piątek, 2 sierpnia 2019

Nin. Czy to dobre miejsce na rodzinne wakacje w Chorwacji?

Horyzont rozświetliła błyskawica. Nad małą wyspą, na której wieki temu wzniesione zostało miasto, kłębiły się stalowe chmury. Miejscowi nerwowo spoglądali w niebo mając cały czas w pamięci powódź, jaka nawiedziła to miejsce we wrześniu 2017 r. Wówczas po intensywnych opadach z brzegów wystąpiła niewielka rzeczka Miljašić Jaruga płynąca na obrzeżach miasteczka, w jego części lądowej. Do dziś nie uprzątnięto wszystkich skutków tamtego kataklizmu. Wciąż w remoncie są dwa kamienne szesnastowieczne mosty prowadzące na wyspę.




Tak przywitało nas Nin (nazwa miasta jest rodzaju nijakiego), nieduże miasteczko w północnej Dalmacji, o istnieniu którego do ubiegłego roku nawet nie miałam pojęcia. Skąd więc pomysł, by wakacje spędzić właśnie tu?

Muszę przyznać, że ja dotąd w ogóle miałam dość blade pojęcie na temat Chorwacji i raczej nie traktowałam tego kraju jako wymarzonego wakacyjnego kierunku. Owszem, znałam nazwy najbardziej znanych miejscowości: Split, Szybenik, Zadar, Dubrownik itp., ale kojarzyłam je raczej jako miejsca do zwiedzania, nie do wypoczynku. O nadmorskich kurortach nie wiedziałam nic! Jeśli tu zaglądacie, to zapewne wiecie, że przemierzamy Europę głównie autem i nie straszne są nam dystanse liczone w tysiącach kilometrów. Jednak takie eskapady wymagają czasu, a w tym roku mieliśmy do dyspozycji nieco mniej dni urlopu niż zazwyczaj, dlatego szukaliśmy trochę bliższej destynacji. I tak przypomniałam sobie o Chorwacji. W poszukiwaniu idealnego miejsca na letni wypoczynek, w dodatku z dala od tłumów, z którymi nieodłącznie kojarzył mi się ten kraj, zaczęłam nerwowo przeglądać grupy tematyczne poświęcone temu państwu na Facebooku. I zrobił mi się straszny mętlik w głowie, bo okazało się, że właściwie całe wybrzeże Adriatyku usiane jest miejscowościami turystycznymi. Którą więc wybrać? Z pomocą przyszedł znajomy ożeniony z Chorwatką. Z kilku propozycji zdecydowaliśmy się na Nin. Miasteczko wydało nam się schludne, zadbane, z typowo adriatycką, kamienną zabudową, spadku po panowaniu Wenecjan. 



Stare Miasto


Na wyspie, nad którą góruje strzelista, kwadratowa kościelna wieża, tak charakterystyczna dla chyba wszystkich adriatyckich miast, mieści się najstarsza część Nin, ale sama miejscowość jest dużo większa i niemal okala wyspę. W tej chwili dostać się tam można nową, drewnianą tymczasową przeprawą dla pieszych i rowerzystów. Za mury prowadzą dwie bramy: Dolna i Górna. To właśnie bezpośrednio do nich wiodły zniszczone przeprawy. Z drewnianej kładki bliżej jest do bramy Dolnej. A za nią znajduje się... Dalmacja w miniaturze! Bo Nin to dosłownie kilka wąskich uliczek, przy których można zobaczyć charakterystyczną dla wszystkich miast regionu kamienną zabudowę i które łączą dwa place, gdzie ulokowały się liczne restauracyjne ogródki. Klimat psują jedynie sklepy z dość tandetnymi pamiątkami, na czele z jednorożcami wyszywanymi cekinami.










Miniaturowy jest też przedromański kościółek Św. Krzyża z IX w., wizytówka miasta i typowy przykład przedromańskiej architektury starochorwackiej. Kiedyś miał rangę katedry i do dziś często określa się go mianem najmniejszej katedry na świecie. Obecnie nie tylko nie jest katedrą, ale nie pełni funkcji sakralnych. Wnętrze jest puste, dając schronienie jaskółkom i ich pisklętom. Patrząc na tę mikroskopijnych rozmiarów budowlę, trudno sobie wyobrazić, że to spokojne, dziś nastawione na turystów miejsce, było kiedyś miastem królewskim, że tu koronowano chorwackich monarchów i że tu rozegrał się religijny spór, który miał zaważyć na tym, w jakim języku odprawiane będą msze w chorwackich kościołach. 






Zanim jednak wędrówka ludów przywiodła na te ziemie Chorwatów, już w czasach antycznych istniał tu prężny port o nazwie Aenona. Zachowaną pamiątką z tamtej epoki jest niewielki fragment świątyni z czasów rzymskich (z I w.), podobno największej wówczas na terenie Dalmacji. Charakterystyczna, niestety tylko jedna, kolumna znajduje się jednak na uboczu i jeśli nie wie się o jej istnieniu, można tam zwyczajnie nie trafić. Stanowisko archeologiczne mieści się za Muzeum Archeologicznym (jest to oddział Muzeum Archeologicznego w Zadarze). Z placu przed muzeum trzeba wejść w wąską uliczkę wiodącą dalej, ku murom. Nie jest imponujące, ale ja bardzo lubię takie miejsca, gdzie historię widać gołym okiem, gdzie dotknąć można spuścizny po poprzednich pokoleniach zamieszkujących te ziemie, gdzie kolejne narodowości i najeźdźcy pozostawili coś po sobie. I Nin, choć maleńkie, takim właśnie jest miejscem, przesiąkniętym wielowiekową historią. Gdy z restauracyjnego tarasu patrzyłam na tę pamiątkę po ludach mieszkających tu nie setki, a tysiące lat temu, naszła mnie refleksja, czy po nas także coś tu zostanie (poza tonami plastiku), czy ci, którzy zamieszkają w tym miejscu za kolejne tysiące lat, będą chcieli otaczać pieczą pozostałości po naszej cywilizacji. Kim będą? Chorwatami, innymi narodami, które podbiją te tereny, czy może obcą cywilizacją spoza Ziemi?




