czwartek, 5 września 2019

Łódź. Jeszcze więcej street artu (plus dwie kolejne figurki szlaku Łodzi Bajkowej)

Nie planowaliśmy wizyty w Łodzi w tym roku. Ba, my w ogóle nie mieliśmy w planach żadnego wyjazdu w najbliższym czasie! Przez niemal cały sierpień przez nasze mieszkanie przetaczało się istne tornado, które zwie się remont i które pochłonęło większość naszego tegorocznego budżetu oraz dni urlopu. Ale tornada bywają nieprzewidywalne i któregoś dnia okazało się, że z powodu konieczności wyrównania podłogi po zdjęciu płytek musimy... wyprowadzić się z domu na co najmniej dobę! Decyzja była na tyle szybka, że nie było czasu na zastanawianie się, dokąd jechać. Łódź była pierwszym miejscem, które przyszło nam do głowy. To zaledwie godzina jazdy autem z Warszawy i mimo dwóch ubiegłorocznych wizyt, wciąż w notesie miałam listę murali, których wówczas nie zobaczyliśmy. W ciągu dziewięciu miesięcy, jakie minęły od naszego ostatniego pobytu w tym mieście przybyło też kilka nowych. 



Lubię Łódź, lubię patrzeć jak się zmienia, jak chyląca się ku upadkowi architektura dostaje nowe życie. Tym razem wróciłam jednak nieco zaniepokojona.

Rewitalizacja szła dotąd w dobrym kierunku - stare pofabryczne kompleksy ożyły, odpicowano pałace przy Piotrkowskiej. Miasto postawiło też na street art, który stał się jego wizytówką. Wciąż powstają kolejne murale, zaś stare, zniszczone przez warunki atmosferyczne ustępują miejsca nowym jak ostatnio na Zarzewie. Jednak inwestycje w przestrzeni miasta sprawiają, że street art zaczyna też z łódzkich ulic znikać. Taki los spotkał mural "Baloon" autorstwa duetu Etam Crew przy ul. Uniwersyteckiej 3, czy obraz "Dementia" Andrew Pisacane ukrywającego się pod pseudonimem Gaia przy ul. Kilińskiego 75. Teraz przyszedł czas na kolejne. Właśnie trwa budowa budynku, który zasłoni obraz stworzony przez Marcina Czaję przy ul. Tramwajowej 17 zaledwie w ubiegłym roku. Była to zwycięska praca w konkursie graficznym Art Mural Challenege zorganizowanym przez firmę Profbud, któremu przyświecało motto "Kocham Łódź". 



Niestety niebawem miasto straci też jeden z najciekawszych przykładów street artu, który w moim prywatnym rankingu zajmował pierwsze miejsce, czyli "Jerzyka" ("Apus apus") Bordalo II. Działka w sąsiedztwie kamienicy przy ul. Kilińskiego 127, na której znajduje się ten wyjątkowy, przestrzenny obraz jest już ogrodzona przez firmę developerską, zaś budynek ma być wyburzony najpóźniej w przyszłym roku. Będzie mi go tak samo żal jak dwóch murali na warszawskiej Pradze, które przegrały ostatnio z developerką ("Plac Zabaw" Ernesta Zacharevica i "Warszawa Wschodnia" Sebasa Velasco).



Łódź robi się coraz modniejsza i przyciąga inwestorów, a street art powstaje w zdecydowanej większości na starych długo nie remontowanych kamienicach, bo i na takich właśnie najlepiej wygląda, i takich najmniej szkoda pod sztukę miejską. Ma to jednak i drugą stronę - takie budynki zagrożone są wyburzaniem. Ścisłe centrum miasta dotąd opierało się rozbiórkom, jednak coraz więcej jest pustostanów. Niektóre są remontowane, ale inne stoją i jakby czekały na samoistne zawalenie. Tylko patrzeć aż jeden po drugim zastąpią je nowoczesne konstrukcje ze szkła i stali. Spieszmy się podziwiać łódzki street art, bo nie wiadomo, kiedy odejdzie.

Zapraszam zatem na koleją porcję sztuki znalezionej na łódzkich murach, choć tym razem nie tak obszerną, jak mój poprzedni, ubiegłoroczny post poświęcony tej tematyce, w którym pokazałam prawie 50 łódzkich murali! To jest pewnego rodzaju suplement do tamtego wpisu.

W tym zestawieniu znajdą się nie tylko klasyczne murale, ale i coś, co nieco wykracza poza tradycyjne rozumienie street artu, czyli ceramiczne kompozycje, które w ostatnim czasie ozdobiły ściany kamienic, czy nawet całe podwórka w Łodzi. To już bardziej artystyczne instalacje i bliżej im do tego, co ja nazywam nie sztuką ulicy, ale sztuką na ulicy, ale przecież łódzki street art ma na koncie także sgraffita, czy przestrzenne płaskorzeźby jak wspomniany "Jerzyk", czy napis "Cisza" wykonany z drutów, którego wciąż nie udało mi się zobaczyć. 

