piątek, 9 marca 2018

Szeged. Miasto imponujących pałaców

Perła eklektyzmu. Tak często nazywany jest Szeged (czy też po polsku Segedyn). I można by pomyśleć, że jak jest eklektyczny, to jest nijaki. Fakt, ciężko skupić się tu na jednym stylu, ale całość robi oszałamiające wrażenie! To przepych, którego nie powstydziłby się Wiedeń. A jednak o takich miastach pisze mi się najtrudniej. Większość miejsc, które odwiedzam cechuje bogata i często skomplikowana historia. Przechodziły z rąk do rąk pozostawiając po sobie wielokulturowość, często też naznaczone były krwawymi walkami. Zaś to trzecie co do wielkości miasto Węgier w historii nie przewijało się jako arena szczególnie ważnych wydarzeń o znaczeniu międzynarodowym, chociaż jak w całej Europie, i tu zmieniały się władze i protektoraty. Na chwilę znalazło się pod panowaniem Imperium Osmańskiego (w latach 1543-1686), które jednak nie pozostawiło takich śladów jak na Bałkanach, gdzie ta niewola trwała niemal pół tysiąclecia. Jeszcze przed podbojem tureckim Szeged miał status miasta królewskiego, który odzyskał w 1715 r. i dzięki temu mógł szybko się rozwijać, a co za tym idzie i bogacić. Dla historii Węgier ważny jest udział mieszkańców miasta w rewolucji węgierskiej w 1848 r. Lajos Kossuth wygłosił tu słynne przemówienie, ponadto Szeged był ostatnią siedzibą rewolucyjnego rządu w lipcu 1849 r. Mimo represji ze strony władz austro-węgierskich miasto dalej kwitło. Dziś w jego centrum stoi pomnik Kossutha, zaś za kilka dni, 15 marca, Węgry obchodzić będą narodowe święto upamiętniające rewolucję z 1848 r.






Dzisiejszy jego wygląd jest efektem powodzi z 1879 r., która dosłownie zmiotła je z powierzchni ziemi pozostawiając zaledwie 265 z 5723 budynków i grzebiąc 165 istnień ludzkich! Cesarz Franciszek Józef obiecał wówczas, nie bacząc na nie tak przecież dawne zapędy niepodległościowe narodu węgierskiego, że Szeged będzie piękniejszy niż wcześniej i słowa dotrzymał. Z ruin powstało miasto nowoczesne z szerokimi ulicami i imponującymi pałacami w różnych stylach architektonicznych. Dla mnie najpiękniejsza jest architektura secesyjna i to dla niej w dużej mierze tu przyjechałam. Szeged jest bardzo zadbany, właściwie niemal wszystkie budynki lśnią świeżością i czystością i jeśli nie zostały wyremontowane w ostatnim czasie, to dzieje się to teraz.



I cieszę się, że przyjechałam tu latem. Miasto kąpało się w promieniach czerwcowego słońca, które wydobywały całą gamę barw i kształtów przepięknej architektury. Nie bez przyczyny Szeged nazywany jest też czasami miastem słońca, wszak słonecznych dni w roku ma więcej niż większość pozostałych węgierskich miast. Na ulice i place wylewają się wówczas kawiarniane i restauracyjne stoliki, lodziarnie mamią obietnicą ochłody i jest to czas leniwy - idealny, by nieco chaotycznie, bez szczególnego planu powłóczyć się jego ulicami.




A zupełnie nie taki był plan! Przed wyjazdem zrobiłam sobie długą listę tego, co chciałabym zobaczyć, zaś dziewczyna z hotelowej recepcji naniosła mi to wszystko na bezpłatną mapę. No i się zaczęło! Ile pałaców jesteście w stanie zobaczyć w jedno popołudnie? Można stracić głowę biegając od jednego do drugiego! Hola, hola! To dopiero pierwszy dzień wakacji. Kupcie więc lody, w ogródku przy fontannie napijcie się czegoś chłodnego, wyrzućcie mapę i ruszcie przed siebie. Tak po prostu. No dobrze, mapę zatrzymajcie, będzie trochę łatwiej.