Chorwaci osiedli tu w średniowieczu. Nin szybko stało się miastem królewskim i wkrótce właśnie tu założone zostało biskupstwo. Chrześcijaństwo przyjęli z rąk Cyryla i Metodego, w obrządku wschodnim. Językiem liturgii stał się chorwacki, zaś w formie pisanej - głagolica. Pierwsze państwo chorwackie powstało za panowania księcia Tomisława Chorwackiego (Tomislav) w IX w. Już w tym czasie na terenie Dalmacji istniały dwa kościoły: biskupstwo w Ninie uznawało zwierzchność Rzymu, zaś biskupstwo w Splicie - Konstantynopola. Gdy papież Jan X w 925 r. koronował Tomisława, w Splicie powołano do życia archidiecezję, zaś do liturgii wprowadzono łacinę. I tu na scenę wkroczył biskup Ninu, Grzegorz z Ninu (Grgur Ninski), ówczesny doradca Tomisława, dla którego wprowadzenie łaciny do obrządku oznaczało zastąpienie własnych dostojników, którzy nie władali tym językiem, duchownymi narzuconymi przez papieża. Grzegorz nie chciał o tym słyszeć. Spór próbowano rozwiązać podczas dwóch synodów w 925 i 928 r. w Splicie. Ostatecznie Grzegorz odpuścił, w kościołach i kościelnej hierarchii zagościła łacina, ale prostym księżom zezwolono na posługiwanie się starochorwackim i głagolicą. Kościół Św. Krzyża utracił wówczas rangę siedziby biskupiej. Grzegorz przeniósł się do Skradina. Dziś groźnie patrzy z pomnika dłuta Ivana Meštrovicia ulokowanego w centrum miasteczka obok innej świątyni, kościoła Św. Anzelma. To jeden z trzech przedstawiających biskupa monumentów w Chorwacji. Dwa pozostałe, także autorstwa Meštrovicia, mieszczą się w Splicie i we Varaždinie.



To właśnie dzwonnica kościoła Św. Anzelma wznosi się ponad zabudowaniami na wyspie. Sama średniowieczna świątynia została wzniesiona w VII w. i zastąpiła przedromańskie sanktuarium znajdujące się wcześniej w tym miejscu. Podczas rządów królów chorwackich świątynia miała charakter katedry. Z tego okresu zachowała się jedynie kaplica boczna, gdzie obecnie znajduje się skarbiec, a w nim niebywałe skarby: liczne relikwie, wśród nich także Św. Anzelma oraz pierścień papieża Piusa X z XV w.! Obecny wygląd kościół zyskał z XVIII w. Charakterystyczną dzwonnicę dobudowano w XIII w. i następnie przebudowano w XVII w. Ma 19 m wysokości i 4,75 m szerokości. 




Poza wspomnianymi kościołami, w obrębie murów znajduje się także trzeci, pod wezwaniem Św. Ambrożego z XIII w. Zlokalizowany jest w pobliżu cmentarza, tuż przy bramie Górnej. Kościół jest jednonawowy, z cechami romańsko-gotyckimi. Był kilkukrotnie przebudowywany. Ma świetną akustykę, więc często odbywają się w nim koncerty. 



Już poza obrębem Nin, w miejscowości Prahulje przy drodze w kierunku Zadaru znajduje się jeszcze jeden ważny dla historii tych ziem kościół. Zbudowany został w XI w. na niewielkim wzniesieniu. Doskonała widoczność sprawiła, że koronowani w Nin monarchowie (a było ich aż siedmiu), przybywali tu, by na znak swojej królewskiej władzy wznieść miecz w kierunku czterech stron świata, prezentując się w ten sposób poddanym. 

Kiedy ta część Dalmacji znalazła się pod panowaniem Wenecjan, którzy musieli stawić czoło najazdom tureckim, kościółek o strategicznym położeniu został przebudowany i opatrzony ośmioma blankami. Zyskał wówczas znaczenie obronne, jako wieża strażnicza.




W tym okresie Nin zostało dwukrotnie zniszczone - w 1571 r. oraz w 1646 r., gdy Wenecjanie poświęcili miasto, by skupić się na obronie Zadaru przed Turkami. W ruinach legły pałace, królewski i biskupi, i nigdy ich nie odbudowano, a miasto utraciło swoją pozycję.

Dziś nie tylko opowiada swoją historię dzięki zabytkom, które dotrwały do naszych czasów, ale także ma wszystkie cechy kurortu: ładne piaszczyste plaże i bogatą ofertę gastronomiczną oraz noclegową. 