Guido van Helten, bez tytułu, 2019 r. (ul. Morcinka 2 i ul. Morcinka 4)


Świeżutkie, tegoroczne murale, które zastąpiły zbiorową pracę pt. "Odzyski" powstałą w ramach Galerii Ubran Forms w 2014 r. w kolaboracji czołowych artystów polskiej sceny street artu (autorami byli Cekas, Chazme, Proembrion, Sepe i zmarły w lipcu tego roku Robert Tone Proch). Murale były w bardzo kiepskim stanie. Wiatr i opady sprawiły, że farba zaczęła odpadać od tynku. We wspomnianym poprzednim wpisie poświęconym łódzkiemu street artowi możecie zobaczyć jak wyglądały jeszcze rok temu. Fundacja Ubran Forms pierwotnie chciała je ratować (choć w Polsce konserwacja street artu to temat jeszcze raczkujący, ale nie niemożliwy do wykonania, bowiem w Warszawie udało się odnowić zniszczony podczas prac budowlanych mural duetu Cyrcle), ostatecznie jednak podjęto decyzję o stworzeniu w tym miejscu nowych obrazów. Realizację powierzono australijskiemu artyście Guido van Heltenowi, który, co ciekawe, nie tylko je zaprojektował, ale i osobiście wykonał! Same projekty to efekt rozmów z mieszkańcami obu bloków. Autor poprosił ich m.in. o to, by podzielili się z nim swoimi ulubionymi obrazami, zaś najmłodszych zachęcił do stworzenia własnych kompozycji. I one także znalazły się na muralach - na jednym obraz będący pamiątką rodzinną, na drugim zaś dziecięcy malunek pt. "Łeba". Bardzo lubię takie inicjatywy, kiedy sztuka uliczna odzwierciedla prawdziwe życie tej ulicy, podwórka, czy bloku. Podobna akcja miała miejsce w Utrechcie, gdy Jan Is De Man i Deef Feed malując mural pt. "Regał" uwiecznili na nim ulubione książki mieszkańców okolicznych kamienic, wśród nich "Pana Tadeusza" Mickiewicza.

Nowe murale na Zarzewie są zupełnie inne od poprzednich, ale uważam je za bardzo udane, szczególnie przez ich bezpośredni związek z mieszkańcami blokowiska.





Carlos Callizo Gutierrez "Murcia", 2019 r. (OFF Piotrkowska) - nie istnieje


Z bramy będącej wejściem na teren kompleksu OFF Piotrkowska od strony ul. Roosevelta na przechodniów patrzy prześliczna dziewczyna. Postać utrzymana jest w intensywnych barwach z przewagą różu, fioletu i błękitu. Przywodzi na myśl słońce i rytmy flamenco. To dzieło hiszpańskiego artysty Carlosa Callizo Gutierreza. Obraz powstał w czerwcu tego roku z okazji dwudziestolecia partnerstwa Łodzi i hiszpańskiej Murcji. Miejsce nie jest przypadkowe, bowiem na terenie OFF Piotrkowska działa m.in. restauracja "Nóż" specjalizująca się w kuchni hiszpańskiej. Mural szalenie mi się podoba. Obudził we mnie podświadome dziewczęce uwielbienie dla tych kolorów.




Niestety we wrześniu 2023 r. obraz ustąpił miejsca nowemu, czarno-białej realizacji według projektu Pawła Kwiatkowskiego, poświęconej zespołowi U2.

Zbiok "Owoce i Warzywa", 2011 r. (ul. Traugutta 9)


Mural wziął swoją nazwę od znajdującej się w pobliżu klubokawiarni, która zresztą była inicjatorem przedsięwzięcia. Autorem jest Zbiok, absolwent Instytutu Sztuk Wizualnych na Uniwersytecie Zielonogórskim. Obraz powstał w charakterystycznym dla tego twórcy stylu - postacie są nieco zniekształcone i nieco zgeometryzowane jak w kubiźmie, ale jednocześnie kojarzące się z obrazkami rodem z komiksów. Wiele prac artysty, także i ta, porusza ważne problemy społeczne. Tu starał się pokazać rozwarstwienie społeczne, do jakiego prowadzi skrajny liberalizm gospodarczy. To problem, z którym Łódź boryka się od początku swojego istnienia, który widoczny jest nie tylko na kartach "Ziemi Obiecanej" Władysława Reymonta, ale i w architekturze miasta, także tej współczesnej. Dawne imperia dziewiętnastowiecznych kapitalistów dziś znów na siebie zarabiają, nowym blaskiem świeci dopiero co odnowiony pałac Poznańskich, obok wznoszone są modne hotele, rewitalizuje się bogatą zabudowę Piotrkowskiej, podczas gdy wcale nie tak daleko od centrum, choćby na Bałutach, z wielu elewacji odpada tynk. Powstają nowe biurowce i przeszklone bloki mieszkalne, by tak jak w całej Polsce do coraz modniejszej Łodzi ściągnąć ludzi z mniejszych miast, którzy na swoje wymarzone M2 zadłużą się na całe życie. I choć warunki pracy przez 150 lat znacznie się poprawiły, to jednak nasz świat wcale nie różni się tak bardzo od tamtego, opisanego przez noblistę. 