Co zatem zobaczyć w trakcie jednodniowego pobytu w Szegedzie?

Architektura secesyjna


Na mojej liście miałam kilka przykładów architektury secesyjnej, poniżej te chyba najbardziej znane.

Pałac Reök

Mój zdecydowany numer jeden! Ma w sobie wszystko to, co lubię w stylu secesyjnym: zwiewność, faliste linie, gięte balkony i bogactwo ornamentów. Od razu w oczy rzucają się kwiaty, jeden z ulubionych motywów secesji. Fioletowe płatki i zielone łodygi pięknie kontrastują ze śnieżnobiałą elewacją pałacu. Na zwieńczeniu dachu przysiadł orzeł z rozłożystymi skrzydłami, choć ten detal akurat łatwo przeoczyć stojąc na dole przed budynkiem. Pałac wzniesiony został w 1907 r. przez architekta Ede Magyara dla inżyniera związanego z wodociągami Ivána Reöka. Motywem przewodnim architektury jest woda, dlatego balustrady gną się niczym rośliny wodne, zaś kwiaty to podobno nenufary, choć mi bardziej przypominają irysy i niezapominajki. Od 2007 r. mieści się tu siedziba Regionalnego Centrum Sztuki. Budynek jest zachwycający i nie oddadzą tego żadne zdjęcia. Trzeba usiąść na jednej ze stojących przy nim ławek i dopiero delektować się jego urodą.









Lokalizacja: Tisza Lajos krt. 56

Pałac Gróf

Uznawany jest za największy budynek wzniesiony w stylu secesyjnym w mieście. Faktycznie jest imponujący, choć już nie tak zwiewny jak pałac Reök. Został zbudowany w latach 1912-1913 według projektu Ferenca Jenő Raichle'a. Nazwa pochodzi od nazwiska prokuratora generalnego miasta, Árpáda Mártona Grófa. Bogato zdobioną fasadę wieńczy ceramiczna dekoracja nawiązująca do sztuki Wschodu. W jego architekturze można też znaleźć inspiracje węgierską sztuką ludową, zaś wieżyczki nadają monumentalnemu gmachowi nieco lekkości.



Lokalizacja: Tisza Lajos krt. 20

Pałac Ungár-Mayer

Imponujący pałac powstał w latach 1910–1911 według projektu Ede Magyara, tego samego, który wyczarował pałac Reök. Ale jakże różne są oba budynki, choć oba nieprzyzwoicie piękne! Pałac Ungár-Mayer ma jeszcze piękne secesyjne motywy, choćby wieńczące narożną wieżyczkę postacie zwiewnych panien, jednak jest już nieco bardziej eklektyczny niż pierwszy z pałaców.







Lokalizacja: Kárász utca 16

Kamienica Móricz

To czterokondygnacyjny budynek mieszkalny, który przeznaczony był dla klasy średniej. Wzniesiony został również według projektu Ferenca Jenő Raichle'a w latach 1910-1912 na zlecenie Jószefa Móricza, urzędnika pocztowego. Był bardzo nowoczesny jak na ówczesne czasy. Posiadał oświetlenie gazowe i piece kaflowe oraz szyb windowy, choć sam dźwig zamontowano dopiero po kilkudziesięciu latach. Po wojnie funkcjonował jako dom komunalny i dopiero w 2007 r. przywrócono mu dawną świetność. Ja bym tam mogła mieszkać w takim domu, nawet komunalnym! 



Lokalizacja: Szent Mihály utca 9

Architektury secesyjnej jest w mieście dużo więcej, nawet nie trzeba specjalnie szukać, bo sama rzuca się w oczy i urodą wcale nie ustępuje tym najbardziej znanym budynkom.







