poniedziałek, 21 grudnia 2020

Kampinoski Park Narodowy. Po błocie i kładkach z Truskawia do mogiły Powstańców Styczniowych 1863 r.

W tych trudnych czasach, w których przyszło nam ostatnio żyć, świat bardzo się skurczył. I mam tu na myśli nie tylko ograniczenia w podróżowaniu. Nasze życie w dużej mierze toczy się teraz przy biurkach we własnych domach, przed monitorami komputerów. Zdalna praca, zdalne nauczanie, zdalna sztuka w postaci transmisji przedstawień teatralnych i oprowadzań po wystawach muzealnych. Dzieci już drugi raz w tym roku nie mogą bez opieki dorosłych wyjść na dwór. Dlatego od początku listopada niemal co tydzień uciekamy do lasu, by chociaż w weekendy spędzić możliwie dużo czasu na świeżym powietrzu, w ruchu, bez komputera, telewizora i telefonu. Założyliśmy sobie, że dopóki pogoda będzie łaskawa, będziemy dalej eksplorować szlaki Kampinoskiego Parku Narodowego. Bardzo chciałam zobaczyć puszczę w zimowej szacie, ale śnieg i mróz to od kilku lat towar deficytowy. Trafił nam się za to najbardziej słoneczny dzień ze wszystkich, jakie dotąd spędziliśmy w Puszczy Kampinoskiej i plus 10°C na termometrze. W grudniu!


Tym razem naszym celem było nie tylko spędzenie dnia na łonie natury, ale trasę przygotowałam tak, by stała się uzupełnieniem materiału ze szkoły, lekcją historii w terenie. Ja już nie raz tu pisałam, że dzieciaki bardzo dużo wynoszą z podróży i że często okazuje się, że wiedza zdobyta w drodze przydaje im się w czasie nauki. Tak było chociażby w przypadku wizyt w Gdyni i w Muzeum Lniarstwa im. Filipa de Girarda w Żyrardowie. Teraz było jednak odwrotnie, bo wiadomości ze szkolnego podręcznika historii dla klasy siódmej szkoły podstawowej chcieliśmy okrasić namacalnym dowodem wielkiej historii rozgrywającej się właściwie tuż za płotem, za rogatkami Warszawy. Postanowiliśmy dotrzeć do mogiły Powstańców Styczniowych 1863 r. w Zaborowie Leśnym. Ale żeby było atrakcyjniej, w planie były jeszcze kładki prowadzące przez podmokłe tereny. Dużo kładek. To miał być najbardziej bagienny ze wszystkich naszych spacerów po puszczy.


Wybraliśmy szlak z Truskawia. To chyba najpopularniejsza baza wypadowa z Warszawy w głąb Puszczy Kampinoskiej. Przede wszystkim dlatego, że można się tu dostać ze stolicy komunikacją miejską (autobus linii 210 z przystanku Metro Młociny, I strefa biletowa). Dla zmotoryzowanych jest spory parking. Szlaki prowadzą stąd między innymi do Palmir i do Zaborowa Leśnego.

Większość osób wybiera czarny szlak, który jest jednocześnie ścieżką przyrodniczą Do Karczmiska. My tamtędy postanowiliśmy wrócić, zaś poszliśmy nieco pod prąd - żółtym szlakiem w stronę Zaborowa Leśnego. Błoto zaczęło się po mniej więcej trzystu metrach, w miejscu, gdzie drogę przecina jeden z puszczańskich cieków wodnych, który bardzo lubi rozlewać się na całą szerokość leśnej arterii. Podobno okresowo ta część szlaku jest niedostępna dla ruchu pieszego. Wówczas na samym jego początku pojawia się stosowna informacja. Nam udało się przejść bokiem i po specjalnie ułożonych balach drewna. To nic trudnego, nawet dzieci dały radę, a przy okazji było sporo śmiechu i zakłady, kto zaliczy błotną kąpiel. Na szczęście cała nasza piątka (tym razem towarzyszyła nam ciocia) przeszła suchą nogą, w przeciwieństwie do dwóch rowerzystów, którzy zaryzykowali przejazd prosto przez rozlewisko. Jeden z nich uszkodził przerzutkę. W efekcie dotarli do Zaborowa, gdy my już raczyliśmy się gorącą herbatą pod leśną wiatą.



