środa, 7 września 2016

Do Albanii i z powrotem, czyli samochodem przez Bałkany

Gdy w ubiegłym roku siedziałam na gorącym piasku na plaży na greckiej wyspie Korfu, przede mną na horyzoncie widać było górzysty ląd - wybrzeże Albanii. Przeszło mi nawet przez myśl, aby tam popłynąć promem ze stolicy wyspy na jeden dzień, ale cena przeprawy była dość wysoka, poza tym chłopaki woleli wylegiwać się na słońcu, zamiast chodzić po promenadzie w Sarandzie, dokąd przybijają promy z Korfu. Jednak Albania w mojej głowie została, co więcej, zaczęła mnie coraz bardziej atakować za sprawą bloga Rudej. I choć pomysłów na tegoroczne wakacje było kilka, to jednak wygrała właśnie Albania.

Nasze podróże nigdy nie polegają jedynie na pokonaniu drogi z punktu do punktu i ewentualnym przespaniu się w drodze gdzieś w przydrożnym motelu. Staramy się zawsze tak zaplanować trasę, żeby przy okazji coś zobaczyć i zazwyczaj jest tak, że jadąc lub wracając przeciągamy trasę do tygodnia! Tym razem rozpoczęliśmy od zwiedzania. Podróżujemy z dziećmi, więc zawsze, jeśli to możliwe, wybieramy autostrady, nawet, gdy są płatne, dlatego i tym razem, pojechaliśmy nieco naokoło. Tym sposobem na naszej drodze znalazł się Maribor.

Dużo różnych historii słyszałam o pokonywaniu granicy austriacko-słoweńskiej: że wąskie i kręte drogi, że autokary staczają się na samochody, bo nie mogą podjechać na stromych odcinkach... Do Mariboru wjeżdża się czteropasmową autostradą i można wcale nie zauważyć, że właśnie wjechało się w Alpy!

Samo miasto jest przeurocze, z kameralną Starówką. Nie przetaczają się przez nie tłumy turystów, ale każdy, i starszy, i młodszy, znajdzie tu miejsce dla siebie.



Jedno popołudnie w Mariborze to zdecydowanie za krótko, ale niestety nazajutrz trzeba było jechać dalej, do Sarajewa, gdzie zaplanowaliśmy zostać trzy dni. Przez całą Chorwację wciąż jeszcze jechaliśmy autostradą, ale zaraz po przekroczeniu granicy z Bośnią droga zwęża się do dwóch pasów i z nizin zaczyna powoli piąć się do góry. Przypomina nieco trasę, którą wielokrotnie jeździliśmy z Warszawy w Beskidy, do uzdrowisk w Krynicy czy Wysowej. Niestety malownicze widoki przesłoniła nam mgła i coraz bardziej padający deszcz, który stał się nieodłącznym towarzyszem podróży aż do samego Sarajewa. Gdy dotarliśmy na miejsce, dowiedziałam się, że dzień wcześniej podobne nawałnice przeszły nad Macedonią, a w Skopje w powodziach zginęło 20 osób, głównie kierowców, których samochody zostały porwane przez płynącą ulicami wodę. Wieści były tym bardziej niepokojące, że trzy tygodnie później, w drodze powrotnej do Polski, mieliśmy spędzić w Skopje dwa dni.




Na szczęście po południu w Sarajewie się wypogodziło i można było wybrać się na spacer, a nazajutrz wreszcie się wyspać. Miałam wobec stolicy Bośni bardzo wyśrubowane oczekiwania. O tym, czy miasto im sprostało opowiem oddzielnie.





Po trzech dniach ruszyliśmy w dalszą drogę, w stronę Albanii. Najpierw jednak trzeba było przejechać przez Czarnogórę. Droga międzynarodowa E762 do Granični Prijelaz Šćepan Polje pomiędzy Bośnią i Hercegowiną a Czarnogórą jest, hm... ciekawa. Po wyjeździe z Sarajewa wiedzie cały czas przez góry, zakręcając raz w prawo, raz w lewo, kilka kilometrów przed granicą nawierzchnia robi się coraz gorsza, miejscami prawie nie ma asfaltu, zaś spotkanie z maszerującą środkiem pasa krową wcale nie należy do rzadkości!








