poniedziałek, 16 maja 2016

Wakacje na greckich wyspach. Thassos, Korfu, czy może Wyspy Sarońskie?

Lazurowa woda, klify stromo opadające do morza, ale i łagodne zalesione zbocza skierowane ku morskim przestrzeniom, ośmiornice suszące się na sznurkach w kameralnych portach, muzyka cicho sącząca się z tawern, białe domki o niebieskich okiennicach... To typowo pocztówkowe, wakacyjne obrazki z greckich wysp. Tak naprawdę nawet nie policzono dokładnie, ile ich jest, ale szacuje się, że grubo ponad 1000. Jednak ludzie mieszkają na mniej niż 250 z nich. Niby wszystkie są podobne, a jednak każda jest inna.

Korfu - widok z ruin twierdzy w Kassiopi

Byłam na sześciu, a jeśli wliczyć w to maleńkie Vlachernę i Mysią Wyspę z równie maleńkimi klasztorami, to nawet na ośmiu. Jednak cztery pierwsze odwiedziłam wiele lat temu. To były Wyspy Sarońskie, które geograficznie leżą mniej więcej na poziomie Aten. Większą grupą wyczarterowaliśmy wówczas jacht i z portu w Pireusie wypłynęliśmy na nieodległe wody Zatoki Sarońskiej, zawijając do portów czterech niewielkich, ale zupełnie różnych wysp.

Pierwsza była Egina o powierzchni 84,41 km², która odegrała ważną rolę w czasie wojny o niepodległość Grecji w latach 1821 - 1832 przeciwko Imperium Osmańskiemu. W stolicy, mieście o nazwie takiej samej jak wyspa, jak to na greckich wyspach często bywa, wciąż zobaczyć można mury obronne. To typowo portowe miasteczko, gdzie obok mariny, w której cumują jachty, znajduje się też przystań rybacka. W porcie kruszeją macki ośmiornic, a tawerny, ukryte pomiędzy niewielkimi kamieniczkami, z dala od oczu turystów, serwują wyśmienite świeże ryby i owoce morza, właśnie z ośmiornicami na czele. Po przeciwległej stronie wyspy, z wypoczynkowej miejscowości Agia Marina, można dojść do ruin starożytnej świątyni Nimfy Afai. Droga pnie się ostro pod górę w pełnym słońcu. Nie polecam z morską chorobą, która w okolicy tej wyspy szczególnie daje się we znaki. Za to to właśnie tam spotkałam się z niezwykłą grecką gościnnością. Gdy zielona na twarzy od mdłości i upału zeszłam od ruin świątyni do położonej nieco poniżej niewielkiej kawiarni i zamówiłam wodę, musiałam chyba wyglądać naprawdę źle, bo troskliwy gospodarz zapytał, czy nie jestem chora. Opowiedziałam mu o morskich dolegliwościach, wypiłam wodę, a gdy zapytałam, ile płacę, starszy pan powiedział, że nic, bo po prostu chciałby pomóc. Pomógł. Może nie na same mdłości, ale na dobry humor do końca dnia. Pod wieczór na szczęście choroba morska nieco ustąpiła. Z ciekawostek - na wyspie Nikos Kazandzakis napisał swoją najsłynniejszą powieść, "Greka Zorbę".

Egina - ruiny świątyni Nimfy Afai

Potem obraliśmy kurs na Hydrę (64,44 km²), która oczarowała mnie najbardziej. Kamienne domy, wąskie uliczki i osiołki czekające w porcie na przyjezdnych, bo to jedyny transport na wyspie, po której nie mogą poruszać się samochody (z wyjątkiem śmieciarki, karetki i jeszcze jednego, czy dwóch aut dostawczych). Artyści najwyraźniej upodobali sobie Wyspy Sarońskie, bowiem to tu większość swoich przebojów napisał Leonard Cohen uwiedziony urokiem Hydry, nazywanej także Idrą.

Następna była maleńka wysepka Spetses (27 km²), gdzie 90% mieszkańców mieszka w stolicy o tej samej nazwie, a jakże! W kilku pozostałych osadach populacje sięgają od kilku do góra trzydziestu osób. Wzdłuż wybrzeża jeżdżą dorożki, gdzieniegdzie stoją armaty - przypominające o tym, że Spestes, podobnie jak Egina, brała udział w wojnie o niepodległość Grecji w latach 1821 - 1832. Nic dziwnego, zamieszkiwali ją głównie kupcy posiadający swoje statki oraz doświadczeni marynarze.

