środa, 14 lutego 2018

Miłość na kłódkę zamknięta

Iwona i Janusz, Lena i Miroslavos. Co łączy te dwie i miliony innych par? Miłość. Miłość zamknięta na kłódkę. I wiara w to, że dzięki powieszeniu kłódki z imionami, albo inicjałami na moście i wrzuceniu kluczyka do rzeki, uczucie będzie trwać wiecznie. 



Do końca nie wiadomo, gdzie narodziła się ta moda. Najczęściej mówi się o Florencji. Zakochana młodzież z jednej z tamtejszych szkół postanowiła kłódki od szkolnych szafek na znak uczucia powiesić na Ponte Vecchio, który stał się pierwszym Mostem Miłości w Europie.

Niektórzy początków upatrują w tradycji chińskiej, współcześnie kultywowanej szczególnie na jednej z wysp sztucznego jeziora Qiandao (zwanego jeziorem Tysiąca Wysp) w prowincji Czekiang (Zhejiang), inni z kolei odsyłają do serbskiej legendy z czasów I wojny światowej opowiadającej historię nauczycielki Nady ze szkoły w miejscowości Vrnjačka Banja. Nada spotykała się z oficerem armii, Relje. Chłopak wysłany został na front do Grecji, ale tam zakochał się w Greczynce z Korfu. Kiedy Nada się o tym dowiedziała, umarła z żalu. Współczesne pary, być może na przekór tej nieszczęśliwej miłości, zaczęły wieszać kłódki na moście, na którym spotykała się nauczycielka z wojskowym.

Jednak prawdziwy boom na kłódki zaczął się w 2006 r., gdy włoski pisarz i reżyser filmowy Federico Moccia w powieści "Tylko Ciebie chcę" wyprawił swoich bohaterów na Ponte Milvio w Rzymie, by tam powiesili kłódkę miłości, a kluczyk wrzucili w rwący nurt Tybru. Na naśladowców długo nie trzeba było czekać! Od tego momentu kłódkowa moda falą rozlała się po całej Europie i świecie. Trafiła także do Polski. Dziś zwyczaj jest na tyle powszechny, że nie sposób w trakcie podróży nie trafić na chociaż jedno miejsce, gdzie młodzi symbolicznie próbują zamknąć swoją miłość na klucz. Jednak coraz więcej miast wypowiada kłódkom wojnę, także u nas.

POLSKA

Most Tumski we Wrocławiu


Ta urocza przeprawa łącząca Ostrów Tumski z Wyspą Piasek była pierwszym miejscem w Polsce, gdzie w 2009 r. pojawiły się kłódki zakochanych. Dzięki nim most zyskał potoczną nazwę Mostu Zakochanych. Ze względu na zabytkowy charakter, ruch samochodowy jest na nim ograniczony. Jego maksymalne obciążenie wynosi 10 ton, dlatego setki kłódek już kilkukrotnie usuwano (w 2013 r. ich waga wynosiła 300 kg, dwa lata później już pół tony). Konstrukcja uginała się pod ich ciężarem, a barierki pokrywały się rdzą.   





W drugiej połowie 2019 r. most przeszedł kompleksowy remont, pierwszy tak poważny od czasu II wojny światowej. Przeprawa poddana została piaskowaniu, następnie malowaniu farbą antykorozyjną, naprawiono jezdnię i chodniki (asfalt został zastąpiony schludniejszymi kamiennymi płytami), uzupełniono brakujące nity, wymieniono skorodowane elementy. Zniknęły też kłódki (tym razem ważyły ponoć kilkanaście ton!), z założenia bezpowrotnie, choć gdy odwiedziliśmy Wrocław latem 2020 r. nieliczne z powrotem wisiały w dawnym miejscu. Większość zakochanych znalazła jednak nowe miejsce dla symboli swojego uczucia - balustradę pobliskiego bulwaru, skąd odpływają statki w rejsy widokowe po Odrze.






Most Świętokrzyski w Warszawie


Zaczęło się od happeningu w 2010 r. W Walentynki tego roku na barierkach przeprawy powieszono 50 kłódek. Po dwóch tygodniach ozdoby zniknęły. Do dziś nie wiadomo, kto je usunął. Mówi się o zbieraczach złomu. Aktualnie na moście wiszą kłódki, ale w porównaniu choćby do Wrocławia, jest ich bardzo niewiele. Mam wrażenie, że w stolicy te modne ostatnio symbole się nie przyjęły. Żaden ze stołecznych mostów nie wydaje się być na tyle romantyczny, by zakochani akurat tam chcieli ulokować symbol swojego uczucia. Wszystkie warszawskie mosty są ruchliwymi, tonącymi w spalinach przeprawami przez Wisłę, a w większości miejsc, gdzie widziałam kłódki zakochanych, wisiały one na mostach i kładkach przeznaczonych dla pieszych lub w innych miejscach z dala od hałasu.





