poniedziałek, 15 maja 2017

Kirkut w Tarczynie

Trochę mnie zmroziło, gdy w Internecie jakiś czas temu zobaczyłam zdjęcia z cmentarza żydowskiego w Tarczynie, który stał się... nielegalnym wysypiskiem śmieci. Nieliczne macewy i ich fragmenty ledwo wystawały spomiędzy niebieskich worków na śmieci, plastikowych butelek po napojach, czy rozmaitego rodzaju gruzu z rozbiórek domów.

Do wybuchu II wojny światowej ludność żydowska stanowiła około połowę mieszkańców Tarczyna (według spisu powszechnego z 1921 r. spośród 2526 mieszkańców, 1427 miało pochodzenie żydowskie). Działała synagoga i mykwa. Dziś miasto wydaje się całkiem o tym nie pamiętać. Na oficjalnej stronie internetowej miasta i gminy próżno szukać choćby wzmianki o mieszkańcach wyznania mojżeszowego. Nie wspomina o nich zakładka poświęcona historii, a wśród wymienionych zabytków nie przeczyta się ani słowa na temat kirkutu, choć sporo miejsca poświęcono katolickiej nekropolii parafialnej, a przecież miejsca spoczynku mieszkańców Tarczyna, choć różnych wyznań, znajdują się w odległości kilkuset metrów od siebie. Miasto jest za to dumne z tego, że przed wojną przez jakiś czas mieszkała tu Irena Sendlerowa, która z narażeniem życia wynosiła żydowskie dzieci z warszawskiego getta.



Znajdujący się na obrzeżach Tarczyna (przy ul. Długiej, która odchodzi od ul. Mszczonowskiej mniej więcej vis a vis cmentarza rzymskokatolickiego) kirkut został znacznie zniszczony przez Niemców w czasie II wojny światowej. Większość macew porozbijano. Po wojnie teren zaczął zarastać. Lata zapomnienia, przyroda i ludzki brak wrażliwości dopełniły dzieła, bowiem mimo tablicy z informacją o zakazie zaśmiecania, miejsce stało się nielegalnym wysypiskiem wszelkiej maści odpadów.



Na szczęście znaleźli się ludzie, którym los cmentarza i pamięć o tych, którzy zostali na nim pochowani nie były obojętne. W ubiegłym roku wolontariusze skupieni w dwóch społecznościach na Facebooku (Obserwator Tarczyński i Okruchyhistorii.pl) zapoczątkowali akcję porządkowania kirkutu. Wszystko przy zachowaniu wytycznych sprzątania cmentarzy Komisji Rabinicznej do Spraw Cmentarzy i Holocaustu. Porządki są kontynuowane w tym roku (kolejny etap już w najbliższą sobotę o godz. 9:30). Wycięto także drzewa.



Dzięki pracom porządkowym udało się odsłonić kilkanaście macew. Na niektórych zachowały się przykłady symboliki nagrobnej, ale większość przetrwała jedynie we fragmentach. Sporo z nich zapewne zostało rozkradzionych. Na terenach ubogich w piaskowiec, z którego często wykonywane były żydowskie nagrobki, z macew robiono m.in. tarcze szlifierskie, czy żarna. Na tarczyńskim kirkucie można zobaczyć jeden przykład nagrobka zbezczeszczonego w ten sposób i nie jest to wcale odosobniony przypadek, choć ten jakimś cudem wrócił na swoje miejsce. Fotograf Łukasz Baksik przez kilka lat (2008-2012) jeździł po Polsce i fotografował macewy wykorzystywane w ten sposób. Powstała z tego bardzo ciekawa wystawa (i album) pt. "Macewy codziennego użytku", którą zobaczyć można było w Warszawie, Krakowie i w Mińsku na Białorusi.