Marina w Spetses

Ostatnią była wyspa o nazwie Poros (49,6 km²) o architekturze charakterystycznej dla greckich wysp - takiej, jaka się kojarzy z pocztówek z Grecji. 

Poros

Na Wyspy Sarońskie najlepiej wybrać się w rejs jachtem, jednak na wszystkie wyspy kursują wodoloty (z portu w Pireusie), na niektóre zawijają także spore promy. Niestety mam bardzo mało zdjęć, bo byłam tam w czasach aparatów na kliszę, kiedy się szanowało każdą klatkę i raczej fotografowało swoją facjatę, a nie domy czy krajobrazy. 

Do Grecji wróciłam dopiero po kilkunastu latach, ale znowu na wyspy. Tym razem samochodem. W ciągu dwóch ostatnich lat odwiedziłam Thassos oraz Korfu - pierwszą położoną na Morzu Egejskim, drugą na Jońskim, choć w podobnym dystansie kilometrowym. I choć Korfu jest jedną z najbardziej znanych i najchętniej odwiedzanych greckich wysp, a Thassos nieco bardziej prowincjonalną, ale obie leżą na podobnej szerokości geograficznej, co powoduje, że i jedna, i druga są uznawane za najbardziej zielone ze wszystkich greckich wysp. Jednak to na Korfu najwcześniej zaczęła rozwijać się turystyka. Wyspę już w starożytności odwiedzali cesarze rzymscy szukając tu wytchnienia. W nieco bardziej współczesnych czasach jedną ze swoich posiadłości miała tu austriacka cesarzowa Sissi. To właśnie turystyka określiła dzisiejszy charakter obu wysp, stawiając Korfu w szeregu tych najpopularniejszych (ale i najbardziej skomercjalizowanych), zaś Thassos na dużo dalszej pozycji.  

Obie znajdują się w ofertach polskich biur podróży, ale na obie można także dotrzeć samodzielnie. Lepiej skomunikowana ze światem jest zdecydowanie Korfu. Przede wszystkim posiada lotnisko, które samo w sobie jest atrakcją turystyczną. Położone jest tuż nad zatoką Kanoni, a pas startowy graniczy z wodami zatoki. Samoloty przelatują nad wspomnianymi już wyspami Vlacherną i Mysią Wyspą, na których znajdują się maleńkie śnieżnobiałe klasztory. To niesamowite zderzenie dwóch światów - ryk silników nad świątyniami, które przecież powinny być miejscami cichymi, miejscami zadumy i refleksji. 





Na Korfu można również dostać się promem. Z terytorium Grecji, z portu w Igoumenitsy, promy dopływają do stolicy, miasta Korfu, lub miejscowości Lefkimi położonej na południu wyspy. Można także przypłynąć z Włoch, jednak wówczas podróż trwa około dobę, za to ogromne promy to prawdziwe pływające hotele. Można także z Albanii, ale jest to przeprawa praktycznie wyłącznie piesza, gdyż promy mają miejsce dla maksymalnie dwóch samochodów i często są one zarezrwowane z dużym wyprzedzeniem.




Na Thassos trudniej dostać się indywidualnemu turyście, bowiem wyspa nie ma lotniska. Lecąc samolotem trzeba kierować się do Kawali, w której jest także terminal promowy. Promy odpływające z Kawali przybijają na Thassos do miejscowości Skala Prinos. Rejs trwa nieco ponad godzinę. Zmotoryzowanym polecam, by pojechali 40 km dalej, do Keramoti. Z kameralnego, malowniczego portu płynie się krócej, bo tylko 35 min., a promy dobijają do Limenas, inaczej Thassos, stolicy wyspy.

Porty są właśnie tym miejscem, gdzie najbardziej rzucają się w oczy różnice, spowodowane historycznymi zawirowaniami. Port w Limenas wita niską zabudową i pustym prawie nadbrzeżem. W stolicy Korfu, mieście o tej samej nazwie, od razu widać potężne kamienice, bardziej włoskie niż greckie - efekt ponad czterystu lat panowania Wenecjan.