Katedra Wotywna i Uniwersytet


Powódź z 1879 r. musiała być najbardziej traumatycznym doświadczeniem tego miasta, bowiem w wielu miejscach można znaleźć jakieś nawiązania do tej tragedii. Najbardziej jednak namacalną pamiątką przejścia żywiołu jest Katedra Wotywna. Ci, którzy ocaleli z kataklizmu obiecali ufundować majestatyczny kościół. Prace rozpoczęto jednak dopiero w 1913 r. i niemal od razu przerwane zostały przez wybuch I wojny światowej. Budowa ruszyła ponownie dopiero w 1923 r., zaś katedra katolicka konsekrowana została 7 lat później. Okazała świątynia będąca czwartym co do wielkości kościołem na Węgrzech jest mieszanką rozmaitych stylów architektonicznych i bez wątpienia jest wizytówką miasta pojawiającą się chyba we wszystkich opracowaniach poświęconych Szegedowi.



Z katedrą sąsiadują budynki miejscowego Uniwersytetu. Gdy po I wojnie światowej Węgry utraciły południowe terytoria na rzecz Rumunii i Serbii, Szeged stał się miastem przygranicznym i jego znaczenie powoli malało. Wkrótce jednak zaczął przejmować role miast, które znalazły się poza granicami kraju. I tak w 1921 r. do Szegedu przeniósł się Uniwersytet w Kolozsvár (obecnie Kluż-Napoka w Rumunii). Dziś jest jednym z najlepszych na całych Węgrzech i na studia przyjeżdżają tu nawet studenci ze stolicy!




Lokalizacja: Dóm tér

Ratusz


Cesarz Franciszek Józef zainaugurował otwarcie Ratusza w obecnym neobarokowym gmachu w 1883 r. Jedną z klatek schodowych zdobi cytat z jego obietnicą, że Szeged będzie piękniejszy niż wcześniej. Poprzednia siedziba władz miasta przetrwała tragiczną powódź, jednak jej skromna architektura przestała pasować do odbudowywanej w przepychu okolicy. Nowy gmach został wzniesiony według projektu znakomitego duetu architektów węgierskich, Ödöna Lechnera i Gyuli Pártosa, tych samych, którzy później zaprojektowali także Ratusz w nieodległym i bardziej kameralnym mieście Kecskemét, moim zdaniem dużo piękniejszy niż ten w Szegedzie!   




Lokalizacja: Széchenyi tér 10

Synagogi


W mieście są dwie synagogi, stara i nowa. Pierwsza, klasycystyczna, została wzniesiona w latach 1837-1843. przez braci Lipovszky, Henrika i Józsefa. Budynek przetrwał powódź z 1879 r. Dziś tuż przy wejściu można zobaczyć marmurowe tablice z inskrypcjami węgierskimi i hebrajskimi, które pokazują poziom wody w czasie kataklizmu. Nieco mylące może być to, że wiszą na niewielkiej wysokości, jednak w ramach porządkowania miasta po przejściu żywiołu teren w tym miejscu został podniesiony o dwa metry poprzez nawiezienie warstwy ziemi. Dziś bożnica nie pełni już funkcji religijnych, tylko kulturalne.



Nowa synagoga wzniesiona została w 1903 r. Budynek jest mocno eklektyczny, bardzo przezdobiony, a przez to nieco... jak z bajki. Niestety w ubiegłym roku nie miałam szczęścia do żydowskich domów modlitwy, bo zarówno synagoga w Szegedzie, jak i w niedalekiej Suboticy były w remoncie, przez co nie mogę ich pokazać w pełnej krasie i nie udało mi się do nich wejść (poza tym w soboty i tak są nieczynne, a właśnie w ten dzień tygodnia przyszło nam zwiedzać Szeged). Na szczęście w Suboticy będę znów w tym roku i mam nadzieję nadrobić zaległości. Jest też dobry powód, by kiedyś wrócić do Szegedu, bo naprawdę polubiłam to momentami zbyt przezdobione jak ta synagoga miasto.