Kładka Ojca Bernatka w Krakowie


Pieszo-rowerowa przeprawa łącząca Kazimierz z Podgórzem zbudowana została w miejscu dawnego mostu Podgórskiego. Do użytku została oddana w 2010 r. Kłódki zaczęły pojawiać się na balustradach niemal od razu, choć dla mnie dużo bardziej interesujące są zdobiące kładkę balansujące rzeźby. Podobnie jak we Wrocławiu, miasto zapowiada remont, w trakcie którego symbole uczuć mają zostać usunięte, nie wiem jednak, czy na zawsze.





Symboliczny fragment dawnego mostu na Wiśle w Toruniu


Po obu stronach Wisły, gdzie dawniej most łączył Stare Miasto z Kępą Bazarową powstały dwa niemal identyczne tarasy. Z Kępy Bazarowej przepięknie widać panoramę miasta, zaś po drugiej stronie rzeki, tuż przy Bulwarze Filadelfijskim, platformą zawładnęły kłódki. 





Skarpa Wiślana w Płocku


W Płocku kilka kłódek zawisło na balustradzie otaczającej Skarpę Wiślaną nieopodal Katedry. Gdy ostatnio odwiedziłam miasto w 2015 r. było ich jednak niewiele w porównaniu do innych miast. 




LITWA

Mosty na Wilejce i punkt widokowy Subačiaus w Wilnie


Tylu kłódek, ile zobaczyłam w Wilnie, nie widziałam w żadnym innym z odwiedzonych miast. Wiszą na chyba wszystkich mostach i kładkach na Wilejce łączących Stare Miasto z Zarzeczem, a także na barierce w punkcie widokowym Subačiaus. Niestety balustrady mostów są w kiepskim stanie. W wielu miejscach złuszczyła się farba i zaczęła wdzierać się rdza. Kłódki pewnie mają w tym swój udział i w stolicy Litwy nadejdzie kiedyś również taki moment, że symbole miłości znikną, by umożliwić pomalowanie metalowych konstrukcji.






SERBIA

Most Varadinski w Nowym Sadzie


Tu, podobnie jak w Warszawie, kłódki zawisły nie na romantycznej pieszej kładce, a na ruchliwej przeprawie łączącej Nowy Sad z położoną po drugiej stronie Dunaju miejscowością Petrovaradin, znaną z górującej ponad miastem i rzeką twierdzy. Zapewne to właśnie sąsiedztwo fortecy sprawiło, że zakochani wybrali akurat tę przeprawę (Nowy Sad ma cztery mosty nad Dunajem). Most, który w czasach Jugosławii nosił imię Marszałka Tity, został zniszczony w czasie bombardowań Serbii przez wojska NATO w 1999 r. Odbudowaną przeprawę oddano do użytku w 2000 r.








SŁOWENIA

Mesarski most (Most Rzeźników) w Lublanie


W Lublanie kłódki miłości ozdobiły Mesarski most (Most Rzeźników) łączący Rynek Główny z nabrzeżem Petkovška (Petkovškovo nabrežje). Ta piesza kładka przerzucona nad rzeką Ljubljanicą, zaprojektowana przez Jurija Kobe ze studia Atelier Arhitekti, to stosunkowo nowa atrakcja stolicy Słowenii. Do użytku oddano ją w 2010 r. i jest swoistą instalacją artystyczną pełną niepokojących rzeźb, których autorem jest Jakov Brdar, m.in. przedstawiających Adama i Ewę wygnanych z raju, poranionego Prometeusza, czy żaby, które przysiadły na barierkach. Niektóre z tych dzieł mają dość upiorny wygląd, więc kompletnie nie rozumiem, dlaczego akurat tę przeprawę wybrali sobie miejscowi zakochani. I o ile zazwyczaj miłosne gadżety w przestrzeni miejskiej są mi obojętne, to uważam, że Mesarski most lepiej wyglądałby bez nich, bo sam w sobie jest miejscem niezwykle interesującym. Pół biedy, gdyby kłódki wisiały tylko na stalowych drutach, ale niektóre poprzyczepiane są także do rzeźb, a to już wygląda dość słabo.