Thassos - Limenas

Korfu - miasto Korfu

Różnice są też w sieci dróg na samej wyspie. Thassos można objechać jedynie dookoła (ok. 90 km obwodu). Lokalne drogi docierają do górskich miejscowości, jednak żadna nie przecina jej z północy na południe. Korfu można zarówno okrążyć, jak i przeciąć ją ze wschodu na zachód. Drogi wiodące przez góry są szerokie i bezpieczne.

Lokalna droga na Thassos

Lokalna droga na Thassos

Thassos w czasach starożytnych była wyspą majętną - najbardziej żyzną ze wszystkich wysp Morza Egejskiego, bogatą w złoża metali szlachetnych (złota i srebra), a także miedzi, ołowiu i cynku oraz śnieżnobiałego marmuru, z którego wzniesiona została m.in. Hagia Sophia w Konstantynopolu (Stambuł). Wyspa dostała się we władanie Fenicjan (jej nazwa pochodzi od imienia Thassosa - syna lub wnuka fenickiego króla Aginora), dla których stała się źródłem drewna do budowy statków oraz rud metali, które eksportowali na tereny Grecji kontynentalnej. W czasie wojen między Atenami a Spartą przechodziła z rąk do rąk. Nieco spokojniej na wyspie było za czasów panowania Aleksandra Wielkiego oraz później, w czasach rzymskich. W epoce nowożytnej często była napadana, łupiona i niszczona, także przez piratów. W 1462 r. dostała się we władanie Turków, zaś po I wojnie bałkańskiej w 1913 r. znalazła się w granicach Grecji. Pozostałości czasów starożytnych najlepiej widoczne są w stolicy, gdzie znajduje się m.in. antyczny amfiteatr i muzeum archeologiczne oraz w Aliki, gdzie obejrzeć można ruiny starożytnych świątyń, wczesnochrześcijańskich kościołów oraz dawne kamieniołomy, w których wydobywano marmur, a przy okazji także odpocząć na dwóch plażach rozdzielonych wąskim pasem lądu. To jeden z najbardziej malowniczych zakątków wyspy.


Thassos - stanowisko archeologiczne w Limenas

Thassos - Muzeum Archeologiczne w Limenas

Nie wiem dokładnie, kiedy na Thassos zaczęła rozwijać się turystyka, jednak pod tym względem jest raczej wyspą prowincjonalną. Nie ma tu zbyt wielu dużych kompleksów hotelowych, raczej małe rodzinne hotele, czy pensjonaty, często bez basenu. Trudno nawet znaleźć porządny apartament dla rodziny z dziećmi. Turystyka wkradła się do zwykłych wiosek rybackich, w których zaczęły powstawać tawerny i wyrastać kramy z pamiątkami, ale które nie zatraciły swojej autentyczności, bo przy przystaniach wciąż cumują rybackie łodzie, suszą się sieci, a na słońcu kruszeją macki ośmiornic. Raczej nie uświadczy się w nich dyskotek, kasyn itp. 

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Skala Marion

Obrazy z Korfu są raczej odwrotnością tych z Thassos. Mniej tu Grecji starożytnej (jedyne nawiązanie do czasów antycznych widziałam w dziewiętnastowiecznym pałacyku Achilleion), więcej akcentów weneckich. Więcej niż malowniczych górskich wiosek czy kameralnych portów jest tu wartych uwagi formacji skalnych jak słynny Kanał Miłości, przylądek Dastris, groty w okolicach Paleokastritsy, czy jezioro Korission na południu wyspy. Atrakcją jest niemal dwustukilometrowy pieszy szlak Corfu Trail, który wiedzie zarówno przez ciekawe przyrodniczo, ale i historycznie zakątki wyspy i wspina się na jej najwyższy szczyt - Pantokrator. 

