niedziela, 24 stycznia 2021

Karuzela na Bielanach, czyli co skrywa Las Bielański

 Nie ma chyba mieszkańca Warszawy, który nie zna tego refrenu:

Karuzela, karuzela,

Na Bielanach co niedziela,

Śmiechu beczka i wesela,

Karuzela, karuzela.

To jedna z tych piosenek, które ciepło kojarzą mi się z dzieciństwem i dźwiękiem niknącym wśród trzasków czarnej płyty odtwarzanej na niemieckim gramofonie w mieszkaniu mojej babci na Służewcu, choć dla mnie, wychowanej na kapelach rodem z festiwali w Jarocinie, była to muzyka starych ludzi, jak wówczas myślałam, kompletnie z innej epoki, a jednak w jakiś sposób przyjemna i wpadająca w ucho.

Piosenkę w 1953 r. nagrała Irena Kowalska, a hitem dwa lata później uczyniła zmarła kilka dni temu Maria Koterbska, gdy utwór stał się częścią ścieżki dźwiękowej filmu "Irena, do domu!". Bo karuzela na Bielanach działała naprawdę. Co niedzielę zatrzymywała się na terenie Lasu Bielańskiego, najczęściej w okolicy dzisiejszej ul. Dewajtis. W tamtym czasie znajdowały się tu tereny rekreacyjne, Park Kulturowy służący mieszkańcom. Niestety pociągnęło to za sobą dewastację tego niezwykle ciekawego miejsca, dlatego w 1973 r. teren Lasu Bielańskiego stał się rezerwatem, zaś Park Kulturowy ostatecznie zamknięto w 1986 r. A karuzela? Karuzela jest tu i dzisiaj! Ale o tym w dalszej części tekstu.


Zanim zima na dobre rozgościła się w Warszawie, w jeden z dni tegorocznych dziwnych, pandemicznych ferii zimowych, nucąc pod nosem stary przebój, postanowiliśmy porzucić na chwilę kampinoskie szlaki i wybraliśmy się z chłopcami właśnie do Lasu Bielańskiego. Możecie wierzyć albo nie, ale choć od urodzenia mieszkam w Warszawie, byłam tu pierwszy raz, w przeciwieństwie do Andrzeja, który odwiedził już ten zakątek naszego miasta w czasie jednego ze szkolnych rajdów w ramach Akademii Nadwiślańskiej. Wspominałam już kiedyś na blogu o tym projekcie, bo to jest świetna sprawa! To program PTTK skierowany do szkół podstawowych, którego tematyka krąży wokół Wisły, więc gdy już edukacja zacznie działać normalnie i w ofercie zajęć pozalekcyjnych szkoła Waszych dzieci będzie oferować udział w Akademii Nadwiślańskiej, zapisujcie latorośle w ciemno! Rajdy prowadzą przewodnicy PTTK i to jest ogromna dawka wiedzy, a wiem, o czym piszę, bo w jednym sama brałam udział jako rodzic-opiekun. Wracając jednak do Lasu Bielańskiego, to pewnie zastanawiacie się, co ten niewielki kompleks leśny położony niemal w sercu Warszawy ma wspólnego z Wisłą? Ano bardzo wiele!


To pozostałość dawnej Puszczy Mazowieckiej. Sam obszar nie jest duży, ale jest jednym z najciekawszych kompleksów wchodzących w skład Lasów Miejskich Warszawy, ze względu na niespotykane ukształtowanie terenu, za które odpowiada, podobnie jak w przypadku Puszczy Kampinoskiej, właśnie Wisła. Las Bielański położony jest bowiem na wysokiej skarpie nad Wisłą (20 m od poziomu wody), zbudowanej z czterech tarasów ukształtowanych przez rzekę, które niczym wielkie schody ku niej schodzą. Najwyższy, tzw. taras bielański jest fragmentem równiny polodowcowej. Poniżej znajduje się piaszczysty taras wydmowy, zwany też tarasem pradoliny Wisły, pokryty kiedyś przemieszczającymi się wydmami (znamy z Puszczy Kampinoskiej, prawda?). Następny to taras nadzalewowy, inaczej praski, ostatni zaś, najniższy, to taras zalewowy, dawniej bagienny i łąkowy, obecnie zarośnięty olszami i zaroślami. Wędrując leśnymi alejkami niewprawne oko prawdopodobnie nie dostrzeże różnic między poszczególnymi tarasami, szczególnie o tej porze roku, gdy wszystkie drzewa pozbawione liści i bez widocznego piętra podszytu wyglądają tak samo. Polecam za to Waszej uwadze dwa miejsca.




