niedziela, 28 czerwca 2020

Graz znany i mniej znany. Taką Austrię lubię!

Przywykliśmy do tego, że mamy wybór. Paszport w szufladzie, niskie ceny biletów lotniczych, brak kontroli na większości europejskich granic sprawiały, że świat stał dla nas otworem. Czasem taniej i szybciej można było dostać się nad ciepłe południowe morze niż nad Bałtyk. I nagle w marcu niewidzialny wirus odebrał nam to wszystko. Kolejne kraje zaczęły zamykać granice przed cudzoziemcami, turystyka, gałąź napędzająca wiele gospodarek świata, praktycznie przestała istnieć. Przez kolejne trzy miesiące uczyliśmy się żyć w cieniu niebezpieczeństwa czającego się na każdym kroku zasłaniając twarze maseczkami i wylewając dookoła siebie litry płynów antybakteryjnych. W końcu poczuliśmy się na tyle pewnie, że w przededniu wakacji pozwolono nam przemieszczać się, do niektórych państw docelowo, przez niektóre tylko tranzytem. Mimo to świat sprzed koronawirusa wydaje się być tak odległy, że szczegóły zaczynają zacierać się w pamięci. Wypierają je bieżące wydarzenia, które zmieniają się tak szybko jak obłoki gnane po niebie letnim wiatrem. Ubiegłoroczne wakacje ukryły się tak głęboko w moich wspomnieniach, że nie pamiętam już, skąd wziął się pomysł, by w drodze do Chorwacji zatrzymać się na jeden dodatkowy dzień w Grazu, szczególnie, że z Wiedniem nieszczególnie się polubiliśmy. O Grazu natomiast nie wiedziałam prawie nic, poza tym, że leży w idealnym miejscu, by przenocować tam w drodze do Dalmacji. 

Lubię tę chwilę, gdy za samochodową szybą zaczynają pojawiać się pierwsze zabudowania miasta. Z każdym kilometrem jest ich więcej i są coraz bardziej okazałe zdradzając, że zbliżamy się do centrum. To jest ekscytujący moment, któremu towarzyszy dreszczyk emocji, czy to, co czeka za następnym zakrętem, to będzie zachwyt, czy rozczarowanie. Graz właśnie wtedy zdał swój egzamin. 



Bo miasto ma w sobie odwagę Wiednia i urok Lublany. Choć jest drugim pod względem wielkości i znaczenia w Austrii, to jakże inne jest od stolicy! Cechuje je jakiś taki prowincjonalny spokój i mnóstwo luzu jak na ośrodek uniwersytecki przystało. Barokowe kościoły sąsiadują ze szkłem i stalą, zaułki i place latem pełne są kawiarnianych i restauracyjnych stolików, nad rzeką Murą, która dzieli Graz mniej więcej na pół, urządzono nowoczesne bulwary, zaś zmęczone ściany zdobi street art. Właśnie w takich miastach czuję się najlepiej! Ale niech Was to nie zwiedzie, bo Graz to przede wszystkim miasto z bogatą historią, zaś liczba zabytków sprawiła, że w 1999 r. tutejsza starówka została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W 2010 r. na tej liście znalazł się również zamek Eggenberg, położony ok. 5 km od centrum.









Spędziliśmy w Grazu półtora dnia, choć pierwszego popołudnia nie powinnam raczej liczyć, bo złapała nas potworna ulewa z gradem i spędziliśmy je kryjąc się pod sklepowymi markizami lub w knajpach. Nazajutrz pogoda na szczęście była już dużo łaskawsza i mogliśmy bez przeszkód przyjrzeć się miastu, jego głównym atrakcjom i miejscom mniej znanym.



Schlossberg 


Chyba każdy, kto przyjeżdża do Grazu, swoje pierwsze kroki kieruje właśnie tu. Wzniesiona na szczycie w 1569 r. wieża zegarowa Uhrtrum o wysokości 28 m jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków miasta. Widać ją niemal z każdego miejsca, jest też na większości pocztówek i internetowych zdjęć ilustrujących strony z informacjami na temat tego zakątka Austrii. 



Wzgórze ma 474 m n.p.m (i 123 m nad poziomem Hauptplatz - Głównego Placu, przy którym mieści się m.in. ratusz). To właśnie tu narodził się Graz. Ok. 1125 r. na gołej skale został wzniesiony romański zamek, od którego nazwę wziął gród położony u jego stóp (jego słoweńska nazwa, Gradec, oznacza właśnie mały zamek). W 1245 r. Graz otrzymał herb, a w 1281 r. prawa miejskie od Rudolfa I Habsburga. Miasto przez niemal trzy stulecia (od 1379 do 1619 r.) związane było ze styryjską linią cesarskiego rodu. 



Zamek przez stulecia ulegał przebudowom w kolejnych stylach architektonicznych, by w XVI w. stać się twierdzą do obrony przed najazdami tureckimi. Oparł się również armii Napoleona w 1809 r., choć doznał bardzo poważnych zniszczeń. Wszystko to sprawiło, że Scholossberg został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako najsilniejsza forteca w historii.

Po wojnach napoleońskich Graz zaczął się odradzać w duchu nowoczesności. W 1839 r. Ludwig Freiherr von Welden zaczął przekształcać dawną fortecę w romantyczny ogród z licznymi promenadami i częściowo śródziemnomorskimi roślinami, które rosną tutaj dzięki stosunkowo łagodnemu klimatowi Grazu. Taki charakter ta część miasta ma do dziś. Jest dużo zieleni i altany, w których można schronić się przed upałem.   