Korfu - Paleokastritsa

Korfu - Paleokastritsa

Korfu - Kassiopi

Korfu - widok z Kassiopi na Albanię

Korfu - Kassiopi

Korfu - ferma rybna w okolicach Kassiopi

Na Korfu nie brakuje jednak także rozkrzyczanych wakacyjnych miasteczek, które zamierają wraz z wyjazdem ostatniego letnika, takich migoczących kolorami i męczących uszy głośną muzyką (jak Sidari na północy, czy Kavos na południu). Korfu już w latach sześćdziesiątych XX w. postawiła na masową turystykę jako jedna z pierwszych greckich wysp. Dziś z tej gałęzi przemysłu utrzymuje się 1/3 jej mieszkańców. Widać to na każdym kroku, choćby patrząc na turystów, którzy odwiedzają obie wyspy. Thassos to głównie Serbowie, Rosjanie, nawet Albańczycy. Korfu - przeważnie Brytyjczycy. Przekłada się to od razu na menu w tawernach i restauracjach. W prawie każdej na Korfu można zjeść angielskie śniadanie, a telewizja włączona jest na kanały sportowe transmitujące Wimbledon. Jednak to pociąga za sobą także poziom restauracji. Nie ma naganiaczy witających przechodzących obok turystów słowami Hallo, my friend!, nie ma papierowych obrusów na stołach, co jest powszechne na Thassos. A i dania są jakieś takie mniej ociekające tłuszczem i bardziej elegancko i nowocześnie podane, np. baranina pieczona w pergaminowej saszetce, co niestety pociąga za sobą także cenę. Cóż, bogatszy i bardziej wymagający klient.

Linguine z owocami morza - Thassos

Linguine z owocami morza - Korfu


Ale autentyczności więcej jest jednak na Thassos. W niemal każdym miasteczku można zobaczyć starszych panów popijających kawę i grających w karty w kafenijo, czy Greczynki całe w czerni. Kościoły mają typowo grecką architekturę i znalazłam nawet jeden cmentarz (o którym kiedyś napiszę oddzielnie, bo chowanie zmarłych w Grecji to bardzo ciekawy temat). Na wyspie jest tylko jeden supermarket, który w ofercie posiada zarówno opakowania hurtowe dla restauratorów, jak i asortyment typowo pamiątkarski. Nie ma zagranicznych sieciówek, w przeciwieństwie do Korfu, gdzie widziałam Lidla i mnóstwo dyskontów.

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Limenaria

Thassos - Theologos

Thassos - Theologos

Thassos - Limenaria

Thassos - Skala Rachoni

To, co łączy obie wyspy, to plaże. Na jednej, i na drugiej można znaleźć zarówno plaże szerokie i piaszczyste, jak i małe, kameralne, położone w uroczych zatokach. Te drugie częściej są kamieniste lub żwirkowe, ale nie jest to regułą. Zdecydowanie najciekawsza, Metalia, znajduje się na Thassos w miejscowości Limenaria. Otoczona pozostałościami nieczynnej od dawna fabryki wydobywającej niegdyś rudy metali, wyposażona w słomkowe parasole, to atrakcja nie tylko dla tych, którzy lubią wylegiwać się na słońcu, ale i dla urban explorerów.

Thassos - Limenaria, plaża w centrum miasteczka

Thassos - Limenaria, plaża Metalia

Thassos - Limenaria, plaża Metalia

Thassos - Limenaria, plaża Metalia

Thassos - Potos

Thassos - Skala Marion

Thassos - Skala Marion
Korfu - Paleokastritsa

Korfu - okolice Kassiopi
Korfu - okolice Kassiopi

Ogólnie można odnieść wrażenie, że są to wyspy dla zupełnie innych ludzi. Na Thassos doskonale będą się czuć rodziny z dziećmi i ludzie w kwiecie wieku, którzy szukają już raczej spokoju. To Grecja prowincjonalna, leniwa, baz pośpiechu, z sąsiedzką życzliwością (Sophia, u której mieszkaliśmy, przynosiła nam pomidory i ogórki z własnego warzywnika). Korfu powinny wybrać raczej osoby młodsze, choć jeśli ktoś nastawia się wyłącznie na plażowanie to też będzie zadowolony. Zdecydowanie jest to wyspa dla miłośników natury (wspomniane formacje skalne, groty w Paleokastritsie, trekking na Pantokrator). 

Korfu
Korfu

Samo miasto Korfu zasługuje na oddzielny, kilkudniowy pobyt, bo można włóczyć się po nim godzinami, a zakamarków do zobaczenia jest mnóstwo. 

Korfu - miasto Korfu

Gdzie chętniej bym wróciła? Po trzech pobytach w Grecji stwierdzam, że to nie jest kraj moich marzeń. Na Korfu wróciłabym na kilka dni do stolicy, bo po jednodniowym pobycie mam wielki niedosyt. Przeszłabym także szlak Corfu Trail, by zobaczyć wyspę "od środka". Natomiast z perspektywy czasu cieplej myślę o Thassos, czym sama jestem zaskoczona, bo ja generalnie wolę miasta i kurorty, w których coś się dzieje. Na Korfu jednak zabrakło tej autentyczności, dookoła sama komercja. Nawet w porcie w Kassiopi, uroczym przecież, cumowały raczej statki wycieczkowe i łodzie na wynajem, a te rybackie ukrywały się na uboczu. Tawerny eleganckie, ale nie widziałam ani jednego miejsca, gdzie starsi panowie graliby w karty, nigdzie nie kruszały ośmiornice na sznurkach. Luksus - tak, autentyczność - trochę mniej. Każdy musi sam ocenić, co woli.


(foto: iza & pwz)

czwartek, 5 maja 2016

Otwock. Nie tylko Świdermajer

Majówki w skansenie nie miałam, ale w czasie minionego weekendu starych drewnianych domów nie zabrakło, tyle, że nie ludowych, a małomiasteczkowych, takich z pięknie rzeźbionymi oknami, balkonami, zabudowanymi werandami i wieżyczkami, jakby przeniesionych na Mazowsze z alpejskich kurortów, ale nieco bardziej swojskich. Takie domy pod koniec XIX w. zaczęto wznosić nad Świdrem wzdłuż kolejowej linii otwockiej. Urodziły się w wyobraźni malarza, czy raczej rysownika, Michała Elwiro Andriollego, który około 1886 r. zamieszkał w Józefowie. Pierwszy dom zaprojektował dla swojej rodziny, ale gdy już w XIX w. zaczęto odkrywać walory klimatyczne Otwocka i okolic, a do miasteczek nad Świdrem zaczęli przyjeżdżać letnicy, Andriolli wzniósł kilka drewnianych domów w charakterystycznym stylu także na wynajem, stając się jednym z prekursorów działalności wypoczynkowej na tych terenach. Spodobały się tak bardzo, że wkrótce inni zaczęli budować podobne. Dziś niestety wiele z nich niszczeje, część strawiły pożary.









Otoczony sosnowymi lasami Otwock dość szybko stał się popularnym uzdrowiskiem dla osób cierpiących na choroby płuc, głównie gruźlicę. Za przykładem Andriollego zaczęły powstawać domy dla kuracjuszy, drewniane oczywiście. Wierzono bowiem, że wznoszone z sosnowego drzewa i uszczelniane sosnowymi igłami budynki mają dodatkowo walory lecznicze. Najmodniejszym i najbardziej ekskluzywnym wówczas miejscem stał się pensjonat (uzdrowisko) Abrama Gurewicza - wieloskrzydłowy, ogromny jak na tamte czasy gmach. Wznoszony był etapami pomiędzy 1906 a 1921 r., początkowo jako Willa Gurewiczanka, by pod koniec lat trzydziestych stać się olbrzymim kompleksem leczniczym noszącym nazwę Zakład Dietetyczno-Leczniczy Gurewicza, który wydawał własne foldery reklamowe w kilku językach (w tym po arabsku i hebrajsku/jidysz) i nie należał do najtańszych. W czasie wojny budynek został zajęty przez Niemców, następnie przez NKWD z przeznaczeniem na szpital. Część rodziny Gurewiczów przeżyła wojnę i spadkobiercy odsprzedali gmach w 1948 r. samorządowi, a ten Ministerstwu Oświaty. Od lat pięćdziesiątych mieściły się tu kolejno Centralny Szpital Lotniczy i Zespół Szkół Medycznych nr 7 (do 1994 r.), by wreszcie nietrafiona inwestycja doprowadziła budynek niemal do ruiny. W 2007 r. starostwo odzyskało kompleks na mocy wyroku sądowego. W 2014 r. trafił w ręce nowego inwestora, który w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat zamierza urządzić tu ekskluzywną klinikę oraz SPA, a także restaurację i kawiarnię. Drobne prace remontowe już widać, choć piękny kompleks jest w bardzo kiepskim stanie. Drzewa, z każdym dniem wiosny coraz bardziej nabrzmiałe zielenią, próbują ukryć niedomykające się okna i łuszczącą się farbę. Pełną parą prace mają ruszyć w czerwcu br. Budynek od 1979 r. znajduje się w rejestrze zabytków.