Granični Prijelaz Šćepan Polje leży nad samym brzegiem rzeki Tary, która drąży najgłębszy w Europie kanion, zaś na jej wodach odbywają się znane spływy raftingowe. Gdy zaś minie się granicę, przez dość długi odcinek drogi przez Czarnogórę towarzyszy kierowcom inna malownicza rzeka, Piva, a na niej sztuczny zbiornik wodny o turkusowej tafli. Droga znów pełna jest zakrętów i tuneli wydrążonych w skałach. To zdecydowanie najbardziej malowniczy fragment trasy, którą pokonaliśmy w trakcie całej tegorocznej podróży przez Bałkany. Niestety jeśli ktoś ma chorobę lokomocyjną albo słaby żołądek, najlepiej od razu naszpikować się aviomarinem lub mieć pod ręką torebkę. Nasze dzieci nie dały rady podziwiać widoków i mieliśmy przymusowy postój, za to nad samym brzegiem turkusowego akwenu.




Po przekroczeniu granicy czarnogórsko-albańskiej byłam miło zaskoczona. Albania różnie się kojarzy, a tu okazało się, że drogi raczej dobre, zielono, zadbane gospodarstwa, ładne przydrożne bary i oczywiście... bunkry. Ale choć z Sarajewa do Tirany jest niespełna 400 km, to jechaliśmy prawie 9 godzin (dla porównania, pierwszego dnia trasę z Warszawy do Mariboru, 936 km, pokonaliśmy w 12 godz.)!

Tirana - z jednej strony stolica betonu, bunkrów i postkomunistycznych molochów, z drugiej miasto tętniące życiem, pełne nowoczesnych, choć nieco plastikowych barów i kawiarni, z ciekawymi artystycznymi instalacjami. Na zwiedzenie stolicy Albanii spokojnie wystarczy jeden dzień, ale ja już nie lubię biegać w wywieszonym językiem od zabytku do zabytku, więc zostaliśmy dwa.





Potem był Berat, albańska perła. Jedno z tych miast, w których można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Ze wszystkich miejsc, które odwiedziliśmy w Albanii to dla mnie zdecydowany numer jeden. Na szczęście miasto nie jest jeszcze pożarte przez komercję i choć turystów nieco się kręci, to nie jest zadeptane jak podobne perełki, choćby w Bułgarii.



Z Beratu mieliśmy jechać już na wybrzeże, jednak Piotr nie do końca wiedział, którą z polecanych dróg wybrać - czy prosto przez góry, czy przez Wlorę i wzdłuż wybrzeża, czy przez Gjirokastrę. Nasi uroczy gospodarze polecili nam tę ostatnią i nawet narysowali schemat trasy!



Była niedziela, więc spodziewaliśmy się, że przejedziemy szybko i sprawnie. Nic bardziej błędnego. Najpierw w jednej z małych miejscowości wpadliśmy w środek targowiska. Stragany ustawione były wzdłuż głównej drogi, a na nich nie tylko warzywa, czy owoce, ale także żywe ptactwo, indyki i... sokoły. Skierowano nas na objazd, ale gdy wróciliśmy na główną arterię, wcale nie długo było nam dane cieszyć się płynna jazdą. W mieście Fier utknęliśmy w korku, który ciągnął się w kierunku Wlory. Można za to było nieco podejrzeć codzienne życie ulicy. Tu też toczyło się ono jak w zwykły dzień tygodnia. W sklepie mięsnym wisiały jagnięce lub koźlęce tusze, działał punkt napraw pralek i tylko przetaczające się jeden za drugim orszaki weselne przypominały o tym, że to jednak świąteczny dzień.