Pierwsze to punkt widokowy na tzw. Polkowej Górze, po sąsiedzku z zespołem klasztornym kamedułów i Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego. To właśnie najwyższy taras (bielański). Z góry można spojrzeć na płynącą w dole Wisłę i auta mknące ruchliwą ulicą Wybrzeże Gdyńskie, wchodzącą w skład Wisłostrady (jak to określił Andrzej "punkt widokowy na autostradę"). Nie jest to faktycznie widok zapierający dech w piersiach, a nawet taki, który warto uwiecznić na zdjęciu, ale przynajmniej pozwala zobaczyć, na jakiej jest się wysokości.

Drugie to Dolinka Potoku Bielańskiego, gdzie dość szybko traficie, jeśli spacer zaczniecie przy ul. Dewajtis. Rezerwat poprzecinany jest mnóstwem uporządkowanych ścieżek. Jest wśród nich także przyrodniczo-edukacyjna z tablicami informacyjnymi i drogowskazami, choć momentami przy wyborze drogi trzeba zdać się na intuicję. My wydrukowaliśmy sobie mapkę ze strony internetowej Lasu Bielańskiego, bo ja jednak jestem fanką papierowych map. I pewnie nie muszę mówić, że bardzo się przydała. Ścieżka jest na niej zaznaczona, a wspomniana dolinka to trzeci przystanek, z tematyczną tablicą poświęconą właśnie układowi tarasowemu. To jedna z dwóch dolin erozyjnych, które przecinają dawną równinę lodowcową. Biegnie łukiem od zachodu lasu aż po Wisłę (druga przecina las na linii północ-południe i zbiega się z Dolinką Potoku Bielańskiego). Potok Bielański, nad którym w tym miejscu przerzucono drewniany mostek, wpadał do Wisły w okolicy wzgórza klasztornego. Zasilał znajdujące się tam stawy rybne i napędzał koła młyńskie, ale prace melioracyjne doprowadziły do obniżenia poziomu wód gruntowych. Potok został skanalizowany i podłączony do kolektora, a stawy przestały istnieć. Dziś woda pojawia się w nim niezwykle rzadko, więc mostek jest bardziej symboliczny, jednak dzięki niemu można sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądało to miejsce. Dalej schody prowadzą w górę koryta.






Ścieżka wiedzie przez wszystkie tarasy. Na kolejnych tablicach opisane są występujące tu grądy, tylko teraz, zimą, trzeba w te opisy uwierzyć na słowo lub wrócić tu wiosną. Jeśli wybierzecie wejście do lasu od strony ul. Podleśnej, to traficie od razu na taras wydmowy, choć próżno tu szukać tak okazałych wzniesień jak na terenie Kampinoskiego Parku Narodowego. Ale mimo że teraz las nie jest zbyt atrakcyjny i raczej monotonny, to oszronione gdzieniegdzie drzewa, zwiastujące nadejście zimy w jej właściwej postaci, dodawały mu mnóstwa uroku. 




Ochroną objęta jest nie tylko rzeźba terenu, lecz przede wszystkim natura. Gniazduje tu ok. 40 gatunków ptaków, na czele z dzięciołem czarnym będącym symbolem Lasu Bielańskiego, występują też dwa rzadkie chrząszcze - koziróg dębosz i pachnica dębowa.  

Ale poza unikatowym ukształtowaniem i chronionymi gatunkami roślin i zwierząt, Las Bielański kryje jeszcze jedną perełkę, czyli wspomniany już zespół klasztorny kamedułów, którego główną atrakcją jest późnobarokowy kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny (parafia błogosławionego Edwarda Detkensa spośród 108 męczenników). Od wizyty w Grazu w 2019 r. i zeszłorocznej we Wrocławiu barok odrzuca mnie już jakoś mniej.


Kameduli osiedlili się na Polkowej Górze w 1639 r. To ponoć od ich białych habitów wzięła się nazwa Bielany, zarówno warszawska, jak i krakowska, gdzie zakonnicy, na Srebrnej Górze, utworzyli swoją siedzibę już w 1604 r. (żyją tam do dziś) i to właśnie z krakowskich Bielan przybyli do Warszawy. W obu przypadkach wybór miejsca nie był przypadkowy. Kameduli prowadzą ascetyczny, pustelniczy tryb życia, więc wzgórza oddzielone od miasta lasem nadawały się dla nich idealnie.