Lokalizacja: Hajnóczy utca 12 (stara synagoga) i Jósika utca 10 (nowa synagoga)

Brama Bohaterów


Miejsce upamiętnia żołnierzy z Szegedu, którzy zginęli podczas I wojny światowej. Wewnątrz łuku można zobaczyć freski o tematyce wojennej namalowane przez Vilmosa Aba-Nováka. Bramę zdobią też dwa posągi z postaciami wojskowych. Jest to również ciekawe rozwiązanie architektoniczne, bowiem powyżej znajduje się normalny blok mieszkalny, dołem zaś przejeżdżają samochody i tramwaje, odbywa się także ruch pieszych.




Lokalizacja: Aradi vértanúk tér

Wieża Ciśnień


Ciekawostka dla tych, którzy lubią zabytki techniki. To pierwsza na całych Węgrzech Wieża Ciśnień wykonana z żelbetu. Wzniesiona została w 1904 r. według projektu Szilárda Zielińskiego. Do dziś pełni swoją pierwotną funkcję, ale też znajduje się na niej punkt widokowy oraz ekspozycja poświęcona historii fizyki.



Lokalizacja: Szent István tér

Plac Klauzál 


Plac w samym centrum miasta, do którego można dojść deptakiem od strony Uniwersytetu. Niezwykle urokliwe miejsce, latem pełne kawiarnianych ogródków. Pośrodku stoi wspomniany wcześniej pomnik Lajosa Kossutha, a niemal vis a vis widoczne jest źródło wody z motywami nawiązującymi do prawosławia. 





Modernizm


Architektury modernistycznej w ścisłym centrum Szegedu nie ma zbyt wiele, bo i miasto jest architektonicznie stosunkowo młode i chyba nie zanotowało zbyt dużych zniszczeń w czasie II wojny światowej. Nie było więc sypiących się ruder, które po wojnie można by było wyburzyć i w ich miejscu wznieść gmachy pozbawione wyszukanych ozdób o geometrycznych, przeszklonych fasadach. Modernizm wdzierał się do miasta trochę jakby przypadkiem, mimochodem i również znienacka pojawia się gdzieś w sąsiedztwie starszej architektury, pozwalając nieco odpocząć oczom od natłoku zdobień, do których nie przywykłam w takiej ilości!









Szeged od kuchni


Miasto na stałe wpisało się również w historię kuchni węgierskiej. To tu w 1869 r. został otwarty pierwszy sklep wędliniarski Marka Pick. Salami Pick nikomu chyba nie trzeba przedstawiać!

Okolice Szegedu to także jeden z głównych regionów uprawy papryki na Węgrzech. W mieście urodził się chyba najbardziej znany młynarz paprykowego proszku, János Kotányi, założyciel firmy produkującej przyprawy, która jest również jedną z najpopularniejszych na polskim rynku.

Kuchnia Szegedu słynie z zupy rybnej oraz gęsiej wątróbki, a jednak, żeby znaleźć dobrą restaurację serwującą klasyki kuchni węgierskiej, trzeba się nieco naszukać. Gdy wędruje się ulicami miasta, w oczy rzucają się pizzerie i lokale serwujące modne w ostatnim czasie burgery oraz oczywiście liczne kawiarnie, spadek po panowaniu Habsburgów.  



Na fantastyczną zupę rybną i wątróbkę (oraz inne dania narodowej kuchni) warto udać się do restauracji Alabárdos. Lokal położony jest przy cichej ulicy, latem z tyłu budynku działa plenerowy ogródek. Wszystko, czego próbowaliśmy było bardzo smaczne i ładnie podane (ciekawie serwowany jest tatar). Zupa rybna, pełna kawałków ryb, spokojnie wystarczy jako jedno danie. Do tego lokalne wina i profesjonalna obsługa. Chyba właśnie tak powinno zaczynać się wakacje!







Lokalizacja: Oskola utca 13

Mam wrażenie, że Węgry są nieco niedocenianym przez nas krajem, choć leżą przecież wcale nie tak daleko. W latach PRL popularne były wakacje nad Balatonem, chętnie też odwiedzamy stolicę. Warto jednak poświęcić nieco uwagi także Węgrom południowym, bo Szeged i położony w odległości ok. 80 km od niego Kecskemét to prawdziwe perełki! Zresztą ciekawy jest cały ten region leżący obecnie w obrębie trzech krajów: na Węgrzech, w Serbii i w Rumunii. Mam nadzieję, że do Szegedu jeszcze kiedyś wrócę, tymczasem w tym roku będę znów w Suboticy, która również słynie z architektury secesyjnej, ale jest nieco bardziej kameralna. O niej także niebawem opowiem.

