środa, 13 września 2017

Wilno. Dlaczego nie lubię podziału miast na miejsca turystyczne i alternatywne

7:00 rano. To najlepszy moment, by przez chwilę pobyć sam na sam z miastem, które dopiero budzi się do życia. Zaraz na jego ulice wyleją się tłumy turystów, którzy wpadli na ten sam pomysł, co my, by właśnie tu spędzić długi weekend w sierpniu. Ale póki co w ten chłodny poranek, zwiastujący już powoli nadejście jesieni, pod Ostrą Bramą kręciła się jedynie para Azjatów. Szybkim krokiem minął nas mężczyzna wracający z grzybobrania z dwiema wielkimi siatkami kurek. Starsza kobieta w chuście przystanęła na chwilę pod oknem, w którym widać obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej i zrobiła znak krzyża. Sądząc po tym, iż wykonała go od ramienia prawego do lewego, wyznawała raczej prawosławie.






W Wilnie cały czas widać wielokulturowość, jaka charakteryzowała miasto i całą Wileńszczyznę jeszcze do II wojny światowej. Na ulicach wciąż słychać język polski, choć w tych dniach należał on raczej do uczestników polskich wycieczek odwiedzających miasto korzystając z czterech dni wolnego. Jednak mój pierwszy kontakt z ojczystym językiem w stolicy Litwy zawdzięczam robotnikom remontującym kamienicę, w której się zatrzymaliśmy, gdy obudziło mnie sążniste K....wa, podaj mi ten młotek! Ale od czasu do czasu słyszałam też polską mowę z tym charakterystycznym wschodnim zaśpiewem, którego Polakom z tych stron trudno było się pozbyć nawet po przeprowadzce nad Wisłę. W dużej mierze to mowa ludzi starszych, którą najpewniej usłyszeć można w okolicach kościołów. W Wilnie w niemal w każdej świątyni katolickiej przynajmniej jedna msza św. w niedzielę celebrowana jest w języku polskim (w Kościele Św. Ducha wszystkie), w niektórych są też nabożeństwa po białorusku. Polacy i Białorusini stanowią bowiem dwie najliczniejsze mniejszości narodowe na ziemi wileńskiej. 



Do II wojny światowej w Wilnie żyła także spora społeczność żydowska, którą niestety, jak praktycznie w całej Europie, zmiotła wojenna pożoga i chore urojenia Hitlera. Jednak miasto stara się dbać o pamiątki po swoich żydowskich mieszkańcach, odsłaniając zachowane na elewacjach budynków przedwojenne nazwy sklepów pisane alfabetem hebrajskim, czy też stawiając pomniki. Trafia się na nie całkiem przypadkiem, niczym odkrywca eksplorujący nieznane tereny.





Bo takie jest całe Wilno. Główne turystyczne atrakcje lśnią świeżością, ale gdy nieco zboczyć ze szlaku, można zobaczyć tynk odpadający ze ścian i łuszczącą się farbę. Pod tym względem bardzo przypomina mi Maribor! I tak samo jak Maribor Wilno naszpikowane jest detalami, które budują jego klimat. Poza tym dużo się w mieście odnawia i rewitalizuje, także dzielnice dotąd nieco zaniedbane, a uchodzące za alternatywne. Nigdy nie lubiłam tego podziału na to, co w danym mieście trzeba zobaczyć zgodnie ze wskazówkami z przewodników i miejsca spoza szlaku. To dość umowny podział i te drugie często, szczególnie w dobie Internetu, dość szybko zmieniają się w kolejne atrakcje turystyczne, przez które przetaczają się zorganizowane grupy turystów. Blogosfera dyskutowała ostatnio na temat wpływu masowej turystyki na oblicza miast. Pisali o tym Wojażer i Praktyczny Podróżnik, choć ten drugi w dużej mierze w kontekście krótkoterminowego wynajmu mieszkań. Mam jednak wrażenie, że rosnąca popularność miejsc, dotąd znanych tylko lokalsom, to też wycinek problemu globalizacji turystyki. Coraz odważniej ruszamy z kanap, sprzed telewizorów w świat i to normalne, że tam, dokąd docieramy, szukamy nie tylko oklepanych miejsc reprodukowanych na widokówkach, ale i zakątków zupełnie nowych, w których nie byli jeszcze nasi przyjaciele, sąsiedzi, rodzina. To z jednej strony naturalna ciekawość, a z drugiej chęć bycia oryginalnym i trochę także odkrywcą. Pokazujemy potem efekty tej eksploracji na portalach społecznościowych, czy blogach inspirując innych do wędrowania naszymi śladami. W ten sposób miejsca, które dotąd były poniekąd miejscówkami dla wtajemniczonych, stają się po prostu modne, tracąc unikatowość i przyciągając komercję. Mam wrażenie, że właśnie to dzieje się w tej chwili w Wilnie, szczególnie patrząc na zmieniające się Zarzecze (Užupis). 