Na szczęście droga w stronę Gjirokastry za chwilę skręcała, więc udało nam się uciec z korka. Niestety na zwiedzanie samej Gjirokastry tym razem nie starczyło czasu, czego bardzo żałuję. Gdy zostawiliśmy miasto za sobą, krajobraz zaczął się robić coraz bardziej górzysty. Nawet zażartowałam w pewnym momencie, że tyle się mówi o kiepskiej jakości albańskich dróg, a chyba nawet te przez góry są przejezdne, bo ponad nami na dość wąskiej drodze widać było ciągnący się sznur aut. Okazało się, że to właśnie tamtędy będziemy jechać. Popatrzyłam w górę i odechciało mi się żartów. Nie znoszę wąskich górskich dróg "widokowych", a taka była właśnie ta przed nami i mieliśmy nią jechać przez kolejne 30 km w stronę Sarandy. Suma summarum nie było tak strasznie, ale i ruch nie był zbyt duży.





I tak oto dojechaliśmy do Ksamilu. Moja część wakacji właśnie się kończyła, a zaczynał się czas dla dzieciaków. Bo podróżowanie z rodziną, szczególnie z małymi jeszcze dziećmi, musi polegać na kompromisie. Najpierw oni dzielnie drepczą ze mną po kilkanaście kilometrów dziennie po rozpalonych upałem miastach, ale potem przez kolejnych 11 dni mogą się bezkarnie wylegiwać na plaży, kąpać w morzu, skakać z pomostu, czytać książki i pod ręcznikiem łapać plażowe Wi Fi, żeby pograć na telefonach. Oczywiście potraktowaliśmy Ksamil także jako bazę wypadową po okolicy, m.in. do Sarandy i Butrintu.




Do Polski wracaliśmy już szybszą trasą, przez Grecję, do której z Ksamilu jest nieco ponad 20 km. Po drodze, tuż obok stanowiska archeologicznego w Butrincie, jest przeprawa promowa przez Kanał Vivari doprowadzający wodę do Jeziora Butrinti. Na stacji benzynowej powiedziano nam, że ma kosztować 200 lek, a na miejscu okazało się, że 500, więc nie wiem, czy w błąd wprowadził nas chłopak ze stacji, czy na promie zwyczajnie nas oszukano. Dalej jedzie się szutrowymi drogami mijając stada kóz i koni.





W Grecji, od portu w Igoumenitsy, który już znaliśmy z ubiegłorocznej przeprawy na Korfu, jedzie się już autostradą Egnatia Odos praktycznie do samej granicy z Macedonią. W stolicy tego kraju, Skopje, zaplanowaliśmy praktycznie ostatni wakacyjny przystanek. Miasto niewiele się zmieniło od naszej poprzedniej wizyty dwa lata temu, dalej jest jednym wielkim placem budowy, choć projekt Skopje 2014 zakończył się teoretycznie dwa lata temu.


Skopje - budowa kolejnego mostu na Wardarze

Niestety znów w Macedonii dosięgnęło mnie apogeum mojej bałkańskiej wersji choroby zwanej potocznie zemstą faraona (w tym roku w ogóle mieliśmy sporo dolegliwości żołądkowych przez praktycznie cały pobyt na Bałkanach, w poprzednich latach zdarzały nam się tylko jedno-dwudniowe epizody), więc bardziej snułam się po mieście niż je zwiedzałam. Cieszę się, że tym razem udało nam się wejść do Domu Pamięci Matki Teresy, w dodatku w dniu 106 urodzin zakonnicy, którą w ostatnią niedzielę papież Franciszek ogłosił świętą. Budynek stylistyką nawiązuje do architektury bałkańskiej i na tle całej pseudoklasycystycznej nowej zabudowy Skopje jest dość ciekawy. Wewnątrz znajduje się ekspozycja poświęcona życiu Matki Teresy i kameralna kaplica na piętrze.






