poniedziałek, 21 listopada 2016

Saranda - jeden z tych dni, gdy słońce skrywa się za chmurami

Olbrzymi prom zdominował niemal całą okolicę przesłaniając nielicznym plażowiczom widok na wyspę Korfu. Nielicznym, bo od rana nad Sarandą zawisły stalowe chmury strasząc co jakiś czas ponurym dźwiękiem grzmotów. A podobno Saranda może się poszczycić około trzystoma słonecznymi dniami w roku! Najwidoczniej trafiliśmy na jeden z pozostałych sześćdziesięciu pięciu... Deszcz jednak nie spadł, więc trochę osób mimo wszystko leżało na swoich ręcznikach na niezbyt komfortowych kamienistych plażach. Kąpieliska w centrum kurortu nie należą do najbardziej atrakcyjnych, zdecydowanie ładniejsze znaleźć można przy hotelach na obrzeżach miasta.










Wzdłuż brzegu ciągnie się ładna promenada obsadzona palmami i egzotyczną roślinnością. To także zagłębie kramów z pamiątkami i restauracji z lokalną kuchnią. Usiedliśmy w ogródku z widokiem na prom. Zamówiłam sałatkę grecką, którą w tej części Albanii mają w menu praktycznie wszystkie restauracje. Kelner się oburzył. Nie ma czegoś takiego jak sałatka grecka. To Grecy wymyślili taką nazwę, wszędzie indziej to jest sałatka kontynentalna i taką się u nas serwuje. Niech zatem będzie kontynentalna, choć dla mnie to zupełna nowość. To Epir, historyczna kraina leżąca dziś po dwóch stronach granicy - greckiej i albańskiej (trochę analogicznie jak w przypadku Macedonii podzielonej między Grecję, ex-jugosłowiańską Macedonię i Bułgarię). Grecy wielokrotnie próbowali przejąć władanie nad ziemiami północnego Epiru, dziś znajdującymi się w granicach Albanii. Prawosławna ludność grecka stanowi tu spory odsetek ludności - ok. 10 - 12% i ma status mniejszości narodowej. Saranda jest jednym z dwóch najważniejszych, obok Gjirokastry, ośrodków skupiających Greków. Jak to bywa na pograniczach, gdzie przenikają się różne narodowości, nie brakuje tu wzajemnych animozji, natomiast konflikty na tle etnicznym na szczęście zdarzają się dość sporadycznie, zaś wiele inwestycji finansowanych jest z greckich funduszy. 






Powoli zza chmur zaczęło wychodzić słońce, które do restauracyjnego ogródka, pełnego kwiatów, przyciągnęło motyle - gatunki, które pojawiają się także w Polsce, ale raczej na południu, a na Mazowsze zapuszczają się niezwykle rzadko. Najbardziej ucieszył mnie fruczak gołąbek, którego w Albanii spotkałam trzeci raz w życiu.

Paź (witeź) żeglarz

Fruczak gołąbek

Słońce zaczęło też wydobywać kolory miasta, dotąd przytłumione nieco brakiem światła i szarością chmur. Saranda ma dość zwartą zabudowę, a wysokie bloki pomalowane na pastelowe kolory schodzą niemal do samego morza. Jednak tutaj ta pasteloza nie przeszkadza aż tak bardzo jak na warszawskich blokowiskach. Zabudowa jest stosunkowo nowa, bowiem w XIX w. miasto uległo praktycznie całkowitemu zniszczeniu. Pod tym względem przypomina mi nieco Saloniki.



Oprócz portu promowego, do którego przybijają m.in. promy i wodoloty z Korfu, przy promenadzie znajduje się kameralna zatoka, gdzie cumują motorówki.




Im dalej od centrum i wybrzeża, tym budynki są jednak bardziej szare i zaniedbane, choć trafiają się między nimi oazy zieleni z fontannami - idealne miejsca na upalne dni, okupowane niestety przez ludność romską, która żyje z wyciągania rąk do turystów po pieniądze. Doświadczyliśmy tego chwilę wcześniej siedząc w restauracyjnym ogródku.



I choć Saranda nie ma zbyt wielu zabytków, to trochę pozostałości historycznych można tu znaleźć. Na obrzeżach miasta znajduje się klasztor Czterdziestu Męczenników, od którego miasto wzięło swoją nazwę. Chodzi o czterdziestu męczenników z Sebasty - legionistów rzymskich, chrześcijan, którzy nie chcieli wyrzec się swojej wiary i za to w 320 r. zostali pozostawieni na śmierć na mrozie. Dziś są świętymi Kościoła katolickiego, ewangelickiego, koptyjskiego, ormiańskiego oraz prawosławnego. W Polsce czczeni są 10 marca i dzień ten uznawany jest od jakiegoś czasu za Dzień Mężczyzn, dla równowagi z Dniem Kobiet obchodzonym dwa dni wcześniej. Niestety do klasztoru nie dotarliśmy. Z kolei kilkaset metrów od promenady znajdują się ruiny synagogi z ok. V-VI w. Odkryto je w latach osiemdziesiątych XX w. i nie od razu zorientowano się, że to synagoga, bowiem po zniszczeniu bożnicy (prawdopodobnie w czasie najazdów plemion barbarzyńskich), w tym miejscu powstała bazylika. Jednak odsłonięte mozaiki, m.in. z menorą, nie pozostawiają wątpliwości, co do istnienia w tym miejscu synagogi. Niestety tym razem mieliśmy mniej szczęścia niż w Butrincie, bo poza zarysem budynku niewiele było widać. O tym jak wyglądają mozaiki, dowiedzieliśmy się z tablicy informacyjnej znajdującej się przy wejściu.




Saranda robi bardzo pozytywne wrażenie, takiego kurortu z prawdziwego zdarzenia i folderów biur podróży. A jednak dla mnie jest zbyt duża, zbyt głośna i zbyt ruchliwa (żeby przejechać przez miasto trzeba swoje odstać w korkach). I jakoś nie pomyślałabym, aby akurat tam spędzić tygodniowy, czy dwutygodniowy urlop, aczkolwiek warto do niej zajrzeć będąc na Albańskiej Riwierze. Jest też doskonałą bazą wypadową na wycieczki po okolicy. A jest co oglądać! Ale o tym już następnym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz