czwartek, 14 lipca 2016

Korfu: moje ulubione tawerny w Kassiopi

Po czym najlepiej poznać, że sezon urlopowy w pełni? Po blogowych statystykach oraz wzmożonej korespondencji od Czytelników. Od kilku tygodni bezapelacyjnie najchętniej czytanymi postami na blogu są te poświęcone wyspie Korfu. Sporo osób pyta o Kassiopi. O samym Kassiopi oraz plażach w najbliższej okolicy już pisałam. Tym razem postanowiłam przygotować przegląd tawern/restauracji w tym uroczym miasteczku. Dla mnie i mojej rodziny smaki miejsc, które odwiedzamy są nieodłączną częścią naszych podróży, bowiem zaliczają się do dziedzictwa krajów, regionów, gdzie aktualnie jesteśmy, będąc często wynikiem burzliwej historii, zmieniających się granic i protektoratów. Taka jest właśnie kuchnia Korfu, niby grecka, a jednak ze sporą ilością lokalnych naleciałości, pamiątek po panowaniu Wenecjan, Francuzów i Brytyjczyków. O smakach wyspy opowiadałam już na moim drugim, kulinarnym blogu. Tym razem chciałabym pokazać pięć dla mnie najsmaczniejszych miejsc w Kassiopi. 

Lubię greckie tawerny - najczęściej rodzinne, w których pracują przeważnie tylko członkowie danej rodziny. Nie ma studentek zatrudnianych na wakacje, które najpierw przynoszą drugie danie, a potem zupę, bo tak wydała kuchnia, żeby było szybciej, żeby był większy przerób. Grecy się nie spieszą, czasem na posiłek można czekać kilkadziesiąt minut, ale w tawernie z widokiem na port czy morze, przy kieliszku dobrego wina czas biegnie inaczej. Obsługa podchodzi do gości, rozmawia z nimi, pyta, czy wszystko smakuje. 

Wybór jest bardzo subiektywny - tawern i restauracji z dobrą kuchnią jest w Kassiopi mnóstwo! 

Tavernaki

Mój zdecydowany numer jeden. Tawerna mieści się w porcie, lecz nieco na uboczu. Z zewnątrz wygląda niepozornie, wystrój ogródka też niespecjalnie przyciąga wzrok. Serwują jednak same pyszności! W ogródku wystawiona jest lodówka, gdzie na lodzie wyłożone są ryby i skorupiaki z codziennego połowu - każdego dnia inne, w zależności od tego, co akurat dostarczyli rybacy. Kelnerowi pokazuje się to, co chciałoby się zjeść, wówczas ryba (homar lub inny morski stwór) jest ważona i zanoszona kucharzowi do przygotowania. To moja ulubiona forma zamawiania ryb w tawernach, bo mam pewność, że są świeże.

Hmmm, co by tu wybrać?


Charakterystyczne dla całego basenu Morza Śródziemnego czerwone rybki

Grillowana ryba z frytkami, gotowaną cukinią oraz sałatką z traw o nazwie horta

Jakiś rodzaj płaszczki, frytki, cukinia, horta

Ryby i owoce morza można znaleźć także w karcie. Rewelacyjne są krewetki Tavernaki - z boczniakami, w kremowym sosie śmietanowym z dodatkiem ouzo i pomidorów oraz grillowana ośmiornica w sosie cytrynowym. Niebo w gębie!

Krewetki Tavernaki i sałatka grecka

Grillowana ośmiornica w sosie cytrynowym

Będąc nad morzem jadamy głównie ryby i owoce morza (dzieci również), ale nie jestem w stanie oprzeć się także baraninie. Tavernaki serwuje ją w bardzo nowoczesnej formie - pieczoną w pergaminowym woreczku, z dodatkiem warzyw i sera. To jakaś wariacja na temat kleftiko i choć na zdjęciach nie wygląda zbyt apetycznie, to było to jedno z najlepszych dań z baraniny, jakie kiedykolwiek jadłam. 

Baranina pieczona w pergaminowej saszetce

Baranina pieczona w pergaminowej saszetce

A na deser oczywiście baklawa!



Obsługa jest dość pewna siebie i z nieco nonszalanckim stosunkiem do gości, ale wyśmienita kuchnia sprawia, że i tak chce się tam wracać.