Po opuszczeniu Macedonii został nam już tylko jeden nocleg na Węgrzech i droga do domu. Niestety wpadliśmy w falę powrotów z wakacji. Na przejściu granicznym Horgoš – Röszke między Serbią a Węgrami staliśmy prawie trzy godziny. Wciąż widać tu zasieki i druty kolczaste, które w zeszłym roku miały zatrzymać uchodźców napływających do Europy. Bramy na kółkach na razie stoją z boku, ale naszykowane są, by w każdej chwili zamknąć granicę Unii Europejskiej. Z Grecji bowiem napływają informacje o znów powiększającej się liczbie uchodźców docierających z Turcji do Grecji. Erdoğan zajęty jest swoimi wewnętrznymi sprawami. Turcja jest też coraz bardziej zniecierpliwiona brakiem realizacji przez Unię obietnic złożonych w zamian za zatrzymanie fali uchodźców. Węgry natomiast kilka dni temu przedłużyły do 8 marca przyszłego roku stan kryzysowy związany z napływem uchodźców, więc zasieki na granicy póki co też jeszcze zostaną.




Na ostatni nocleg w przeuroczym Budakeszi dotarliśmy już po zmroku, ok. 21:00, a obiecywałam sobie, że przy następnej wizycie w miasteczku znajdę polskie groby wojenne. No znów nie tym razem, ale myślę, że będzie jeszcze okazja, bo to doskonałe miejsce, na nocleg w drodze gdziekolwiek na Bałkany. A Bałkany są mocno uzależniające!

Ten wpis to rodzaj wstępu i w dużej mierze opis naszej tegorocznej trasy, bo najtrudniej jest zaplanować dojazd. Sama z takich postów często korzystam, modyfikuję szlaki przetarte przez blogerów i wiem, że inni też takie wpisy czytają, bo na blogu najpopularniejszym w tej chwili tekstem jest opis dojazdu samochodem na Korfu. Mam nadzieję, że ten też się przyda, jeśli nie w tym, to w przyszłym roku. A w długie jesienne wieczory będę Wam opowiadać o tych wszystkich miejscach, które zobaczyłam w ciągu tych trzech tygodni podróży.

(foto: iza, pwz)

środa, 31 sierpnia 2016

Warszawa przyłapana... w sierpniu 2016

W sierpniu w Warszawie nie da się nie zauważyć kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Najpierw syreny, minuta ciszy i race na głównych skrzyżowaniach miasta, potem wieńce i znicze w miejscach pamięci i pod pomnikami. Pod tymi na Woli nawet dwa razy. Pierwszy raz 1 sierpnia, drugi - 5 sierpnia, gdy w 1944 r. rozpoczęła się rzeź Woli. A pomniki są trzy. Jeden pokazywałam w ubiegłym roku - to ten na wysepce pomiędzy Al. Solidarności, a Wolską, granitowy, ze śladami po kulach i sylwetkami rozstrzelanych postaci. Obraz bardzo sugestywny, choć lokalizacja trochę nie za szczęśliwa, bo monument z obu stron oddzielony jest od chodników jezdniami. Przypadkowy przechodzień nie ma szans podejść bliżej, zatrzymać się, przeczytać te szokujące liczby cywilnych mieszkańców Warszawy, którzy własnym życiem przypłacili wybuch powstania. Do pomnika trzeba chcieć podejść. I może o to chodzi.

Drugi jest nieco ukryty w cieniu drzew, tuż obok szpitala gruźliczego przy Wolskiej, choć stoi od strony Górczewskiej. Jasny, nieco przybrudzony, z postacią, która wygląda jak duch. Upamiętnia lekarzy, studentów medycyny i pacjentów tegoż szpitala, którzy również oddali życie w czasie rzezi Woli.



Trzeci - najnowszy i najbardziej nowoczesny stanął na skrzyżowaniu Górczewskiej i Prymasa Tysiąclecia. Kiedyś w tym miejscu była tylko jedna z tablic opatrzonych hasłem "Miejsce uświęcone krwią Polaków poległych za wolność Ojczyzny", jakich wiele w Warszawie. Dziś obok niej stoi także srebrny połyskujący krzyż, w którym w słoneczne dni odbija się niebo, a na nim Chrystus jakby wyciosany siekierą. Obok na tablicach już nie tylko wolskie adresy, gdzie dokonano egzekucji, ale i nazwiska ofiar. To ewenement w skali stolicy.






