środa, 20 marca 2019

Subotica vel Szabadka. Przewodnik nie tylko po architekturze secesyjnej

- Jeste li vi Poljaci? Jesteście Polakami? - kelner w wieku naszych rodziców bezbłędnie rozpoznał nasz język, gdy dyskutowaliśmy nad restauracyjnym menu. - Dawniej przyjeżdżało tu mnóstwo Waszych rodaków, jeszcze za czasów Jugosławii, na handel. Bo to było pierwsze jugosłowiańskie miasto za granicą z Węgrami.



Tu akurat jugonostalgia, która obecna jest w całej Serbii, nie powinna dziwić. Subotica położona jest na terenie Wojwodiny, która za czasów Tity cieszyła się w ramach republiki Serbii autonomią (podobnie jak Kosowo), krainy wówczas bogatej dzięki żyznej glebie i stanowiącej "spichlerz" Jugosławii. Takie miejsca jak to szczególnie odczuły zmiany po rozpadzie federacji, gdy z jako takiej zamożności, stały się jednym z biedniejszych państw Europy (Serbia znajduje się wśród dziesięciu najuboższych krajów naszego kontynentu). Autonomia teoretycznie istnieje do dziś. Wojwodina, ze stolicą w Nowym Sadzie, o którym opowiem Wam w jednym z kolejnych postów, ma własnego prezydenta, premiera i rząd, jednak współcześnie mają oni już tylko znaczenie symboliczne. Ma też sześć języków urzędowych! I nawet język serbski częściej można tu spotkać w zapisie alfabetem łacińskim niż cyrylicą (tę widziałam chyba jedynie na tabliczkach z nazwami ulic).



Największą mniejszość narodową w tym wieloetnicznym regionie stanowią Węgrzy. W Suboticy, której węgierska nazwa brzmi Szabadka, w restauracyjnym menu obok dań typowo bałkańskich znaleźć można takie klasyki kuchni węgierskiej jak gulasz, czy zupa rybna. Ale tym, co bez wątpienia do tego miasta przyciąga jest niesamowita architektura, przede wszystkim secesyjna, ale nieprzypominająca wcale tej, którą zobaczyć można na ulicach Wiednia, czy Paryża. To secesja w wydaniu węgierskim! Jednak, by móc podziwiać ją w pełnej krasie, najlepiej Suboticę odwiedzić poza sezonem. Wcale nie dlatego, że latem przeżywa jakiś najazd turystów. To miasto tak pełne zieleni, że przepiękne pałace kryją się wśród konarów drzew i wśród soczyście zielonych liści. Gałęzie rzucają też cienie na elewacje budynków, więc ciężko zrobić zdjęcia ukazujące ich urodę. Za to żar lejący się z nieba w upalne dni jest prawie nieodczuwalny! Bujna roślinność otacza bowiem nie tylko zabytki, ale i stoliki licznych kawiarni i restauracji dając odrobinę wytchnienia i sprawiając, że mimo wszystko to właśnie latem miasto ma najwięcej uroku i jest pełne życia (wieczorami ciężko o wolne miejsca w kawiarniach).





Zapraszam zatem na spacer po najpiękniejszych zakątkach Suboticy. Będzie i secesja, i urocze uliczki oraz place pełne kawiarnianych ogródków, i świątynie rozmaitych wyznań, jak na tak wielokulturowe miasto przystało. To jedno z moich ulubionych miejsc w tej części Europy, w którym doskonale odnajdą się i wielbiciele sztuki, i ci, którzy wybrali je na przystanek w podróży, by spędzić tu jeden z nieco leniwych, niespiesznych dni wakacji.

Architektura secesyjna


Subotica z jej przepiękną architekturą secesyjną przywodzi na myśl miasta południowych Węgier, z Szegedem (Segedynem) i Kecskemétem na czele. Kiedyś były to po prostu Austro-Węgry. I choć dziś Serbię i Węgry dzieli granica, to wszystkie trzy wspomniane miasta architektonicznie są jak najbardziej spójne, zaś budynki, które można podziwiać w Suboticy wzniesione zostały jak już wspomniałam w stylu secesji węgierskiej, gdzie oprócz giętych, falistych linii można zobaczyć także motywy nawiązujące do węgierskiej sztuki ludowej oraz narodowej. Przy budowie wykorzystywano miejscowe (czyli węgierskie) materiały, m.in. ceramikę jako okładzinę budynków (tzw. pirogránit z fabryki Zsolnay z Pécs na Węgrzech). Projektowali je ci sami architekci, którzy działali w Szegedzie (Ferenc Reichle), a nawet w Budapeszcie. To pewnie właśnie dlatego mówi się, że Subotica jest najbardziej węgierskim ze wszystkich serbskich miast.





Całe życie jestem rozdarta między lekką, zwiewną sztuką secesji, a geometrycznym, czasem nieco surowym przed- i powojennym modernizmem. W Suboticy zdecydowanie wygrywa secesja, choć znalazłam i kilka ciekawych detali modernistycznych. 