AUSTRIA

Erzherzog-Johann-Brücke/Hauptbrücke (Most Arcyksięcia Johanna/Most Główny) w Grazu


Podobnie jak w Warszawie, czy w Nowym Sadzie, w Grazu, drugim co wielkości mieście Austrii, kłódki wiszą nie na pieszej kładce, ale na dość ruchliwym moście nad rzeką Murą, przez który przejeżdżają nawet tramwaje! Most oficjalnie od 2012 r. nosi nazwę Erzherzog-Johann-Brücke (Most Arcyksięcia Johanna), jednak wciąż w obiegu jest również jego poprzednia nazwa Hauptbrücke, czyli Most Główny. Jednak mimo tego, że to największy i z komunikacyjnego punktu widzenia najważniejszy most w mieście, to w porównaniu z Mostem Świętokrzyskim i Mostem Varadinskim robi wrażenie niewielkiego. I choć w Grazu jest w sumie 16 mostów i kładek, to ten łączy najbardziej charakterystyczne punkty miasta, stąd pewnie jego wybór przez zakochanych.




GRECJA

Monastyr Theotoku w miejscowości Paleokastritsa na wyspie Korfu


Niewielkie greckie monastyry, które znajdują się chyba na wszystkich wyspach, mają w sobie dostojność i spokój. Przekraczając klasztorną bramę zostawiamy za sobą gwarne kurorty, upalne plaże i wszystkie problemy dnia codziennego, by móc w ciszy i spokoju upajać się zapachem kadzidła, podziwiać portrety świętych zdobiące ikonostasy, czy zapalić cieniutką świeczkę w sobie tylko znanej intencji. Do zdecydowanej większości takich miejsc nie dotarła jeszcze komercja, jakie więc było moje zdziwienie, gdy na Korfu ujrzałam dwie kłódki przyczepione do barierki klasztornego tarasu! 



SŁOWACJA

Bardejov


Gdy pod ciężarem kłódek częściowo zawalił się słynny Pont des Arts w Paryżu, władze miast zaczęły patrzeć na nie nieco mniej przychylnie. Zaczęto usuwać zbędne kilogramy metalu zagrażające zabytkowym konstrukcjom. Niektóre miasta wprowadziły zakazy powtórnego wieszania kłódek pod groźbą kary pieniężnej oraz wymyślać hasła mające zakochanych od tego odwieść. Wenecja ogłosiła: Twoja miłość nie potrzebuje łańcuchów. Wenecja nie potrzebuje twoich śmieci.

Młodym ludziom od jakiegoś czasu proponuje się wieszanie kłódek w specjalnie w tym celu wyznaczonych miejscach. W Moskwie powstały kraty w formie drzew. Słowacki Bardejov w ubiegłym roku w centrum miasta postawił kratę w formie serca i muszę przyznać, że wyglądało to całkiem estetycznie.  



Bańska Szczawnica


Podobne rozwiązanie zobaczyć można w Bańskiej Szczawnicy, tyle że kłódki ozdobiły... ławkę! Wiążą się z jedną z najbardziej znanych historii miłosnych na Słowacji. Andrej Sládkovič i Mária Pischlová, nazywani słowackimi Romeo i Julią, zakochali się w sobie, gdy mieli po 14 lat. Dziewczyna pochodziła z bardzo bogatej rodziny, chłopak zaś był biednym studentem (i poetą romantycznym), dlatego rodzice Mariny byli przeciwni temu związkowi i wydali ją za mąż za cukiernika specjalizującego się w piernikach. Andrej w 1846 r. na cześć Marii napisał wiersz pt. "Marina" składający się z... 2910 wersów! Wiersz wszedł na Słowacji do kanonu lektur szkolnych, zaś w domu, w którym mieszkała Marina, urządzono "bank miłości", gdzie zakochani zdeponować mogą symbole swojego uczucia (zdjęcia, serduszka itp.). To właśnie przy tym budynku znajduje się uginająca się pod ciężarem kłódek miłości ławka.



