środa, 14 grudnia 2016

Ksamil w sierpniu, czyli horror plażowicza

W przewodniku Bezdroży po Albanii*, w tegorocznym wydaniu (!), przeczytałam, że Ksamil to mało znany kurort Morza Jońskiego, który odznacza się przepięknymi, długimi i dziewiczymi plażami nad lazurowym morzem. Plaże są, owszem, ładne, a morze lazurowe, ale ani przez moment nie łudziłam się, że będziemy je mieć tylko dla siebie. Od jakiegoś już czasu śledzę bloga Rudej Bałkany według Rudej, który jest kopalnią wiedzy o Albanii i w dużej mierze to właśnie jej opowieści zainspirowały mnie do odwiedzenia tego kraju. Wiedziałam już zatem, że w sezonie w Ksamilu może być tłoczno. Więc dlaczego zdecydowaliśmy się na ten akurat kurort? W sumie chyba bez głębszej refleksji i dlatego, że jak większość ludzi podświadomie wybieramy, to co jest nam znane. Gdy rok wcześniej byliśmy na Korfu, codziennie patrzyliśmy przez morze na tę część Albanii. Może po prostu wyobrażaliśmy sobie, że skoro to Epir i duże skupisko Greków w Albanii, to będzie tam tak jak w Grecji? A może po prostu zaufaliśmy gustom naszych rodaków, uznając, że jeśli Polakom się podoba, to spodoba się i nam. 



Otrzeźwienie przyszło bardzo szybko. Właściwie z przekroczeniem progu wynajętego apartamentu, który miał być w pełni wyposażony w sprzęty kuchenne, TV Sat, ręczniki, Wi-Fi, klimatyzację i tego typu wynalazki, które mają umilić pobyt letnikowi. Zastaliśmy kurz na szafkach, zardzewiałą półkę na przybory toaletowe w łazience, dwa mikro telewizorki odbierające tylko albańskie programy, dwa kubki dla czterech osób, niepełny zestaw sztućców i pilot do klimatyzacji z wyczerpanymi bateriami, choć to akurat było najmniej dokuczliwe, bo klimatyzacji staramy się nie używać. A ręczniki? Gdzie są do licha ręczniki??? Właściciel się zdziwił. Nie mamy w ofercie ręczników... Wydruk rezerwacji z booking.com zdziałał jednak cuda i po dwóch dniach dostaliśmy ręczniki, których mieliśmy używać do końca turnusu, czyli przez następne 10 dni... A dla zniechęcenia do częstych kąpieli zazwyczaj wczesnym popołudniem nie było już ciepłej wody. Klimat jak nie przymierzając z ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych... Niedogodności wynagradzał widok z okna na najwyższy szczyt Korfu, Pantokrator, który w zeszłym roku zdobyliśmy na własnych nogach.

Widok na Pantokrator

Morze powitało nas spokojnym szumem fal i pięknym zachodem słońca. Na leżakach, pod słomkowymi parasolami wylegiwali się jeszcze najwytrwalsi. Plaże wyglądały zachęcająco: kameralne, ukryte w zatokach oddzielonych od siebie wrzynającymi się w morze skałami, ciągnące się właściwie wzdłuż całego wybrzeża. Wszędzie bary i tawerny. 







Tyle, że następnego dnia nie udało nam się wbić na żadną! Zaspaliśmy. Bo kto przy zdrowych zmysłach zaczyna plażowanie o 11:00... Trwający od kilku lat boom turystyczny w Albanii sprawił, że niestety Albańczycy przeinwestowali nieco z infrastrukturą. Ksamil się rozbudował, powstały setki miejsc noclegowych i miasto jest w stanie przyjąć więcej turystów... niż ma miejsc na plażach! I na to znalazł się sposób. Zbudowano drewniane platformy, na których ustawiono leżaki, zabierając morzu nieco przestrzeni. Jednak w sierpniu, w apogeum sezonu i tłumów, to wciąż za mało, choć parasole stoją na każdym wolnym skrawku ziemi i betonu. Dowiedzieliśmy się, że właściciele apartamentów chcą inwestować także w plaże. Kupują grunty nad morzem z myślą o tworzeniu nowych kąpielisk na obrzeżach miasta, w odległości 1-2 km od niego. Jednak napotykają na problemy z uzyskaniem stosownych pozwoleń od władz. Z jednej strony to mogłoby rozładować tłok, ale z drugiej nie jest sztuką wybetonować całe wybrzeże, żeby pomieścić jeszcze więcej i więcej letników. Zabrakło mądrej polityki urbanistycznej i wszystko nieco wymknęło się spod kontroli. Sytuacja jest o tyle patowa, że ten, kto raz trafi do Ksamilu w szczycie sezonu, więcej do niego nie wróci, bo mało kto ma ochotę zrywać się o świcie, żeby o 8:00 rano leżeć już na leżaku i pilnować miejsca. 