A jednak nie mogę oprzeć się myśli, że przecież każde miasto, to żywy organizm, na którego specyficzną tkankę składają się i tłumnie odwiedzane zabytki, i dzielnice dotąd przyciągające wszelkiej maści niespokojne duchy, i miejsca, gdzie młodzież może pokiwać się w rytm dudniących dźwięków. Wszystkie zasługują na konieczne remonty, nawet, jeśli wraz z nimi tracą nieco na autentyczności (nie wiem dlaczego, ale pomyślałam w tym momencie o warszawskiej Pradze). Ale wszystkie łącznie budują też atmosferę każdego miasta. Wilno zdało ten egzamin doskonale. Znalazłam i pełne przepychu kościoły, i przykłady powojennego modernizmu nieco trącącego postsowiecką historią miasta, i doskonały street art, i kluby znane głównie młodym mieszkańcom stolicy Litwy. Wilno to jedno z takich miast, jakie lubię najbardziej, gdzie właściwie każdy przyjezdny znajdzie miejsce dla siebie. 

Kościoły


Inwokacji z "Pana Tadeusza" Mickiewicza w szkole na pamięć uczył się chyba każdy. 

Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy 
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy 
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem! 
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, 
(Gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę 
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę...

Obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej już w XVII w. uznany został za cudowny. Przypisywana mu była szczególnie moc tłumienia pożarów, co nie przeszkodziło temu, że pierwotna, drewniana kaplica, w której mieścił się obraz, wzniesiona w 1671 r., spaliła się w 1715 r. W jej miejscu zbudowano nową, murowaną, ale obecny kształt zyskała w 1829 r. Kaplica wkomponowana jest w jedyny zachowany fragment szesnastowiecznych murów miasta. Do dziś przyciąga do Wilna pielgrzymki i wycieczki, w tym liczne z Polski i bez wątpienia należy do największych, w tej chwili także turystycznych, atrakcji stolicy Litwy.





Wilno często nazywane jest miastem kościołów. Ma ich bowiem kilkadziesiąt. Na samym Starym Mieście można odnieść wrażenie, że stoją jeden obok drugiego. Większość to świątynie rzymskokatolickie, ale między nimi można znaleźć i cerkwie prawosławne, i zbory ewangelickie. Jest też synagoga i meczet.

Najważniejsza z religijnego punktu widzenia jest katedra, czyli bazylika archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława, wielokrotnie przebudowywana (obecny kształt pochodzi z końca XVIII w.), zajmująca niemal cały Plac Katedralny. Jest miejscem pochówku wielkich książąt litewskich i królów Polski, choćby ukochanej żony Zygmunta Augusta, Barbary Radziwiłłówny.




O wileńskich świątyniach można spokojnie napisać oddzielny post i może przy następnej wizycie w tym mieście pokuszę się o zebranie materiału do takiego wpisu. Tym razem jednak pojechaliśmy do Wilna całkiem na luzie, bez napięcia na bieganie od zabytku do zabytku, raczej po to, by spokojnie pochodzić ulicami, zagłębić się w bramy i podwórka, spróbować kuchni litewskiej i odkryć miasto dla siebie. To był strzał w dziesiątkę!

Stare Miasto


Cztery dni to mnóstwo czasu, by zwiedzić nie tak przecież duże miasto, a jednak mam wrażenie, że zobaczyliśmy niewiele, szczególnie, że Wilno przywitało nas potężną burzą, a deszcz padał jeszcze cały następny dzień. Ale to miasto ma tyle uroku, że przyjemnością jest samo wędrowanie wąskimi ulicami Starego Miasta, raz po raz przysiadając gdzieś, by schować się przed opadami, a gdy deszcz ustał na chwilę, wybierając jeden ze stolików stojących wprost na chodniku. Kawiarniane i restauracyjne stoliki stoją wszak niemal we wszystkich uliczkach Starego Miasta. Ciekawe, że w Wilnie sporo jest... winiarni, choć Litwa nie jest znanym producentem wina i nie znalazłam ani jednej lokalnej marki tego trunku. Być może, tak jak w Polsce, są gdzieś małe winnice znane tylko lokalnie. Jeśli wiecie o takich, dajcie znać, bo to na pewno nie była moja ostatnia wizyta na Litwie.