Na wzgórzu zachowało się wiele pamiątek historycznych na czele ze wspomnianą wieżą zegarową Uhrtrum. A mało brakowało, by i ona została zburzona przez wojska Napoleona. Na szczęście mieszkańcom udało się ją odkupić za niewielką kwotę i dziś jest niewątpliwym symbolem Grazu.

W dawnych fortecznych kazamatach, które niestety w przeciwieństwie do wieży zostały zniszczone w czasie oblężenia z 1809 r., w 1937 r. powstał plenerowy teatr. Pięćdziesiąt lat później scena zyskała mobilny dach zaprojektowany przez architektów Ingrid i Jörga Mayra. Całość robi fantastyczne wrażenie. Uwielbiam połączenie starej architektury z nowoczesnymi rozwiązaniami i szalenie żałuję, że w czasie naszego pobytu nie odbywało się żadne przedstawienie.



Z nowoczesnych akcentów interesująca jest też mozaika z 1971 r. znajdująca się na murze Bastionu Armatniego, nazywana Pomnikiem Przyjaźni Miejskiej, bowiem poświęcona jest miastom partnerskim Grazu. Jej autorem jest Alois Schönauer, którego inne świetne mozaiki, głównie z lat sześćdziesiątych XX w., można podziwiać przede wszystkim na ulicach Wiednia.



Z góry rozpościera się fenomenalny widok na czerwone dachy starówki, między którymi rozsiadł się wyraźnie wyróżniający się lśniący, ciemny i mocno kontrastujący z leciwą architekturą najeżony gmach Kunsthaus Graz. Warto jednak sięgnąć wzrokiem jeszcze dalej, bo w takich miejscach najlepiej widać rozwój i rozprzestrzenianie się organizmów miejskich.








Jest też tablica pokazująca kierunki i odległości z Grazu do innych miast Europy, także polskich.




Na szczycie znajduje się też kilka dość przyjemnych kawiarni widokowych, w których i napijecie się kawy, i zjecie apfelstrudel lub Sachera. Ja przynajmniej tego drugiego w Austrii nie umiem sobie odmówić!




Pod samą wieżę zegarową z placu Scholossbergplatz prowadzi 260 schodów, które najczęściej nazywane są schodami wojennymi (Kriegssteig), ale też i schodami rosyjskim (Russensteig), ponieważ zbudowane zostały w czasie I wojny światowej przez austriackich pionierów i rosyjskich jeńców. 



Można też wjechać kolejką linową Schlossbergbahn przypominającą tę na Gubałówkę (działa od 1894 r., bilet dla osoby dorosłej - 2,40 euro, dla dzieci - 1,20 euro) lub nową (z 2000 r.) specjalną windą Schlossberglift (bilet dla osoby dorosłej to koszt 1,70 euro w jedną stronę, dzieci płacą 1,20 euro, podróż trwa 30 sek.!). Szyb windy owinięty jest najwyższą w Europie (64 m wysokości, 170 m długości) podziemną zjeżdżalnią Schlossbergrutsche otwartą w lutym 2019 r. Zjazd trwa 40 sek. i można osiągnąć średnią prędkość 25 km/h. A to tylko jedna z atrakcji, jakie kryje wnętrze góry!

Tunel pod wzgórzem


Z placu Scholossbergplatz na położony po przeciwnej stronie wzgórza Karmeliterplatz, można szybko dostać się tunelem Schlossbergstollen wydrążonym w litej skale. To jedna z kilku wciąż wykorzystywanych pozostałości rozbudowanego systemu tuneli wykonanych w czasie II wojny światowej przez robotników przymusowych. Cały kompleks miał 6,3 km długości, 20 wejść i około 12 000 m² powierzchni użytkowej. W jego skład wchodziły także naturalne jaskinie. Podziemia wykorzystywane były jako jako centrum dowodzenia oraz schron przeciwlotniczy dla nawet 50 000 osób i szpital w czasie nalotów alianckich pod koniec II wojny światowej. 



Obecnie służy nie tylko przechodniom, ale jest także przestrzenią wystawienniczą, gdzie prezentowane są ekspozycje, w których główną rolę gra światło. W czasie naszego pobytu w Grazu w czerwcu 2019 r. można było zobaczyć instalację pt. "Illusion" polskiej artystki mieszkającej w Hiszpanii, Ady Kobusiewicz dedykowaną specjalnie temu miejscu. Światło miało być opozycją dla mroku podziemnego korytarza, który był świadkiem wielu tragicznych wydarzeń, najpierw niewolniczej pracy, potem dramatu wojny. Bo jak zaznaczyła sama artystka, światło i kolory są tylko iluzją. To różne długości fal światła wytwarzają kolory w naszym mózgu, które nazywamy widmem widzialnym zawartym między podczerwienią a ultrafioletem, zaś ludzkie postrzeganie koloru jest subiektywne i zmienia się w zależności od indywidualnych możliwości. Dlatego jej zdaniem, światło jest kontrapunktem dla ideologii przejawiającej się w działaniach jednostki. Stąd właśnie wybór tego akurat miejsca na tę niecodzienną wystawę. Bez względu jednak na przyświecające idee, pomysł zorganizowania takiej ekspozycji uważam za bardzo trafiony. Kilka razy przechodziłam tunelem w obie strony, specjalnie po to, by jeszcze raz rzucić okiem na pokazane prace. Uwielbiam sztukę w przestrzeni miast, a to jest bardzo nietypowe miejsce dla jej prezentacji, działające na wyobraźnię nawet, gdy nie zna się okoliczności, w jakich powstał korytarz.