Żółty szlak jest dość monotonny. Praktycznie przez całe ponad 3 km wiedzie przez młody las, zasadzony już po II wojnie światowej, dlatego po około kilometrze chcieliśmy zejść z niego na "inną drogę", zgodnie z legendą mapy, oznaczoną jako Graniczna Droga, i przejść przez wioski Buda i Mariew Drugi. Dwa tygodnie wcześniej właśnie podobną drogą doszliśmy do wsi Zamość w pobliżu Granicy. Tu Graniczną Drogą wyszlibyśmy w Zaborowie Leśnym, ale na końcu najdłuższej kładki w Puszczy Kampinoskiej, będącej częścią zielonego i niebieskiego szlaku w stronę wsi Wyględy Górne. Niestety tak zajęła nas rozmowa, że przegapiłam skręt, tzn. widziałam leśną ścieżkę, którą powinniśmy byli wybrać, ale wydawało mi się, że to jeszcze nie tu i właściwa powinna być dalej. I zanim się zorientowałam, doszliśmy do miejsca, gdzie żółty szlak łączy się z niebieskim z Lipkowa, czyli przed samym Zaborowem Leśnym. 





Dzieciaki jednak były tak nastawione na tę kładkę, że po porostu przeszliśmy nią w dwie strony i to był doskonały pomysł, bo miejsce ma mnóstwo uroku. Drewniany pomost ma 770 m długości. Prowadzi ponad Kanałem Zaborowskim i bagnami uroczyska Kalisko, częściowo wchodzącymi w skład obszaru ochrony ścisłej o tej samej nazwie. Kiedyś były tu łąki, pasło się bydło. Po utworzeniu parku narodowego dzika przyroda w postaci turzycowisk wyparła trawy. Wzdłuż kładki rosną krzewy kaliny, wciąż jeszcze ozdobione czerwonymi owocami przypominającymi szlachetne korale na bezlistnych gałązkach. Kładka ma nieregularny kształt i w tym właśnie cały jej urok. Przebijające się przez korony drzew południowe słońce dodawało całemu miejscu magii, oświetlając arterię tylko miejscowo, za to na najładniejszych chyba odcinkach. 







Po przejściu pomostem w tę i z powrotem postanowiliśmy zrobić pierwszy dłuższy postój na śniadanie pod jedną z wiat w Zaborowie Leśnym i dopiero ruszyć dalej. Zadaszone ławy stoją na niewielkiej polanie w sąsiedztwie leśniczówki Kampinoskiego Parku Narodowego. To pozostałość po istniejącym tu w XIX w. folwarku o nazwie Gać Zaborowska (tę nazwę można spotkać także w opracowaniach poświęconych bitwie, która miała tu miejsce w czasie Powstania Styczniowego, choć bardziej znana jest jako bitwa pod Budą Zaborowską; to właśnie znajdująca się 900 m dalej mogiła poległych w tej batalii była celem naszej wędrówki). Jeśli słowo Gać przywiodło Wam na myśl pewną część garderoby, to jest to jak najbardziej słuszne skojarzenie! Sprawę w swoim przewodniku po Puszczy Kampinoskiej wyjaśnia Lechosław Herz: Nazwa Gać w odniesieniu do osady jest do dzisiaj używana przez starszych mieszkańców okolicy. Pochodzi od gaci, tj. okładziny ocieplającej ściany drewnianych chałup, wykonywanej ze słomy, liści, ściółki sosnowej i chrustu; stąd też nazwa gaci ocieplających ludzkie pośladki.* Ten sam rodowód ma słowo ogacić, czyli ocieplić np. budynek, czy rośliny na zimę. Ogaceni trzema warstwami ubrań zupełnie nie zmarzliśmy siedząc pod wiatą dobre pół godziny przy dość wystawnym jak na warunki plenerowe posiłku złożonym z kanapek, pieczonego kurczaka, bananów, ciasteczek owsianych, czekolady i herbaty w chyba trzech smakach (w sumie pięć termosów!). Chłopcy uwielbiają piknikowanie na szlaku. To jeden z motorów, dzięki któremu łatwiej namówić ich na wędrówkę. Dopiero najedzeni i wypoczęci ruszyliśmy dalej, tzw. Grobową Drogą (zielony i żółty szlak), ku mogile Powstańców Styczniowych 1863 r.