Kłódki na mostach dzielą. Dziś ta z pozoru nieszkodliwa moda wpadła w tryby machiny komercji. Zakochani nie szczędzą grosza na coraz bardziej wymyślne i ozdobne egzemplarze nakręcając tym samym kłódkowy business. Zyski czerpią producenci, którzy wykonują te specjalnie dedykowane zakochanym w kształcie serc, z grawerunkami na zamówienia. Nie jestem ani fanką tego typu ozdób, ani jakąś ich zdeklarowaną przeciwniczką. W czasach, gdy ja i moi rówieśnicy przeżywaliśmy pierwsze miłości, scyzorykami wydrapywało się serca i inicjały na ławkach, czy wiatach przystankowych, zupełnie jak w piosence Czerwonych Gitar: Kto na ławce wyciął serce i podpisał "Głupiej Elce"? Kto? No powiedz, kto? Tamta moda niosła za sobą chyba jeszcze więcej destrukcji i była dużo mniej estetyczna niż kłódki. Zdaję sobie jednak sprawę z zagrożeń, jakie taki ciężar niesie dla konstrukcji zabytkowych mostów. Kilogramy metalu zalegające na dnie rzek też nie pozostają obojętne dla środowiska, dlatego doskonałym rozwiązaniem wydają się być miejsca specjalnie wyznaczone do wieszania miłosnych gadżetów, niekoniecznie nad wodą. Ta moda póki co ma się całkiem dobrze, ale trzeba pamiętać, że to tylko moda. Po niej przyjdzie następna i wtedy pozostanie tylko żal po zarwanych pod ciężarem kłódek mostach, często będących zabytkowymi unikatami. Warto o tym pomyśleć, zanim wyrzuci się kluczyk w rwący nurt rzeki.

czwartek, 8 lutego 2018

Macewy w śniegu. Cmentarz żydowski w Krynicy zimą

Z Kraszewskiego trzeba skręcić w Polną. Jeszcze przed wojną na skrzyżowaniu tych dwóch ulic stała murowana synagoga, jedna z dwóch w Krenic (tak w jidysz brzmi nazwa Krynicy-Zdrój). Wzniesiona została w XIX lub na początku XX w., gdy nasilił się napływ ludności wyznania mojżeszowego do rozwijającego się wówczas uzdrowiska. Wielu Żydów znalazło zatrudnienie przy szeroko rozumianej obsłudze kuracjuszy. Zajmowali się głównie handlem i rzemiosłem, ale również prowadzili wille i pensjonaty (ponoć przed wojną spośród 164 pensjonatów w Krynicy aż 112 było własnością żydowską). W spisie powszechnym z 1921 r. żydowskie pochodzenie zadeklarowało aż 1023 kryniczan, co stanowiło ok. 43% wszystkich mieszkańców! Także żydowscy kuracjusze, podobnie jak w podwarszawskim Otwocku, stanowili bardzo liczną grupę, na leczenie przybywało ich tu rocznie nawet kilka tysięcy.

Synagoga została rozebrana przez Niemców prawdopodobnie w 1940 r. Druga, mieszcząca się przy obecnej ul. Piłsudskiego (przed wojną Lipowej) przetrwała wojnę, jednak w latach sześćdziesiątych niszczejący budynek rozebrano, zaś z uzyskanych materiałów wzniesiono jedną z krynickich willi. W miasteczku działały też mykwa i cheder. Mieszkańcy Krynicy wyznania mojżeszowego około 1940 r. wywiezieni zostali do gett w Grybowie i Nowym Sączu i większość z nich nie przeżyła wojny. Do dzisiejszych czasów dotrwał tylko kirkut, jedyny namacalny dowód współistnienia Żydów w wielokulturowej społeczności miasta.



Polna niemal od samego początku pnie się ostro w górę. O każdej innej porze roku, nie ma to pewnie większego znaczenia, jednak, gdy w nocy ściśnie mróz i wszystko to, co w ciągu dnia stopiło się w promieniach słońca, rano skute jest lodem, taki spacer to prawdziwe wyzwanie! Zima generalnie nie jest dobrą porą na odwiedzanie położonych na uboczu, nieco zapomnianych cmentarzy. Trzeba brnąć po kolana w śniegu, bo świeże opady zdążyły już zasypać ślady tych nielicznych, którzy byli tu przed nami, a niektóre macewy ledwo wystają ponad warstwę otulającego je białego puchu. Ale ja nie znam innego widoku krynickiego kirkutu! Tylko raz, przez chwilę byłam w uzdrowisku latem, z maleńkim dzieckiem w wózku i nie w głowie mi wtedy było krążenie między nagrobkami. Znam więc tylko te, które mniej lub bardziej pochylone, stoją. Wiem, że wiele tablic jest przewróconych. Te zimą nie mają szansy na zaistnienie i mam tylko nadzieję, że próbując dojść do tych widocznych, żadnego z tych pod śniegiem nie nadepnęłam. 