Plaże


Wystarczy wyjść poza miejskie mury, by prowadzącą wzdłuż nich promenadą, przy której kotwiczą rybackie łodzie, dojść do malowniczej laguny, którą szczególnie polubili kite surferzy. Płytka woda i ekspozycja na wiatr sprawiają, że to idealne miejsce, by zacząć przygodę z tym sportem. Powiewające ponad taflą kolorowe latawce są tu nieodłącznym elementem krajobrazu. Na początku laguny znajduje się jedna z dwóch najbardziej popularnych plaż, Ninska Laguna Beach, wyposażona w leżaki, parasole, sprzęt do pływania, bar oraz mały plac zabaw dla dzieci.






Druga, Plaża Królowej (Kraljičina plaža) znajduje się po przeciwnej stronie laguny, ale oddziela ją od niej morze. By się tam dostać trzeba jechać naokoło, przez nową część miasta, tę dla mieszkańców - z pocztą, supermarketami, piekarnią i kramami z warzywami i owocami. Na niej również można skorzystać z leżaków i parasoli oraz sprzętu wodnego, także przejażdżek na pontonach lub bananach ciągniętych przez motorówkę.




W tej okolicy znajduje się również słynne Lejkovito blato, pokłady bogatych w minerały błot (peloidy) o właściwościach leczniczych, z których dobrodziejstwa korzystali już podobno Rzymianie, służących do leczenia reumatyzmu i chorób skóry. Nie powinien zatem dziwić widok ludzi całych umazanych szarą mazią.




Obie plaże polecane są dla rodzin z małymi dziećmi, bowiem woda w morzu jest tu długo płytka i ciepła.

My natomiast korzystaliśmy z dzikiej plaży najbliżej miejsca, gdzie nocowaliśmy, nieopodal starej cegielni. Nie ma tam żadnej infrastruktury (jedynie bar, który jednak w czerwcu był nieczynny), za to ludzi jest znacznie mniej niż na dwóch opisanych powyżej i woda nieco głębsza. Wśród kamieni, które miejscami leżą na dnie kryją się kraby i mieniące ryby, więc dobrze zaopatrzyć się w płetwy i maskę z rurką.











Salina (Solana Nin)


Sól w tych okolicach wydobywano już w czasach rzymskich. Był to tak cenny surowiec, że stanowił równowartość złota. Legenda głosi, że rzymscy żołnierze dostawali w soli żołd. Gdy Dalmację zajęli Wenecjanie, wykupili wszystkie działające saliny, także tę w Nin, by... zamknąć ją i wszystkie pozostałe jako konkurencyjne dla własnych. Wydobycie soli zniknęło z Nin na 500 lat. Produkcja ruszyła ponownie pełna parą w XX w. Dodać należy, że pełną parą rąk ludzkich, bo sól jest pozyskiwana cały czas metodami tradycyjnymi jak setki lat temu. A przy okazji salina jest nie lada atrakcją turystyczną.



Bo Solana Nin to nie tylko zakład produkcyjny, to także muzeum i swoisty rezerwat przyrody. Do zwiedzania udostępnione są sale ekspozycyjne, do których wejść można o dowolnej porze w godzinach otwarcia saliny, a także pola z basenami do pozyskiwania soli. Ta część dostępna jest tylko w grupach z przewodnikiem, ze względu na wysokie temperatury tylko do południa i późnym popołudniem (o pełnych godzinach - 8:00, 9:00, 10:00, 11:00, 12:00, 17:00, 18:00 i 19:00, wstęp - 65 kn od osoby, bilet rodzinny - 170 kn). Mieliśmy szczęście, bo panią przewodnik mieliśmy tylko dla siebie.



Kompleks zajmuje obszar 55 ha i podzielony jest na ponad 100 basenów, w tym 21 do krystalizacji soli. Niestety w czasie naszej wizyty nie były one jeszcze zapełnione, bowiem proces pozyskiwania soli w salinie jest pięcioetapowy. Krystalizacja to ostatni etap, ale z uwagi na chłodny i deszczowy maj w tym roku wszystko ruszyło później i w drugiej połowie czerwca prace były dopiero na etapie czwartym. Nie mieliśmy więc okazji podziwiać spektakularnych widoków białego złota połyskującego w promieniach słońca. Rocznie produkuje się tu 3 tys. ton soli, w tym tzw. kwiat soli - sól niezwykle bogatą w minerały, których stężenie może kilkukrotnie przewyższać to znajdujące się w zwykłej soli morskiej. Kwiat soli to efekt metabolizmu glonów i mikroorganizmów. Tworzy bardzo cienką warstwę na powierzchni wody, skąd jest ręcznie zbierana. Wspomniana powódź z 2017 r. dotknęła także Solanę. To był wyjątkowo urodzajny rok, żywioł zaś pochłonął większą część produkcji.







Na terenie saliny żyją ciekawe gatunki zwierząt i roślin. Siedlisko ma tu gatunek ptaka o nazwie szczudłak zwyczajny (chorw. Vlastelica, łac. Himantopus himantopus) o charakterystycznych czerwonych nogach i długim dziobie, endemiczna maleńka krewetka w języku polskim określana mianem słonaczek (chorw. Račić slaništar, łac. Artemia salina), która nie uległa ewolucji od milionów lat, czy roślina o nazwie soliród (chorw. Slanuša, łac. Salicornia europaea) - słony w smaku sukulent przypominający nieco trawę. Znana jest również we Francji, czy Włoszech. Jest jadalna i sprzedaje się ją zazwyczaj... w sklepach rybnych! Najczęściej się ją gotuje lub dodaje do sałatek. A w salinie można skosztować prosto z jednego z basenów. I nie ma się czego bać, bo woda jest tu naprawdę czysta. Nin leży pomiędzy czterema chorwackimi parkami narodowymi (Plitvice, Paklenica, Północny Velebit i Krka), więc środowisko naturalne jest tu w dużym stopniu nienaruszone.