Ratusz Miejski

Monumentalny gmach Ratusza został wybudowany w latach 1908-12 według projektu duetu architektów budapesztańskich Marcella Komora (1868-1944) i Dezső Jakaba (1864-1932), uczniów innego wybitnego architekta węgierskiego, Ödöna Lechnera, którego realizacje wzniesione także w stylu secesyjnym w Bratysławie, Kecskemécie i Szegedzie mogliście już podziwiać we wcześniejszych blogowych wpisach. Poza Ratuszem architekci zaprojektowali w Suboticy także synagogę i siedzibę Kasy Oszczędnościowej.



Budynek Ratusza jest sztandarowym przykładem secesji węgierskiej. Można w nim odnaleźć elementy najbardziej charakterystyczne dla secesji jako stylu międzynarodowego, ale także wpływy węgierskiego folkloru. Dotyczy to zarówno architektury gmachu, jak i jego wnętrz (w oknach znajdują się przepiękne witraże). Na wieży, na wysokości 45 m, urządzono taras widokowy (sama wieża ma 76 m), z którego można zobaczyć panoramę całego miasta. Niestety indywidualni turyści mogą zwiedzać wnętrza i wieżę jedynie od wtorku do piątku równo o godz. 12:00, a nasz pobyt za każdym razem wypadł w czasie weekendu, czego niezmiernie żałuję i jak zawsze powtarzam: znowu jest powód, by do Suboticy wrócić.




Przed Ratuszem można zobaczyć całkiem współczesne fontanny wykonane z ceramicznych płytek, które, podobnie jak w przypadku architektury sprzed ponad stu lat powstały we wciąż działającej fabryce ceramiki Zsolnay. Tzw. Zielona Fontanna pochodzi z 1985 r. Niestety w czasie naszego pobytu była nieczynna. Nowsza, tzw. Niebieska Fontanna została wzniesiona w 2001 r.





Lokalizacja: Trg Slobode 1

Pałac Ferenca Raichle'a (Ferenca Rajhla)

Nie bez przyczyny Subotica niemal od razu skojarzyła mi się z Szegedem. Wszak najpiękniejszy przykład architektury secesyjnej w Suboticy ma tego samego ojca, co trzy pałace w tym węgierskim mieście. To Ferenc Jenő Raichle (1869-1960), w Suboticy znany raczej jako Ferenc Rajhl, ale niezależnie od pisowni, jeden z najbardziej znanych architektów węgierskich.

Raichle wzniósł pałac w 1904 r. jako swój dom i pracownię architektoniczną. W trakcie projektowania inspirował się oczywiście węgierskim folklorem, szczególnie tym z regionu Siedmiogrodu, a także drewnianą zabudową wsi. Drugi pałac, bardziej okazały, ale nie tak piękny wybudował później także we wspomnianym Szegedzie (niestety nie widziałam go w trakcie mojej krótkiej wizyty w tym mieście). Raichle znany był ze swej rozrzutności i wystawnego stylu życia, więc rozmach przy projektowaniu nie powinien dziwić. Niestety przypłacił to bankructwem w 1908 r. Pałac w Suboticy został wówczas zlicytowany, a architekt przeniósł się na cztery lata do Szegedu, potem zaś do Budapesztu. Na szczęście udało mu się znów dorobić majątku i dożyć w luksusie sędziwego wieku.

Obecnie w tym przepięknym, niczym z bajki pałacu mieści się Galeria Sztuki Współczesnej. Poniższe zdjęcia zrobiłam w czasie moich dwóch wizyt w mieście, przy pełnym słońcu, gdy pobliskie drzewa cieniem kładą się na elewacji i w czasie pochmurnego dnia pozwalającego zobaczyć gmach w całej okazałości.   





Lokalizacja: Park Ferenca Raichle'a 5

Pałac Salamona Sonnenberga (obecnie Węgierski Konsulat Generalny)

To kolejny przykład architektury w stylu węgierskiej secesji, z charakterystycznymi ludowymi motywami kwiatowymi na wspomnianych już elementach dekoracyjnych z ceramiki Zsolnay. Znajduje się tuż obok pałacu Ferenca Raichle'a. Pałac został zbudowany w 1910 r. według projektu Izidora Strassburgera i Lajosa Gombosa.



Lokalizacja: ul. Đure Đakovića 3 

Pałac Miksy Dömötöra

Miksa Dömötör był znanym miejscowym lekarzem. Pałac zaprojektowali w 1906 r. bracia József i László Vágó, architekci z Budapesztu. W ich twórczości charakterystyczny jest motyw ptaków, które znajdują się także i na tym budynku (jako element kraty na drzwiach oraz na balustradzie balkonu). Niestety latem niemal cały przepiękny gmach tonął wśród bujnej zieleni. To właśnie między innymi ten budynek miałam na myśli pisząc, że Suboticę powinno się odwiedzać wtedy, gdy drzewa zgubią liście. Zdecydowanie latem traci na swej urodzie, której nie można w całości podziwiać. A jest co oglądać, bo jest pięknie odnowiony. To także jeden z niewielu secesyjnych budynków w mieście, w którego dekoracji dostrzec można geometryczne elementy secesji w wydaniu... nie, wcale nie węgierskim, a wiedeńskim!