Sebastian Bożek "Ciągłe Miasto", 2016 r. (ul. Nowa 3)


Mural, którego autorem jest artysta pochodzący z Krakowa, powstał w ramach Festiwalu Energia Miasta w 2016 r. Inspirowany jest miastem rozumianym dwojako: jako ogólne zjawisko i jako konkretna przestrzeń urbanistyczna. Struktura miasta, jego specyfika, przestrzeń i architektura są głównym obszarem zainteresowań tego twórcy.



Jakub Michalski, bez tytułu, 2018 r. (ul. Tuwima 98, widoczny od ul. Wierzbowej)


Mural powstał jesienią ubiegłego roku. Pierwszy raz zobaczyłam go z okna samochodu, gdy po naszej ostatniej, listopadowej wizycie w Łodzi wracaliśmy do domu. Długo żałowałam, że się wtedy przy nim nie zatrzymaliśmy, bo obraz ma tyle uroku, że na długo zapada w pamięć.

Jego autorem jest Jakub Michalski, absolwent Wydziału Grafiki i Malarstwa łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych, pomysłodawcą zaś... łódzkie przedsiębiorstwo Plus (hurtownia dodatków piekarniczych i cukierniczych), do którego należy pustostan, na którym wykonano mural. Główna siedziba firmy znajduje się w tym samym kompleksie, w budynku wzniesionym w 1919 r. przy ówczesnej ul. Przejazd (obecnie Tuwima) przez Hugo Gütla i Józefa Wójtowicza jako Fabryka Mydła i Kosmetyków. Działająca od 1988 r. firma Plus przeniosła się w to miejsce z Aleksandrowa Łódzkiego w 1995 r. Hmmm, całkiem jak Poznańscy ponad 150 lat wcześniej...

Mural ma charakter promocyjny, choć nie stricte reklamowy, jak mówią sami pomysłodawcy to "druga strona reklamy", choć zupełnie nieinwazyjnej, bo tabliczka z nazwą marki, która znajduje się przy obrazie nie jest widoczna z poziomu ulicy (zasłania ją metalowy płot) i musiałam się naprawdę nieźle naszperać w Internecie, by znaleźć jakiekolwiek informacje na jego temat. 

Mural inspirowany jest twórczością pochodzącego z Łodzi poety Julina Tuwima. Stuletni budynek i inspiracja przedwojennym artystą sprawiły, że obraz jest retro w wyglądzie. Jest... śliczny! Od pierwszego wejrzenia trafił na listę moich ulubionych łódzkich murali.



Nunca, bez tytułu, 2014 r. (ul. Narutowicza 25)


Nunca, właściwie Francisco Rodrigues da Silva, to artysta pochodzący z Brazylii. Jego pseudonim, który w tłumaczeniu z języka portugalskiego znaczy Nigdy, to wyraz buntu i uwolnienia się od kulturowych i mentalnych ograniczeń. Swoją przygodę ze street artem zaczynał jako nastoletni grafficiarz, stąd czasami nazywany jest także Graffiteiro. Obecnie tworzy barwne, figuratywne i odnoszące się do brazylijskiej estetyki i kultury murale. Znany jest z krytyki polityczno-społecznej historii i współczesności swojego kraju, dlatego bardziej doceniany jest za granicą. W jego sztuce dominują motywy plemienne, często portrety rdzennych mieszkańców Brazylii. I w takiej właśnie stylistyce utrzymany jest jego łódzki mural, który powstał w 2014 r. w ramach Galerii Urban Forms. 



Daleast, bez tytułu ("Jelonek"), 2014 r. (ul. Łąkowa 10)


Mural wykonany przez artystę pochodzącego z Chin, który ukrywa się pod pseudonimem Daleast (jego prawdziwe imię i nazwisko nie są znane, twórca utrzymuje je w tajemnicy)  w ramach Galerii Urban Forms w 2014 r. Obraz nie ma oficjalnego tytułu, ale i tak przez mieszkańców nazywany jest po prostu "Jelonkiem". To bardzo ciekawa praca, na pierwszy rzut oka wyglądająca, jakby wykonana była z metalowych drucików. Właśnie w takim stylu tworzy Daleast. W Łodzi znajduje się jeszcze drugi jego obraz, który pokazywałam poprzednio.



Vhils, bez tytułu, 2014 r. (ul. Kopernika 28)


Kolejna praca z 2014 r. (to był jak widać bardzo płodny rok!) wykonana w ramach Galerii Urban Forms. Autorem jest pochodzący z Portugalii Alexandro Farto tworzący pod pseudonimem Vhils. Tym razem nie mural, a sgraffito, choć sam artysta woli nazwę relief, bowiem przed użyciem wiertarki, czy młotka nie nakłada warstw farby potrzebnych do wykonania sgraffita, ale wykorzystuje to, co zastanie na murze, np. niszczejący tynk. Dąży do odkrycia pierwotnej warstwy ściany, uprawiając tym samym coś w rodzaju miejskiej archeologii. To jest swoją droga bardzo ciekawy temat, bo w dobie ociepleń budynków i znikających pod warstwami styropianu kolejnych przykładów street artu, archeolodzy w przyszłości będą mieli duże pole do popisu, odkrywając to, co współcześnie zostało schowane (tak jak teraz odkrywa się zapomniane mozaiki z czasów PRL-u, które po 1989 r. zniknęły pod karton-gipsowymi ściankami).