Pierwszy raz byłam w takim miejscu i choć żałuję, że nie było jeszcze tegorocznej soli, to jednak przyroda zrekompensowała ten brak. A w słone pamiątki z Nin można się zaopatrzyć w przyfabrycznym sklepiku. Można tam kupić oczywiście sól, także aromatyzowaną ziołami oraz wspomniany kwiat soli, ale również rozmaite produkty spożywcze z jej wykorzystaniem, np. lody, czy czekoladki. Są też liczne kosmetyki. I szczerze mówiąc to jest najlepszy pomysł na przywiezienie czegoś z tego miasteczka dla siebie lub bliskich, bo na stoiskach z pamiątkami na Starym Mieście wybór jest kiepski i większość oferowanych souvenirów jest dosyć tandetna.   

Opuszczona cegielnia (Ciglana Nin)


Ponad dachami Nin wznosi się nie tylko kościelna wieża, ale i komin z rudej cegły, pozostałość po dawnej cegielni. Dla nas był to doskonały punkt orientacyjny, nie przymierzając jak w Warszawie Pałac Kultury i Nauki, bowiem zatrzymaliśmy się właśnie w tej części miasteczka, gdzie cegielnia się znajduje. 



Fabryka cegieł „Branko Štulić” została założona 27 grudnia 1953 r. decyzją ówczesnego samorządu z siedzibą w Zadarze i rozpoczęła pracę w 1954 r. Powstała na znacjonalizowanych gruntach odebranych kilkunastu rodzinom. Przestała działać na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w., gdy wyczerpały się złoża gliny, z której wypalano cegły. 26 czerwca 1985 r. postawiono fabrykę w stan likwidacji, ostatecznie w 1997 r. stała się własnością państwową. Od ponad 10 lat toczy się batalia o odzyskanie działki przez spadkobierców dawnych właścicieli, w sumie 17 rodzin z Nin, a budynki niszczeją, coraz bardziej oddając się we władanie roślinności. 



To bardziej ciekawostka dla osób lubiących opuszczone miejsca niż zabytek. Jeśli jednak ktoś chciałby cegielnię zobaczyć, powinien się spieszyć. Działka, na której się znajduje, objęta jest planem zagospodarowania z przeznaczeniem na kolejne hotele/pensjonaty. Prace wyburzeniowe ruszą, gdy tylko uregulowane zostanie prawo własności do tego terenu. 



Historia połączyła na niewielkim obszarze rzymską kolumnę z powojennym fabrycznym kominem. Nin to prawie 2000 lat zaklęte w kamieniach i cegłach, to nowoczesne apartamentowce wzniesione na ruinach iliryjskich, rzymskich i weneckich budynków, to potęga i upadek. Ale też harmonia i spokój, mimo setek turystów przetaczających się tu codziennie w sezonie.

Czy warto zatem wybrać Nin na miejsce letniego wypoczynku? Miasteczko ma naprawdę mnóstwo uroku i jak na swój rozmiar całkiem sporo zabytków. Piaszczyste plaże, co jest w Chorwacji rzadkością, są idealne dla rodzin z dziećmi, choć raczej z młodszymi niż takimi, które potrafią już pływać. Starsze mogą skorzystać za to z całej gamy sprzętu wodnego. Niestety jest dość głośno z uwagi na przepływające co chwilę motorówki ciągnące amatorów adrenaliny. Na turystów czeka bogata oferta noclegów, świetna gastronomia i mnóstwo kramów z pamiątkami. Jeśli ktoś szuka ciepłego morza, smacznej kuchni i błogiego nic nie robienia, wszystko to znajdzie w Nin. Mimo popularności, miastu udało się zachować jakiś taki śródziemnomorski spokój i chyba to urzekło mnie najbardziej. Jest też doskonałą bazą wypadową po tej części Chorwacji.



Mimo to mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o Chorwację. Nie porwała mnie ani pięknymi plażami, ani spektakularnymi zabytkami. Zabrakło efektu WOW, miłości od pierwszego wejrzenia. Być może za dużo sobie wyobrażałam, a być może północna Dalmacja po prostu nie jest najlepszym miejscem na pierwszy raz w tym kraju. Mówią, że im bardziej na południe tym piękniej, więc nie skreślam jej jeszcze całkiem. Mimo wszystko w kolejnych wpisach będę się starała pokazać raczej pozytywne strony i piękne miejsca w Chorwacji. Zabiorę Was jeszcze do Zadaru, Szybenika i na jeden ze szlaków Parku Narodowego Paklenica.

GARŚĆ INFORMACJI PRAKTYCZNYCH

Dojazd samochodem - ceny winiet i paliwa w czerwcu 2019 r.

Wybraliśmy trasę autostradową przez Czechy, Austrię i Słowenię, która w dużej mierze pokrywała się z tą, którą w 2016 r. pokonaliśmy w drodze do Albanii, głównie dlatego, że tym razem chcieliśmy zwiedzić także Graz i Lublanę.