Kościół pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, pierwotnie drewniany, został wzniesiony w latach 1669–1710 dzięki fundacji królów Władysława IV i Jana Kazimierza (Las Bielański w tym czasie był częścią dóbr królewskich). W świątyni znajduje się serce kolejnego z polskich władców, króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego oraz jego matki, a obok kościoła grób Stanisława Staszica. W pobliżu świątyni wzniesiono 13 domków pustelniczych, tzw. eremów, w których dawniej żyli w samotności i modlili się zakonnicy. Ponoć w jednym z nich rekolekcje odbywał król Jan Kazimierz. Dziś kamedułów na warszawskich Bielanach już nie ma. Ostatni z braci zmarł w 1902 r.





I choć barokowy kościół i prześliczne eremy nikną nieco między współczesnymi budynkami Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, to całość sprawia wrażenie małego miasteczka. Aż trudno uwierzyć, że to część dwumilionowej metropolii, której centrum znajduje się w odległości kilkunastu przystanków tramwajowych! 


Jeśli już tam dotrzecie, zwróćcie też uwagę na całoroczną szopkę oraz przepiękną, misternie rzeźbioną karuzelę (mówiłam, że wciąż kręci się na Bielanach!). To prace Józefa Wilkonia. Z nazwiskiem artysty (jest nie tylko rzeźbiarzem, ale i ilustratorem książek) po raz pierwszy zetknęliśmy się całkiem niedawno, gdy w ubiegłym roku, podczas naszych wielkich wiejskich wakacji, odwiedziliśmy pałac w Radziejowicach. W otaczającym go parku powstała swoista galeria rzeźb. Jedną z nich jest "Arka" Wilkonia z kolorowymi, pięknie wykonanymi rzeźbami zwierząt o bajkowym wręcz wyglądzie. Zachwyciła całą naszą rodzinę, więc gdy tylko przeczytałam o realizacjach artysty znajdujących się w pokamedulskim kompleksie, od razu zaplanowałam wizytę z chłopcami w tym miejscu.

Szopka powstała w 2004 r. jako dar artysty dla Fundacji "Akogo?" Ewy Błaszczyk. Każdy element został wykonany ręcznie przy pomocy piły i siekiery. Rzeźby, których jest aż 44, nawiązują do stylistyki podhalańskiej. W 2019 r. przeszła kompleksową renowację i prezentuje się rewelacyjnie. 






Karuzela zaś stanęła przy kościele pod koniec października 2002 r. Pierwotnie miała być napędzana przez osiołka, ale powiedzenie "uparty jak osioł" nie wzięło się przecież znikąd i zwierzę odmówiło współpracy. Osiołek Franio trafił więc jako żywy element do szopki, gdzie dokonał żywota tuż przed ostatnimi Świętami Bożego Narodzenia (szopka ma już dwóch nowych kłapouchych lokatorów). Karuzela zaś, żaby było sprawiedliwie, napędzana jest siłą mięśni rodziców. Dzieciaki mają do wyboru pięć figur zwierząt - dzika, krowę, nosorożca, gęś i lisa. Na części z nich można siadać, pozostałe mają wyżłobione otwory, w których znajduje się siedzisko. Te przeznaczone są zdecydowanie dla młodszych dzieci! Dziesięcio- i dwunastolatek zwyczajnie się tam nie zmieścili. Ponad głowami zaś krążą rozmaite ryby wykonane z drewna i blachy. Zwieńczenie dachu to z kolei ptaki. Wszystkie rzeźby są misternie wykonane i nawet ja, całkiem dorosła, byłam nimi zachwycona, nie mówiąc o dzieciach. 






Gdy planowaliśmy tę wycieczkę i zaproponowałam chłopcom obejrzenie szopki i karuzeli, trochę się ze mnie podśmiewali, że przecież nie mają już pięciu lat (fakt!). A jednak od zagrody z osiołkami ciężko było ich odciągnąć, a i karuzelą też nie pogardzili. Coraz częściej łapię się na tym, że oni wchodzą już przecież w wiek nastoletni (w tym roku kończą 11 i 13 lat), a ja wciąż myślę o nich jak o maluchach i coraz trudniej mi już dopasować atrakcje do ich wieku, szczególnie, że jak większość ich rówieśników, gustują raczej w grach komputerowych i sporcie i tradycyjna turystyka, jaką uprawiamy, zwyczajnie ich nudzi. Ale szlakiem rzeźb Wilkonia ruszymy dalej. Kolejne zobaczyć można m.in. w Piasecznie (artysta mieszka w Zalesiu Dolnym). Przyszłoby Wam do głowy jechać na wycieczkę do Piaseczna? No właśnie!