W oczy rzuciło mi się sporo sklepów z lnem, a ponieważ Piotr uwielbia lniane koszule, zajrzeliśmy do kilku, ale ceny były dość wysokie jak na polskie standardy.



Kto tu zagląda, ten wie, że wszędzie gdzie jestem, szukam przykładów powojennego modernizmu. Wilno mnie pod tym względem nie zawiodło! Niemal w sercu Starego Miasta stoi budynek Centrum Sztuki Współczesnej (ul. Vokieciu 2) wzniesiony w 1968 r. Ma bardzo ciekawą, pięciosegmentową bryłę, zaś w ogrodzie znajdującym się w tylnej części kompleksu urządziła się plenerowa galeria rzeźby.




Uliczka Literacka


Wędrując niespiesznie ulicami Starówki nie sposób nie trafić na nią, ulicę Literatu, czyli Literacką. To chyba właśnie to miejsce przesądziło o tym, że tak bardzo chciałam odwiedzić Wilno. Niewielka uliczka w samym sercu Starego Miasta, przy niej dom, w którym kiedyś mieszkał Adam Mickiewicz. Dom niepozorny i gdyby nie tabliczka, pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi. Bo to wcale nie salony wieszcza mnie tu przyciągnęły, a przytwierdzone do murów na całej niemal ulicy setki miniatur z metalu, ceramiki, czy tworzyw sztucznych, poświęcone pisarzom litewskim i światowym, często laureatom Nagrody Nobla. W tej chwili jest ich około trzysta. Są ponumerowane i opisane na specjalnych tablicach. Przybierają rozmaite formy i kształty, często dowcipne i w jakiś sposób nawiązujące do twórczości autora.






Miejsce nie jest przypadkowe. Już w dwudziestoleciu międzywojennym zwane było Zaułkiem Literackim. To właśnie na tej niewielkiej uliczce zlokalizowana była większość wileńskich księgarń. Pomysł z upamiętnieniem literatów w całkiem nowoczesny sposób jest moim zdaniem świetny, choć na obejrzenie wszystkich szczegółów potrzeba grubo ponad godzinę.





Zarzecze


Užupis i proklamowana w 1997 r. Republika Zarzecza - jedno z tych miejsc, które nazywane bywają alternatywnymi, choć dziś z tej alternatywy niewiele już chyba pozostało. Kiedyś jednak nie było tak popularne jak obecnie. Gdy Piotr był służbowo w Wilnie kilka dobrych lat temu, litewscy gospodarze zabrali całą grupę właśnie do jednej z restauracji za Wilejką. Oprócz nich z cudzoziemców była tylko grupa Niemców. 




Już w okresie międzywojennym była to dzielnica artystów, nazywana czasami wileńskim Montmartre'm. W latach 1934–1936 mieszkał tu Konstanty Ildefons Gałczyński, którego fragment "Ballady ślubnej", ten o stangrecie, karecie i trenie, wybraliśmy równo dziesięć lat temu na motto naszych zaproszeń ślubnych, a teraz właśnie w Wilnie postanowiliśmy nieco awansem świętować nasze cynowe gody. Dziś Gałczyńskiego upamiętnia odbity na chodniku szablon z cytatem w języku litewskim i polskim (podobne, choć głównie autorów litewskich, znajdują się w różnych miejscach całej stolicy). 



I jeszcze dwa-trzy lata temu kręcili się tu głównie artyści i inne niebieskie ptaki. Dziś miejsce polecane jest przez niemal wszystkie przewodniki, także ten, który portal booking.com wysyła gościom po dokonaniu rezerwacji w Wilnie.

I choć przez dzielnicę przetaczają się grupy z przewodnikami, a w restauracji w środku długiego weekendu może zabraknąć niektórych potraw z cepelinami na czele (bo... no wiecie, jest teraz mnóstwo wycieczek z Waszego kraju...), to i tak jest ona wciąż bardzo interesująca. Užupis ma symbolicznego premiera, rząd, prezydenta i konstytucję spisaną w 38 punktach w różnych językach, która w postaci lustrzanych tablic wisi na murze przy ul. Paupio. Jest też lokalna poczta, która jest jednocześnie galerią sztuki.







Można tu znaleźć także nieco street artu. Nigdy nie traktowałam szczególnie poważnie vlepek jako równoprawnej formy sztuki ulicznej, a Wilno zdaje się je szczególnie lubić, bo znaleźć je można dosłownie wszędzie. 