Łódzka realizacja Vhilsa jest jednym z najciekawszych przykładów street artu w tym mieście.




Alexis Diaz "Czuć", 2015 r. (ul. Kilińskiego 26)


Obraz artysty pochodzącego z Puerto Rico. Powstał w ramach Łódzkiego Centrum Wydarzeń.



Kenor "Vicious Delicious", 2011 r. (ul. Pomorska 28)


To jeden z dwóch w Łodzi murali hiszpańskiego artysty Jonasa Romero Romero znanego jako Kenor (drugi pokazywałam w poprzednim wpisie). Powstał w ramach Galerii Urban Forms z okazji Międzynarodowego Festiwalu Kultury Hiszpańskojęzycznej Viva Flamenco.



Konrad Koch i Karolina Tłuczek, bez tytułu, 2016 r. (ul. Pomorska 22)


Jeden z siedmiu murali przedstawiających niebieskie ptaki wykonany przez twórców z chrześcijańskiej grupy Vera Icon w ramach obchodów 800-lecia Zakonu Dominikanów. To drugi, jaki udało mi się odnaleźć. Pierwszy, podobnie jak pracę Kenora, możecie zobaczyć w poprzednim wpisie o łódzkiej sztuce ulicznej.




Tats Cru "Pocztówka z Łodzi", 2010 r. (Al. Kościuszki/ul. Żwirki)


Tats Cru to grupa twórców pochodzących z USA. Ich mural "Pocztówka z Łodzi" powstał podczas dziewiątej edycji Międzynarodowego Festiwalu Graffiti Outline Colour Festival. 



Z CERAMIKI

Przez lata myślenie na temat wykorzystania przestrzeni miejskiej diametralnie się zmieniło. Dawniej na elewacjach budynków malowano co najwyżej wielkoformatowe reklamy, współcześnie często powstają na nich prawdziwe działa sztuki.

Nieco inaczej jest w przypadku mozaik. One od zawsze pełniły funkcję ozdobną. W czasach PRL-u pojawiały się na ścianach sanatoriów, domów wczasowych, basenów, szkół, restauracji, czy państwowych przedsiębiorstw będąc dopełnieniem architektury powojennego modernizmu. W dobie mody na minimalizm w architekturze, na długie lata zniknęły ze ścian budynków. Od niedawna powoli wracają do łask pojawiając się nawet na nowych blokach. Ceramika wkroczyła też do sztuki ulicznej, wymykając się jednak nieco klasycznemu rozumieniu street artu i przenosząc ten rodzaj sztuki na kolejny poziom. 

Wojciech Siudmak "Narodziny dnia", 2018 r. (u. Więckowskiego 4, podwórko)


Wojciech Siudmak to jeden z najbardziej znanych twórców nurtu realizmu fantastycznego. Od ponad 50 lat mieszka we Francji. 

Jego obrazy, przeniesione na 260 wielkoformatowych płyt z gresu (wyprodukowanych przez Ceramikę Tubądzin z Sieradza), ozdobiły trzy ściany podwórka przy ul. Więckowskiego 4. Głównym motywem są baśniowe postacie w pastelowych kolorach, ale wśród nich można znaleźć także postać Juliana Tuwima.





To drugie, po Pasażu Róży, łódzkie podwórko, na którym zagościła sztuka. W przyszłości takich miejsc ma być więcej i wszystkie razem tworzyć będą szlak łódzkich podwórek sztuki.

Dekoracja powstała w ramach projektu Mia100 Kamienic. Podwórze jest ogólnodostępne w godz. 8:00-20:00.

Bartek Bojarczuk "State of mind", 2018 r. (ul. Zachodnia 93)


Kompozycja wykonana została z ponad 900 precyzyjnie dociętych płytek gresowych z Ceramiki Paradyż, która stała się mecenasem projektu. Przedstawia wnętrze umysłu ludzkiego. Autor starał się w obrazowy sposób zwizualizować ludzkie myśli. Czy się udało? Oceńcie sami. Moim zdaniem to jeden z najlepszych ulicznych obrazów w Łodzi.

Projekt powstał w ramach Łódź Design Festival, którego organizatorem jest Łódzkie Centrum Wydarzeń.





Egon Fietke "Gekon", 2016 r. (ul. Traugutta 5)


Egon Fietke, a właściwie Andrzej Miastkowski to artysta pochodzący z Łodzi, absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Działał w łódzkiej frakcji Pomarańczowej Alternatywy. Jest także współtwórcą pierwszej fali polskiego graffiti "sprayowo-szablonowego".

Mozaikowa jaszczurka została zaprojektowana w taki sposób, by wykorzystać otwór wentylacyjny, który stał się okiem ceramicznego gekona. Powstała w ramach obchodów imienin patrona ulicy, Romualda Traugutta i święta ulicy.