Słoweńsko-chorwacką granicę przekraczaliśmy w sobotę ok. godz. 10:40 rano i czas przejazdu wyniósł ok. 10 min. Natomiast już w samej Chorwacji ruch w kierunku wybrzeża był bardzo duży i były takie momenty, że toczyliśmy się z prędkością 20 km/godz. Rozgęściło się, gdy część aut odbiła w stronę Istrii.

Ceny winiet (kupowaliśmy po drodze, na przejściach granicznych i stacjach benzynowych):

Czechy - 310 kč dziesięciodniowa, 440 kč miesięczna
Austria - 9,20 euro dziesięciodniowa, dodatkowo pobierają opłatę 1 euro, jeśli płaci się kartą, nie mają winiet miesięcznych, dwumiesięczna kosztuje 26,80 euro 
Słowenia - 15 euro tygodniowa, 30 euro miesięczna
Chorwacja - bramki, przejazd od granicy ze Słowenią do Nin kosztuje łącznie 180 kun w jedną stronę (na szczęście są tylko dwie bramki - piszę na szczęście, bowiem wciąż mam w pamięci ubiegłoroczną trasę po Grecji kontynentalnej, gdy trzeba było się zatrzymać kilkanaście razy!).

Pamiętajcie, że w Słowenii i Austrii trzeba mieć wykupioną winietę przed wjazdem na autostradę, więc jeśli nie kupiliście przez Internet lub wcześniej w Polsce np. za pośrednictwem Polskiego Związku Motorowego, to kupcie w pierwszej budce zaraz na granicy! Kilometr dalej potrafią już stać i sprawdzać. Mandat za jej brak kosztuje 120-150 euro. 

Ceny benzyny 95:

Czechy - na stacjach Shell i OMV w Mikulovie, ostatnich przed granicą z Austrią - 34,90 kč, na stacjach przy sieci TESCO - 30-31 kč
Austria - sieć Eni (logo z czarnym sześcionogim psem ziejącym ogniem) - 1,22-1,23 euro, ale zazwyczaj trzeba kawałek zjechać z autostrady, przy autostradzie na stacji Shell - 1,59 euro
Słowenia - przy autostradzie od 1,32 do 1,39 euro
Chorwacja - przy autostradzie 10,070 kn

Gdzie spać?

Baza noclegowa w Nin jest spora. My zatrzymaliśmy się w Vili Marija na obrzeżach miasta, po sąsiedzku ze starą cegielnią, ok. 2 km od centrum (droga wiedzie naokoło, bowiem w tej okolicy ujście do morza ma wspomniana rzeka Miljašić Jaruga, zaś na ostatnim jej odcinku cumują łodzie). Obiekt dysponuje czterema rodzinnymi apartamentami z aneksami kuchennymi, bez wyżywienia i właściwie bez obsługi przez cały pobyt (mam na myśli sprzątanie, czy wymianę ręczników i pościeli). Wyposażenie pokoi jest skromne, ale wystarczające. Na terenie znajduje się basen z bardzo wygodnymi leżakami, plac zabaw dla dzieci i miejsca parkingowe. 





Gdzie jeść?

W Nin, choć to niewielkie miasteczko, jest w sumie kilkanaście lokali gastronomicznych - konob, restauracji, pizzerii i lodziarni. Nam do gustu szczególnie przypadły dwa - restauracja Sokol i konoba Sentimenti.

Restoran Sokol

Restauracja znajduje się tuż za Dolną bramą. Latem stoliki ustawione są nie tylko w ogródku tuż przy wejściu do lokalu, ale i na placyku, na który wychodzi się przekraczając bramę.

Może się zdarzyć, że w czasie weekendu restauracja w jakichś godzinach będzie niedostępna, bowiem jest popularna także wśród mieszkańców na rozmaite uroczystości rodzinne.



Specjalnością jest tu wołowina z grilla. Ceny są dość wysokie, ale właściciele mają własną masarnię, więc mięso jest świeże i najwyższej jakości. I niech Was nie zmyli i nie zniechęci forma podania, nieco bez polotu, bo mięso jest fenomenalne.

Zamówiliśmy trzy różne dania: stek (650 g - 120 kn), befsztyk (250 g - 140 kn) oraz mięso faszerowane cebulą i ostrą papryką (na zdjęciu poniżej, 350 g - 150 kn).



Restauracja serwuje także, jak to nad morzem, dania z ryb i owoców morza. Będąc nad Adriatykiem koniecznie trzeba spróbować grillowanych kalmarów (lignje na žaru). Pokochałam je tak bardzo jak ośmiornicę w Grecji. Każda restauracja serwuje je po swojemu, z rozmaitymi dodatkami. W restauracji Sokol są miękkie, delikatne, z dodatkiem czosnku i natki pietruszki, chyba najsmaczniejsze, jakie jedliśmy w ciągu całego pobytu w Chorwacji. Dwie sztuki (300g) to koszt 80 kn.



Konoba Sentimenti

Znajduje się niemal vis a vis restauracji Sokol i serwuje kuchnię dalmatyńską. W karcie można znaleźć dania mięsna, ale zdecydowaną większość stanowią ryby i owoce morza. 