Kima 

Bardziej restauracja niż typowa tawerna, choć również mieści się w porcie, praktycznie vis à vis Tavernaki, tyle, że po drugiej stronie portowej zatoki. Na obszerny taras wchodzi się po schodach. Gwarantowany widok na cały port! Białe meble, poduszki, wewnątrz kącik dla dzieci. Dania podane elegancko i najlepsze różowe wino z karafki w całym Kassiopi.

Linguine z owocami morza

Souvlaki z kalmarów

Widok na restaurację Kima od strony portu

Obsługa przemiła. Gdy nazajutrz przechodziliśmy obok idąc na plażę, a szefowa już krzątała się między stolikami, pozdrowiła nas serdecznie. Nigdy nie wiem, czy to zagrywki marketingowe, czy autentyczna uprzejmość, jednak zawsze robi mi się bardzo miło.

Levanda 

Położona przy głównym deptaku w Kassiopi, który niestety nie jest wyłączony z ruchu i choć ruch nie jest wielki, to tuż pod nosem przejeżdżają samochody, czasem nawet autokary. Restauracja ma nieco prowansalski wystrój, ale kuchnia jak najbardziej grecka ze wszystkimi typowymi dla Korfu daniami. Potrawy podane może bez polotu, ale wszystko bardzo smaczne.


Musaka

Pastitsada - jedno z najbardziej typowych dań dla kuchni Korfu

Sofrito - także typowe dla kuchni Korfu (kawałki wołowiny lub cielęciny duszone w białym winie z dużą ilością czosnku)

Obsługa przemiła, bardzo lubią dzieci.

Uncle Simos

Kolejna portowa tawerna, zlokalizowana naprzeciwko miejsca, gdzie cumują statki wycieczkowe. Letni ogródek jest pełen zieleni, stoliki ustawione są wśród drzew, które dają przyjemny cień. Gdzieniegdzie stoją także donice z kwiatami. To chyba najbardziej zielona restauracja w całym Kassiopi!



Wystrój raczej klasyczny, choć z modnymi akcentami. Dania tradycyjne, ale w nieco unowocześnionej postaci, z naleciałościami kuchni włoskiej (sporo makaronów, tortellini z mięsem homara).


Sałatka grecka (nieco inaczej), małże duszone w białym winie i briam, czyli zapiekane warzywa

Małże duszone w białym winie

Tortellini z mięsem homara, które mnie jednak nie zachwyciły

Obsługa dość przeciętna.

Strona internetowa: www.unclesimoskassiopi.com

Grill & Chill 

Sezonowy bar dysponujący tylko letnim ogródkiem z kilkoma dosłownie stolikami, zlokalizowany przy głównym deptaku, tuż przy porcie. Ale jakże przyjemnie i nowocześnie! Ściany ogródka ozdobione zdjęciami i sznurkami suszonych warzyw nadają mu bardzo śródziemnomorski klimat. Dania w menu głównie mięsne oraz sałatki. Królują gyrosy - w picie lub na talerzu. Porcje olbrzymie, szczególnie wersja na talerzu, gdzie do skrawków mięsa podawane są frytki oraz kawałki pity i świeże warzywa.

To nie jest miejsce, gdzie przychodzi się posiedzieć, raczej by coś szybko zjeść, np. wracając z plaży. Chciałabym, aby tak wyglądał street food w Polsce!


Gyros

Sałatka z grillowanych warzyw

Kassiopi jest typową miejscowością turystyczną i wszystkie opisane miejsca są dla turystów. Nie są to ani bary dla miejscowych, ani miejsca alternatywne. Lubię lipcowym czy sierpniowym popołudniem usiąść właśnie w takim lokalu, w porcie, popatrzeć na zawijające do niego jachty i łodzie, zjeść rybę z grilla, napić się wina, nigdzie się nie spieszyć. To jedna z tych hedonistycznych przyjemności tak charakterystycznych dla wakacyjnego lenistwa. Człowiek potrzebuje czasem wylogować się z codziennego pędu i takie chwile są właśnie po to. I po to, między innymi, jeździ się na greckie wyspy!