Karmeliterplatz


Tunel wychodzi na kameralny plac Karmeliterplatz, przy którym m.in. stoi kolumna morowa. Pokazywałam ją już we wpisie poświęconym tym szczególnym formom architektonicznym.




Poza tym jest to bardzo przyjemne miejsce, chyba moje ulubione w całym Grazu, dowód na to, że wiekowa architektura wcale nie musi być napuszona i nudna jak w Wiedniu, ale jeśli doda się jej fikuśny detal, zyskuje nowe życie. Poza nowoczesną sadzawką, przy której można usiąść na ławce, są tu głównie rozmaite instytucje państwowe, jednak całość tworzy miłe dla oka zestawienie. Najbardziej wzrok przykuwa budynek Archiwów Styryjskich z ozdobną malowaną fasadą. To gmach dawnego klasztoru karmelitów, od którego plac wziął nazwę. Budynek został wzniesiony w latach 1629–1635 według projektu Domenico Torre. W trakcie reform józefińskich utracił swój sakralny charakter i kolejno pełnił funkcję szpitala garnizonowego (do 1919 r.) i później siedziby oddziału żandarmerii. Archiwum mieści się tu od 1983 r. Malowidło zdobiące fasadę pt. "Kosmografia i zegar słoneczny" (taki tytuł podany jest na tablicy informacyjnej przytwierdzonej do budynku, ale spotkać można również drugą nazwę "Droga Mleczna") wykonał w 1986 r. malarz i rzeźbiarz Wolfgang Buchner.




Vis a vis znajduje się dawny Palais Galler z 1690 r., w którym dziś mieści się siedziba Styryjskiej Partii Ludowej (Steirischen Volkspartei) i który ma niechlubną przeszłość jako siedziba kierownictwa NSDAP w Grazu w latach 1938–1945. Na balkonie nad wejściem przysiadła skrzydlata krowa w zielone łaty, humorystyczne nawiązanie do symbolu partii. Przed gmachem stoją zaś dwie nowoczesne rzeźby. 






Wszystko to nadaje placowi unikalny klimat. To jedno z tych miejsc, w których widać, że miasto ma do siebie dystans i lubi się bawić własną przestrzenią bez uszczerbku dla powagi starówki wpisanej na listę UNESCO.

Hauptplatz - ratusz i ozdobne kamienice


Ratusz w Grazu został wzniesiony w latach 1805–1807 według projektu Christopha Stadlera i do dziś jest siedzibą władz miasta. Ciekawostką jest, że budowa została sfinansowana ze specjalnie w tym celu wprowadzonego podatku od... wina. Graz bowiem, podobnie jak cała Styria, to znany i historyczny region winiarski. Gmach został rozbudowany w latach 1869-87 roku przez architektów Aleksandra Wielemansa i Theodora Reutera. Kolejna modernizacja miała się odbyć w latach sześćdziesiątych XX w., by przywrócić budynkowi wygląd fasady z początku XIX w., jednak mieszkańcy w referendum opowiedzieli się za pozostawieniem obecnego kształtu.




Plac otaczają bogato zdobione kamienice. 





Moją ulubioną jest dom Luegga z przełomu XV i XVI w. z nieco późniejszą barokową misterną dekoracją stiukową wykonaną przez pochodzącego z Włoch mistrza tynkarskiego Domenico Boscho.




Drugim z najbardziej znanych budynków w tej części miasta jest Herzogshof zwany także Malowanym Domem, czego akurat nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Pierwsza malatura została wykonana na fasadzie już ok. 1600 r. przez nadwornego malarza cesarza Ferdynanda II i późniejszego architekta jego mauzoleum, Giovanniego Pietro de Pomisa. Ok. 1742 r. dom został odnowiony przez malarza Johanna Mayera z Vorau, ucznia Johanna Cyriaka Hackhofera. Obraz obejmuje całą fasadę o powierzchni 220 m²!



I choć wolę architekturę dwudziestowieczną, najczęściej pozbawioną nadmiernych zdobień, to gdy patrzę na takie dzieła, nie mogę wyjść z podziwu, ile dawniej ludzie wkładali pracy w estetykę swojego otoczenia. 

A na Hauptplatz przyjdźcie nie tylko podziwiać architekturę, ale także wtedy, gdy... zgłodniejecie. Na środku placu stoją niekoniecznie reprezentacyjne budki z wszelkiej maści kiełbaskami. To typowy dla tego kraju street food, zresztą poza nim w kuchni austriackiej, która jest chyba najgorszą kuchnią narodową w całej Europie, nie bardzo jest z czego wybierać. Na szczęście moi chłopcy mają słabość do takiego jedzenia, więc w jednym ze stoisk, polecanym zresztą w internetowej grupie dla foodies (!) wypróbowali chyba całe menu. 





Park Miejski (Stadpark)


Gdy już zjecie kiełbaski i będziecie mieć ochotę na przerwę w zwiedzaniu w upalny dzień, najlepszym miejscem, oprócz licznych kawiarni, jest Stadpark, największy park w Grazu, położony w samym sercu Starego Miasta. Został założony w drugiej połowie XIX w. na wzór ogrodu angielskiego. W parku miały rosnąć rzadkie, egzotyczne drzewa. Czy są faktycznie egzotycznie, nie wiem, ale dają przyjemny cień, zaś spacer zadbanymi alejkami należy do przyjemności. 