Na przystawkę zamówiliśmy mix owoców morza (75 kn) - panierowana drobnica z sosem czosnkowym, ale bardzo smaczna. Piotr zdecydował się na zupę rybną (30 kn) oraz małże w białym winie (55 kn), ja tradycyjnie na kalmary (120 kn), które tu serwowane są po dalmatyńsku z blitvą, czyli duszonym burakiem liściastym przypominającym nieco naszą botwinkę, dzieciaki zaś wzięły po porcji fenomenalnej giczki jagnięcej z opiekanymi ziemniakami (133 kn).






Dania były nie tylko smaczne, ale i apetycznie podane. Do tego doskonała obsługa kelnerska i to, co zaskoczyło mnie najbardziej, w damskiej toalecie dostępne były artykuły higieniczne, np. dezodorant, jeśli któraś z pań przed kolacją chciałaby się odświeżyć. W takim klimacie - bezcenne!

Dwie inne restauracje, w których byliśmy, Aenona i Stara Kužina, też dały radę, choć dania nie zrobiły na nas aż takiego wrażenia jak w dwóch poprzednich. Poza wymienionymi jest jeszcze co najmniej drugie tyle miejsc serwujących kuchnię dalmatyńską, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.

Ceny produktów spożywczych w sklepach

To jest temat, który bardzo często pojawia się w dyskusjach poświęconych Chorwacji. Nie jest to tani kraj. I choć zazwyczaj w czasie wakacji staramy się nie przeliczać cen na złotówki, to tu za każdym razem liczyliśmy, ile wydajemy. Szczególnie wysokie są ceny masła i wody mineralnej w butelkach.

Poniżej podaję przykładowe ceny z paragonów z dwóch supermarketów, Konzum i Tommy. W czasie naszego pobytu przelicznik był 1 kn = 63 gr.

chleb - 8 kn (piekarnia Zlatno Runo)
woda mineralna w butelkach 1,5 l - 5,99-7,99 kn (supermarket Konzum)
sok owocowy w kartonie 1 l - 10,99 kn (supermarket Konzum)
masło 250 g - 26,99 kn (supermarket Konzum)
nektaryny 1 kg - 15,99 kn (supermarket Konzum)
piwo Ožujsko butelka 0,5 l - 7,99 (supermarket Konzum)
ajwar słoik 23,99-28,99 kn (supermarket Tommy)
jogurt owocowy Jogobella - 4,29 kn (supermarket Konzum)
szynka w plasterkach opakowanie - 16,99 kn (supermarket Konzum)
szynka prsut w plasterkach opakowanie 90 g - 18,49 kn (supermarket Konzum)
mortadela w plasterkach opakowanie - 14,99 kn (supermarket Konzum)
pomidory 1 kg - 10,49 kn (supermarket Konzum)
lokalny ser dojrzewający 1 kg - 149,99 kn (supermarket Konzum)
jajka 10 szt. - 14,99 kn (supermarket Konzum)

Chorwacja przymierza się do wprowadzenia euro, a wówczas ceny wzrosną pewnie jeszcze bardziej.

My póki co nie mamy jeszcze planów wakacyjnych na przyszły rok, więc być może damy Chorwacji drugą szansę i pojedziemy bardziej na południe. Jednak tym razem decyzje będą zapadać spontanicznie, tuż przed wyjazdem.

środa, 31 lipca 2019

Warszawa przyłapana... w lipcu 2019

Warszawiacy suchej nitki nie zostawili na projekcie władz miasta na urządzenie na Placu Bankowym tzw. strefy relaksu złożonej z palet, między którymi ustawiono donice z roślinnością. Fala krytyki wylała się nie tylko na umiejscowienie ogródka tuż przy ruchliwej arterii i w bezpośrednim sąsiedztwie Ogrodu Saskiego, który jest naturalną oazą zieleni i ciszy, ale i na koszt prawie 1 miliona zł, jaki poniesiono na tymczasową realizację, która jesienią ma zostać rozebrana. Sam pomysł nie jest zły, bo miejsce jest ładnie zaprojektowane i składa się nie tylko z palet i donic, jak sugerują krytycy, ale zaopatrzone jest w cały system zraszaczy przyjemnie chłodzących mgiełką w upalne dni. Jest też sporo akcentów proekologicznych, chociażby artystyczna instalacja pokazująca, ile miejsca w przestrzeni miejskiej zajęłyby odpady produkowane przez mieszkańców zaledwie w ciągu jednego roku w zestawieniu z najbardziej charakterystycznymi budynkami stolicy. Natomiast nie sposób nie zgodzić się z tym, że lokalizacja ogródka jest trochę niefortunna, bo faktycznie przejeżdżające tuż za prowizorycznym ogrodzeniem samochody i tramwaje dają się we znaki, zaś w pobliżu jest nie tylko Ogród Saski, ale i Park Krasińskich, czy nieco cofnięty w stosunku do ulicy placyk przed kinem Muranów. Strefa relaksu odniosłoby sukces, gdyby na czas jej funkcjonowania Plac Bankowy został wyłączony z ruchu samochodowego. Na początku miesiąca byliśmy w Brnie, gdzie w taki właśnie sposób funkcjonuje Plac Wolności. Środkiem jeżdżą jedynie tramwaje, wjazd samochodów jest ograniczony, więc z powodzeniem niemal do samych torów sięgają kawiarniane ogródki z leżakami. Ogródek w takiej postaci jak na Placu Bankowym, niestety skazany jest na porażkę, a szkoda! 