A do Lasu Bielańskiego musimy wrócić, gdy przyroda po zimowym śnie znów zbudzi się do życia.

niedziela, 10 stycznia 2021

Kampinoski Park Narodowy. Kładką przez wydmę, czyli Łużowa Góra i inne puszczańskie wzniesienia

Sezon na wędrówki po Puszczy Kampinoskiej Anno Domini 2021 uważam za otwarty! Gdy 31 grudnia o północy strzeliły korki od szampanów, zaś minutę później wkroczyliśmy w kolejny rok i rozdzwoniły się telefony z życzeniami, usłyszałam, żeby ten nowy, który ma być lepszy jak każdy kolejny rok, przyniósł już dalsze podróże, nie tylko do Puszczy Kampinoskiej. Cóż, choć trwają przyspieszone ferie zimowe, to i tak nigdzie nie można wyjechać, a las już po raz kolejny w ostatnim czasie uratował nam dni wolne od pracy i szkoły.


Tym razem wybraliśmy szlak wiodący głównie przez tereny wydmowe. Zaczęliśmy od ścieżki spacerowej przez Łużową Górę (oznaczenie: kwadrat złożony z czarnego i białego trójkąta). To stosunkowo nowa atrakcja Kampinoskiego Parku Narodowego. Powstała w latach 2017-2020 (na mojej mapie parku z 2019 r. zaznaczona jest jeszcze jako projektowana). Jej pierwszy fragment prowadzi grzbietem Łużowej Góry, jednej z najwyższych wydm Kampinoskiego Parku Narodowego (103 m n.p.m.), do niedawna niedostępnej dla ruchu turystycznego. To teren dawnego zapasowego dowództwa Układu Warszawskiego, tzw. Atomowej Kwatery Dowodzenia, która w czasie zimnej wojny służyć miała jako stanowisko dowodzenia na wypadek wojny atomowej. Budynki zaczęto wznosić w latach sześćdziesiątych XX w. Prace trwały przez kolejne dwie dekady, ale obiekt ostatecznie nie został ukończony i nigdy go nie wykorzystano. W 2004 r. został przekazany Kampinoskiemu Parkowi Narodowemu. Pozbawione nadzoru zabudowania były sukcesywnie dewastowane, zaś materiały nadające się do powtórnego użycia rozkradane. W 2017 r. dwa z trzech budynków rozebrano w związku z pracami nad przyszłą ścieżką spacerową. Zachowano tylko jeden, podziemny, który zaadaptowano na zimowe schronienie dla nietoperzy (podobnie jak rozsiane po terenie całej Puszczy Kampinoskiej ziemianki, pozostałość po wysiedlonych wsiach). W listopadzie 2019 r. ścianę hali ozdobił uroczy mural z nietoperzem (to gacek brunatny, jeden z zimujących tu gatunków) wykonany przez Wallart.




Cała ścieżka ma 2 km długości. Po wyburzeniu obiektów wojskowych przez wydmę poprowadzono kładkę ponad murawą napiaskową. Teraz, zimą, jak słusznie zauważyli chłopcy, wygląda trochę jak plaża, ale z nastaniem cieplejszych miesięcy pojawią się tu rośliny przystosowane do życia w tak niekorzystnych warunkach o w większości enigmatycznie brzmiących dla mnie, a tym bardziej dla dzieci, nazwach: szczotlicha siwa, kocanki piaskowe, goździk piaskowy, ciemiężyk białokwiatowy, łyszczec baldachogronowy i rozchodnik ostry. No dobra, rozchodnika znamy. Kładka kończy się schodami prowadzącymi w dół skarpy. Bo o ile idąc od strony parkingu zupełnie nie odczuwa się wysokości tego wzniesienia, to najlepiej widać ją właśnie tu, gdy z wydmy trzeba zejść.




