek z bajki niż siedzibę władz miasta.




Dookoła Rynku ulokowały się restauracje, które już o tej porze (połowa kwietnia) miały wystawione ogródki. I w nich znaleźć można akcenty serowe! Mój ulubiony zestaw lunchowy "12 uurtje" tu, w restauracji Swing, nosił nazwę "Gouda 12 uurtje" i w jego skład weszła zupa z sera Gouda, serowy krokiet i kanapka z jajkiem sadzonym zapiekanym z serem. Dla takiego serożercy jak ja, poezja! 




Niemal vis a vis Ratusza znajduje się budynek Waag wzniesiony w 1668 r. według projektu Pietra Posta. W gmachu dawniej mieściła się waga miejska służąca do ważenia serów. Tej procedurze poddawane były sery każdego dnia tuż przed wystawieniem ich na sprzedaż. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba przedstawiająca scenę pomiaru i ważenia sera. Rzeźbę w białym marmurze wykonał Bartholomeus Eggers, prawdopodobnie na podstawie projektu architekta. Obraz jest niezwykle realistyczny, szczegółowy i misternie wykonany. Niestety to kopia. Oryginał został podczas renowacji budynku w latach 1998-1999 zdemontowany i przeniesiony do muzeum. Był już mocno uszkodzony przez ciągłą ekspozycję na wiatr i słońce. W gmachu zaś dziś mieści się Muzeum Serowarstwa.




Gouda ma nie tylko największy rynek w Holandii, ale i najdłuższy kościół w kraju! To piętnastowieczna świątynia Św. Jana (Sint Janskerk), niemal przyklejona do jednej ze ścian rynku. Najbardziej jednak znana jest ze znajdującego się wewnątrz zespołu 64 witraży. Większość z nich wykonano w latach 1555-1603. Te sprzed reformacji przedstawiają głównie sceny biblijne, późniejsze, wykonane po 1572 r. - wydarzenia historyczne, na czele z monumentalnym szklanym obrazem pt. "Odsiecz ledejska" przedstawiającym oblężenie i wyzwolenie Lejdy w czasie wojny osiemdziesięcioletniej. Najmłodszy witraż w kolekcji powstał już po II wojnie światowej i pokazuje oswobodzenie Niderlandów spod okupacji niemieckiej. Całość robi oszałamiające wrażenie!





Warto także nieco oddalić się od Rynku i przewodnikowych atrakcji, by pokrążyć po wąskich, zwykłych uliczkach. To działa chyba w każdym mieście na świecie. W Goudzie można odkryć kanały z wodą sięgającą gdzieniegdzie praktycznie równo do poziomu ulicy, nad którymi dość odważnie parkują samochody (swoją drogą, jak ci kierowcy z nich wychodzą?), z systemem śluz i mostami zwodzonymi. Niektóre kamienice wyglądają jakby stały w wodzie! Prowadzą do nich nad kanałami ładne wygięte mostki. 














Można też zagłębić się w niewielkie, ale pełne zieleni uliczki, na których niczym w Grecji stoją donice z kwiatami, czy pnączami, choć architektura do greckiej nie podobna, a i roślinność zupełnie inna, czy też odkryć samotną wieżę, pozostałość po kilkusetletniej kaplicy - miejsce, o którym nie piszą w przewodnikach. To Onze-Lieve-Vrouwtoren, w skrócie zwana Vrouwertoren, czyli Wieża Żeńska. Pierwotnie stanowiła część kaplicy maryjnej posiadającej nawę główną i nawy boczne, wzniesionej w 1493 r. przez Bractwo Różańcowe. Kaplica służyła jako szkoła dla ubogich dziewcząt, które otrzymywały tu bezpłatne lekcje czytania i religii. W czasie reformacji przejęta została przez protestantów i ostatecznie w 1585 r. zburzona. Pozostała jedynie wieża. Niestety grząski grunt sprawił, że konstrukcja zaczęła osiadać i niebezpiecznie się pochylać. W 1754 r. wzmocniono fundamenty i dodano dodatkową okładzinę z cegły oraz nową iglicę. Prace zostały przeprowadzone pod nadzorem Hendrika Kuijtera, mistrza z Amsterdamu. Iglica ponownie została wymieniona w latach pięćdziesiątych XX w. Wieża stoi na uboczu nie zwracając na siebie zbytniej uwagi nielicznych turystów, którzy zapędzili się tu przypadkiem. To dla mnie kwintesencja Holandii, gdzie na ślady wielowiekowej kultury trafia się ot tak, mimochodem, i które często są za mało spektakularne, by choć dwa zdania zamieścić o nich w przewodnikach. I chyba właśnie za to tak bardzo polubiłam ten kraj.





Głównym celem naszej wizyty w Goudzie był targ i mam wrażenie, że samo miasto potraktowaliśmy bez należnej mu uwagi, pobieżnie i w pośpiechu, a to błąd. To jest niezwykle ciekawa i kameralna miejscowość, więc jeśli nie macie ciśnienia na bardzo przeciętny targ serowy pod turystów, to odwiedźcie ją innego dnia, gdy będzie można delektować się ciszą, spokojem, fenomenalną architekturą i miejscami, które czekają na odkrycie.

(foto: iza & asieko)