Obecnie znajduje się tu Muzeum Miejskie.

Lokalizacja: Trg Sinagoge 3

Synagoga

To drugi, obok Ratusza, projekt duetu Komor i Jakab. Synagogę wybudowano w 1902 r. i jest jednym z najpiękniejszych zachowanych przykładów sakralnej architektury secesji w Europie. Centralna kopuła synagogi ma wysokość 40 metrów. Gmach ozdobiony jest stylizowanymi kwiatami tulipanów, goździków i pawich piór. Niestety, podobnie jak synagoga w Szegedzie, i ta w Suboticy w trakcie naszej pierwszej wizyty w 2017 r. była w remoncie, zaś cały teren ogrodzony ażurowym płotem i nie dało się podejść na tyle, żeby zrobić przyzwoite zdjęcia całego budynku. Gdy odwiedziliśmy miasto rok później całość była odremontowana, natomiast wciąż za zamkniętym ogrodzeniem.



Obok synagogi znajduje się pomnik upamiętniający 4000 żydowskich mieszkańców miasta, którzy stracili życie w obozach zagłady w czasie II wojny światowej.



Lokalizacja: Trg Sinagoge 6

Budynek byłej Kasy Oszczędnościowej (obecnie Piraeus Bank)

Budynek zaprojektowali także M. Komor i D. Jakab, trochę tak mimochodem pomiędzy realizacją dwóch swoich najważniejszych projektów w Suboticy: synagogi i Ratusza. Powstał w 1907 r. oczywiście w węgierskim wariancie secesji i przeznaczony był na Kasę Oszczędnościową. Obecnie ma także przeznaczenie finansowe i mieści się w nim Piraeus Bank.




Uwagę zwraca szczególnie liczba detali i precyzja ich wykonania. Finansowe przeznaczenie budynku rozpoznano podobno właśnie po nich: wiewiórka to symbol pracowitości, ul - oszczędności, zaś sowa - mądrości. Patrząc z poziomu ulicy można nie dostrzec wszystkich zdobień. Druciane kwiatki w górnej części elewacji zobaczyłam dopiero, gdy na ekranie komputera przeglądałam wykonane zdjęcia budynku. Dlaczego współczesna architektura nie przywiązuje takiej wagi do estetycznego wykończenia budynków?





Lokalizacja: Korzo 4

Pałac Dušana Stojkovicia (obecnie kawiarnia Hausbrandt)

Pałac wzniesiono na początku XIX w., jednak to architekt Géza Kocka w 1907 r. nadał fasadzie wygląd w stylu wiedeńskiej secesji. Obecnie mieści się tam całkiem przyjemna kawiarnia wystrojem wnętrza nawiązująca do czasów austro-węgierskich. Jedynie nowoczesne parasole wystawione przed budynkiem przy Placu Republiki nie pozwalają zapomnieć, że od tamtych czasów minęło już sto lat! Wszystko jednak robi przemyślane i miłe dla oka wrażenie. 





Lokalizacja: Trg Republike 10 

Modernistyczne detale


Jak zapewne wiecie, zawsze mam oczy szeroko otwarte także w poszukiwaniu przykładów architektury powojennego modernizmu. Tym razem jednak całych budynków Wam nie pokażę, a jedynie trzy ciekawe detale znalezione na murach Suboticy. Pierwszy to mozaika znajdująca się na ścianie hotelu Patria z 1964 r. Sam budynek został w 2008 r. przebudowany i dziś jego wygląd niewiele ma wspólnego z pierwotnym, pamiętającym czasy Jugosławii. Na szczęście mozaika ocalała.



Dwa motywy egipskie znajdują po dwóch stronach wejścia do banku w centrum miasta. Autorem jest J. Dević. Niestety poszukiwania bardziej szczegółowych informacji na temat i autora, i samego budynku (np. jego wcześniejszego przeznaczenia uzasadniającego wykorzystanie takich właśnie motywów) spełzło na niczym. Jeśli wiecie coś na ten temat, dajcie proszę znać.




Deptaki Korzo i Korvina


To samo serce Suboticy, wyłączone z samochodowego ruchu i pełne rozmaitych lokali gastronomicznych. W całym mieście łatwiej jest znaleźć kawiarnię, niż zjeść przyzwoity obiad. Ot, spadek po panowaniu Habsburgów. 



Korzo przywodzi mi na myśl... naszą łódzką Piotrkowską, tyle że w miniaturze. Ulica jest reprezentacyjna, bogata, pełna wyremontowanych imponujących budynków w różnych stylach architektonicznych, ale gdy zajrzeć w bramy, także pełne ozdobnych detali, widać już łuszczącą się farbę i bazgroły na ścianach.






Na końcu ulicy, niemal vis a vis Ratusza znajduje się klasycystyczny teatr, częściowo wyburzony w ramach szeroko pojętej rewitalizacji tej części miasta.