środa, 28 lutego 2018

Warszawa przyłapana... w lutym 2018

Rzeźby-widma. Tak je w myślach nazywam. Bo prace Tomasza Górnickiego zazwyczaj znikają niemal natychmiast po pojawieniu się w zakamarkach ulic Warszawy. Zwykle więc oglądam je na świetnych zdjęciach Norberta Piwowarczyka, zachwycając się kolejnymi projektami Górnickiego. Tak było i w połowie stycznia, gdy zobaczyłam ostatnią z rzeźb z tryptyku Oppressed, zamontowaną na Moście Poniatowskiego, w przejściu łączącym przystanek tramwajowy na moście z Al. 3 Maja. Po dwóch tygodniach rzeźba wciąż wisiała! To chyba najdłużej żyjąca w przestrzeni miasta praca artysty.



Nagie popiersie skrępowanej łysej kobiety to alegoria ucisku społecznego, opresji mającej wiele źródeł kulturowo-światopoglądowych. Górnicki jak zawsze poprzez sztukę porusza tematy trudne i ważne. Szkoda, że dwie starsze rzeźby powstałe w ramach tryptyku nie przetrwały. Ta z Mostu Poniatowskiego jest pierwszą, którą udało mi się sfotografować.




Szczerze mówiąc, to w ostatnim czasie nieco zaniedbałam stołeczny street art. Bardziej skupiłam się na śledzeniu przykładów powojennego modernizmu w architekturze i bieganiu po muzeach z wystawy na wystawę. W lutym odwiedziłam tylko jedną - w Zachęcie, poświęconą twórczości Sarkisa, artysty urodzonego w Turcji, tworzącego zaś we Francji. Myślę jednak, że to twórca którego nie powinno się zamykać w muzealnych salach. Oglądałam towarzyszące wystawie katalogi z jego dorobkiem i mam wrażenie, że nieco wymyka się z klasycznego pojmowania muzealnej ekspozycji, choć sama warszawska wystawa była bardzo ciekawie zaaranżowana. Chciałabym jednak zobaczyć kiedyś prace Sarkisa w plenerze (takie widziałam na zdjęciach), bo uwielbiam, gdy sztuka wychodzi na ulice i ukradkiem wkrada się w miejsca opuszczone, czasem nieco mroczne. Sarkis w takiej roli sprawdza się świetnie.



Wracając jednak do stołecznego street artu, to chciałabym przypomnieć trzy murale, które powstały pod koniec ubiegłego roku, wszystkie chyba w październiku.

Mural z Wroniej "Boskie matki są wśród nas" to część kampanii społecznej fundacji Rak'n'Roll. Temat trudny. Obraz poświęcony jest kobietom w ciąży, które zachorowały na raka. I choć to reklama społeczna, to jedna z takich, które bardzo chwytają za serce. Chyba większość z nas pamięta postać siatkarki Agaty Mróz-Olszewskiej, która tuż przed przeszczepem szpiku kostnego zaszła w ciążę i jej heroicznej walki o siebie i dziecko. W czerwcu minie dziesięć lat od jej śmierci. Ja pamiętam to bardzo dobrze, bo sama w tym czasie byłam w ciąży. Córka Agaty Mróz-Olszewskiej jest o dzień młodsza od mojego starszego syna. Autorem obrazu jest Michał Warecki.



O muralu poświęconym tyrmandowskiemu Złemu było głośno jeszcze zanim pojawił się na ścianie kamienicy przy Placu Trzech Krzyży, w której mieści się Instytut Głuchoniemych im. Jakuba Falkowskiego. Wszystko za sprawą internetowej zrzutki na realizację projektu. Środki udało się zebrać i dziś  obraz można zobaczyć w prześwicie między Instytutem a biurowcem Ethos. Jego autorem jest Adam Walas z duetu XOLOR.