Nasz, pożal się Boże, apartament położony był w najbardziej na południe wysuniętej części Ksamilu. Najbliżej była plaża Paradise. Ładna, zadbana, czysta, obok dwa bary i kilka restauracji. O 8:00 bez problemu można było jeszcze zająć sobie dogodne miejsce, tylko pierwszy rząd leżaków zarezerwowany był dla gości znajdującego się obok hotelu. Dwa leżaki plus parasol to koszt 800 lek (300 lek = 10 zł). Poznaliśmy tam polską rodzinę, też z dwoma chłopakami. Kilka razy próbowali wybrać się na inną plażę. Raz nawet umówili się z gościem, który zbierał opłaty, że położą sobie ręczniki wcześnie rano i żeby on przytrzymał im te miejsca. Gdy przyszli o 8:00 ich ręczniki były zrzucone, a na leżakach już się ktoś opalał. Gość, z którym rozmawiali dzień wcześniej, rozłożył bezradnie ręce tłumacząc, że nie mógł odmówić przyjaciołom. Tere fere. O dziwo, Polaków wcale nie było dużo, choć Ksamil uchodzi za najbardziej polskie miasto na całym albańskim wybrzeżu. I cieszę się, że poznaliśmy tę rodzinę, bo chłopcy całymi dniami bawili się razem, we czwórkę.





Mieszkanie na peryferiach miało nawet swój urok. Było spokojnie, z dala od dudniących dyskotek, a jednym dźwiękiem zakłócającym nocną ciszę, była szambiarka, która mniej więcej co drugi dzień w środku nocy zabierała nadprodukcję nieczystości po turystach. Miałam wrażenie, że to następna rzecz, której nie przewidziano przyjmując do miasta tylu gości. W ciągu dnia po szutrowych drogach kręcili się jedynie smętni turyści i kozy skubiące listki z okolicznych krzaczków. Życie zaczynało się wraz z zachodem słońca. Przed domy wylegała dzieciarnia i psy. Dzieciarnia ciągnęła psy za ogony, psy szczekały i uciekały, by po chwili znów kręcić się między dziećmi. Na tarasy wjeżdżały stoły, przy których do późnego obiadu zasiadały całe rodziny. Dzwonki oznajmiały, że kozy i owce wracają z popasu. Turyści gdzieś tam w centrum okupowali tawerny, a tu toczyło się zwykłe życie. Okolica była bardzo zielona, w przydomowych ogródkach rosły drzewka oliwne, granaty, figi, winogrona, ale także... banany!













Bo Ksamil to takie zwykłe miasteczko, ani brzydkie, ani ładne, latem próbujące się przemienić w wioskę turystyczną. Meczet prawie sąsiaduje z cerkwią, jest też poczta, choć po pocztówki lepiej pojechać do większej Sarandy. Podobnie po wszelkie pamiątki, bo kramów jest, owszem, całe mnóstwo, ale kupić na nich można właściwie tylko to, co niezbędne plażowiczowi, czyli gumowe piłki, kółka, rękawki, foremki, wiaderka itp.