W mieście można też zobaczyć drugą, dla odmiany wielkoformatową, mozaikę jego autorstwa, "Pocałunek miłości", która znajduje się w przejściu podziemnym u zbiegu Al. Piłsudskiego i ul. Konstytucyjnej. 

Szlak Łódź Bajkowa

Choć tym razem odwiedziliśmy Łódź bez dzieci, to nie mogłam oprzeć się pokusie znalezienia brakujących nam do kolekcji figurek/pomników ze szlaku Łodzi Bajkowej. Szczerze mówiąc wciągnęłam się w tę zabawę. 

Na szczęście remont przy Łódzkim Domu Kultury już się skończył i odsłonięta została figurka przedstawiająca Piotrusia i jego pieska z "Zaczarowanego Ołówka". Specjalnie poszłam też pod Galerię Łódzką, by zobaczyć i sfotografować Ferdynanda Wspaniałego. Tym sposobem brakuje nam już tylko Plastusia z Parku Sienkiewicza, który wciąż przechodzi rewitalizację. Czy ja już wcześniej nie wspominałam, że każdy pretekst jest dobry, by wrócić do Łodzi?




Moja lista łódzkich murali wciąż zawiera co najmniej kilkanaście pozycji, których jeszcze nie widziałam. Kilka musiałam niestety skreślić, bo nieco się spóźniłam i już ich nie ma. Przez lata Łódź urosła do rangi streetartowej stolicy Polski. Mam nadzieję, że miasto tego nie zaprzepaści i wciąż będzie tu można wracać nacieszyć oczy fenomenalnym street artem. 

sobota, 31 sierpnia 2019

Warszawa przyłapana... w sierpniu 2019

Dawno już nie zbierałam przykładów street artu upamiętniającego Powstanie Warszawskie, bo większość tego, co pojawiało się na stołecznych murach było w jakiś sposób do siebie podobne. Nic od lat mnie nie zaskoczyło, ani nie zachwyciło. Aż do teraz. Przy okazji obchodów siedemdziesiątej piątej rocznicy wybuchu Powstania Mazowiecka zamieniła się w swoistą streetartową galerię fotografii z tamtego okresu. Po obu stronach ulicy zawisły wielkoformatowe naklejki wykonane z reprodukcji oryginalnych wojennych zdjęć. Spacer ulicą i odrobina wyobraźni pozwalały poczuć się tak, jakby czas cofnął się do 1944 r. Mazowiecka jest idealną lokalizacją dla takiego przedsięwzięcia. Częściowo zachowała się tu przedwojenna zabudowa z widocznymi śladami po ostrzałach. Na mnie ten sposób uczczenia pamięci powstańców zrobił kolosalne wrażenie.










Z kolei w ramach oficjalnych obchodów, na placyku, gdzie Chmielna dochodzi do Pasażu Wiecha odsłonięto kamień upamiętniający postać Augusta Agbooli Browne ps. Ali, pochodzącego z Nigerii muzyka jazzowego i uczestnika Powstania Warszawskiego. O Alim mówi się coraz częściej w kontekście Powstania, choć mam wrażenie, że bardziej w charakterze ciekawostki, bo był prawdopodobnie jedynym ciemnoskórym, który bił się za Warszawę. Mieszkał w stolicy od 1922 r., więc po prostu, jak inni, bronił swojego domu. I choć niewiele wiadomo o jego udziale w walkach, to stał się już pewnym symbolem jako ten, który na równi z mieszkającymi tu od pokoleń chwycił za broń w obronie miasta.     




Zniszczonych miesiąc temu murali Fotonu i Jubilera na Pradze póki co nie odtworzono, jednak ekipa z Good Looking Studio, po sąsiedzku, na ścianie kamienicy przy Zamoyskiego 29, stworzyła kolaż upamiętniający zamalowane reklamy z czasów PRL. Wydarzenie otrzymało nazwę "Z szacunku do murali!". Realizacja jest tymczasowa i jej celem nie jest zastąpienie oryginałów, a jedynie wyrażenie sprzeciwu i zwrócenie uwagi na to, że mieszkańcy nie godzą się na działania inwestora i czekają na przywrócenie tych pamiątek minionej epoki. A pracę Good Looking Studio oglądać można do jesieni, cokolwiek autorzy rozumieją pod tym określeniem. Lato powoli się kończy, więc myślę, że jednak trzeba się spieszyć.



WARSZAWA ZE SMAKIEM

Muszę przyznać, że drinki z widokiem ostatnio wpadły nam w oko (szczególnie zaś widoki), więc w sierpniu dalej rozkoszowaliśmy się czasem bez dzieci, za to z przepiękną panoramą miasta. Dziś zatem kolejna propozycja dla dorosłych.