Z kolei miłośnicy powojennego modernizmu ostro skrytykowali ozdobienie dolnego pawilonu dworca Warszawa Powiśle, w którym obecnie mieści się kawiarnia, motywami koronki przez NeSpoon. Dekoracja była tymczasowa, wykonana na potrzeby jednego wydarzenia, po którym miała zostać zamalowana. Została dzień, czy dwa dłużej i z miejsca okrzyknięto ją przykładem oszpecenia architektury tamtych czasów. Ostatecznie na fali krytyki dekoracja zniknęła i nie zdążyłam jej zobaczyć, ani sfotografować. I mimo, że bardzo cenię twórczość NeSpoon, to jednak jedną z najważniejszych cech modernizmu jest prostota, wyraz poprzez formę, a nie zdobienia, zaś ten budynek dworcowy uchodzi za jeden z najlepiej utrzymanych przykładów takiej architektury. I niech tak zostanie. 

Skoro zaś mowa o powojennym moderniźmie, to do rejestru zabytków został wreszcie wpisany gmach Dworca Centralnego. 

Niestety takiego szczęścia nie miały muralowe reklamy wielkoformatowe Jubilera i Fotonu z czasów PRL-u znajdujące się na ścianach kamienicy przy Targowej 15. Mimo zabiegów o objęcie ich ochroną konserwatorską, zostały zamalowane. Kilka dni później media obiegła informacja, że malowidła zostaną odtworzone. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia. To będą jedynie kopie. Lepsze byłyby całkiem współczesne obrazy, w jakiś sposób nawiązujące do tych starych reklam, które mogłyby cieszyć oczy przez kolejne lata. Mamy mnóstwo uzdolnionych twórców street artu, więc o efekt byłabym spokojna. Warto dodać, że to już kolejne murale, które w ostatnim czasie straciła Praga. Dwa, moim zdaniem jedne z najlepszych w stolicy, czyli obrazy "Plac Zabaw" Ernesta Zacharevica i "Warszawa Wschodnia" Sebasa Velasco, zasłoniła budowa kompleksu nowych bloków przy Stalowej.




Ale choć częściej słyszy się, że wartościowy street art znika z ulic Warszawy, niż że jest miastu przywracany, znalazłam też niedawno przykład na to, że zniszczone murale daje się uratować! Obraz duetu Cyrcle z 2014 r. zdobiący ponad stuletnią kamienicę przy Widok dość mocno ucierpiał w czasie rozbiórki sąsiedniego budynku i budowy hotelu PURO w tym miejscu. Szczerze mówiąc obawiałam się, że to jego koniec. Tymczasem przeszedł konserwację i wygląda jak nowy! Cieszy mnie to niezmiernie, bo to także jeden z moich ulubionych w mieście.




Zmiany także na Tamce. Przy Muzeum Fryderyka Chopina można z kolei podziwiać nowy mural z wizerunkiem kompozytora. Zastąpił poprzedni, nieco już wyblakły. Autorką nowego obrazu jest nieoceniona Barrakuz, wykonanie to zasługa Good Looking Studio. Niestety mural będzie zdobił kamienicę tylko do końca września tego roku. Potem ma powstać nowy projekt. W założeniu ekspozycja ma być w tym miejscu zmienna, coś jak patelnia przy stacji metra Centrum.



Metro także opanowała sztuka! Od 22 lipca do 25 sierpnia w przejściach podziemnych przy wszystkich stacjach linii M2 można podziwiać twórczość młodych artystów. Ta niecodzienna wystawa nosi tytuł "MetrODsztuki" i obejmuje reprodukcje najlepszych prac ponad 40 absolwentów warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych z ostatnich 10 lat. Jest to jednocześnie podsumowanie trwającego od dekady projektu „Coming Out” - corocznej, uroczystej prezentacji najciekawszych prac dyplomowych studentów ASP z dziewięciu wydziałów. To pierwsza ekspozycja w całości zrealizowana w przestrzeni warszawskiego metra i jedna z największych w skali europejskiej, jeśli chodzi o tego typu projekty. Prace z zakresu malarstwa, fotografii, scenografii, czy plakatu można zobaczyć na bilboardach reklamowych na stacjach. Są ponumerowane i wszystkie razem tworzą trasę o długość ponad 1600 m. Rozplanowane są w taki sposób, by każda praca odsyłała do następnej. Przy okazji można wziąć udział w grze miejskiej skanując QR kody znajdujące się na stacjach i przenoszące na strony z informacjami o danym artyście. Bardzo mi się podoba taki pomysł na promocję sztuki w przestrzeni miasta, niestety mam wrażenie, że jest mało wyrazisty i większość przechodniów nie zwraca uwagi na bilboardy z reprodukcjami. Ludzie się spieszą, są atakowani reklamami na każdym kroku, więc często zwyczajnie nie przyglądają się temu, co nośniki reklamowe prezentują. Część ekspozycji znajduje się też w miejscach, gdzie przeciętny przechodzień nie patrzy, czyli np. przy ruchomych schodach przy wyjściu z metra na powierzchnię. Ja, gdybym nie wiedziała o tym, że jest taka wystawa, z pewnością nie zwróciłabym na nią uwagi. I ludzie zazwyczaj przechodzą obok obojętnie. Dopiero widząc kogoś z aparatem fotograficznym, spoglądają w kierunku fotografowanego obiektu. Jeśli jeździcie metrem, zatrzymajcie się na chwilę i obejrzyjcie tyle prac, ile dacie radę, bo naprawdę warto.