Gdy w 2016 r. pierwszy raz przyjechaliśmy do Puszczy Kampinoskiej na zorganizowany spacer z przewodnikiem, który odbywał się pod hasłem "Przedwiośnie w Puszczy Kampinoskiej z historią w tle", pamiątki historyczne w sercu lasu wydały mi się ciekawostką. Dziś, mając już za sobą trzy spacery trzema różnymi szlakami i wizytę na cmentarzu wojennym w Palmirach, wiem, że puszcza naszpikowana jest śladami przeszłości, najczęściej tej najbardziej bolesnej. I tak zobaczyliśmy już średniowieczne grodzisko, dwa cmentarze wojenne, miejsce po obozie pracy przymusowej, miejsce egzekucji Powstańców Styczniowych (tych, którzy nie polegli w bitwie rozegranej właśnie tu, pod Budą Zaborowską, czyli dzisiejszym Zaborowem Leśnym) i miejsce całkiem współczesnej zbrodni. 


Teraz będzie szybka powtórka z lekcji historii z podstawówki. Pamiętacie od czego zaczęło się Powstanie Styczniowe? Od branki. Przedstawiciele carskiej armii z imiennymi listami chodzili od domu do domu i zabierali młodych polskich mężczyzn podejrzanych o działalność konspiracyjną, żeby wcielić ich do rosyjskiej armii przetrzebionej w wojnach. Taka służba mogła trwać nawet 25 lat! Powstanie wisiało już i tak w powietrzu, więc młodzież przed poborem masowo uciekała do Puszczy Kampinoskiej, co pięknie obrazuje fragment wiersza nieznanego autora, który zacytowany jest na tablicy informacyjnej przy mogile:

Hej rodacy! kto u wroga

Nie chce szukać losu,

Komu święta wolność droga:

Śpiesz do Kampinosu!

Nazwa Kampinos ma w wierszu dwojakie znaczenie. Oznacza i Puszczę Kampinoską, i miejscowość Kampinos, gdzie w dworze Łaszczyńskich ukryła się część uciekinierów i pod wodzą Zygmunta Padlewskiego założyła pierwsze powstańcze oddziały, którym udało się opuścić puszczę jeszcze w styczniu i przebić w stronę Płocka. 

W kwietniu 1863 r. w rejonie Lipkowa uformował się nowy oddział, na którego czele stanął major Walery Remiszewski i który otrzymał zadanie wsparcia ucieczki więźniów z Cytadeli, m.in. Jarosława Dąbrowskiego w czasie prawosławnej Wielkanocy. Do ucieczki jednak nie doszło, a Remiszewski z ludźmi postanowił wycofać się w głąb puszczy nie wiedząc, że na ich ślad już trafili Rosjanie. Carska armia zaskoczyła powstańców pod dzisiejszym Zaborowem Leśnym. Na szczycie wydmy, wówczas nie porośniętej jeszcze lasem Polacy zostali rozgromieni w krwawej bitwie. Tu, gdzie wiosną śpiewają ptaki, a o tej porze roku wiatr szumi w koronach sosen, ponad 150 lat temu słychać było dźwięk obijającego się o siebie metalu, szabel i kos nadzianych na sztorc, krzyki i jęki konających. Wystarczy zamknąć oczy, by sobie to wszystko wyobrazić.


Poległych pogrzebano w mogile na szczycie wydmy. Historia mówi, że spoczywa w niej 72 ludzi, legenda zaś, że tylu, ile gwoździ zdobi krzyż, a tych jest 76. W bitwie zgięło jednak więcej powstańców, nawet być może 150. Ci o ustalonych nazwiskach spoczęli na cmentarzu w Kampinosie (29 osób), część ciał bliscy pochowali w rodzinnych grobach na nekropoliach Warszawy i okolic.