Od Korzo odchodzi niewielka spokojna uliczka Korvina. Znajduje się dokładnie z tyłu pałacu Ferenca Raichle'a. To prawdziwe zagłębie modnych kawiarni i barów. Jest i pizzeria, i elegancka kawiarnia Boss, z którą sąsiaduje druga, Kunst-Cafe, nowocześnie urządzona z antresolą i kolorowymi krzesłami, czy świetna burgerownia (Fabrika Burger Bar). Stoliki wystawione są wprost na ulicy, w cieniu starych drzew, tak jak lubię najbardziej, bez żadnych tandetnych płotków z logotypami marek napojów bezalkoholowych i alkoholowych. Część stolików znajduje się na pałacowym dziedzińcu.









Mieści się tu także elegancki sklep firmowy winnicy Zvonko Bogdana z pobliskiego Palicia. 

To zdecydowanie moje ulubione miejsce w całej Suboticy. 

Inne miejsca warte odwiedzenia


Subotica jest kojarzona przede wszystkim z architekturą secesyjną, ale jest miastem dość eklektycznym. Ferenc Raichle, zanim zaczął projektować w tym stylu, wzniósł, a właściwie przebudował według własnego projektu, dziewiętnastowieczny budynek Kasyna Narodowego, w którym obecnie mieści się miejska biblioteka. Figury atlasów podtrzymujących balkon naprawdę robią wrażenie. Podobne rozwiązania architektoniczne można znaleźć także w innych częściach miasta.





Plac przy katedrze

Barokowa katedra pod wezwaniem św. Teresy z Avila, która jest patronką Suboticy (jej postać znajduje się w herbie miasta), została wzniesiona pod koniec 1779 r. Dwie wznoszące się ku niebu dzwonnice mają wysokość 64 m. Na placu tuż obok katedry stoi Pomnik Ofiar Faszyzmu. Jest to największy pomnik w Suboticy (szerokość - 18 m, wysokość - 8 m). Naprzeciwko pomnika, w bramie jednej z kamienic, gdzie niegdyś mieściło się pierwsze kino w mieście, działa Art Kino Lifka (Aleksandar Lifka, od którego nazwiska wzięło nazwę, był pionierem tutejszej kinematografii) i Teatr Deže Kostolanji, w których organizowane są bieżące wydarzenia kulturalne.






Warta uwagi jest też znajdująca się nieco dalej od centrum cerkiew serbska z ładnym ikonostasem.




Tijana Jurić


Właściwie wszędzie, gdzie jestem, przyglądam się ścianom. Nie tylko w poszukiwaniu modernistycznych detali, ale także ciekawych przykładów street artu. W Suboticy nie znalazłam ich zbyt wiele, ale na jednym z bloków rzucił mi się w oczy mural przedstawiający uśmiechniętą nastolatkę. Z dat urodzenia i śmierci zorientowałam się, że dziewczyna nie żyje. Po powrocie do Polski zaczęłam szukać informacji na jej temat.



Każdy kraj ma swoje lokalne tragiczne historie kryminalne, którymi przez jakiś czas żyją media i które właściwie nie wydostają się poza jego granice. U nas niedawno głośno było o porwaniu trzyletniej Amelki i jej mamy, ale to na szczęście opowieść z happy endem, wcześniej emocje rozgrzewało do czerwoności sfingowane porwanie i zabójstwo małej Madzi, jeszcze wcześniej zabójstwo maturzysty Tomka Jaworskiego, czy pary młodych turystów w Górach Stołowych. Subotica ma historię Tijany Jurić. Już gdy zobaczyłam jej portret, wiedziałam, że ta historia nie miała szczęśliwego końca.

Tijana zaginęła w nocy między 25 a 26 lipca 2014 r. w przygranicznej miejscowości Bajmok, gdzie mieszkali jej dziadkowie. Poszukiwania trwały 12 dni i żyła nimi cała Serbia. Informacja o zaginięciu nastolatki obiegła także media społecznościowe z trzydziestu innych krajów, choć zdecydowanie nie było o nim tak głośno jak o do dziś nierozwiązanym zniknięciu małej Madeleine McCann z pokoju hotelowego podczas wakacji w Portugalii w 2007 r. W poszukiwania Tijany zaangażowana była także policja węgierska oraz Europol i Interpol. Ciało dziewczyny znaleziono dopiero 7 sierpnia na opuszczonym wysypisku śmieci w miejscowości Čonoplja w gminie Sombor. Zabójcą okazał się trzydziestoczteroletni rzeźnik, który w Bajmok był na urlopie u krewnych. Zabił nastolatkę już pierwszej nocy, gdy uznano ją za zaginioną. Poszukiwania były największymi w historii serbskiej policji, zaś sprawa wywołała dyskusję na temat wprowadzenia kary śmierci w tym kraju oraz nieetycznego zachowania się dziennikarzy relacjonujących postępy śledztwa. Mural przedstawiający Tijanę został namalowany przez belgradzkiego artystę Andreja Josifovskiego. Drugi z jej wizerunkiem znajduje się także w Bajmok. Sztuka uliczna sprawiła, że w ogóle usłyszałam o tej sprawie, a o Tijanie będę zapewne jeszcze długo pamiętać. Cóż, wspomnienia z podróży nie zawsze mają różowy kolor.