Większość inskrypcji na nagrobkach pisana jest alfabetem hebrajskim, widać też na nich typową judaistyczną symbolikę nagrobną. Tylko jeden, z czarnego granitu, o geometrycznej, artdecowskiej formie, informuje, że spoczywa tu Ernestyna Branicka, zmarła w 1924 r. przeżywszy 51 lat, która pozostawiła męża i dzieci. Niestety większość nagrobków jest w kiepskim stanie i mimo tego, że cmentarz został uporządkowany, a macewy poddane renowacjom (a jeszcze w latach osiemdziesiątych XX w. były plany jego likwidacji i postawienia w tym miejscu kolejnego sanatorium, zaś przetrwał chyba tylko dzięki protestom mieszkańców, którzy nawet wysyłali listy do Żydowskiego Instytutu Historycznego alarmując o fatalnym stanie nekropolii), to jednak z roku na rok coraz bardziej widoczny jest upływ czasu. Grób Ernestyny Branickiej jeszcze niedawno miał po bokach prostopadłościany, teraz widoczne są tylko ślady po ich usunięciu.







Cmentarz nie jest duży, znajduje się na zboczu góry, co dodaje mu tylko uroku. Zachowało się na nim kilkadziesiąt nagrobków. Jest ogrodzony i zazwyczaj zamknięty, a po klucze do furtki trzeba pofatygować się do Urzędu Miasta. Gdy odwiedziłam go po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, po prostu przeskoczyłam przez niski murek (zimą jest o tyle łatwiej, że zalegające warstwy śniegu, których w takich miejscach nikt nie usuwa, nieco zmniejszają wysokość). Teraz teren całej nekropolii otoczony został także siatką, więc byłoby to niemożliwe, ale mieliśmy szczęście, bo furtka była otwarta. Znów mogłam pobyć przez chwilę w świecie minionym, nieistniejącym i tak nierealnym jak Sklepy Cynamonowe Schulza. Lubię wyobrażać sobie jak w miejscach, które odwiedzam, było dawniej, kilkadziesiąt, niekiedy kilkaset lat temu. Dziś w Krynicy nie ma już chyba wiele z klimatu austro-węgierskiego prowincjonalnego kurortu, czy gwarnego uzdrowiska, jakim stała się w dwudziestoleciu międzywojennym. Komuna zrobiła z niej sanatoryjny kombinat, do którego teraz wdziera się także komercja. Tam, na końcu Polnej, zatrzymał się czas.

piątek, 2 lutego 2018

Kulinarny Kraków. Kawiarnia Literacka, prawdopodobnie najprzytulniejsza kawiarnia w Krakowie

Było dokładnie tak, jak nie lubię. Przed wyjazdem do Krakowa wynotowałam sobie listę polecanych restauracji i barów, bo w zeszłym roku obiecałam sobie, że koniec z przypadkowością i będziemy stołować się tylko w wypróbowanych miejscach. Tymczasem wyszło jak zawsze. Nad tym wyjazdem od początku wisiało jakieś fatum. Rano Jerz obudził się z bólem gardła, ale na szczęście bez temperatury, więc zaopatrzeni we wszelkie środki farmakologiczne (bo Bóg jeden raczył wiedzieć, w jakim kierunku rozwinie się infekcja), ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy przed sobą cztery dni, a ja już oczami wyobraźni widziałam cały ten pobyt spędzony w wynajętym pokoju z chorym dzieckiem. Pierwszego dnia zatem ograniczyliśmy się jedynie do znalezienia miejsca na obiad. I okazuje się, że to wcale nie taka prosta sprawa. Wybór padł na Kazimierz, bo najwięcej miejsc na liście miałam właśnie stamtąd. Zapomnijcie jednak, że do którejś z modnych restauracji wbijecie się bez rezerwacji, szczególnie w sobotnie popołudnie. Nie umiem w trakcie wyjazdów, szczególnie tak intensywnych jak przedłużone weekendy, rezerwować stolika na konkretną godzinę. Nie umiem oszacować czasu, który będzie mi potrzebny na odwiedzenie miejsc, które chcę zobaczyć, czy też kiedy chłopcy zrobią się głodni. A to potrafi się przydarzyć w najmniej oczekiwanym momencie! Zjedliśmy zatem nie tam, gdzie chciałam, choć też nie w miejscu zupełnie przypadkowym, bo takim, w którym byliśmy już dwa lata wcześniej, gdy odwiedziliśmy Kraków bez chłopaków.