Panorama Sky Bar

Bar widokowy na czterdziestym piętrze hotelu Marriott z fenomenalnym widokiem na Warszawę działa od lat. Dotąd jednak uważałam takie miejsca za typowe atrakcje dla turystów. Gdy dzieci były małe nie bardzo mieliśmy też okazję, by cieszyć się nocnym życiem. Ale chłopcy są coraz starsi i dużą część wakacji spędzają na zorganizowanym wypoczynku lub z dziadkami. My zaś nadrabiamy zaległości w wyjściach tylko we dwoje.



Bar ma dość prosty wystrój, ale nie oszukujmy się, przychodzi się tu głównie dla widoków! Niestety nie ma tarasu jak w Loreta Bar, który pokazywałam miesiąc temu. Panoramę stolicy podziwiać można jedynie przez szyby, nie zawsze czyste i odbijające światło, gdy chce się zrobić zdjęcia. Jeśli jednak chcecie siedzieć przy oknie niezbędna jest rezerwacja stolika, bo chętnych jest mnóstwo, jak łatwo się można domyśleć, przede wszystkim turystów. A warto, bo widoki są naprawdę obłędne! Sama się sobie dziwię, że dotarłam tu dopiero teraz.








Bar serwuje nie tylko najlepszą panoramę miasta, ale i ciekawe koktajle oraz infuzowane alkohole przygotowane na bazie ziół. Piotr tym razem skupił się na whisky, ja wybrałam dwa drinki: Botanical Garden (50 zł) na bazie wódki infuzowanej jałowcem, arcydzięglem, kolendrą i rumiankiem, z aromatem marakuji, ananasa, limonki, tajskiej bazylii i z dodatkiem toniku oraz Bergamo (51 zł) na ginie infuzowanym różowym pieprzem, z dodatkiem Lillet Blanc, Savignon Blanc, likieru z dzikiego bzu St. Germain i domowej oliwy grejfrutowej i z aromatem bergamotki. Pierwszy był owocowy, choć z wyczuwalną nutą ziołową, idealny na letni wieczór, drugi zaś bardziej wytrawny, ale niezwykle ciekawy w smaku i serwowany w niewielkiej karafce do samodzielnego dozowania.




Bar ma w menu nie tylko napoje alkoholowe i bezalkoholowe, ale także dość ciekawą kartę przekąsek na ciepło i na zimno. Tego bardzo brakowało mi w Lorecie.

To prawda, że takie miejsca odwiedzają zwykle przyjezdni, my sami częściej bywamy w barach czy kawiarniach widokowych będąc w podróży. Jednak czasem warto pobyć turystą we własnym mieście i spojrzeć na nie z zupełnie innej perspektywy, a przy okazji spróbować bardzo oryginalnych drinków. W przyszłym roku zamierzamy kontynuować poznawanie Warszawy od tej strony!

Panorama Sky Bar (Hotel Marriott)
Aleje Jerozolimskie 65/79

REKOMENDACJE NA WRZESIEŃ

Po lekkim wakacyjnym zastoju do muzeów wracają ciekawe wystawy. W tym roku mija 80 lat od wybuchu II wojny światowej i wiele muzeów przygotowało ekspozycje właśnie z tej okazji.

Pierwsza, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, ruszyła już 30 sierpnia. To ekspozycja pt. "Nigdy więcej. Sztuka przeciw faszyzmowi w XX i XXI wieku". Wśród pokazanych eksponatów są prace przedwojenne oddające ówczesne nastroje społeczne (ta część skupia się wokół słynnego obrazu "Guernica" Pabla Picassa z 1937 r.), tuż powojenne, gdy w Polsce szalał komunizm (oscylujące wokół "Arsenału", czyli Ogólnopolskiej Wystawy Młodej Plastyki „Przeciw wojnie – przeciw faszyzmowi” w ramach V Światowego Festiwalu Młodzieży i Studentów w 1955 r.), a także sztuka powstała w kolejnych dziesięcioleciach, pokazująca różne oblicza faszyzmu i przemocy. Wystawę oglądać można do 17 listopada.

Na drugą od 13 września zaprasza Muzeum Warszawy. Nosi tytuł "Nieba i ziemi nie widać. Warszawiacy o wrześniu 1939". Powstała na podstawie relacji nadesłanych w 1948 r. na konkurs "Pamiętnik warszawiaka". Potrwa do 5 stycznia 2020 r.

Ale nie tylko rocznicą wybuchu wojny Warszawa przecież żyje. W dniach 6-7 września w galerii Pracowni N22 przy Odyńca 29 zobaczyć będzie można wystawę prac SC Szymana pt. "Forma". SC Szyman to twórca przede wszystkim streetartowy, autor rozpoznawalnych szablonów i vlepek, ale także plakatów i grafiki.

Na 7 września zaplanowano tegoroczne Święto Wisły, tym razem pod hasłem "Tradycja i muzyka". Mam nadzieję, że wyciek ścieków z oczyszczalni "Czajka", z jakim od kilku dni boryka się Warszawa, nie będzie miał wpływu na przebieg wydarzenia, bo bardzo je lubię. Póki co organizatorzy nie wydali żadnego komunikatu w tej sprawie.