Suboticę odwiedziłam dwukrotnie. Powroty do miejsc, w których wcześniej się już było, obarczone są ryzykiem powtarzalności. Bo za pierwszym razem synagoga była w remoncie, więc musiałam zobaczyć, czy prace już się zakończyły. Nie zrobiłam zdjęcia mozaiki na budynku hotelu - podjechaliśmy znowu pod hotel. Miałam ochotę napić się kawy na Korvina, zatem pierwsze kroki skierowaliśmy na tę ulicę. Jednak nawet w tej powtarzalności jest zawsze ekscytacja z odkrywania czegoś nowego. Synagoga świeżo po remoncie wyglądała cudnie, mozaika była piękniejsza niż rok wcześniej, gdy widziałam ją tylko z okna samochodu, a na Korvina zamiast kawy czekały na nas pyszne burgery. Jak to szło? Lubię wracać, w miejsca, które znam, po wspomnienia zostawione tam... Lubię wracać do Suboticy. Czasem się tylko zastanawiam, czy Szeged nie podobał mi się bardziej. Ale lubię oba miasta, które są i do siebie podobne, i różne jednocześnie. Subotica jest bardziej kameralna, bardziej zielona, bardziej... romantyczna! Aż trudno uwierzyć, że po I wojnie światowej, w ówczesnym Królestwie Serbów, Chorwatów i Słoweńców poprzedzającym Jugosławię, była trzecim co do wielkości miastem, po Belgradzie i Zagrzebiu! Jednak jestem zdania, że Szeged i Suboticę powinno się zwiedzać razem, tzn. w czasie nieodległym. A do listy miejsc z imponującą architekturą w stylu węgierskiej secesji dopisuję jeszcze pobliski Palić, który być może uda mi się odwiedzić w przyszłym roku.

czwartek, 28 lutego 2019

Warszawa przyłapana... w lutym 2019

Zmierzch powoli zalewał Marszałkowską, gdy nagle szarówkę rozświetlił niebieski pasek, który pojawił się na elewacji jednej z kamienic. Po chwili zaczęły do niego dołączać, jeden po drugim, czerwone okręgi. 7 lutego Warszawa zyskała nowy neon. I wcale nie jest to jedna z reklam świetlnych, które w ostatnim czasie wracają do łask, ale instalacja artystyczna pt. "Wielka Warszawa". Niebieski pasek to oczywiście Wisła, zaś geometryczne obrysy symbolizują kolejne dzielnice. Autorem projektu, a w zasadzie jego neonowej wersji, jest Arek Vaz (Arkadiusz Bączyk). Na ścianę gmachu przy Marszałkowskiej 77/79, gdzie mieści się Biuro Architektury i Planowania Przestrzennego Urzędu m. st. Warszawy przeniósł "papierowy" awangardowy projekt, który powstał w ramach Planu Ogólnego Wielkiej Warszawy opracowanego przez zespół urbanistów, architektów i techników pod kierunkiem Stanisława Różańskiego w 1928 r. Neon jest fantastyczny, dopracowany w detalach i już w pierwszych dniach działania zyskał wielbicieli, do których i ja się zaliczam. Kiedy mówię o tym, że uwielbiam sztukę na ulicy w przestrzeni miast, to właśnie, między innymi, takie inicjatywy mam na myśli.





Całkiem niedaleko, nad wejściem do Galerii BWA Warszawa przy Marszałkowskiej 34/50/666 (w podcieniach pomiędzy Placem Konstytucji a Placem Zbawiciela), można zobaczyć drugi artystyczny neon, nie tak spektakularny jak powyższy, niemniej chwytający za serce. Mrok rozświetlają utkane z neonowych rurek cztery słowa/zwroty: Przepraszam, Wybacz mi, Dziękuję, Kocham Cię - słowa niezwykle w życiu ważne, a których wciąż używamy za rzadko. To praca Dellfiny Dellert, pozostałość po zakończonej już wystawie czasowej noszącej tytuł "Między Zbawieniem a Konstytucją" przygotowanej z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości i będącej artystycznym komentarzem do tego, co dzieje się w Polsce w ostatnich latach. Mam nadzieję, że chociaż ekspozycja skończyła się na początku stycznia, to jednak neon zostanie w tym miejscu na dłużej.



15 lutego 1979 r. minęło równo 40 lat od tragicznego wybuchu gazu w Rotundzie, który pozbawił życia 49 osób i naruszył konstrukcję budynku na tyle poważnie, że mimo odbudowy zaraz po katastrofie i tak w efekcie wymagał rozbiórki. Przynajmniej taka jest oficjalna przyczyna prac, które od prawie dwóch lat trwają w tym miejscu. Nowy gmach już praktycznie stoi i póki co na pierwszy rzut oka, zgodnie z zapowiedziami, nie odbiega bardzo od wyglądu oryginału (co nie zmienia faktu, że jest tylko kopią), ale na ostateczną ocenę trzeba poczekać do momentu oddania go do użytku.