Na szczęście nazajutrz dziecko obudziło się jak nowo narodzone i w ciągu kolejnych dni mogliśmy eksplorować Gród Kraka. Szybkie śniadanie w pokoju, bo chłopcy nie chcieli powtórzyć naszej praktyki z Torunia, by także ten pierwszy posiłek w ciągu dnia jeść w restauracjach, potem spacer po mieście i coś, co zawsze przyprawia mnie o ciarki na całym ciele: Mamo, nogi mnie bolą! Mamo, jestem głodny! A tu jak na złość po drodze żadnego miejsca, gdzie można by spocząć. I gdy już straciłam nadzieję, że uda się zażegnać jęczenie chłopaków, Piotr nagle otworzył drzwi z napisem Kawiarnia Literacka.



Moim oczom ukazało się kolorowe wnętrze, regały z książkami, między nimi stoliki. Dwie sale (druga poświęcona grom planszowym, z miejscem do grania). Dodatkowo antresola ponad półkami z literaturą. Można zamówić kawę/herbatę/wino, wziąć dowolną publikację z półki i zatopić się w lekturze w wygodnym fotelu czy na kanapie. Do napojów można zmówić jedno z domowych ciast lub wytrawną przekąskę np. bajgiel z pastami kanapkowymi (w cenie do wyboru trzy z kilkunastu). Bajgle serwowane są w kawałkach, zrumienione i na ciepło, a pasty fantastyczne! Książki można czytać na miejscu lub kupić, podobnie jest z planszówkami. Chłopcy zniknęli niemal zaraz po przekroczeniu progu i pojawiali się przy stoliku tylko po to, by włożyć do buzi kolejną porcję kremówki. 









Nie obeszło się oczywiście również bez zakupu. Kupiliśmy "Brulion zabaw dla każdego". Pamiętacie, jak na marginesach zeszytów grało się w kropki, szubienicę, czy kółko i krzyżyk? Ktoś wpadł na pomysł, by zebrać te wszystkie gry w jednym miejscu i wydrukować je w formie szkolnego zeszytu w stylu vintage. Syndrom naszych czasów. Nam wystarczała kartka w kratkę i długopis, dzieciaki muszą mieć wszystko podane na tacy. Chłopcy wciągnęli się jednak w gry z czasów, gdy ich starzy byli w ich wieku, a ja muszę się przyznać, że wcześniej nie przyszło mi do głowy, by grać z nimi w tego typu gry (no, może z wyjątkiem kółka i krzyżyka), bo sądziłam, że ich to kompletnie nie zainteresuje. A teraz wszyscy mieliśmy doskonałą zabawę!

Nie chodzimy często do kawiarni. Zazwyczaj w trakcie podróży jemy późne śniadania, potem dopiero obiad, często złożony z przystawki, zupy i drugiego dania, więc na desery zwykle nie starcza już miejsca. Kawę też lubię pić niespiesznie, z kubka, na kanapie, z nogami podciągniętymi pod brodę. Ale Kawiarnia Literacka mnie zachwyciła! Byłam wcześniej w podobnych miejscach, łączących kawę z lekturą, jednak nigdzie nie było tak kameralnie i przytulnie. W Krakowie doskonale zaaranżowano wnętrze. Choć stolików nie jest zbyt wiele, to poukrywane są w różnych zakamarkach, dając poczucie intymności, bycia sam na sam z książką, czy osobą towarzyszącą. Poczułam się jak w domu! W naszym niewielkim mieszkaniu mamy pięć regałów z książkami. Wystarczy zaparzyć kawę, usiąść wygodnie i sięgnąć po jedną z nich.




Gdy jechałam do Krakowa, byłam przekonana, że po powrocie przygotuję post podobny do tego, jaki napisałam o gastronomii Torunia. Z listy, którą przygotowałam przed wyjazdem, udało nam się odwiedzić tylko jedno miejsce, które okazało się kompletną porażką. W dwóch pozostałych jedliśmy już wcześniej, więc wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zrezygnowałam z pisania o krakowskich restauracjach, bo w ich przypadku nie było takiego efektu wow jak w Toruniu. Za to Kawiarnia Literacka w pełni zasługuje na rekomendację, więc jeśli macie Kraków w planach, zapisujcie adres:

Kawiarnia Literacka (w tym samym budynku, co Teatr Nowy Proxima)
ul. Krakowska 41
Kraków