Czasami sobie myślę, że sierpień 1944 r. był najtragiczniejszym miesiącem w historii Warszawy, ale przecież my, współcześni, żyjemy, więc dosyć tej martyrologii, trzeba iść naprzód i nie rozpamiętywać ciągle przeszłości. Ale gdy dwa razy dziennie mijam te trzy pomniki, to wiem, że bez ich krwi nie byłoby nas dzisiaj, nie byłoby tego miasta, które podniosło się z ruin. I co roku odwiedzam wszystkie trzy.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Warszawa zawsze pamięta...

Tak jak obiecałam, przez ostatni rok zbierałam kolejne murale upamiętniające Powstanie Warszawskie. Ale przecież już sam symbol Polski Walczącej, który na warszawskich murach po raz pierwszy pojawił się 20 marca 1942 r., to chyba najsłynniejszy polski mural! Rysowany na murach, chodnikach, czy słupach miał wszystkie cechy politycznej formy graffiti. Były to akcje w ramach tzw. małego sabotażu, skierowane przeciwko Niemcom, ale jednocześnie mające podnieść morale mieszkańców okupowanej Polski, szczególnie Warszawy.

Symbol w formie kotwicy nie wziął się jednak znikąd. Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej rozpisało konspiracyjny konkurs, na który wpłynęło 27 projektów. Po dwóch miesiącach wybrano dwa - Kotwicę oraz Skrzyżowane Miecze Grunwaldzkie. Chodziło o to, by znak miał przede wszystkim patriotyczną wymowę, ale także, by łatwo można było go narysować w wojennych warunkach. Ostatecznie konkurs wygrała Kotwica. Jej autorstwo przypisuje się Annie Smoleńskiej ps. „Hania”, studentce historii sztuki na tajnym Uniwersytecie Warszawskim, jednak niemal identycznym symbolem posługiwało się także Wydawnictwo Polskie Rudolfa Wegnera (znak zdobił m.in. okładkę książki „Polowanie na potwory morskie” z 1927 r.).

Na warszawskich ulicach kotwicę malowali głównie harcerze, najczęściej pędzlem, trudno usuwalną farbą smołową. Pierwsza pojawiła się na werandzie częściowo zniszczonej cukierni Lardellego przy Polnej. Z czasem zaczęto posługiwać się szablonem autorstwa Jana Bytnara, który wsławił się także namalowaniem znaku na cokole Pomnika Lotnika, który wówczas stał na placu Unii Lubelskiej.

Dziś kotwica jest często kojarzona jako symbol Powstania Warszawskiego. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych współczesnych murali z tym znakiem znajduje się na wieży wchodzącej w skład Muzeum Powstania Warszawskiego.

Muzeum Powstania Warszawskiego

Niektóre znalezione przez mnie, leciwe już powstańcze murale, ostatkiem sił trzymają się muru - szczególnie te z ogrodzenia stadionu Polonii Warszawa przy Konwiktorskiej. Pochodzą z 2009 r. Większość jest autorstwa Jacka Wielebskiego. Wyblakły już nieco, a farba łuszczy się miejscami. Podobnie na Podzamczu, ale cały czas także powstają nowe, w różnych częściach miasta.

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Konwiktorska - stadion Polonii Warszawa

Podzamcze

Obrońców Tobruku

Fort Bema

Waliców

Rozbrat

Żelazna

Poza klasycznymi malowidłami na murach, symbolika powstańcza dociera także do innych postaci street artu. Część ceramicznych plastrów, którymi Paweł Czarnecki opatruje poranione w czasie wojny kamienice, także ma symbol Polski Walczącej, zabarwiony na czerwono, jakby podbiegnięty krwią wykrwawiającej się stolicy... Kotwicę można zobaczyć również na vlepkach.