Z kolei na początku tego roku media obiegła informacja, że znany koncern fastfoodowy McDonald's ma wyremontować dawny pawilon Cepelii przy Marszałkowskiej, położony po sąsiedzku z Rotundą, i urządzić tam jedną ze swoich restauracji. Pomysł spotkał się zarówno z aprobatą, jak i z krytyką. Ja nie widzę w tym nic zdrożnego, bo choć raczej nie stołuję się w tego typu miejscach, to akurat McDonald's dość dobrze radzi sobie z historycznymi, zabytkowymi wnętrzami. W Suboticy w Serbii restauracja znajduje się w secesyjnych wnętrzach miejscowego Ratusza, zaś w Austrii w miejscowości Bad Fischau, przy autostradzie wiodącej w stronę Słowenii (w kierunku Mariboru) urządziła się w budynku dawnej stacji benzynowej zaprojektowanej w latach 1989–1990 przez czołowego współczesnego architekta tego kraju, Hundertwassera. Tak więc myślę, że nawet jeśli faktycznie w modernistycznym pawilonie będzie działać sieciowa restauracja, to nie ma się czego bać. Budynek jest tak zaniedbany, że niestety przywrócenie mu świetności to w tej chwili sztuka kompromisu między miastem a potencjalnym inwestorem. Lepszy McDonald's niż całkowita utrata kolejnego przykładu architektury powojennego modernizmu przez Warszawę.

Dziś natomiast podpisano umowę na budowę nowego gmachu Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Placu Defilad. Muzeum wreszcie zyska należne sobie miejsce na mapie Warszawy. A jednak jakoś zżyłam się z Muzeum nad Wisłą i ciężko będzie mi pożegnać ten pobazgrany artystycznie kontener (choć wiem, że jest tylko wypożyczony), który już zdążył wpisać się w panoramę nadwiślańskich bulwarów.

Tak więc w najbliższym czasie ścisłe centrum stolicy znowu czekają zmiany. W takich momentach uświadamiam sobie, że ten cykl jest w jakimś sensie kroniką tego, co dzieje się w mieście i że za jakiś czas być może te teksty będzie się czytać jak głosy z zaświatów. I to był właśnie powód, że 4 lata temu (!), w marcu 2015 r. opublikowałam pierwszy odcinek Warszawy przyłapanej. Czy ktoś jeszcze pamięta dmuchanego zająca siedzącego na dachu pawilonu Dworca Warszawa Śródmieście?

WARSZAWA ZE SMAKIEM

Boscaiola Pizza & Vino

W tym miesiącu nie mam nic spektakularnego do polecenia. Luty to był w dużej mierze czas ferii zimowych, kiedy starsze dziecko wyjechało na obóz sportowy, a młodsze w tym czasie podrzucaliśmy do rodziny, z kolei w końcu miesiąca borykaliśmy się z wirusami, które uziemiły nas na cały tydzień w domu. Udało nam się jedynie wyskoczyć na szybką pizzę do maleńkiego lokalu Boscaiola Pizza & Vino przy okazji wizyty w Centrum Nauki Kopernik. Miejsce jest w sumie przeciętne, ale daje radę, gdy dzieciaki są głodne i wymęczone po kilku godzinach naukowych doznań. Pizza okazała się dość przyzwoita (nie mamy zdjęć, bo młodzież pochłonęła zanim zdążyłam się zorientować), natomiast bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie sałatka z szynką parmeńską i gruszką. Nie oszczędzają na składnikach i miała pyszny sos. Plus także za przeszkloną kuchnię, dzięki której potrawy są przygotowywane praktycznie na naszych oczach (przez włoskiego kucharza). Nie jest to miejsce w stylu pornfood, ale dla dzieciaków i na szybko całkiem spoko.



Boscaiola Pizza & Vino
ul. Dobra 56/66 (wejście od ul. Lipowej 4)

REKOMENDACJE NA MARZEC

Dobra wiadomość jest taka, że Muzeum Narodowe o tydzień przedłużyło czas trwania pokazu specjalnego prac Pabla Picassa z cyklu Skarby Muzeum Narodowego w Warszawie. Niewielki wycinek twórczości hiszpańskiego artysty można jeszcze zobaczyć do 3 marca.

Gdy w okolicach listopada wybierałam dla Was godne polecenia atrakcje przygotowane z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości, jakimś cudem przegapiłam wystawę "Znaki wolności. O trwaniu polskiej tożsamości narodowej" na Zamku Królewskim. Czynna jest do końca marca i zdecydowanie warto ją zobaczyć.

piątek, 22 lutego 2019

Troki. Zamek na wyspie i Karaimi

Gdy w wyszukiwarkę Google wpisze się słowo Litwa, czy to po polsku, czy Lithuania w języku angielskim, zamek z czerwonej cegły przeglądający się w tafli jeziora Galwe znajdzie się na większości zdjęć, które w odpowiedzi pojawią się na ekranie komputera. Bo zamek w Trokach to jeden z najbardziej rozpoznawalnych, pocztówkowych wręcz widoków na całej Litwie.