Tawern, restauracji i barów jest całe mnóstwo! Nawet jedna polska, choć my akurat bardziej gustujemy w lokalnej kuchni, nad morzem szczególnie w jego dobrodziejstwach. Gdzie zatem zjeść najsmaczniej? Nam najbardziej smakowało chyba w restauracji Korali, choć była ona jedną z droższych w mieście. Za to jeden z kelnerów świetnie mówi po polsku. Dobrze karmią też po sąsiedzku, w Guvat, ale tam pomylono wszystkie nasze zamówienia. Jeśli szuka się przy okazji lokalnego klimatu, warto zajrzeć także do Brothers. To jedna z tych rodzinnych tawern, którą prowadzą rodzice wraz z dwoma synami. Typowo śródziemnomorski klimat, gdzie czas płynie leniwie, na dania trzeba czekać kilkadziesiąt minut, ale za to jakie dania! Mama wszystko gotuje sama, tata trochę robi za kelnera, ale wychodzi mu to dość ślamazarnie i dopiero pojawienie się w lokalu synów powoduje, że wszystko nagle przyspiesza, a goście biją brawo. Uwielbiam takie miejsca, choć dania są tam mniej wyszukane niż w dwóch pierwszych restauracjach. Niestety praktycznie przez cały pobyt w Albanii borykaliśmy się z problemami żołądkowymi. Zdarzało nam się to wcześniej na Bałkanach, ale były to jedno-dwudniowe sensacje. Teraz bywały takie dni, że nie mieliśmy siły podnieść się z plażowego leżaka.

Jedna z nadmorskich tawern

Mix owoców morza - restauracja Korali

Ośmiornica - restauracja Korali

Napisałam ten post nie dlatego, żeby kogoś Ksamilem straszyć. Grudzień to nie tylko czas podsumowań, ale i planów na nadchodzący rok, a popularność Albanii wśród Polaków z roku na rok rośnie i gdybym taki tekst przeczytała zanim zdecydowałam się tam spędzić urlop, to może wybrałabym jakąś mniej popularną miejscowość. Rodzina, którą poznaliśmy na plaży Paradise była w Ksamilu w czerwcu i tak im się podobało, że wrócili w sierpniu. Przeżyli totalny zawód. My też. Może gdybyśmy trafili tu poza sezonem, nawet na jego początku, to odebralibyśmy miasto zupełnie inaczej, a tak mieliśmy najgorszy urlop od kilku ładnych lat. Nałożyło się na to kilka rzeczy: brudne mieszkanie, dzikie tłumy na plażach i złe samopoczucie, które odebrało nam siłę nawet do zwiedzania okolicy. Polubiłam Tiranę, moje serce skradł Berat, a i te mniej turystyczne okolice Sarandy dadzą się polubić. Bardzo chętnie odwiedziłabym jeszcze Gjirokastrę. Albania jest świetnym krajem do zwiedzania, ale na plażowanie wybierzemy już raczej inne miejsce. Latem wracamy do Grecji.

*M. Otręba "Albania. Bałkański "Dziki zachód"", Bezdroża, wyd. Wydawnictwo Helion, Gliwice 2016, str. 243-244.

piątek, 9 grudnia 2016

Okolice Sarandy

Im wyżej wspinaliśmy się wąską drogą, tym dalej, gdzieś w dole zostawialiśmy dojrzałe pola, ustępujące teraz miejsca trawie pożółkłej od palącego słońca jak na połoninach w Bieszczadach... Kolory późnego lata, jakże odmienne od wypielęgnowanych, nawadnianych trawników w nadmorskich kurortach! A przecież byliśmy zaledwie kilka kilometrów od wybrzeża i Sarandy. Krążące od rana nad głowami chmury nie wróżyły udanego plażowania, więc porzuciliśmy błogie lenistwo na rzecz zabytków zakorzenionych w różnych epokach i religiach.

Finiq (stanowisko archeologiczne Phoinike)

Odetchnęłam z ulgą, gdy za ostatnim zakrętem drogi pnącej się zboczem wzgórza ostro do góry zobaczyłam niewielki parking. Dotarliśmy do celu. Oprócz nas tylko dwa samochody, a miejsca na nie więcej niż dwa następne. Obok nieczynny jeszcze drewniany budynek, w którym zapewne z czasem będzie kasa. I wielka tablica informująca, że obiekt modernizowany jest z funduszy greckich. Z parkingu pokonać trzeba jeszcze kilkadziesiąt drewnianych schodów, by znaleźć się na wierzchołku wzgórza o wysokości 272 m n.p.m., skąd rozciąga się widok na całą okolicę, łącznie z kawałkiem morza.