Niektóre z charakterystycznych dotąd dla dzielnicy miejsc są w trakcie rewitalizacji i zniknął ich niepowtarzalny klimat. Na parterach kamienic urządziło się mnóstwo modnych kawiarni, ale takich nieco już plastikowych, powielających schematy. Mimo to zdecydowanie warto odwiedzić Zarzecze, bowiem samo w sobie jest ono jednym z najbardziej malowniczych zakątków Wilna.





Zaułki Nowego Miasta


Odniosłam wrażenie, że życie towarzyskie młodych mieszkańców Wilna toczy się głównie w pubach i klubach Nowego Miasta, nieco mniej obleganego niż Zarzecze.



Tu także, przy ul. Kauno znalazłam całkiem współczesny polski akcent: mural znakomitego streetartowego duetu Chazme i Sepe z 2015 r. Wilno jest bowiem organizatorem corocznych festiwali sztuki ulicznej.




Po sąsiedzku, w dawnym socrealistycznym Pałacu Kultury Pracowników Kolejowych, rozgościł się młodzieżowy kompleks Kablys (co tłumaczy się jako Hak lub Wielki Hak - taki motyw pojawił się nad wejściem do budynku, jego autorem jest rzeźbiarz Mindaugas Navakas) skrywający zadaszony skatepark, hostel, klub nocny oraz pub. Odbywają się tam liczne koncerty i imprezy kulturalne, zaś nieco industrialny wystrój wnętrza dość mocno, ale ciekawie, kontrastuje z pierwotną architekturą budynku.





Kawałek za budynkiem znajduje się pomnik... kota. Ma właściwie dwie nazwy: Litewska Ballada lub po prostu Kot. Rzeźba poświęcona jest pisarce Jurdze Ivanauskaite, która poprosiła rzeźbiarza Kseniję Jaroševaite o stworzenie pomnika dla anioła kotów. Rzeźba jest bardzo sympatyczna, a jej celem jest wywołanie uśmiechu u przechodniów. W moim przypadku się udało!



Miasto uśmiechniętych aniołów


Wiele miast kreuje współczesne symbole, z którymi chciałoby być kojarzone. Doskonałym przykładem są wrocławskie krasnale. Wilno zaś ma anioły... uśmiechnięte anioły. Nie znalazłam ich bardzo wiele, bo i specjalnie nie szukałam, ale te, które rzuciły mi się w oczy nastroiły mnie bardzo pozytywnie. Bo ja właśnie takie miasta lubię najbardziej, nienapuszone, nie do końca poważne, które bawią się swoją przestrzenią, dając przy tym trochę rozrywki mieszkańcom i przyjezdnym. No bo kto nie uśmiechnie się na widok takiego anioła?




Trudne czasy minione


Jednak Wilno, jak niemal każde miasto, szczególnie wschodniej Europy, ma i swoje mroczne strony. Nigdy nie opuszcza mnie myśl, że tak przeze mnie lubiany powojenny modernizm powstawał w bardzo trudnych czasach, w których wielu ludzi straciło życie z powodów politycznych i że często był to okres terroru i strachu.

Wilno o tym także pamięta i w budynku dawnej siedziby, najpierw Gestapo, potem NKWD i KGB, urządzono Muzeum Ofiar Ludobójstwa. Sam gmach sięga końca XIX w. i wzniesiony został w czasach carskich z przeznaczeniem na siedzibę sądu, jednak od czasów II wojny światowej okrył się niechlubną sławą, gdyż w jego piwnicach urządzono więzienie i miejsce przesłuchań, z którego korzystali kolejni okupanci. W latach 1944-1960 zostało tam straconych ponad 1000 więźniów. Na ścianach budynku wyryto ich nazwiska.




Punkty widokowe: baszta Giedymina i Subačiaus


Na koniec warto spojrzeć na Wilno z góry. Nie jestem jakąś specjalną fanką punktów widokowych, jednak to z tej perspektywy najlepiej widać, jak miasto się rozrasta i jak historyczną Starówkę otaczają współczesne dzielnice biurowców i osiedli mieszkaniowych. Tym razem nie starczyło nam już czasu, by zajrzeć w te bardziej współczesne części Wilna. Jest za to powód, by znów tam wrócić.











Czas w ciągu tych czterech dni nieco przeleciał nam przez palce. Potrzebowaliśmy się wreszcie porządnie wyspać (tak wiem, że w podróży szkoda na to czasu, ale co ja poradzę na to, że w hotelowym łóżku, w wykrochmalonej pościeli śpi się jakoś lepiej), a potem nieśpiesznie powłóczyć się ulicami miasta. Jest jeszcze wiele miejsc, które bardzo chciałabym w stolicy Litwy zobaczyć i mam nadzieję, że nie była to moja ostatnia wizyta w tym mieście, bo Wilno skradło moje serce.