Sierpniowy, przedłużony weekend, który świąteczny jest nie tylko w Polsce, ale i na Litwie, przyciągnął na łono natury i mieszkańców niedalekiego Wilna spragnionych odpoczynku z dala od miejskiego zgiełku, i całe rzesze Polaków, którzy w sąsiednim kraju postanowili spędzić kilka dni wolnego. Trzeba było trzy razy okrążyć miasto, by wreszcie znaleźć miejsce parkingowe. Na ulicach język polski przeplatał się z litewskim, ale nic w tym dziwnego, bo w Wilnie mieszka największy odsetek Polaków na Litwie, zaś zwiedzanie zamku mają też w programie chyba wszystkie polskie wycieczki do stolicy tego kraju. My także postanowiliśmy złapać tu oddech przed zagłębieniem się w uliczki wileńskiej Starówki.




W ten rejon Litwy my, Polacy, przyjeżdżamy trochę jak w odwiedziny do dawno niewidzianej rodziny. Z Litwą łączy nas wielowiekowa wspólna historia w ramach państwa o nazwie Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie (choć bardziej znanym jako Rzeczpospolita Obojga Narodów), a do wybuchu II wojny światowej ta część kraju znajdowała się w granicach II Rzeczypospolitej. 

Ale ten zamek opowiada historię wcześniejszą, bo związany jest głównie z postacią wielkiego księcia litewskiego Witolda (1354–1430), który zresztą właśnie tu zmarł, historię nie tylko walki o władzę na Litwie ze stryjecznym bratem Władysławem Jagiełłą (od 1377 r. wielkim księciem litewskim, zaś od 1386 r. królem Polski), ale i konieczności przeciwstawienia się ekspansji zakonu krzyżackiego. To historia sojuszy, zdrad, dyplomacji i wielkiej polityki ówczesnych czasów, której świadkami często były zamkowe mury. 






Fortecę, która wkrótce stała się rezydencją Witolda, wzniesiono na jednej z największych wysp jeziora Galwe (w sumie jest ich 21). Budowę w drugiej połowie XIV w. rozpoczął jeszcze ojciec Witolda, wielki książę Kiejstut, zaś na początku XV w. kontynuował ją już sam Witold. Wówczas istniał już starszy zamek, znajdujący się na lądzie, zwany potocznie zamkiem na półwyspie. I pierwotnie zamek na wyspie budowano w takim samym stylu jak sąsiedni. Z czasem jednak zyskał gotycką formę z elementami romańskimi. Wraz z budową nowej twierdzy zaczęła rozrastać się także leżąca u jej stóp osada. Troki szybko stały się bogatym, dobrze rozwiniętym miastem, ważnym ośrodkiem handlowym. Jako jedno z pierwszych miast na całej Litwie uzyskały prawa miejskie (przed 1441 r.). Po wspólnym zwycięstwie Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego nad Krzyżakami pod Grunwaldem w 1410 r. zamek oficjalnie został siedzibą Witolda. Poselstwa przyjmował w Wielkiej Sali. I choć już od początku XVI w. wielki książę rezydował w Wilnie, zaś zamek stał się jedynie więzieniem dla szlachty, to władze współczesnej niepodległej Litwy wróciły do tej tradycji. W Wielkiej Sali zrekonstruowanego zamku także dziś podejmują ważniejszych gości z zagranicy. 





Wracając jednak do historii, zamek był prawdziwą twierdzą z systemem murów obronnych. Przez lata nie został zdobyty i dopiero inwazja wojsk rosyjskich w latach 1655-1661 doprowadziła do spustoszenia i spalenia nie tylko zamku, ale i całych Trok, które już nigdy nie odzyskały dawnej świetności, stając się sennym prowincjonalnym, ale jakże uroczym miasteczkiem.

Odbudowa zamku rozpoczęła się w XIX w. na fali romantycznych tęsknot za utraconą ojczyzną, zaś w dwudziestoleciu międzywojennym kontynuowana była pod kierownictwem polskich architektów, najpierw B. Malewskiego, następnie w latach 1929-1941 pod kierunkiem J. Borowskiego. W tym czasie rozpoczęto m.in. odbudowę Wielkiej Sali. Po II wojnie światowej prace konserwatorskie i rekonstrukcyjne od 1953 r. były kontynuowane przez konserwatorów litewskich. Rekonstrukcja została całkowicie zakończona w 1987 r. Wówczas zamek uzyskał swój piętnastowieczny wygląd.




Dziś mieści ekspozycję historyczną. Dzieje fortecy, włączając w to jego odbudowę, zostały przedstawione w dość nowoczesnej formie łączącej tradycyjną wystawę, na której można zobaczyć zabytkowe szkła, srebra, wiekowe księgi (także w języku polskim) z bardziej nowatorskim przekazem. Choć nie ma tu multimediów, to jednak całość robi przyjemne dla oka wrażenie.





Oddzielną część ekspozycji poświęcono Karaimom. 