Nic dziwnego, że to właśnie w tak strategicznym położeniu wyrosło Phoinike, potężna stolica Chaonów, jednego z trzech głównych plemion greckich w starożytnym Epirze. Pierwsze wykopaliska archeologiczne prowadzone były tu już w latach 1924 - 1928 przez włoskich archeologów, podobnie jak w niedalekim Butrincie. Nie przyniosły jednak spektakularnych odkryć. Kontynuowane były w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. Dziś greckie fundusze wykorzystywane są na uporządkowanie terenu i wszelkie udogodnienia dla turystów - chodniki, alejki, schody. Cześć jest już gotowa, ale panowie cały czas pracują, starając się nie przeszkadzać nielicznym póki co zwiedzającym.

Miasto założone zostało w V w. p.n.e. i przetrwało do VI w n.e. W czasach starożytnej Grecji było najbogatszym miastem Epiru. W historii zapisało się jako miejsce podpisania traktatu kończącego I wojnę macedońską (pomiędzy Rzymem, a Macedonią rządzoną przez Filipa V) w 205 r. p.n.e. znanego pod nazwą traktatu z Phoinike. W czasach bizantyjskich było siedzibą biskupstwa, następnie jak niemal cały Epir znalazło się pod panowaniem osmańskim. 






Pamiątki archeologiczne faktycznie nie są imponujące. Widać zarys amfiteatru, pozostałości świątyni z kolumnami doryckimi datowanymi na III w. p.n.e. oraz liczne wille helleńskie i romańskie. Jednak to rozsiane po niemal całym wzgórzu bunkry robią największe wrażenie. Bo to właśnie bunkry są najczęściej pierwszym skojarzeniem, które przychodzi do głowy na myśl o Albanii. W czasach reżimu Hodży zbudowano ich ok. 750 tys.! Gdy jedzie się przez Albanię migają gdzieś w strategicznych miejscach takich jak przejścia graniczne, ale gdy chce się je specjalnie znaleźć w dolinach, czasem bywa trudno. Najczęściej trafiają się przypadkowo, właśnie gdzieś na zboczach wzgórz. W Phoinike są prawie jeden koło drugiego przyćmiewając zabytki archeologiczne. Chłopakom udało się wejść do kilku połączonych ze sobą podziemnymi korytarzami i byli zachwyceni.







Mesopotam

Gdy Phoinike upadło, mieszkańcy przenieśli się do niedalekiej miejscowości Mesopotam, dziś znanej głównie dzięki monastyrowi Św. Mikołaja z połowy XI w., jakże przypominającemu mi maleńkie kościółki, które pamiętam z Ochrydy, czy Salonik i które w Albanii widziałam już wcześniej w Beracie. To chyba mój ulubiony element bałkańskiego krajobrazu.

Kościół znajduje się tuż za miejscowym cmentarzem. Trzeba przejechać przez bramę prowadzącą do nekropolii i kierować się dalej kamienistą ścieżką, mijając pasące się kozy i owce oraz psy pasterskie obszczekujące samochody (miałam trochę obaw, czy pozwolą nam wysiąść z auta). Gdy lawirowaliśmy między pierzchającymi zwierzętami, minął nas pasterz goniący przed sobą krowę. Jakież było nasze zdziwienie, gdy mężczyzna zostawił krowę na łące, skręcił w stronę klasztoru i z torby, którą miał na ramieniu wyciągnął pęk kluczy oraz bloczek biletów! Zainkasował należność za wstęp*, otworzył bramę i wpuścił nas na teren monastyru. Nie mogłam się nadziwić albańskiej kreatywności. To takie genialne w swojej prostocie! Zamiast stawiać budkę z biletami i zatrudniać dodatkową osobę, można przecież w bilety wyposażyć miejscowego, który i tak wraz ze swym stadem jest tu codziennie, a poza sezonem pewnie ruch jest niewielki (w razie czego na bramie wisi kartka z numerem telefonu do pana). Dostaliśmy na zwiedzanie tyle czasu, ile potrzebowaliśmy.