Z piaszczystej, odkrytej przestrzeni droga wkracza w las, a tu czekają kolejne pamiątki trudnej historii Polski, które Puszcza Kampinoska odkrywa przed turystą na niemal każdym ze swoich szlaków: dwa miejsca straceń Polaków z czasów II wojny światowej. W 1942 r. w dwóch egzekucjach życie straciło w sumie 67 osób. Ich szczątki po wojnie zostały ekshumowane i przeniesione na cmentarz w Palmirach





Kilkadziesiąt metrów dalej ścieżka spacerowa łączy się z czarnym szlakiem, by po kolejnych kilkuset dotrzeć do Nadłuża i kamienia upamiętniającego wymarsz Ułanów Jazłowieckich do szarży na Wólkę Węglową we wrześniu 1939 r., który jest jej ostatnim punktem.



Niestety ścieżkę można przejść tylko w tę i z powrotem, nie ma pętli, więc w dalszą drogę ruszyliśmy ku Górze Ojca, najpierw żółtym szlakiem, po ok. 900 m płynnie przechodzącym w Młyńską Drogę (kolejną z tych nieoznakowanych kolorami, na mapie zaznaczonych jako inna), która jest skrótem do szlaku niebieskiego prowadzącego już na sam szczyt wydmy. I choć na całej trasie mnóstwo było kałuż po deszczu, który padał przez cały poprzedni dzień, to był to chyba najładniejszy jej fragment, wiodący borem sosnowym, drogą raz pnącą się w górę, raz opadającą w dół, taką bardzo kampinoską, jeśli wiecie, co mam na myśli.








Góra Ojca to kolejna z najwyższych puszczańskich wydm (100,62 m n.p.m.). Związana jest z postacią ks. Władysława Korniłowicza. Wzniesienie znajduje się niemal tuż za płotem Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Ksiądz był duchowym przewodnikiem założonego przez siostrę Elżbietę (Różę) Czacką zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża i współtwórcą ośrodka w Laskach, w którym w 1930 r. zamieszkał. Z prywatnych pieniędzy (ze spadku) kupił grunt z wydmą z zamiarem zbudowania tu Domu Rekolekcyjnego. Projektu nigdy nie zrealizowano. Obok Góry Ojca stoi krzyż z 2006 r. postawiony w sześćdziesiątą rocznicę śmierci duchownego. Zastąpił poprzedni ustawiony w stulecie jego urodzin. Ks. Korniłowicz był nie tylko przewodnikiem duchowym sióstr z Lasek, ale i przyjacielem przyszłego kardynała Stefana Wyszyńskiego.




Wędrówkę kontynuowaliśmy czerwonym szlakiem, najpierw wzdłuż zabudowań Lasek (najmniej ciekawy odcinek całej wyprawy), potem przez nieco mroczny o tej porze roku fragment lasu liściastego, pełnego połamanych konarów porośniętych mchem. Przy uroczysku Michałówka, gdzie znaki czerwone dalej prowadzą w prawo, w stronę kładki na Motylowych Łąkach, którą szliśmy nieco ponad tydzień wcześniej, odbiliśmy w przeciwnym kierunku na szlak żółty, by zobaczyć jeszcze słynną, stuletnią sosnę kandelabrową w pobliżu uroczyska Łuże. Drzewo kształtem przypomina właśnie kandelabr lub lirę. Niestety w 2018 r. obumarło i w każdej chwili może ulec zawaleniu. Dojdziecie do niego również wybierając znaki żółte od razu przy Kamieniu Ułanów Jazłowieckich, jeśli nie zboczycie, jak my, na Młyńską Drogę. 








Sosna była naszym ostatnim przystankiem. Cofnęliśmy się kawałek, by już niebieskim szlakiem wrócić na parking w Dąbrowie Leśnej. Choć dzień nie należał do najładniejszych, to cieszę się, że daliśmy radę ruszyć się z domu. Pokonaliśmy ok. 10 km. W czasie tych nietypowych pandemicznych ferii zimowych nawet takie wycieczki są na wagę złota.




Po powrocie do domu musiałam taśmą klejącą reanimować naszą mapę Kampinoskiego Parku Narodowego kupioną zaledwie 2 miesiące temu. Nie pamiętam już kiedy inna służyła nam tak intensywnie! A w kwestii noworocznych życzeń, cóż, tęsknię za turystyką miejską, ale mam już przygotowany chyba tuzin kolejnych wycieczek po Puszczy Kampinoskiej o różnych porach roku. Bo ten las bardzo uzależnia!