Bo Troki to nie tylko zamek. Miasteczko znane jest także właśnie za sprawą Karaimów, którzy niegdyś zamieszkiwali drewniane kolorowe domy, które po dziś dzień budują klimat jego centrum. Na te ziemie przybyli wraz z wielkim księciem Witoldem, który walcząc ze Złotą Ordą dotarł na Krym do wybrzeży Morza Czarnego. Stamtąd sprowadził m.in. do Trok 383 rodziny karaimskie, które na Litwie osiedlił w ramach polityki obrony państwa przed Krzyżakami (część Karaimów służyła wówczas w wojsku Witolda jako straż zamków książęcych, inni zajmowali się rolnictwem, handlem i rzemiosłem). Otrzymali przywileje jeszcze od Witolda, które następnie w 1441 r. potwierdził Kazimierz Jagiellończyk, król Polski i wielki książę litewski, przyznając Karaimom prawo magdeburskie, na mocy którego mogli m.in. tworzyć własny samorząd, z czego korzystali aż do upadku Rzeczypospolitej Obojga Narodów w wyniku rozbiorów w XVIII w. To dlatego czasem te części miast, w których żyli Karaimi nazywane były "małymi miastami".



Karaimi są dość skomplikowaną grupą etniczną. Ich religia, karaimizm (karaizm), zwany też czasami judaizmem karaimskim, wywodzi się z judaizmu właśnie, ale uznaje tylko Stary Testament, bez późniejszego piśmiennictwa i komentarzy, m.in. Talmudu. Pierwotnie nie miał być oddzielną religią, a ruchem reformatorskim w ramach judaizmu, jednak oprócz Żydów karaimizm przyjęły niektóre ludy tureckie. Dlatego część naukowców dzieli Karaimów na orientalnych, o korzeniach semickich, oraz resztę wywodzącą się z rodziny tureckojęzycznej. I to właśnie ci Karaimi przybyli na Litwę z Krymu. Przez Żydów Karaimi nie byli raczej akceptowani, co doskonale opisała Eliza Orzeszkowa w powieści "Meir Ezofowicz", jedynej lekturze z okresu pozytywizmu, którą przeczytałam w liceum z nieskrywanym zainteresowaniem. 

Do dziś w Trokach mieszka ok. 65 osób tego wyznania, zaś na całej Litwie ok. 260. Synagoga karaimska nosi nazwę kienesa/kenesa (od hebrajskiego słowa kenes oznaczającego zgromadzenie). Niestety ta znajdująca się w Trokach, jedna z dwóch czynnych kienes na całej Litwie (druga znajduje się w Wilnie), w czasie naszej wizyty była w trakcie remontu. 



Barwne karaimskie drewniane domy ciągną się wzdłuż głównej ulicy miasteczka równoległej do linii brzegowej jeziora, która nosi nazwę... oczywiście Karaimskiej (Karaimų gatvė). Większość posiada z tej strony po trzy okna. Przyjęło się uważać, że zgodnie z tradycją pierwsze było dla Boga, drugie dla księcia (Witolda), a trzecie dla gospodarzy, ale sami Karaimi mieszkający w Trokach nie potwierdzają tej teorii uznając ją za wymysł na potrzeby turystyki, prawdopodobnie pochodzący jeszcze z czasów, gdy Litwa była jedną z socjalistycznych republik w ramach ZSRR. Niemniej domy są niezwykle ciekawe, zadbane, w rozmaitych kolorach. Całe miasteczko jest jednolite architektonicznie, co w dzisiejszych czasach jest już raczej rzadkością. I zwyczajnie cieszy oczy!














I właśnie ta sielskość w połączeniu z wagą tego miejsca dla historii Litwy, przyciąga tu tylu turystów, sprawiając, że miasteczko ma mimo wszystko nieco komercyjny charakter. Nad jeziorem znajduje się mnóstwo kramów z pamiątkami, litewskim rękodziełem, chlebami, wędlinami, czy miodami. W kilku domach urządzono restauracje serwujące przysmaki kuchni karaimskiej z dużymi pierogami z pieca o nazwie kybyn na czele. Mogą mieć rozmaite farsze. My zdecydowaliśmy się na wariant z baraniną oraz ze szpinakiem. Oba były dobre, choć zupełnie inne, a jedząc tylko po jednym najedliśmy się do syta.



Polaków i Litwinów historia zarówno łączy, jak i dzieli. Na wielowiekową wspólną państwowość patrzymy z innej perspektywy, choć losy naszych krajów są ze sobą ściśle związane. Jednak w ten sierpniowy upalny dzień nie tylko dawne dzieje i egzotyczna kultura Karaimów przyciągnęły do Trok całe rzesze mieszkańców nieodległego Wilna i turystów z Polski, ale i jezioro, które pełni też jak najbardziej rekreacyjne funkcje. Można tu popływać jachtem, na SUP-ach, rowerem wodnym, czy czymś w rodzaju tramwaju wodnego. Można też rozłożyć się z kocem na trawie. W takie dni jak ten nikt nie myśli o przeszłości, relaks dni wolnych od pracy jest na pierwszym miejscu.