Znowu zaniedbałam w tym miesiącu muzea i udało mi się zobaczyć tylko jedną wystawę, za to jaką! Ekspozycja "Rządzić i olśniewać. Klejnoty i jubilerstwo w Polsce w XVI i XVII wieku" na Zamku Królewskim naprawdę olśniewa! Większość pokazanych eksponatów pochodzi ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu oraz klasztoru na Jasnej Górze. Wśród nich znajduje się biżuteria królewska, złote kielichy mszalne wysadzane drogimi kamieniami, czy nieco skromniejsze ozdoby mieszczan z tamtego okresu przekazane jako wota kościołom, dzięki czemu przetrwały wszystkie wojenne zawieruchy i dotrwały do czasów współczesnych. Niestety nie można robić zdjęć, więc musicie zobaczyć to sami lub uwierzyć na słowo. Spieszcie się jednak, bo wystawa czynna jest jeszcze tylko do 4 sierpnia.

WARSZAWA ZE SMAKIEM

Lato to czas, gdy częściej możemy sobie pozwolić na wyjścia tylko we dwoje, kiedy dzieci wyjadą na wakacje. Wybieramy wówczas takie miejsca, dokąd raczej nie moglibyśmy iść z nimi. Ta część postu jest zatem przeznaczona dla dorosłych. 

Loreta Bar

Na siódmym piętrze otwartego niedawno hotelu PURO przy Widok rozgościł się drink bar. Wnętrze jest przestronne, urządzone z elegancką prostotą. Jednak największym atutem lokalu jest taras z widokiem na budynki Śródmieścia. Niestety panoramę częściowo zasłania wieżowiec wznoszony na tyłach Rotundy, ale widok i tak robi wrażenie. Ja jednak przyszłam tam także z innego powodu. Taras zdobi bowiem neon autorstwa Maurycego Gomulickiego, a jeśli tu zaglądacie, to zapewne wiecie, że to jeden z moich ulubionych twórców, zaś jego neony lubię szczególnie i za jednym pojechałam nawet do Białegostoku







Tym sposobem sztuka przywiodła mnie (i małżonka) w miejsce, gdzie dość przyjemnie można spędzić upalny wieczór. Karta koktajli inspirowana jest Warszawą. Większość to drinki autorskie, ale na życzenie barman może przygotować także coś bardziej klasycznego. I choć sporo osób zamawiało powszechnie znany aperol spritz, my zdecydowaliśmy się na to, co oferowała karta. Koktajl o nazwie Upside Down (gin, rabarbar, prosecco i owoce granatu) jest lekki, owocowy i orzeźwiający. Idealnie nadaje się na letni wieczór. Loreta Cup, serwowany w niebanalnej filiżance, to drink na bazie whiskey, aromatyzowany agawą, chili i cytryną, dodatkowo podawany z karmelem, jednak nieco ciężki i bardzo słodki (pikantna nuta jest ledwo wyczuwalna). Najciekawszy był dla mnie White Cosmo (wódka, likier z czarnego bzu, limonka), gdzie w kieliszku dostaje się limonkę z kulce lodu, zaś sam koktajl w oddzielnym dzbanuszku do samodzielnego dozowania. Ze wszystkich wymienionych jest chyba najmocniejszy i najbardziej wytrawny. Wszystkie drinki w karcie kosztują 29 zł. 






Atutem koktajli, także pozostałych z karty, jest ich prostota, choć przydałoby się także coś bardziej ekstrawaganckiego, dla koneserów. Oprócz drinków serwowany jest także duży wybór win i mocnych alkoholi, w tym tradycyjnych polskich nalewek, co może szczególnie spodobać się cudzoziemcom, a także napoje bezalkoholowe. Brakuje jedynie czegoś na ząb, co pasowałoby do drinków, nawet zwykłych słonych orzeszków.

Samo miejsce jest jednak bardzo przyjemne i choć to ścisłe Centrum, jest kameralnie, a dzięki lokalizacji hotelu w sąsiedztwie dziewiętnastowiecznych kamienic, można poczuć ducha przedwojennej Warszawy i wyobrazić sobie, jak piękne kiedyś było to miasto.

Loreta Bar (Hotel PURO Warszawa Centrum)
ul. Widok 9

REKOMENDACJE NA SIERPIEŃ

1 sierpnia to kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. O godz. 17:00 znów zawyją syreny i zabiją kościelne dzwony, by uczcić pamięć tak żołnierzy, jak i cywilnych ofiar tego patriotycznego zrywu. Zatrzymajmy się na chwilę, by oddać hołd poległym. 

24 sierpnia rozpocznie się XVI Festiwal Warszawa Singera. Potrwa do 1 września.

Przez cały sierpień trwać będzie jeszcze projekt #ichmiasto, którego organizatorami są Akademia Dzikiej Ochoty we współpracy z Zarządem Zieleni m.st. Warszawy. Obejmuje cykl spacerów, wycieczek rowerowych i innych inicjatyw, których celem jest zwrócenie uwagi na to, że Warszawa to nie tylko miasto dla ludzi, ale że między nami żyją także liczne gatunki roślin i zwierząt. Spacery odbywają się głównie w parkach i miejskich terenach zielonych, zaś wycieczki rowerowe wiodą przez najciekawsze zakątki nad Wisłą. Więcej szczegółów: ichmiasto.pl