13 września natomiast ruszy kolejne niebanalne miejsce w stolicy - Fort 8. Będzie to przestrzeń skupiająca w zrewitalizowanych dziewiętnastowiecznych koszarach na Służewie restauracje, pracownie projektanckie i sklepy. Jeśli tu zaglądacie, to zapewne wiecie, że uwielbiam miejsca z historią, które zyskują nowe życie i nowe przeznaczenie. Jest ich wciąż w Warszawie za mało!

Zawsze mam problem, czy wrzesień zaliczać do miesięcy wakacyjnych, wszak rusza już szkoła, ale studenci przecież mają jeszcze wolne. Bez wątpienia to miesiąc o wciąż luźniej atmosferze, często ciepłych wieczorach i działających cały czas plenerowych restauracyjnych ogródkach. Atrakcji póki co nie ubywa, więc cieszcie się tą przedłużoną końcówką lata.

środa, 21 sierpnia 2019

Telegraf Bistro & Cafe. Pyszne miejsce w Żyrardowie (zamknięte)

Sami o sobie mówią, że są rodzinnym bistro. Słowa restauracja unikają zapewniając, że to nie ich kierunek. A jednak niejedna restauracja, także z Warszawy, czy z innych większych i bardziej turystycznych miast, mogłaby się od nich sporo nauczyć!

Nazwa nie jest przypadkowa. Dawniej cały parter kamienicy przy ul. 1-go Maja 54, jednej z głównych arterii Żyrardowa, zajmowała poczta. W tej części, gdzie teraz znajduje się Telegraf, kiedyś mieścił się telefaks i rozmównice międzymiastowe. I choć dziś, w dobie telefonii komórkowej i satelitarnej, trudno to sobie wyobrazić, to ja pamiętam jeszcze te czasy. I olbrzymie napisy nad wejściami do urzędów pocztowych: POCZTA-TELEGRAF-TELEFON (bo aż do 1991 r. tak właśnie, Polska Poczta, Telegraf i Telefon, nazywało się państwowe przedsiębiorstwo, które obsługiwało zarówno usługi pocztowe, jak i telekomunikacyjne). Z tamtą epoką i historią tego miejsca świetnie koresponduje szyld nad wejściem do lokalu. Gości wita bowiem stonowana, nie szpecąca elewacji budynku z czerwonej cegły, tablica z nazwą Telegraf Bistro & Cafe.




Lubię miasta postindustrialne, w których dawne miejsca użyteczności publicznej, czy to pofabryczne kompleksy jak te w Łodzi, czy jak tu, spadek po urzędzie pocztowym, dostają nowe życie, nowe przeznaczenie i ducha współczesności. Lubię miejsca z pomysłem na siebie, a takim bez wątpienia jest Telegraf.

Urzekł mnie już niewielki ogródek przed wejściem. Miejsca jest tu niewiele, ale zagospodarowano je z pomysłem. Kilka stolików i fotele w dwóch kolorach ustawiono jeden obok drugiego wzdłuż chodnika, nad nimi zawieszono nie rzucające się w oczy parasole. Żadnych płotków, żadnych logotypów producentów napojów, a zamiast tego kwiaty w doniczkach i czarne tablice z wypisanym kredą menu. Właśnie tak jak lubię najbardziej. To jedno z takich miejsc, które zachęcają, by po całym dniu zwiedzania przycupnąć na kawę. Niestety na obiad dla czteroosobowej rodziny stoliczki na zewnątrz są ciut za małe.




Wewnątrz nie ma żadnych nawiązań do funkcji, jaką pełniły kiedyś pomieszczenia. Wręcz przeciwnie, jest przytulnie, tak po domowemu, jakby właściciele odgonić chcieli wspomnienie bezdusznego urzędu. Do wyboru są stoły z wygodnymi krzesłami lub fotele i kanapy, dla tych, którzy chcą się zrelaksować. Na większości stolików stoją tabliczki z godzinami rezerwacji. Ponoć w weekendy bez niej ciężko tu o wolne miejsce. Na szczęście o 13:00 jest jeszcze prawie pusto, choć lokal otwarty jest od godz. 10:00, bo serwuje także śniadania.



Karta jest dość krótka, uzupełniają ją dania dnia wypisane na tablicy na zewnątrz. Menu oparte jest na produktach sezonowych, więc teraz królują w nim głównie warzywa i owoce. Wszystkie potrawy przygotowywane są tuż przed podaniem ze świeżych składników. Kuchnia nie używa gotowych przypraw, produktów przetworzonych, frytury, czy kuchenki mikrofalowej do podgrzewania przygotowanych wcześniej dań. I to jest tajemnica sukcesu tego miejsca. Swoje robi też marketing szeptany, bo gdy w internetowych grupach poświęconych gastronomii pada pytanie o Żyrardów, Telegraf polecany jest najczęściej. Zupełnie mnie to nie dziwi!

Zdecydowaliśmy się na trzy przystawki: krewetki w sosie z białego wina z pieczywem (21 zł), grzanki z pesto (6 zł) i hummus z młodymi burakami, kiełkami, marynowaną cebulką i orzechami włoskimi serwowany z pałeczkami grissini (24 zł). Hummus świetnie komponował się z tymi dość nietypowymi dodatkami, a sos spod krewetek był tak pyszny, że dzieciaki prosiły o dodatkowe pieczywo, by go zjeść do końca!