Żeby wrócić do Truskawia, trzeba vis a vis mogiły odbić w prawo i za zielonymi znakami pójść tzw. Krętą Drogą. Nazwa doskonale oddaje jej przebieg i jeśli wziąć pod uwagę liczbę zakrętów, i konieczność ciągłego omijania górek, dołków i korzeni! Jest to jednak bardzo ładny fragment szlaku, wśród dorodnych sosen, zwłaszcza, gdy przez ich korony przedzierają się promienie słońca powoli chylącego się ku zachodowi.







Po prawie trzech kilometrach marszu, na obrzeżach obszaru ochrony ścisłej "Cyganka", wyłania się niemal łysa wydma porośnięta jedynie rachitycznymi młodymi brzózkami i opatrzona tablicą "Wiatrołomy". 9 lipca 2004 r. przez Puszczę Kampinoską przeszła potężna trąba powietrzna, która powaliła lub wyrwała z korzeniami wiele wiekowych drzew. Pas zniszczeń miał 200 m szerokości i aż 14 km długości. Ciągnął się do cmentarza w Palmirach. Wszystko trwało kilkanaście minut. W tym miejscu widać najlepiej jak puszcza radzi sobie z takim kataklizmem. Brzózki to ta część, gdzie teren po uprzątnięciu pozostawiono lasowi "na żywioł", ale tuż obok znajduje się także ogrodzony przed sarnimi ząbkami młodnik - ślad ingerencji człowieka w odtworzenie drzewostanu. Muszę tu wrócić wczesną jesienią, bo część polany zajmuje piękne rozległe wrzosowisko. 



Tu zaczyna się (lub kończy idąc z Truskawia) ścieżka dydaktyczna Do Karczmiska (oznaczenie - biały kwadrat przedzielony przekątną w kolorze zielonym). Samo Karczmisko znajduje się tuż za obszarem wiatrołomów. Kiedyś faktycznie stała tu karczma, obecnie zaś wiata, pod którą zrobiliśmy drugi i ostatni postój. Stąd kawałek idzie się jeszcze zielonym szlakiem, połączonym z czerwonym z Wierszy, by wreszcie dojść do rozwidlenia, z którego można wybrać się np. do Palmir. My ruszyliśmy w drogę powrotną do Truskawia dalej ścieżką Do Karczmiska pokrywającą się z czarnym szlakiem. Wcale się nie dziwię, że to tak chętnie wybierana trasa, bowiem prowadzi przez bagna i podmokłe łąki, w większej części po kładkach, wzdłuż których ustawiono mnóstwo tablic informacyjnych w opisem występujących tu gatunków roślin i zwierząt oraz gospodarki leśnej prowadzonej przez park narodowy. Bardzo lubię te puszczańskie tablice. W dużej mierze to właśnie z nich korzystam przy opracowywaniu opisów naszych szlaków, uzupełniając je informacjami ze wspomnianego przewodnika Lechosława Herza.











Puszcza Kampinoska ma jeszcze wiele historii do opowiedzenia, więc będziemy odkrywać ją dalej, szczególnie, że już wiadomo, że nie będzie możliwości wyjazdu na ferie zimowe. Mam pomysły na kolejne dłuższe i krótsze spacery, w miejsca dostępne nawet, gdy spadnie śnieg, na co zresztą po cichu liczę.

*Lechosław Herz "Puszcza Kampinoska. Przewodnik", Oficyna Wydawnicza "Rewasz", wyd. IV aktualizowane, Pruszków 2017, str. 318

poniedziałek, 30 listopada 2020

Warszawa przyłapana... w listopadzie 2020

I stało się. Lockdown znów objął także sztukę. W pakiecie z muzeami zamknięto również kina, teatry, sklepy w centrach handlowych (ponownie otwarto je w sobotę) i hotele (mogą przyjmować jedynie osoby podróżujące służbowo). W ostatnich dniach doszły jeszcze limity gości w czasie Świąt Bożego Narodzenia, skrócony szkolny semestr i wcześniejsze ferie zimowe w jednym terminie dla wszystkich województw, bez nadziei na otwarcie bazy noclegowej. Jestem już bardzo zmęczona pandemią i dużo gorzej znoszę aktualne ograniczenia niż te wiosenne. Mam wrażenie, że w ciągu minionych tygodni nasze życie przypominało jakąś walkę z czasem: zdążyć kupić dzieciom buty na zimę, zdążyć na cmentarz zanim zamkną na Wszystkich Świętych, #zdążyćdomuzeumzanimznówzamkną... Szukanie pozytywów idzie mi bardzo opornie. 