Hala Mirowska

Łucka

Andersa (w bramie)

Te wszystkie zdjęcia to efekt rocznych poszukiwań. Wiem, że powstańczego street artu jest w Warszawie więcej, wiem nawet, gdzie znajdują się kolejne jego przykłady. Chcecie w przyszłym roku kolejną porcję?

niedziela, 31 lipca 2016

Warszawa przyłapana... w lipcu 2016

Odliczam już dni do urlopu, chociaż jeden w zasadzie już miałam. Taki od dzieci i garów, z drinkami pod palmą! I wcale nie wyjeżdżałam z Warszawy. Tak, tak to jest możliwe także w Warszawie! Wystarczy wysłać dzieci z dziadkami na wakacje, a palmę mamy na rondzie de Gaulle’a! I dwa tygodnie na to, aby na cały następny rok nasycić się knajpami, drink barami i nocnym życiem stolicy. Ale wracając do drinków, niemal vis à vis palmy, w dawnym budynku KC, potem Giełdy Papierów Wartościowych, ulokowało się kilka fajnych, nowoczesnych barów. Wybraliśmy na początek ten najbliżej palmy, Zamieszanie, w którym ponad bar wznosi się... palma z butelek. Te, które tworzą pień (brązowe, głównie whiskey), są pełne i służą barmanom, liście zaś wykonano z zielonych pustych butelek. Z okna na piętrze widać wspomnianą palmę na rondzie, instalację z 2002 r. autorstwa Joanny Rajkowskiej pt. Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, wzbudzającą wśród Warszawiaków rozmaite emocje (nigdy nie byłam jej szczególną fanką), ale która ostatecznie chyba zadomowiła się w krajobrazie Warszawy.





Drinki drinkami, ale wypadałoby też coś zjeść, skoro podczas nieobecności najmłodszych nie chce się gotować w domu. Idealny na lipcowy wieczór jest weekendowy Nocny Market, który anonsowałam już w poprzednim miesiącu. Miejsce niepowtarzalne w skali Warszawy. Na nieczynnym peronie dworca Warszawa Główna, na tyłach Muzeum Kolejnictwa w czerwcu powstała inicjatywa nawiązująca do Targów Śniadaniowych, ale dająca możliwość nocnej wyżerki. I to nie byle jakiej, bo swoje stoiska ma kilka modnych restauracji. Królują burgery i rozmaite kanapki oraz kuchnia orientalna, ale to street food w doskonałym wydaniu. Większość wystawców ma własne budki, ale jest także kilka food trucków. I o ile jedzenie cenami nie zabija, to alkohole są raczej drogie (niszowe piwa w butelkach - 15 zł, butelka wina - ok. 100 zł), ale punkty, gdzie można kupić alkohol są tak naprawdę dwa: bar Oddychaj i jedno z restauracyjnych stoisk. Wszystko skąpane w kolorowym świetle neonów zainstalowanych przy daszkach peronów oraz nad stanowiskiem DJ-a, który serwuje muzykę "na żywo" sprawiając, że miejsce ma charakter jednej wielkiej imprezy. Dla mnie bomba, choć ludzi mnóstwo, co tylko dowodzi tego, że takich miejsc jest wciąż w Warszawie za mało.








Turystów w tych wakacyjnych miesiącach w Warszawie jest mnóstwo, w dużym stopniu z powodu Światowych Dni Młodzieży. Jest lato, nic dziwnego, że ludzie chcą się bawić. Nie tylko zresztą w Polsce. We Francji także, szczególnie, gdy przypada narodowe święto. To nie jest czas, by zginąć pod kołami rozpędzonej ciężarówki. Pałac Kultury i Nauki znów świecił dla Francji, dla Nicei po kolejnym zamachu terrorystycznym w tym kraju, choć mam wrażenie, że ataki robią już na nas coraz mniejsze wrażenie. Szok jest chwilowy i mało kto zmienia profilowe na Fejsie na francuską flagę. Obojętniejemy, podczas gdy każdego niemal dnia media trąbią a to o Nicei, a to o Monachium, a to o innych miastach Francji, czy Niemiec...