Park zdobi fontanna z 1873 r., którą zaprojektował Jean-Baptiste-Jules Klagmann, odlew zaś wykonał producent srebra i brązu Antoine Durenne.



Niemal vis a vis fontanny stoi nowoczesny budynek Forum Stadtpark - siedziby stowarzyszenia artystów, naukowców i pracowników kultury założonego w Grazu w 1959 r., na którą zaadaptowany został przeznaczony wówczas do rozbiórki lokal po mieszczącej się tu dawniej kawiarni Stadtpark Cafe. W 2000 r. gmach został odnowiony i rozbudowany o górne piętro. Odbywają się tu liczne wystawy i wydarzenia kulturalne z dziedziny architektury, literatury, sztuk wizualnych, filmu, fotografii, sztuki mediów, mody, muzyki, teatru i performance. Forum Stadtpark jest nazwą i stowarzyszenia artystów, i budynku w środku Parku Miejskiego. 



Piekarnia Hofbäckerei Edegger-Tax


Niedaleko parku, przy Hofgasse, mieści się najstarsza piekarnia w Grazu. Sklep działa od niemal 500 lat, choć pierwotnie był w innej lokalizacji. Uwagę zwraca przepiękna fasada z dwugłowym orłem Habsburgów nad wejściem. Wykonana została w całości z drewna w 1896 r. przez miejscowego cieślę Antona Irschika. To jeden z najpiękniejszych sklepów, jakie kiedykolwiek widziałam.




Kunsthaus Graz i Murinsel


W 2003 r. Graz został Europejską Stolicą Kultury. Wszystkie wydarzenia odbywały się pod hasłem "Graz może zrobić wszystko!". Miasto postawiło na nowoczesność. To właśnie z tej okazji wzniesiono dwa z najbardziej rozpoznawalnych dziś przykładów nowej architektury: galerię sztuki Kunsthaus Graz i pieszą przeprawę przez Murę przypominającą niewielką wyspę - Murinsel (oficjalna nazwa obiektu to Die Insel in der Mur).

Ciemny, lśniący Kunsthaus znajduje się na przeciwległym w stosunku do Starego Miasta brzegu Mury. Przyklejony do wiekowych kamienic, odważny w formie budynek przełamuje monotonię zabudowy Grazu. Z góry wygląda jak wielki jeż (kolce to świetliki), choć częściej można spotkać porównania do krowiego wymienia lub ludzkiego serca.



Projekt tego niecodziennego budynku zrodził się w głowach londyńskich architektów, Petera Cooka i Colina Fourniera, którzy dali mu nazwę A Friendly Alien, czyli Przyjazny Kosmita.



W gładkiej, lustrzanej fasadzie wykonanej ze szkła akrylowego przeglądają się sąsiednie budynki. Wieczorem zaś cały front pokrywa się świetlnymi "bąbelkami".





W galerii prezentowana jest sztuka od lat sześćdziesiątych XX w. do czasów współczesnych. Są to jedynie wystawy czasowe, galeria nie ma stałej kolekcji.

Murinsel, która praktycznie sąsiaduje z gmachem Kunsthaus ma już nieco spokojniejszą formę przypominającą muszlę na środku wartkiej rzeki. Wewnątrz wyspy znajduje się sklep z pamiątkami i kawiarnia na świeżym powietrzu w formie niewielkiego amfiteatru. Autorem projektu jest nowojorski artysta Vito Acconci. W założeniu miała to być konstrukcja czasowa i w 2013 r. miała zostać rozebrana, jednak władze wydały zezwolenie na dalsze funkcjonowanie obiektu przez kolejne 10 lat. Mam nadzieję, że zostanie jeszcze dłużej, bo zdążyła się już wpisać w panoramę miasta. 







Kościoły


Chyba w każdym mieście o wielowiekowym rodowodzie do najważniejszych zabytków należą kościoły. Nie inaczej jest w Grazu, gdzie świątynie można znaleźć na każdym niemal kroku. Ja zwróciłam szczególną uwagę na trzy ulokowane w pobliżu obu brzegów Mury.

Kościół franciszkański Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

Klasztor Franciszkanów został założony w Grazu w XIII w. Był pierwszą instytucją religijną w tym mieście. Sąsiadujący z klasztorem niewielki charakterystyczny kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych kościołów w mieście. Świątynię wzniesiono tu już ok. 1257 lub 1277 r. Przez kolejne lata była stopniowo rozbudowywana. Charakterystyczna wieża zachodnia została dobudowana w latach 1636–1643 jako wieża obronna. W 1783 r. wyświęcono tu parafię. Budynek w czasie II wojny światowej został trafiony bombą i w części jest powojenną rekonstrukcją. Ostatnia modernizacja miała miejsce w latach 80-tych XX w. 



Kościół Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych (Mariahilfkirche)

Charakterystyczny barokowy kościół z dwoma wieżami wzniesiono w latach 1607-11. Obecny wygląd zyskał po przebudowie w latach 1742–1744. Jest doskonale widoczny ze wzgórza Schlossberg.



Kościół Trójcy Świętej (Dreifaltigkeitskirche) 

Znajduje się tuż przy Schlossbergplatz, skąd prowadzą schody na Schlossberg. Wzniesiony został w stylu włoskiego baroku w latach 1694–1704 dla zakonu Urszulanek.