Chłopcy na tyle zadowolili się przystawkami, że zupy zamówiliśmy tylko my z Piotrem - ja zupę dnia, gulaszową (18 zł), Piotr chłodnik z karty (14 zł). Obie były przepięknie podane, szczególnie chłodnik udekorowany plasterkami rzodkiewki, liśćmi botwinki i gałązkami szczypiorku. Smakował tak jak ten, który pamiętam z rodzinnego domu. Zupa gulaszowa była natomiast niezwykle sycąca, choć dla mnie mogłaby być nieco bardziej pikantna.




Podczas gdy my skupiliśmy się na posiłku, dzieciaki przyniosły do stolika planszówki, bo Telegraf jest bardzo przyjazny najmłodszym, więc ma też oczywiście kącik dla dzieci, gdzie maluchy w różnym wieku znajdą coś dla siebie. Przyznam, że i ja wkręciłam się w układanie piramidy z krzeseł w grze Mistakos!

Największy problem mieliśmy z daniami głównymi. W karcie prym wiodą makarony, jest kilka sałatek, zaś wybór czegoś bardziej obiadowego jest niewielki. Ostatecznie stanęło na faszerowanym bakłażanie (27 zł) dla mnie, polędwicy wieprzowej na puree z zielonego groszku, z fasolką szparagową, cukinią i kurkami (39 zł) dla Andrzeja, piersi z kurczaka z kluseczkami gnocchi i sezonowymi warzywami z menu dziecięcego (25 zł) dla Jerzyka i sałatce z młodymi ziemniakami, jajkiem sadzonym, czosnkiem, pesto bazyliowym, rzodkiewkami, pomidorkami cherry i pancettą oraz jogurtem (25 zł) dla Piotra. 

Dostałam dwie połówki bakłażana z nadzieniem z kaszy kuskus, cebuli i pomidorów, posypane pokruszonym serem feta i pięknie udekorowane gałązkami czerwonej porzeczki, dodatkowo z jogurtem w oddzielnej miseczce (można zamówić także wersję vegan bez fety i jogurtu, wówczas jest o 2 zł taniej). Nie wiem, czy danie lepiej smakowało, czy wyglądało! 



Andrzej zjadł ze smakiem mięso i grzyby oraz puree z groszku, ale wielkość porcji nieco go przerosła. Podobnie zresztą Jerzyka, bo porcje z menu dziecięcego wcale nie są mniejsze niż dorosłe, za to wśród warzyw znaleźć można ekologiczną marchewkę.




Sałatka Piotra okazała się natomiast fantastycznym, lekkim sezonowym daniem, jednym z najsmaczniejszych w karcie.



I mimo że byliśmy już solidnie najedzeni, to nie mogliśmy oprzeć się deserom! Choć jestem typem, który ze słodyczy najbardziej lubi śledzie, to jednak rzut oka do lodówki z ciastami wystarczył, bym całkiem skapitulowała przed słodkościami. Dzieciaki wzięły bezę oraz tartę leśny mech, ja zaś fantastyczny sernik cytrynowy z bezą (ceny ciast 12-16 zł, oferta jest zmienna). 





Wyszliśmy bosko nakarmieni. Kiedyś słowo bistro oznaczało raczej bar, gdzie można było zjeść coś na szybko. Dziś ta nazwa wraca do łask, ale już w nieco zmienionym, lepszym znaczeniu. Współczesne bistra, bardziej przypominające te francuskie, to niewielkie lokale, w których panuje luźna, rodzinna atmosfera i klimat slow food. I takim właśnie miejscem jest Telegraf Bistro & Cafe. Tu nikt się nie spieszy, a każdy posiłek jest przygotowywany z niezwykłą starannością. Oznacza to, że czasem na zamówione danie trzeba poczekać nieco dłużej, wszak przyrządzane jest przecież ze świeżych produktów bezpośrednio przed podaniem i być może wszyscy przy stoliku nie dostaną swojego zamówienia jednocześnie, bo różny jest czas wykonania poszczególnych dań. Poza tym kuchnia w Telegrafie ma w ciągu dnia dwie piętnastominutowe przerwy, więc czas oczekiwania może się wówczas nieco wydłużyć. Pamiętajcie o tym wszystkim odwiedzając Telegraf, a unikniecie niepotrzebnych nerwów. Nagrodą jest wyśmienity posiłek i przesympatyczna obsługa kelnerska. Duże miasta wcale nie mają monopolu na świetną kuchnię. Czasem mniej znaczy więcej!

Telegraf zakończył działalność w marcu 2022 r. Po niemal dwumiesięcznym gruntownym remoncie, Ewa i Marek otworzyli w tym samym lokalu kawiarnię o nazwie spalona. (w nazwie na końcu jest kropka), ale niestety i ona, po nieco ponad roku funkcjonowania, została zamknięta w lipcu 2023 r.

Telegraf Bistro & Cafe / spalona.
ul. 1-go Maja 54
Żyrardów