Nie wiem natomiast dokładnie, kiedy mural o tym, że rewolucja zaczyna się na ulicach zastąpił pracę Piotra Młodożeńca z 2015 r. upamiętniającą wprowadzenie stanu wojennego. Autorem tego nowego jest Piotr Depta-Kleśta.



Pałac Kultury i Nauki znów stał się przedmiotem burzliwych dyskusji w Internecie, a to za sprawą okładki pierwszego numeru polskiej edycji magazynu Vogue. Zdjęcie autorstwa Juergena Tellera przedstawiające modelki, Małgosię Belę i Anję Rubik, opierające się o czarną wołgę ze skąpanym w smogu PKiN w tle wzbudziło mnóstwo kontrowersji. Pod adresem fotografii i czasopisma, które w ten sposób postanowiło przywitać nowych czytelników, posypało się mnóstwo krytyki. Bo przecież Warszawa wcale tak nie wygląda, na zachodzie myśli się stereotypami postrzegając Polskę w kategoriach postkomunizmu, a nasz kraj jest przecież kolorowy (a nie czarno-szary jak stroje modelek z okładki). Z tą wołgą trochę przesadzili, to fakt, w końcu to jeden z symboli czasów, w których magazyn nie miał szans zaistnieć na naszym rynku. Ale reszta? Zrobiłam zdjęcie PKiN mniej więcej w tym czasie, gdy w kioskach pojawiło się pismo. Pałac tonął w smogu. Że modelki na czarno? Wystarczy wsiąść do jakiegokolwiek środka lokomocji i rozejrzeć się dookoła. Ile kolorów widzicie? I ile osób nie-w-dżinsach? Czasem sobie myślę, że próbujemy na siłę kredkami kolorować naszą rzeczywistość, otaczać PKiN strzelistymi przeszklonymi wieżowcami, by schować go przed wzrokiem przyjezdnych. Sami mentalnie jednak wciąż tkwimy w tamtych czasach, które nota bene nie były wcale takie szare, za jakie dziś się je uważa. Na to nakłada się niezamożność przeciętnego Polaka. Ubieramy się w stonowane kolory, bo ubrania mają być uniwersalne, palimy w piecach, czym popadnie, bo jest taniej. I nie ma się co obrażać, że tak nas widzą inni.



REKOMENDACJE NA MARZEC

Marzec znów będzie bardzo ciekawy, jeśli chodzi o wystawy w stołecznych muzeach. My będziemy się starali zobaczyć trzy. 

W Zachęcie 24 lutego ruszyła wystawa "Przyszłość będzie inna. Wizje i praktyki modernizacji społecznych po roku 1918" (do 27 maja), natomiast od 10 marca oglądać będzie można ekspozycję przeznaczoną dla dzieci "Wszystko widzę jako sztukę. Wystawa dla dzieci" (do 3 czerwca). Jej zadaniem ma być próba odpowiedzi na pytanie, czy sztuka współczesna może zainteresować najmłodsze dzieci. Bardzo jestem jej ciekawa, bo uważam, że dzieciaki doskonale odnajdują się na takich ekspozycjach. Może sztuka współczesna nie jest dla nich zrozumiała, ale świetnie oddziałuje na zmysły i z doświadczenia wiem, że maluchy są nią bardziej zainteresowane niż obrazami z minionych epok i porcelaną w gablotach.

Natomiast w Muzeum Sztuki Nowoczesnej (nad Wisłą) od 2 marca oglądać będzie można wystawę "Edi Hila. Malarz transformacji" (do 6 maja). To pierwsza w Polsce retrospektywna ekspozycja mało u nas znanego albańskiego artysty. Jego uczniem jest Edi Rama, były burmistrz Tirany, potem premier kraju, który kazał szare bloki w swoim mieście pomalować w żywe barwy. 