Zamek Eggenberg


Barokowy zamek położony jest na obrzeżach miasta, w jego zachodniej części, ok. 5 km od centrum. Nam nie starczyło już czasu na jego zwiedzenie, w dużej mierze przez niekorzystną pierwszego dnia aurę. Wspominam tu jednak o nim, ponieważ jest to jeden z najważniejszych zabytków nie tylko Styrii, której stolicą jest Graz, ale i całej Austrii. W 2010 r. został wpisany na listę UNESCO.

Zamek został wzniesiony przez książęcą rodzinę Eggenberg w 1625 r. i przez kolejne lata wielokrotnie był rozbudowywany i przebudowywany. Zaprojektował go Giovanni Pietro de Pomis, ten od Malowanego Domu i mauzoleum Ferdynanda II. Otacza go duży park, który praktycznie od początku dostępny był również dla mieszkańców Grazu. Do 1939 r. pozostawał w prywatnych rękach potomków rodziny Eggenberg. Tuż przed wojną został przejęty przez państwo i od tamtej pory pełni funkcje muzealne. W zamku zobaczyć można nie tylko pełne przepychu zabytkowe wnętrza, ale i kolekcje z różnych dziedzin sztuki, m.in. numizmatów. Na terenie kompleksu mieści się też Muzeum Archeologiczne.

Miejsca, które pokazałam powyżej, nie licząc zamku Eggenberg, to plan na jednodniowy spacer po Grazu. Oczywiście miasto ma jeszcze więcej ukrytych skarbów. Ja chciałabym zobaczyć oczywiście wspomniany zamek oraz odwiedzić muzea, nie tylko Kunsthaus Graz i Forum Stadtpark, ale i Landeszeughaus, największą na świecie zbrojownię z kolekcją uzbrojenia głównie z czasów wojen z Turkami. Marzę też o obejrzeniu przedstawienia w teatrze w kazamatach. To kolejne z odwiedzonych przez nas miejsc, które poznaliśmy dość pobieżnie, a zasługuje na więcej. Polubiłam Graz - miasto niebanalne, odważnie łączące tradycję z nowoczesnością, pełne kawiarni, sztuki, zaskakującej architektury i tych wszystkich smaczków, które tworzą klimat każdej miejskiej przestrzeni. Trafił, obok Mariboru, Lublany, czy Suboticy do grona moich ulubionych miejsc w tej części Europy. I zamierzam tę sympatię pielęgnować, mając nadzieję, że sytuacja na świecie ustabilizuje się na tyle, ze znów będzie można podróżować bez ograniczeń.

(foto: iza & pwz)

sobota, 13 czerwca 2020

Inowłódz. Romański kościół, zamek Kazimierza Wielkiego i sklep... w synagodze

Przez ostatnie trzy miesiące podróżowałam głównie palcem po mapie, robiłam notatki i wielkie plany, dokąd pojadę, gdy w ramach luzowania ograniczeń wprowadzonych w związku z epidemią koronawirusa władze zezwolą na otwarcie miejsc noclegowych, gastronomii i muzeów. Na liście miałam Mazury, Dolny Śląsk i Jurę Krakowsko-Częstochowską. Jednak brak możliwości wyjazdów zagranicznych sprawił, że wzrosło zainteresowanie turystyką krajową i ceny poszybowały w górę tak, że nawet weekend w tych dość popularnych lokalizacjach urósł do rangi egzotyki. Jedyną opcją nie rujnującą budżetu domowego stały się jednodniowe wycieczki z Warszawy. Bo teraz jest dobry czas na wszystkie miejsca, które dotąd były nie po drodze i "za daleko", choć tak naprawdę pod ręką, bo tylko godzinę jazdy autem. Na pierwszy ogień poszedł Inowłódz, który w planach miałam już od kilku lat, ale przegrywał z bardziej atrakcyjnymi kierunkami.



Bo Inowłódz nie jest nazwą, którą wymienia się jednym tchem obok Gdańska, Krakowa, Wrocławia, czy zamków na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Cóż zatem może przyciągać do niewielkiej wsi nad Pilicą, po której ulicach samopas chodzą kozy? Nie zawsze było tu tak sielsko i spokojnie, bo i nie zawsze Inowłódz był wsią. Strategiczne położenie na granicy jednostek administracyjnych trzynastowiecznej Polski sprawiło, że to właśnie tu była najbardziej dogodna przeprawa przez Pilicę z Małopolski, bowiem ziemie położone na lewym brzegu tej rzeki były najdalej na północ wysuniętym skrawkiem Ziemi Łęczyckiej. W połowie XIV w. król Kazimierz Wielki nadał osadzie prawa miejskie i kazał wznieść warownię dla obrony brodu i działającej w Inowłodzu komory celnej. Zamek stał się również ważną częścią systemu obronnego piastowskiej Polski. Więc może skojarzenie z Jurą wcale nie jest takie nieuzasadnione. Monarcha nakazał też kupcom podróżującym z Torunia do Krakowa i dalej na Węgry, aby wybierali szlak prowadzący przez Inowłódz, podnosząc tym samym rangę młodego miasta.





Kres świetności miasta położył potop szwedzki. I choć w 1655 r. Stefan Czarniecki odniósł w tu zwycięstwo nad Szwedami, to zniszczenia sprawiły, że nie odzyskało już ono dawnego znaczenia. Ostatecznie prawa miejskie utraciło po rozbiorach, w 1870 r. w ramach represji po powstaniu styczniowym, gdy znalazło się w zaborze rosyjskim.