sobota, 9 lipca 2016

Wkra, czyli kajakowa sobota

Zostaliśmy sami... Chłopaki pojechali z dziadkami na wakacje i aż chciałoby się wyskoczyć do centrum posiedzieć gdzieś, ale Warszawa z powodu najazdu uczestników szczytu NATO jest nieco sparaliżowana: większa część Śródmieścia, kawałek Woli i Pragi wyłączone z ruchu, zakazy parkowania itp. Skoro nie można do miasta, to najlepiej ewakuować się za miasto. Na przykład, na kajaki. Odkąd zostałam mamą aktywny wypoczynek jest mi niemal obcy, a na kajakach nie pływałam od czasów studenckich, ale od ubiegłego roku dojrzewał we mnie pomysł spędzenia na wodzie chociaż jednego dnia. Na taki jednodniowy spływ idealnie nadaje się Wkra oddalona od Warszawy o jakieś 50 km.



Mało jednak brakowało, a zrezygnowalibyśmy. Od rana niebo spowijały ciemne chmury. Nie odstraszyły nas jednak, ale gdy dojechaliśmy do Pomiechówka, zaczęło padać. Najpierw małe krople, potem większe i rozpadało się na dobre. Usiedliśmy w barze przy plaży, zamówiłam kawę i postanowiliśmy przeczekać. Pół godziny później nie dość, że już nie padało, to jeszcze zza chmur zaczęły pokazywać się kawałki błękitnego nieba. Nie byłam przekonana, czy powinniśmy płynąć, ale mieliśmy przecież kurtki przeciwdeszczowe, no i godzinę jechaliśmy z Warszawy - przecież nie po to, żeby się napić kawy w Pomiechówku! Decyzja zapadła: płyniemy! Możliwości spływu Wkrą jest bardzo wiele, my wybraliśmy dystans ok. 18 km przewidziany na cztery godziny. Z wypożyczalni zawieziono nas do Borkowa, skąd już rzeką wracaliśmy do Pomiechówka. Byłam zaskoczona, że mimo niezbyt zachęcającej rano pogody sporo osób postanowiło spędzić sobotę w kajaku.



Rozpogodziło się na dobre. Świeciło słońce, a wiatr przeganiał postrzępione obłoczki i te nieco bardziej groźnie wyglądające chmury. Wkra na tym odcinku jest płytka i spokojna, płynie się nią leniwie. Właściwie można używać wioseł tylko po to, by kajak utrzymywał właściwy kurs, a prąd sam niesie go do przodu. Krajobraz nieco monotonny, ale soczysta zieleń lasów i łąk położonych na obu brzegach daje oczom wytchnienie. Kajakarzom towarzyszą kaczki, perkozy, czasem nad głowami przeleci czapla, jednak dziś nie miałam ze sobą aparatu, który nadawałby się do fotografowania ptaków.






Gdzieniegdzie widać zabudowania, głównie letnie domy, ale są i normalne gospodarstwa, a nad rzeką pasą się krowy i kozy. Są też bary serwujące potrawy z grilla, ale jak ma się własny prowiant, to lepiej zatrzymać się gdzieś przy brzegu, bo miejsc do biwakowania jest sporo.







Gdy do końca spływu pozostał nam zaledwie kilometr, znów pojawiły się czarne chmury i zaczęło padać, ale na szczęście tym razem tylko przez chwilę. 



W domu ze zdziwieniem zobaczyłam, że dość mocno się opaliliśmy! Cieszę się, że mimo wszystko nie zrezygnowaliśmy ze spływu. Dzień spędzony aktywnie, zamiast siedzieć gdzieś w restauracji, czy kawiarni w Warszawie, dał mi zastrzyk bardzo pozytywnej energii. I choć na dłoniach mam otarcia od wioseł i bolą mnie ręce, to jednak warto było się nieco zmęczyć, ale pobyć na powietrzu, blisko natury. Poczułam się bardzo wakacyjnie, choć do urlopu jeszcze prawie miesiąc. I już myślę o kolejnych spływach. Następna będzie Pilica.

(foto: iza & pwz)

czwartek, 30 czerwca 2016

Warszawa przyłapana... w czerwcu 2016

Z każdej koronki utkanej przez NeSpoon gdzieś w miejskim gąszczu cieszę się jak dziecko. I choć najnowsza, u stóp Pałacu Kultury i Nauki, pojawiła się już pod koniec maja, to zobaczyłam ją akurat 1 czerwca. Najlepszy prezent dla tego dziecka, które gdzieś tam mieszka we mnie!