Listopad dotąd kojarzył mi się przede wszystkim z dwoma cyklicznymi festiwalami, w których brałam udział od lat. Pierwszy to Street Art Doping, który wrócił na mapę wydarzeń kulturalnych po rocznej przerwie. Wystawa towarzysząca pt. "Cut & Paste. Polski Szablon 2020" w Elektrowni Powiśle zdążyła tylko wystartować, by nazajutrz musieć zamknąć się dla publiczności. W podobnej sytuacji znalazły się zresztą i inne ekspozycje, chociażby "Maski" Daniela Zarewicza w Teatrze Druga Strefa, które bardzo chciałam zobaczyć, bo z Danielem chodziłam do jednego liceum, do równoległej klasy. 


Druga moja listopadowa tradycja to wystawy w ramach organizowanego od dwunastu lat przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej wydarzenia o nazwie Warszawa w budowie. Tegoroczna nosi tytuł "Coś wspólnego" i prezentowana jest w siedzibie Muzeum nad Wisłą (w założeniu do 17 stycznia 2021 r.). Ostatnim rzutem na taśmę, w przededniu zamknięcia muzeów, udało mi się ją obejrzeć jako jedyną w tym miesiącu. I... kompletnie mnie rozczarowała. To do tej pory chyba najsłabsza edycja. Po pierwsze dlatego, że po raz pierwszy wystawa gości w muzealnej sali, no powiedzmy drugi raz, ponieważ zeszłoroczna miała miejsce w ZODIAKU Warszawskim Pawilonie Architektury. Przyzwyczaiłam się do nietypowych miejsc, które wcześniej były scenerią ekspozycji, dodając im klimatu. Po cichu liczyłam na kino Relax i temat warszawskich kin w odniesieniu i do ich przenoszenia się do centrów handlowych, i głośnego w ostatnim czasie przekształcenia kina Femina w sieciowy sklep spożywczo-przemysłowy, i niedawnej dyskusji nad przyszłością budynku kina Atlantic. Po drugie zaś, choć sama wystawa jest ciekawa, to w moim odczuciu bardzo luźno związana z tematem. Zgodnie z deklaracją organizatorów miała nim być wspólnota pojmowana w najprostszy i najbardziej bezpośredni sposób, jako wymiana praktycznych umiejętności oraz sąsiedzkich doświadczeń, tymczasem kontekst jest dużo szerszy. Tytułowe "Coś wspólnego" to raczej wspólna sprawa np. ekologia, czy problem manipulacji za pośrednictwem social mediów. Więc już nie tylko Warszawa, a całe społeczeństwo. Najbliższe tytułu, choć także nie związane bezpośrednio ze stolicą, są chyba dwie prace: "Makaramy" Alicji Wysockiej stanowiące tło dla opowieści o Kołach Gospodyń Wiejskich oraz rzeźby Daniela Rycharskiego, które przed muzeum stanęły w tym miesiącu, już po jego zamknięciu, będące efektem eksperymentu pt. „Opieka rodzinna” z pogranicza sztuki i socjologii (artysta zaaranżował kilkudniowe pobyty osób LGBT u rodzin rolniczych z okolic Sierpca, by obie grupy mogły poznać się wzajemnie i pozbyć ewentualnych uprzedzeń; obiekty w postaci anielskich skrzydeł powstały z elementów pługów - jako symbol opieki i gościnności, bez których nie ma szans na prawidłowe funkcjonowanie społeczeństwa, bez mowy nienawiści i hejtu). Całość jest spójna i interesująca, ale to temat na samodzielną wystawę, nie w ramach Warszawy w budowie. Czekam na powrót dotychczasowej formuły. 









Przez chwilę przed Muzeum nad Wisłą gościła też dość osobliwa i chyba spontaniczna, oddolna inicjatywa. Zebrano tu transparenty towarzyszące antyaborycyjnym wystąpieniom z poprzedniego miesiąca, które jako "coś wspólnego" doskonale wpisały się w tematykę aktualnej ekspozycji!