Wiosnę czuć już nie tylko w powietrzu. Z różnych zakątków Warszawy poznikały lodowiska, ruszają zaś imprezy biegowe. Na początek, 4 marca, "Tropem Wilczym. Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych", czyli szósta edycja imprezy sportowej związanej z obchodami Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych przypadającego na 1 marca. Bieg odbędzie się na terenie Cytadeli, więc nie powinno być problemów z objazdami, czy zamkniętymi ulicami jak w przypadku większości biegów ulicznych. Jednak i do tego powoli trzeba się zacząć znów przyzwyczajać (bez wylewania jadu), bo im będzie cieplej, tym biegów będzie więcej!

czwartek, 22 lutego 2018

Ioannina. Rejs na wyspę Nisi

Był 1822 r. Epir od prawie czterech stuleci pozostawał pod panowaniem Imperium Osmańskiego, prowincją zaś władał Ali Pasza, który stworzył praktycznie niezależne od Turcji państwo i nie zamierzał ustąpić ze stanowiska, choć dwa lata wcześniej sułtan Mahmud II postanowił odsunąć go od władzy zaniepokojony coraz większą samodzielnością i niesubordynacją swojego lennika. W efekcie armia otoczyła Ioanninę, gdzie urzędował Ali Pasza. Oblężenie trwało już od 17 miesięcy, jednak Alemu udało się uciec na pobliską wyspę położoną na jeziorze Pamvotida i ukryć w klasztorze św. Pantaleona. Na początku stycznia wojska sułtana zdobyły wyspę. Śmiertelne strzały padły spod klasztornej podłogi (otwory po ostrzale można podziwiać do dzisiaj). Ali Pasza zmarł 24 stycznia 1822 r. Inna wersja tej historii mówi, że został na wyspę zwabiony obietnicą omówienia warunków rozejmu i wówczas został zamordowany.



Łódki na wyspę odpływają z przystani w Ioanninie co kilka minut. Rejs trwa kilka kolejnych i kosztuje 2 euro od osoby (płaci się także za dzieci). Tak naprawdę wyspa nosi taką samą nazwę jak miasto, Ioannina, po grecku Nisi Ioannion. Samo słowo Nisi oznacza po prostu wyspę, ale w mowie potocznej przyjęło się jako nazwa własna tej niewielkiej, malowniczo położonej i pełnej zieleni wyspy.  





Turyści w pierwszej kolejności swoje kroki kierują właśnie do klasztoru św. Pantaleona, gdzie zginął Ali Pasza. Dziś jednak nie pełni on już funkcji religijnych. Działa w nim muzeum pokazujące historię Epiru oraz przybliżające postać Alego Paszy. Ekspozycja podzielona jest na dwie części. W głównym budynku klasztornym pokazano stroje i biżuterię charakterystyczne dla czasów panowania Imperium Osmańskiego na tych ziemiach, a także militaria, również te związane z postacią Alego Paszy. Tu także znajduje się zabezpieczony fragment przestrzelonej podłogi - miejsce wykonania wyroku na gubernatorze Epiru.








W sąsiednim budynku natomiast zaaranżowano scenę stracenia Kiry Frosini. Naprawdę nazywała się Eufrozyna Vasileiou. Była arystokratką i działaczką społeczną na rzecz greckiego ruchu oporu skierowanego przeciwko Imperium Osmańskiemu. Oficjalnie wraz z szesnastoma innymi kobietami została skazana na śmierć przez utopienie w wodach jeziora za cudzołóstwo. Choć była mężatką, była także kochanką syna Alego Paszy, a ponoć i sam Ali także smalił do niej cholewki. Wyrok śmierci mógł mieć jednak także tło polityczne. Aranżacja wykonania wyroku jest głównym motywem tej części muzealnej wystawy, jednak cała sala poświęcona jest także greckim dążeniom niepodległościowym z tego okresu. 