Ale nie tylko płuca leczono w Otwocku. Sosnowe lasy dawały też ukojenie nerwom. Nieco na uboczu, wśród drzew, w 1907 r. powstał Zakład dla Nerwowo i Psychicznie Chorych Żydów nazwany na cześć Zofi Endelmanowej, która podarowała biżuterię na zakup gruntu pod palcówkę, Zofiówką. Główny gmach wzniesiono w stylu secesyjnym, sukcesywnie dobudowywano kolejne pawilony. Był to jeden z pierwszych tego typu zakładów w Europie (pierwszy założono w 1900 r. w Niemczech), w których leczono, m.in. poprzez pracę, a nie tylko izolowano chorych. W czasie wojny zakład wszedł w skład otwockiego getta i był jedynym w całej Generalnej Guberni ośrodkiem leczenia chorych psychicznie Żydów. W czasie likwidacji getta rozstrzelano pacjentów (wśród nich Adelę Tuwim, matkę Juliana Tuwima, która trafiła do Zofiówki po próbie samobójczej) i większość personelu. W miejscu szpitala powstał niemiecki ośrodek działający w ramach projektu Lebensborn, którego celem, według założeń nazistowskiej polityki rasowej, było odnowienie krwi niemieckiej i hodowla nordyckiej rasy nadludzi. W zakładzie przygotowywano także polskie dzieci do adopcji przez niemieckie rodziny, poddając je germanizacji. Miejsce upiorne, dziś straszące nie tylko ponurą historią, ale także zrujnowanymi budynkami, bohomazami na ścianach i porozbijanymi butelkami. Ukryty wśród bujnej roślinności budynek wcale nie jest łatwo znaleźć. Muszą Państwo wejść w bramę, potem na lewo i prosto, zaraz tam będzie, ale to nic ciekawego i młodzież zniszczyła. I pewnie dalej niszczy regularnie, aż żal patrzeć na tak piękną architekturę, tak zdewastowaną.




W dwudziestoleciu międzywojennym żydowscy kuracjusze stanowili 76% ogółu leczących się w tutejszych uzdrowiskach. To głównie z myślą o nich w podotwockim wówczas Anielinie na początku XX w. założony został kirkut, na którym chowano tych, których pokonała choroba (Żydzi mieszkający w Otwocku na stałe spoczywali na cmentarzu w sąsiednim Karczewie, jednak dziś ta część Anielina, na której znajduje się kirkut, również administracyjnie należy do Karczewa). Cmentarz ma malownicze położenie na skraju sosnowego lasu. Byłam na wielu kirkutach w Polsce i swojego czasu współpracowałam nawet przez chwilę ze stroną internetową im poświęconą i uważam, że ten jest jednym z najładniejszych i najlepiej zachowanych, jakie widziałam. Niektóre macewy, jak na żydowskie nagrobki, są dość wystawne. Często pojawia się na nich motyw pękniętego drzewa - w symbolice judaistycznej oznaczający nagłą śmierć, najczęściej osoby młodej. 





Inskrypcje na płytach są nie tylko po hebrajsku czy w jidysz, ale także po polsku. Na jednej z nich znalazłam pełne bólu Za wcześnie, Rachelo! Za wcześnie odeszłaś od nas na zawsze. Rachela miała 22 lata. Zmarła we wrześniu 1929 r., a więc dziesięć lat przed tym, gdy w Europie dla Żydów rozpętało się piekło. Kto wie, jak potoczyłyby się jej losy, może miałaby szczęśliwe życie przez kolejne lata, może przeżyłaby wojnę, jednak prawdopodobne jest, że ona i jej bliscy staliby się jednymi z około sześciu milionów ofiar Holocaustu, których z imienia i nazwiska mało kto pamięta i których nigdy nie pochowano. Rachela ma przynajmniej grób w Polsce. I ktoś ją odwiedza, bo na grobie stał znicz. Choć Żydzi nie palą na swoich grobach zniczy, tylko kładą kamienie, to polskie napisy na macewie (wyłącznie polskie, bo na większości nagrobków polskie znajdują się obok tych w alfabecie hebrajskim) mogą sugerować, że była ze zasymilowanej rodziny. Może o tym świadczyć także sam jej nagrobek, rzeźbiony, ozdobny i choć mocno uszkodzony to jednak stylistyką bardziej zbliżony do tych, które znamy choćby w warszawskich Powązek, niż do setek prostych macew z otwockiego kirkutu. Może komuś z jej bliskich jednak udało się przeżyć wojnę? Dzięki potędze Internetu wiem, że nazywała się Rachela Lea Broder. 