Protesty pozostawiły po sobie na ulicach Warszawy także nieco mniej lub bardziej udanego street artu. Mam na myśli murale, nie bazgroły, których jedynym celem było wyładowanie emocji na budynkach i przy okazji ich uszkodzenie. Niektóre z murali niedługo po powstaniu zostały zniszczone. Nie pochwalam ani bezmyślnego mazania gdzie popadnie, ani cenzury prac, które nie są zgodne z czyimś punktem widzenia. Sztuka, także uliczna, często odnosi się do spraw bieżących, szczególnie, jeśli przy okazji są kontrowersyjne. 






Kontrowersje wzbudziło także umieszczenie symbolu Strajku Kobiet na "Siatkarce", neonie wieńczącym jeden z gmachów przy Placu Konstytucji. Neon został zaprojektowany w 1960 r. przez Jana Mucharskiego i niedawno przeszedł konserwację. Nie jest wpisany do rejestru zabytków, dlatego taka interwencja była możliwa. Abstrahując od wartości artystycznej przedsięwzięcia, pokazuje ono jak silne emocje targają społeczeństwem w kwestii aborcji.


Wracając jednak do street artu i wspomnianego na początku festiwalu Street Art Doping, to podobnie jak w przypadku poprzednich edycji, pozostawił on po sobie kolejny mural na Pradze. To praca pt. "Wolf" Mariusza Warasa, tworzącego pod pseudonimem M-City. To jeden z moich ulubionych artystów z tej dziedziny sztuki. Jego inne obrazy widziałam już w Gdyni, Łodzi i Wrocławiu. Jeśli regularnie czytacie Warszawę przyłapaną, to pewnie wiecie, że często użalam się tu, że w Warszawie brakuje dobrego street artu, a to, co powstaje to przeważnie murale społeczne lub wręcz reklamowe. I jeśli dotąd nie wiedzieliście, o co mi chodzi, to właśnie ta praca jest odpowiedzią. Takich murali pragnę dla stolicy, artystycznych, gdzie inwencja pozostawiona jest twórcy. Ten jest wyrazem zamiłowania artysty do rajdów samochodowych.


Teraz czekam na ponowne otwarcie wystawy towarzyszącej festiwalowi Street Art Doping. Prawdopodobnie uda się to w najbliższych dniach. W tym dziwnym roku to jedno z małych szczęść, które wyjątkowo cieszą.

REKOMENDACJE NA GRUDZIEŃ

Muzea póki co mają być zamknięte do 27 grudnia. Wystawa "Cut & Paste. Polski Szablon 2020" przewidziana była do 6 grudnia, "Maski" zaś do 31 grudnia. 

Grudzień to zawsze jeden z najfajniejszych miesięcy w przestrzeni miast ze względu na całą otoczkę towarzyszącą Świętom Bożego Narodzenia. Mimo pandemii Warszawa 5 grudnia rozbłyśnie jak co roku świąteczną iluminacją. Będzie ona jednak nieco okrojona, bo miasto boryka się z problemami finansowymi, ale za to na Trakcie Królewskim pojawią się zupełnie nowe, energooszczędne dekoracje (na kolejne trzy sezony). Będzie też jeździć świąteczny skład metra. Nie będzie natomiast niestety Jarmarku Bożonarodzeniowego wzdłuż staromiejskich murów (odwołany został także najpiękniejszy Jarmark w Polsce, który co roku odbywa się we Wrocławiu).

W tym roku zabraknie też miejskich lodowisk z uroczą ślizgawką na Rynku Starego Miasta na czele. Nie będzie można też jeździć na łyżwach na Placu Europejskim, ani nie odbędzie się kolejna edycja Zimowego Narodowego. Jednym z nielicznych ogólnodostępnych lodowisk będzie w tym sezonie Torwar, bo z Toru Łyżwiarskiego na Stegnach będą mogli korzystać jedynie zawodnicy.

To wszystko nie brzmi optymistycznie, ale może dzięki społecznej dyscyplinie uda nam się pokonać koronawirusa, żeby w nowym roku nasze życie zaczęło wracać na dotychczasowe tory, a 2020 r. pozostał tylko złym wspomnieniem.