Na tym niewielkim skrawku lądu otoczonym wodami jeziora Pamvotida znajduje się więcej bardzo ciekawych i doskonale zachowanych klasztorów! Pierwsze wzniesione zostały w XIII w. Na 1291 r. datowany jest najstarszy, klasztor Agiou Nikolaou Philanthropinon (św. Mikołaja z rodziny Philanthropinon, który był biskupem Ioanniny). Niedługo potem wybudowano drugi, klasztor Agiou Nikolaou Ntiliou lub Agiou Nikolaou Stratigopoulou (został założony przez rodzinę Strategopoulos). Gdy Grecja dostała się pod protektorat Imperium Osmańskiego, na wyspie powstała wspólnota klasztorna. W tym okresie wzniesiono kolejne monastyry: klasztor Agiou Nikolaou Methodiou (św. Mikołaja Metodego) i klasztor Agios Ioannis Prodromos (św. Jana Chrzciciela). W XVII wieku wybudowano trzy kolejne: klasztor św. Pantaleona, klasztor Metamorphosis tou Sotiros (Przemienienia Pańskiego) i klasztor Profiti Ilia (Proroka Eliasza). W przeciwieństwie do monastyrów w samej Ioanninie, które zostały zburzone przez Turków w odwecie za powstanie ludności greckiej przeciwko osmańskiej władzy, te na wyspie przetrwały. Pięć z nich działa do dziś. Udało nam się wejść do najstarszego, Agiou Nikolaou Philanthropinon. Z zewnątrz budynek jest bardzo niepozorny, w środku zaś kryje prawdziwe skarby w postaci fresków przedstawiających postaci świętych i sceny religijne. Najstarsze pochodzą z XIII w.!













Świecka osada znajdująca się na wyspie, tam, gdzie dopływają łódki z miasta, powstała prawdopodobnie jeszcze w XVII w., zaś rozwinęła się w czasach panowania Alego Paszy, który często odwiedzał wyspę, szukając spokoju w klasztornych murach. Dziś niewielki plac tuż przy przystani wypełniają tawerny. Stoliki zajmują niemal całą wolną przestrzeń i trudno zorientować się, które należą do której restauracji. Można w nich skosztować kuchni greckiej charakterystycznej dla całego kraju, ale przede wszystkim tego, co oferuje jezioro: raków, żabich udek, czy ryb słodkowodnych z węgorzami na czele.




Na zwiedzanie wyspy trzeba poświęcić minimum dwie godziny, choć można na niej spędzić i cały dzień wędrując wąskimi uliczkami pomiędzy niewielkimi typowo greckimi domkami i rozkoszując się ciszą, spokojem i bujną roślinnością. 








Rejs na wyspę daje także możliwość spojrzenia na Ioanninę z innej perspektywy, od strony jeziora. Doskonale widać minarety dwóch meczetów na wzgórzu i czerwone dachy domów poniżej, jakże symboliczny obraz skomplikowanej historii Grecji.







Wizyta w Ioanninie i na wyspie Nisi były dla nas doskonałym uzupełnieniem podróży do Albanii i na Korfu. Nie da się zrozumieć historii Epiru i całej Grecji bez transgranicznego spojrzenia na kolejne protektoraty na tych ziemiach: najpierw Wenecjan, potem Imperium Osmańskiego i wreszcie podnoszenia się Grecji z kilkusetletniej niewoli, od razu borykającej się z problemem wielokulturowości w zupełnie nowych granicach państwa, Grecji, która niemal od razu musiała zmierzyć się z nowymi politycznymi problemami, najpierw II wojną światową, potem wojną domową, którą wielu Greków przypłaciło życiem, inni zaś wieloletnią tułaczką po wschodniej Europie, obecnie zaś konfliktem tożsamościowym z nowym sąsiadem - Macedonią, czy też Byłą Jugosłowiańską Republiką Macedonii, która po upadku Jugosławii stała się niepodległym krajem, wreszcie z kryzysem ekonomicznym i koniecznością przeprowadzenia reform pod dyktando Unii Europejskiej. Siedząc na plażach nad lazurowym morzem, czy podziwiając zachód słońca z Akropolu, często nie zdajemy sobie sprawy z burzliwych dziejów tego malowniczego kraju.