W XIX w. wioska zyskała status modnego letniska. Wszystko za sprawą odkrycia na początku stulecia źródeł wód mineralnych (źródła żelaziste, wapniowo-magnezowe i borowiny) i założenia przez właściciela dóbr inowłodzkich, Bernarda Birenzweiga w Inowłodzu-Zakościelu stacji klimatycznej. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać wille i pensjonaty dla kuracjuszy, przyciągając także letników wyznania mojżeszowego i artystów. Latem bywał tu często Julian Tuwim, co upamiętnia niewielka ekspozycja plenerowa przy drodze prowadzącej do ruin zamku.

Chociaż I wojna światowa położyła kres rozbudowie uzdrowiska, to również współcześnie Inowłódz jest chętnie wybierany jako miejsce wypoczynku. Miejscowość jest czysta i zadbana, w okolicy rosną liczne kompleksy leśne. Lasy Spalskie, Dolina Dolnej Pilicy i Dolina Pilicy to chronione obszary Natura 2000. Pilica jest też idealną rzeką do uprawiania kajakarstwa. A przy okazji zachowało się tu całkiem sporo pamiątek z czasów minionych, na czele z ruinami zamku Kazimierza. Przy zamku znajduje się płatny parking. Auto można zostawić na cały dzień za 5 zł, a pan pobierający opłatę jest także nieformalną informacją turystyczną. Podpowiedział nam jak dojść do wszystkich zabytków, łącznie z cmentarzem żydowskim, który leży nieco na uboczu. Na niespieszne zwiedzanie, z jedzeniem lodów przed synagogą i zabawą na placu zabaw, potrzeba ok. 1,5-2 godz. (bez kirkutu, tam podjechaliśmy autem). 

Ruiny zamku


Ruiny nie są tak imponujące jak te, które można oglądać na wspomnianej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, bo i ukształtowanie terenu w tej części Polski nie jest tak spektakularne, i zamek strzegący komory celnej i przeprawy przez Pilicę nie musiał być tak duży jak te ze szlaku Orlich Gniazd broniące granicy ówczesnego państwa.




Warownia wzniesiona została z piaskowca prawdopodobnie w latach 1356-1370. Do połowy XVII w. na zamku rezydowali kasztelanowie inowłodzcy. Całość miała powierzchnię ok. 1500 m². Wewnątrz znajdował się budynek na planie litery L oraz dwie wieże. Wszystko otoczone było głęboką fosą zasilaną wodami Pilicy dzięki specjalnemu przekopowi. Zamek został zdobyty w czasie potopu szwedzkiego i wówczas zniszczony. Do naszych czasów dotrwały jedynie fundamenty z pozostałościami piwnic i baszt oraz ślady fosy. To, co możemy dziś oglądać to w dużej mierze rekonstrukcja z obecnego stulecia, ale i jedna z atrakcji przyciągających do Inowłodza turystów. Niestety w czasie naszej wizyty twierdza nie była jeszcze otwarta na nowo po kolejnym etapie znoszenia obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa, więc musieliśmy zadowolić się widokiem z zewnątrz, który i tak robi wrażenie.





Kościół św. Idziego


Romański kamienny kościół o okrągłej wieży zwieńczonej krzyżem usytuowany jest na wznoszącym się ponad wsią wzgórzu o tej samej nazwie. Trzeba pokonać kilkadziesiąt schodów, by się tu dostać, ale warto, bo to jeden z najstarszych murowanych kościołów w Polsce i bez wątpienia wizytówka Inowłodza. Widać go niemal z każdego miejsca we wsi. Świątynię ufundował ok. 1086 r. Władysław Herman w podzięce za powicie przez jego żonę, Judytę, syna, o którego długo się starali, późniejszego władcę Polski, Bolesława Krzywoustego. Jedna z legend mówi, że stało się to za wstawiennictwem św. Idziego, inna zaś, że z bezpłodności księżną wyleczyła woda ze źródełka wybijającego u podnóża wzgórza, na którym potem wzniesiono świątynię (coś musiało być na rzeczy, skoro później doszukano się leczniczego działania tutejszych wód). Za fundacją świątyni przez księcia Władysława miał przemawiać istniejący ponoć kiedyś nad ołtarzem wyryty w kamieniu napis po łacinie, z którego treści wynikało, że Władysław Herman, książę polski, brat (króla) Bolesława, zabójcy św. Stanisława biskupa, zbudował wiele kościołów w Polsce pod wezwaniem św. Idziego, ten także kościół z jego klasztorem na szczycie tej góry zbudował, zakonnicami obsadził i sowicie go wyposażył dziesięcinami, szczególnie z osady u stóp tej góry położonej, przyległemi do niej polami, oraz wieloma innymi dochodami.* Inskrypcja nie dotrwała do naszych czasów i znana jest głównie z przekazów archiwalnych, więc historycy różnie do niej podchodzą, szczególnie, że niektóre źródła podają, iż kościół jest nieco późniejszy i że jego fundatorem był już Bolesław Krzywousty, który wiedział o wstawiennictwie św. Idziego przy jego poczęciu, zaś rozpowszechnianie tej historii i kult świętego miały mu posłużyć do umocnienia autorytetu i dowiedzenia swego prawa do tronu Polski po krwawej walce o władzę z przyrodnim bratem Zbigniewem.



Władze Inowłodza zdają się jednak przychylać do pierwszej teorii, bowiem po sąsiedzku stoi współczesny pomnik Władysława Hermana, nie Bolesława Krzywoustego (ten przedstawiony jest jako chłopiec).