To jedna z wielu smutnych historii zapisanych w tych kamiennych płytach. Jest jeszcze Stefanja Librach, nauczycielka ze szkoły powszechnej, jest Złata Necha Blit, która żyła 24 lata oraz Debora Arnsztejn zmarła w 1924 r., czy Eugenia Tyszman zmarła w 1925 r. w wieku 29 lat, która zostawiła kochającego męża. A to tylko kilka tych, na których zatrzymał się mój wzrok. Nagrobków jest, jak szacują różne źródła, między 900 a 1200, a cmentarz zajmuje prawie 2 ha. Najmłodszy grób, jaki znalazłam pochodzi z 1940 r. Leży w nim Chysza Hildescheim, 66 lat, ale ostatnie pochówki miały tu miejsce ponoć w latach pięćdziesiątych. Potem cmentarz zaczął zarastać. W czasach PRL-u poprowadzono przez jego teren linię wysokiego napięcia. Dziś w jego bezpośrednim sąsiedztwie wiedzie ścieżka rowerowa, która budzi kontrowersje, jednak być może dzięki temu trafia tu więcej osób, może ktoś zatrzymuje się zaciekawiony tymi niecodziennymi nagrobkami. W czasie majówki po terenie kirkutu kręciło się sporo ludzi, przystawali przy macewach, czytali napisy. Dzięki nim Rachela, Stefanja, Złata, Debora, Eugenia, Chysza i setki innych spoczywających tu osób nie zostaną tak do końca zapomniane. Być może całe ich rodziny zginęły, ale przystający przy ich grobach ludzie mogą się dowiedzieć, że splot różnych okoliczności, najpewniej choroby, przywiódł je do Otwocka i na otwockiej ziemi już zostały. Może lepiej, że nie doczekały (z wyjątkiem Chyszy) wojny.









W 1949 r. na wycieczkę do Świdra (dziś dzielnicy Otwocka) wybrał się Konstanty Ildefons Gałczyński. Spodobał mu się tak bardzo, że postanowił swoje wrażenia opisać wierszem. 

Jest willowa miejscowość,
nazywa się groźnie Świder,
rzeczka tej samej nazwy
lśni za willami w tyle;

(...)

Te wille, jak wójt podaje,
są w stylu "świdermajer".*

Nazwa szybko przylgnęła do zabytkowej zabudowy i funkcjonuje do dzisiaj, zaś w Świdrze znajduje się plaża miejska, w czasie majówki dość mocno okupowana przez amatorów grilla i ognisk.




Z upływem lat między Świdermajery wkradły się zwyczajne domy jednorodzinne, a komuna dobudowała bezpłciowe prostokątne bloki. Na niektórych można znaleźć akcent czasów najbardziej współczesnych, czyli murale. 





Coraz mniej w Otwocku klimatu przedwojennego uzdrowiska, choć cały czas leczy się tu gruźlicę, powstają nowe szpitale, a na dworzec co chwilę z łoskotem wtaczają się pociągi. Poczekalnia dworca prawie pusta, pośrodku nieczynny kiosk, bo przecież święto. Gdzieś w rogu hali dworcowej w oczy rzuca się stylizowany na czasy PRL-u i ówczesny wystrój dworców podświetlony szyld z ciekawym logotypem. To Cafe Lokomotywa, pachnąca świeżo mieloną kawą i egzotycznymi herbatami. Chłopak, który ją prowadzi, o kawie i herbacie wie wszystko. Zmęczone i wciąż przestraszone wizytą w Zofiówce dzieciaki zasłużyły na pyszne ciasto. Krojąc wyśmienity sernik z jagodami przedwojennym widelczykiem Frageta (wzór Irysy) i obserwując pociągi za oknem, znów przypomniałam sobie fragment wiersza Gałczyńskiego:

Czy pan jedzie do Świdra?
Bo ja jadę do Świdra.**






I wreszcie wyobraziłam sobie, jak mogło wyglądać w międzywojennym Otwocku, choć nie bez refleksji nad przemijaniem, i ludzi, i architektury.

* Konstanty Ildefons Gałczyński "Wycieczka do Świdra"
** Konstanty Ildefons Gałczyński "Wycieczka do Świdra"