Sam monastyr jest dużo gorzej zachowany niż podobne w sąsiedniej Macedonii, czy nawet w Beracie. Co prawda obstawiony był rusztowaniami i właśnie poddawany renowacji, jednak wrażenie robił dość opłakane. Wewnątrz ponoć znajdują się ciekawe mozaiki oraz malowidła na ścianach. Na zewnątrz natomiast uwagę zwracają płaskorzeźby zdobiące mur świątyni. Przy samym wejściu na teren kompleksu stoi nieźle zachowana dzwonnica. Dookoła jak okiem sięgnąć pola, gaje oliwne i trawa tak samo żółta jak na górskich łąkach, choć Mesopotam położony jest znacznie niżej niż Phoinike. I cisza, którą zakłóca tylko beczenie owiec i dzwonki na szyjach kóz.













Rusan

Na koniec jeszcze piętnastowieczny meczet Gjina Aleksa, ponoć najstarszy w Albanii, choć niektóre źródła mówią, że zbudowany został w 1888 r. w miejscu starszej świątyni. Stan zachowania robi wiekowe wrażenie, ale też miłe dla oka, bowiem otoczenie pełne jest zieleni, kwiatów i motyli. Surowe wnętrze jest prawie zaprzeczeniem tego, które widzieliśmy odwiedzając meczet w Tiranie - nieco mroczne, surowe, ciche (ale podobno jest tu świetna akustyka), prawie bez ozdób, choć na ścianach były chyba kiedyś jakieś malunki. I bez przetaczających się wycieczek, więc bardziej skłaniające do refleksji. Miejsce jakby z innej bajki, z krainy tysiąca i jednej nocy. Miejsce, w którym zatrzymał się czas. Oprócz nas nikogo, drzwi do wnętrza otwarte. Kamienna podłoga daje przyjemny chłód stopom. Sala modlitewna prosi się o remont, jednak w tym jej wymęczeniu, podobnie jak w monastyrze w Mesopotam, widać całą historię tego kraju i to, do czego doprowadziły lata komuny, która na wiele lat zamknęła kościoły wszystkich wyznań, zamieniając je często na magazyny. Teraz wiele następnych lat będzie trwało przywracanie im wszystkim dawnej świetności.












Bamalat

Czasem prościej jest po prostu zbudować nową świątynię. I taka właśnie, biała ultra nowoczesna konstrukcja, wyrosła nam przed oczami w niewielkiej miejscowości Bamalat, gdy wracaliśmy już na wybrzeże. To zupełnie nowy meczet, jeszcze nie oddany do użytku, bez wieńczącego minaret półksiężyca. I nijak nie pasujący do wioski o niskiej, biednej zabudowie, otoczonej polami i łąkami, gdzie wzdłuż drogi wędrują stada zwierząt gospodarskich, a na ogrodzeniu posesji vis a vis meczetu suszy się niczym totem nie wyprawiona jeszcze skóra. Ale taka właśnie jest Albania - z jednej strony wciąż jeszcze nieco zacofana po latach izolacji, a z drugiej starająca się te lata nadrobić w jak najszybszym tempie, pragnąca stać się krajem nowoczesnym. Widać to nie tylko w Tiranie, czy modnych nadmorskich kurortach, ale także na prowincji.




Wszystkie te miejsca znajdują się w odległościach kilku kilometrów od siebie. Dysponując samochodem, można je odwiedzić jednego dnia. Warto, bo na niewielkiej przestrzeni widać tu całą różnorodność Albanii, historię sięgającą czasów starożytnych i wielokulturowość tego kraju.

*Ceny biletów:
Phoinike: wstęp 200 lek za osobę dorosłą
Mesopotam: wstęp 100 lek za osobę dorosłą
Rusan: wstęp bezpłatny