Kościół pełnił funkcję parafii aż do 1520 r., gdy w centrum ówczesnego miasteczka stanęła druga świątynia, pod wezwaniem św. Michała Archanioła. Wówczas zaczął podupadać. Dzisiejszy jego kształt to w dużej mierze efekt renowacji przeprowadzonych w latach 1936-1938 z inicjatywy prezydenta Ignacego Mościckiego rozkochanego w pobliskiej Spale będącej jego letnią rezydencją, pod kierunkiem Wilhelma Henneberga.



Kościółek jest tak malowniczy, że wielokrotnie służył za plener na planie filmowym, najczęściej produkcji historycznych, mimo że po sąsiedzku mieści się całkiem współczesny cmentarz. Tu kręcono m.in. sceny do filmów "Bolesław Śmiały", "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny", "Popioły", czy seriali "Czterej pancerni i pies", "Kanclerz", "Przyłbice i kaptury".

Niestety na co dzień kościół stoi zamknięty. W okresie letnim co prawda w niedziele odbywa się tu jedna, wieczorna msza św. (od czerwca do sierpnia o godz. 17:00, we wrześniu o 16:00), ale teraz z powodu koronawirusa i te nabożeństwa zostały do odwołania przeniesione do parafialnego kościoła św. Michała Archanioła.

Z góry rozpościera się piękny widok na Pilicę i zabudowania wsi.



Sklep w synagodze


Nie wiem, czy większą atrakcją jest sam budynek synagogi z I poł. XIX w. malowniczo położony nad sporym stawem, czy to, że mieści się w nim sklep spożywczo-przemysłowy i ponad półkami z napojami (także wyskokowymi), czy lodówką z mięsem zobaczyć można jedyne w Polsce zachowane inskrypcje z modlitwą za panującego władcę (hebr. Hanoten teszua lamelachim), cara Mikołaja II, w języku hebrajskim i rosyjskim oraz polichromie przedstawiające znaki zodiaku. Z fotografowaniem nie ma problemu. Przywykła do tego i obsługa, i mieszkańcy, choć taki zabytek to kłopot. Sklep, choć jak na wiejskie standardy spory, to jednak ciasno zastawiony jest regałami i trzeba się naprawdę nagimnastykować, żeby zrobić sensowne zdjęcia oddające w dodatku klimat miejsca. Więc gdy tak przewieszałam się przez zastawione towarem półki uważając, by nie narobić szkód, usłyszałam Przepraszam, że wchodzę pani w kadr i jakaś kobieta sięgnęła do lodówki po jogurt. Poczułam się jak intruz. Przeprosiłam i ja za to, że my, turyści, utrudniamy miejscowym tymi zdjęciami życie. Wstęp nie jest biletowany, więc żeby choć trochę zrekompensować zamieszanie, które wywołaliśmy naszą wizytą, kupiliśmy lody i napoje i na chwilę usiedliśmy przy jednym ze stolików na stałe zamontowanych przed wejściem i przy okazji integrujących lokalną społeczność.










Wcześniej widziałam na zdjęciach to wnętrze, nie tylko z polichromiami, ale i wydzielonym babińcem oraz potężnymi kutymi żyrandolami jeszcze bardziej podkreślającymi synagogalny klimat, ale na żywo zrobiło na mnie jeszcze większe, choć przygnębiające wrażenie, podobnie jak w ubiegłym roku wizyta w kościele przekształconym na pub w Utrechcie. W takich miejscach chętniej widziałabym instytucje kultury.





Budynek inowłodzkiej synagogi przetrwał II wojnę światową w dobrej kondycji, choć wnętrze zostało splądrowane, potem mieścił m.in. magazyn nawozów sztucznych, a od 1975 r. bibliotekę. Sklep działa tu od około 15 lat. Co ciekawe, gmina żydowska sama pozbyła się zabytku, sprzedając go w prywatne ręce.

Na tyłach synagogi, idąc w kierunku kościoła św. Idziego, nad samym brzegiem Pilicy znajduje się ładny, nowoczesny plac zabaw z siłownią, idealne miejsce by pozwolić dzieciom trochę pohasać przed następnymi punktami wycieczki.



Kirkut


Po społeczności żydowskiej Inowłodza pozostał także cmentarz zlokalizowany ok. 1 km za wsią w stronę Spały. Niestety kirkut, w przeciwieństwie do bożnicy, bardzo ucierpiał w czasie II wojny światowej. Do naszych czasów dotrwało około 50 macew. Większość jest przewrócona, niektóre połamane, inne tylko we fragmentach. Robi to bardzo przygnębiające wrażenie, choć widać też, że cmentarz nie jest całkiem zapomniany. Na nagrobkach leżą kamyki zgodnie z tradycją żydowską, przy niektórych stoją też znicze. Co ciekawe, badaczom udało się ustalić, do kogo należały zachowane nagrobki. Najstarsza zidentyfikowana macewa upamiętnia Izraela, syna Dawida, zmarłego 17 lipca 1831 r. Pozostałe nazwiska można znaleźć na stronie cmentarze-zydowskie.pl. Zdecydowanie warto takie miejsca odwiedzać, bo to ślady dawnej wielokulturowej Polski.










Dojazd: Z ul. Spalskiej trzeba skręcić w prawo zaraz za budynkami producenta ogrodzeń, firmy Fischer. Przy skręcie znajduje się stosowny drogowskaz, choć o tej porze roku może być zasłonięty przez gałęzie drzew. Trzeba podjechać pod górkę, następnie skręcić w lewo i tam, vis a vis kopalni piasku, mieści się oznaczony parking (na jeden samochód). Nekropolia znajduje się w lasku na wprost. 