A na Muranów wrócił odrestaurowany, dawny neon Radio Telewizja z lat 50-tych. Zawisł przy Andersa 29 nad księgarnią varsavianistyczną. To ten sam budynek, w którego bramach mieszczą się dwa słynne muranowskie murale - jeden opowiadający historię dzielnicy w formie filmowych stopklatek i drugi, z kredkami, poświęcony Januszowi Korczakowi. Motto powiedz dziecku, że jest dobre, że umie, że potrafi jest aktualne nie tylko w Dniu Dziecka, choć czasem sama o tym zapominam, a przecież dzieci tak czekają by być docenionymi, szczególnie przez rodziców. Komplementy zawstydzają je nieco, ale po minach widać, że cieszą się... jak dzieci. 












W ogóle fajne rzeczy działy się w czerwcu w Warszawie. Miasto zyskało dwa nowe, ciekawe miejsca. Pierwsze to ZOO Market na Pradze - bazarek działający w weekendy mniej więcej vis à vis ZOO, gdzie w założeniu będzie można kupić wyselekcjonowane ubrania i dodatki vintage oraz antyki, do tego zjeść, napić się i po prostu posiedzieć. Skusiłam się i w mega upalny ostatni weekend czerwca zaciągnęłam tam moje sześcioletnie dziecko*. I co? I mega rozczarowanie! Nie wiem, czy to przez upał, czy przez przedpołudniową porę i zapowiedzi burz na popołudnie (sprawdziły się!), czy przez odbywający się równolegle Warsaw Fashion Street, ale wystawców było niewielu, a rzeczy bardzo przeciętne. Za jakiś czas dam targowisku drugą szansę, bo po cichu liczę, że jednak się rozkręci, a wieść gminna niesie, że gablotkę przy bramie wiodącej na jego teren ma zaprojektować sama Mirella von Chrupek! Dla mnie to wystarczający powód, by znów tam zajrzeć.








Drugie miejsce jest typowo kulinarne. Na nieczynnych peronach dworca Warszawa Główna rozgościł się Nocny Market wzorowany na podobnych miejscach w Azji i serwujący właśnie głównie kuchnię azjatycką. Zostawiam go sobie jednak na lipiec, gdy chłopcy pojadą z dziadkami na wakacje, a my z Piotrem będziemy mieli dwa tygodnie, by nadrobić zaległości we włóczeniu się po mieście nocą. Działa w piątki i soboty od 17:00 do 1:00, zaś w niedziele od 16:00 do 23:00.

A kto wiedział, że w Warszawie są dwa meczety? Ja wiedziałam o jednym, tym z Wilanowa. Jednak ostatnio jadąc autobusem przez Ochotę podniosłam na chwilę nos znad książki i moim oczom, spomiędzy głów ludzi, wyłonił się srebrny półksiężyc wieńczący niecodzienny, mieniący się w słońcu budynek - cały metalowy, z jedną przeszkoloną ścianą. Zaciekawiona wysiałam z autobusu, żeby sobie z bliska obejrzeć ten kawałek oryginalnej współczesnej architektury. Znajduje się w nim Ośrodek Kultury Muzułmańskiej z meczetem oraz... sklepem orientalnym i barem. Projekt ciekawy, gorzej z wykonaniem. Elewacja pokryta jest dwukolorową metalizującą mozaiką. Niestety dużo małych kwadracików już odpadło od ścian, choć budynek do użytku oddano ledwie rok temu. Nie obyło się  wówczas bez protestów, ponoć gmach został nawet ostrzelany z broni pneumatycznej. Muzułmanów jest w Europie coraz więcej, więc zapewne będą powstawać kolejne meczety, także w Polsce. Duży plus za odważny projekt świątyni, który trochę łamie stereotypy, bo nie ma wyraźnego minaretu, zaś sama budowla sprawia dość kosmiczne wrażenie. Jak to skwitowała po obejrzeniu zdjęć moja koleżanka Agnieszka, Wielki Elektronik z Pana Kleksa by się nie powstydził! Ciekawe, że nie widziałam żadnego chrześcijańskiego kościoła w tym stylu.





A na koniec ciekawostka. Rotunda przez cały miesiąc była odsłonięta!



*- Jerzyk, pojedziemy w fajne miejsce, bo iconic przyjeżdża z Poznania! 
  - Nie chcę na żadnego konika!