W ramach preludium do tegorocznych bałkańskich wakacji wybraliśmy się do Yugo - stosunkowo nowego baru serwującego dania kuchni tego regionu. Zawsze powtarzam, że zazdroszczę Amerykanom tego typu miejsc, niewielkich barków z kuchniami z różnych stron świata. Yugo ma nowoczesny wystrój, krzesła mają kolorowe obicia, a ściany zdobią neony (z nazwą lokalu oraz mapą Jugosławii, na której gwiazdkami zaznaczono stolice dawnych republik, obecnie niepodległych krajów) oraz plakaty z epoki reklamujące turystyczne walory Jugosławii, a także hotelowe naklejki. Do tego klasyczne przysmaki kuchni bałkańskiej - sałatka szopska, pljeskavica i cevapcici (wszystko pyszne) oraz piwo Zastava warzone specjalnie dla lokalu (a pod sufitem oryginalny samochód Zastava Yugo). Wszystko to, za co kocham Bałkany.




Dałam drugą szansę ZOO Marketowi. Właściwie to chciałam obejrzeć nową, praską Gablotkę Mirelli von Chrupek, nawiązującą do lokalizacji bazarku naprzeciwko wybiegu dla niedźwiedzi. Tym razem stoisk było więcej, grała muzyka i znalazłam nawet takie relikty PRL-u jak oryginalne papierosy z tamtej epoki. Pamiętam jeszcze jak moi rodzice je palili, choć z nikotynowego nałogu wyrwali się już ze dwadzieścia lat temu. Jednak znowu nie poczułam entuzjazmu do tego miejsca. Nie wiem, w czym rzecz, bo idea targowiska w używanymi rzeczami, szczególnie mającymi swój rodowód w Polsce Ludowej bardzo mi się podoba, a jednak klimat nie ten. Właściwie chodzi chyba o brak klimatu, zawieszenie między targiem staroci a garażówką. Dla mnie wciąż jest tam nijak. Może potrzeba jeszcze więcej czasu, żeby się wszystko rozkręciło. Mimo wszystko mocno kibicuję temu przedsięwzięciu.





W Gablotce Mirelli przy Marszałkowskiej wystój też zmienił się na letni. Ekspozycja nosi tytuł Głębiny. Przedstawia rafę i meduzy, ale kolory są pastelowe, delikatne i nawet ciężko było je sfotografować. To chyba najbardziej subtelna ze wszystkich dotychczasowych odsłon Gablotki.





Moje poranne spacery zaprowadziły mnie także do dawnej fabryki Norblina na Woli. I tym razem wcale nie na Biobazar, ale w poszukiwaniu nowej koronki NeSpoon. Na szczęście dostałam dość dobre wytyczne od autorki, gdzie mam szukać, bo wcale nie było łatwo. Dawne zabudowania fabryczne, między nimi restauracyjne stoliki, skąpane były w ciszy i pierwszych promieniach słońca. Byłam zupełnie sama. Koronka na metalowym słupie, na tle czerwonych cegieł idealnie komponuje się z industrialną zabudową Norblina. I właśnie w tym miejscu zrozumiałam, dlaczego nie mogę odnaleźć się na ZOO Markecie. Chodzi o miejsce! Placyk naprzeciwko miśków jest zwyczajny, bezduszny. Norblin, nawet o 7:00 rano, gdy wszystko jest jeszcze nieczynne, ma ducha miejsca, genius loci, który sprawia, że jest tam wyjątkowo. Zresztą podobnie jak wspomniany Nocny Market na dworcowym peronie. A może ja po prostu jestem z tej strony Wisły...




A Rotunda... Cóż, z lipcem kojarzy mi się raczej bitwa pod Grunwaldem, a nie pod Kłuszynem (ani tym bardziej z powstaniem jednostki GROM) i muszę przyznać, że gdyby data nie była podana na płachcie, musiałabym sięgnąć do nieużywanych od licealnych czasów pokładów pamięci, żeby sobie przypomnieć kiedy to było i z kim. I jakoś mam wrażenie, że nie do końca chodziło o lekcję historii. Czy jutro mogę liczyć na hołd dla Powstańców Warszawskich?