Bunkry w Konewce i Jeleniu


Około 10 i 12 km od Inowłodza znajdują się dwa poniemieckie bunkry. I może nie byłoby w nich nic szczególnie atrakcyjnego, bo bunkrów w Polsce jest dość sporo, gdyby nie to, że każdy z nich mógł pomieścić dwustumetrowy pociąg! Bo o ile zwiedzanie Inowłodza było atrakcją przede wszystkim dla mnie, musiałam mieć też asa w rękawie sprawiającego, że wycieczka będzie atrakcyjna również dla chłopców, którzy ze zwiedzaniem zabytków mają nieco na bakier. Bunkier w Konewce spełnił to zadanie znakomicie! 




Oba schrony kolejowe są pozostałością po niemieckim Stanowisku Dowodzenia „Anlage Mitte”, jednym z trzech umocnionych centrów dowodzenia, które powstały na wypadek wybuchu wojny między Niemcami a ZSRR (co stało się faktem 22 czerwca 1941 r.). Dwa pozostałe mieściły się w Prusach Wschodnich – "Anlage Nord" (obejmowało późniejszą kwaterę główną Hitlera Wolfschanze/Wilczy Szaniec oraz kilka innych kwater w okolicy) i na Podkarpaciu – "Anlage Süd" (w Strzyżowie i Stępinie). Założenie było takie, że Niemcy będą mogli z tych ośrodków bezpiecznie prowadzić operacje wojskowe na wschodzie.

Bunkier w Konewce, o długości 380 m zbudowano na dużej leśnej polanie powstałej w wyniku wcześniejszego wyrębu drzew. W Jeleniu obiekty wojskowe wzniesiono w pobliżu stacji kolejowej, która była carskim przystankiem w drodze do rezydencji w Spale (stąd wyruszali do Spały tzw. Carskim Traktem). Bunkier jest nieco krótszy, ma 355 m.





Schrony przeznaczone były dla tzw. pociągów sztabowych - ruchomych ośrodków dowodzenia dla sztabów wojskowych, a także dla najwyższych dostojników III Rzeszy, z Hitlerem na czele. Budowa odbywała się w ścisłej tajemnicy i nawet mieszkańcy okolicznych miejscowości nie wiedzieli, jaką funkcję będą pełnić budynki. Bunkry nigdy nie zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem, choć pociągi do nich wjeżdżały. Przez niemal cały okres wojny wykorzystywano je głównie jako magazyny broni i amunicji. W Polsce Ludowej oba schrony służyły jako magazyny Centrali Rybnej (w Jeleniu aż do 1990 r.).

Od 2005 r. w Konewce udostępniona jest dla zwiedzających trasa turystyczna. Można zwiedzać i sam schron kolejowy z ekspozycją militariów, i okoliczne budynki stanowiące zaplecze techniczne, w których mieściły się agregaty prądotwórcze, kotłownie, wentylatory tłoczące podziemnymi kanałami ogrzane i filtrowane powietrze do wnętrza schronu kolejowego, a także studnię, hydrofornię i zbiorniki wody. Można wejść m.in. do schronu hydroforni i zbiorników wody, schronu kotłowni oraz schronu elektrowni, stacji filtrów i wentylatorów, z którego podziemnym kanałem technicznym można przedostać się do samego schronu kolejowego. Zakładaliśmy, że to będzie głównie atrakcja dla naszych dzieci, ale i my bawiliśmy się rewelacyjnie przeciskając się w kucki niskim korytarzem i wspinając się po stromej drabince.





Wstęp jest płatny (tylko gotówka, 12 zł bilet normalny, 8 zł bilet ulgowy dla młodzieży szkolnej, studentów, emerytów i rencistów, dzieci do lat 7 wchodzą za darmo). Można wprowadzać psy na smyczy. Wewnątrz bunkra temperatura wynosi ok. 10-11°C, więc zalecane jest cieplejsze ubranie. Nam wystarczyły bluzy z długim rękawem przy krótkich spodenkach.



Bunkier w Jeleniu nie jest oficjalnie udostępniony do zwiedzania, można wejść na własne ryzyko, najlepiej z czołówką.

Intensywny dzień zakończyliśmy w uroczej Spale, znanej głównie dzięki Centralnemu Ośrodkowi Sportu - Ośrodkowi Przygotowań Olimpijskich, w którym treningi mają przedstawiciele kadry narodowej różnych dyscyplin sportu, ale która jest także przeuroczą miejscowością wypoczynkową. Wcale się nie dziwię, że podobnie jak Białowieżę, upodobali ją sobie i carowie, i prezydent Mościcki. O miasteczku opowiem już jednak w oddzielnym wpisie.

Pandemia cofnęła nas do czasów mojego dzieciństwa, gdy z rodzicami wakacje spędzaliśmy tylko w Polsce i nikomu nie śniło się wówczas, że loty samolotem będą tak tanie, że będzie się można wybrać na jednodniową wycieczkę na pizzę do włoskiego Bergamo. Zwiedziłam wtedy dużą część naszego kraju, szczególnie Mazowsza. I choć od dziś otwarte są granice Polski i powoli będzie wracać turystyka zagraniczna, my zostajemy na całe lato w Polsce i ten pomysł zaczyna mi się coraz bardziej podobać. To była pierwsza z naszych wycieczek po najbliższej okolicy, po woj. mazowieckim i sąsiednich. Mam już pół notesu kolejnych podobnych jednodniowych mikrowypraw! 

* Ks. Leon Łomiński "Inowłódz i Spała. Szkic historyczny", Lublin 1925, nakładem autora