Mniejsze i większe kawałki płyt nagrobnych można zobaczyć na niemal całym terenie kirkutu. Trzeba patrzeć pod nogi, bo niektóre ledwo wystają spod ziemi. Trzeba także uważać na pnie świeżo usuniętych drzew, które, zgodnie ze wspomnianymi wytycznymi sprzątania cmentarzy żydowskich, zostały obcięte tuż przy ziemi, bowiem wyrywanie drzew i krzewów z korzeniami jest zabronione.














Cmentarz powoli odzyskuje charakter nekropolii, choć wiele jest jeszcze do zrobienia. Najważniejsze, że udało się usunąć zalegające sterty śmieci, które mieszkańcom Tarczyna wystawiały niezbyt pochlebną opinię. Warto byłoby teraz także wspomnieć o kirkucie wśród zabytków polecanych turystom odwiedzającym miasto.   

sobota, 13 maja 2017

Bałkany od kuchni. Co i gdzie zjeść

Zimny podmuch wiatru sprawił, że zasunęłam kurtkę pod samą szyję, chyba tylko po to, by chwilę później rozpinać ją w ostrych promieniach majowego słońca przebijającego się przez chmury. Majówka i pierwszy tegoroczny grill. Pogoda płatała figle, ale mazowiecka wieś rozśpiewana była ptasimi trelami, a na ruszcie skwierczało mięso i warzywa. I pomyśleć, że jeszcze do niedawna nie przepadałam za grillowaniem. Przygotowywane w ten sposób potrawy doceniłam dopiero, gdy zaczęłam podróżować po Bałkanach.

Skara, bałkański grill. Przyrządza się na nim niemal wszystko: od piersi kurczaka przez rozmaite potrawy z siekanego lub mielonego mięsa, z najbardziej znanymi jak pljeskavica przypominająca nieco popularne w Polsce i w Europie Zachodniej burgery, czy ćevapi (ćevapčići) przyjmujące postać niewielkich kiełbasek, aż po ryby, owoce morza i warzywa, choć kuchnia bałkańska jest głównie mięsna, raczej tłusta i ciężka. Nieodłącznym dodatkiem do mięs są sosy z duszonych warzyw, przede wszystkim z bakłażana i papryki: ajwar (znany praktycznie w całym regionie), lutenica i pindżur (te dwa najczęściej można spotkać w Macedonii). Nie do końca wyczuwam różnice między nimi, ale najbardziej lubię lutenicę, bo zazwyczaj nie jest tak bardzo rozdrobniona jak ajwar, warzywa pokrojone są w nieco większe kawałki.

Mix mięs z grilla i sałatka szopska, Serbia

Pindżur, Macedonia

Popularne są też wszelkiego rodzaju zapiekanki, z musaką na czele i dania jednogarnkowe, np. mućkalica czy baranina/jagnięcina duszona w kociołku wraz z warzywami.

Musaka, Albania

Mućkalica, Bośnia i Hercegowina

Duszona baranina, Macedonia

Wegetarianin na Bałkanach też da sobie radę, choćby dzięki wszechobecnej sałatce szopskiej, czy wspomnianym grillowanym warzywom oraz burkom, które są rodzajem placków z nadzieniem, najczęściej z sera solankowego lub szpinaku, ale występują także w wersji z mięsem mielonym. W Bośni i Hercegowinie każdy rodzaj takiego placka ma swoją własną nazwę, uzależnioną od rodzaju farszu, np. sirnica z serem, zeljanica ze szpinakiem.

Sałatka szopska, Serbia

Grillowane warzywa, Albania

No i kawa! Bez niej Bałkany nie byłyby Bałkanami. Kawiarnie, mniejsze i większe, są w każdym mieście, mniejszym i większym. Jedne nowoczesne, z kawą z ekspresu, inne tradycyjne, gdzie przy niziutkich stoliczkach popija się kawę tradycyjnie gotowaną w dżezwie, spadek po osmańskim panowaniu na tych terenach. I taką właśnie lubię najbardziej, choć czasami bywa dla mnie za słodka.

Kawa parzona w tradycyjny sposób, Macedonia

W niemal wszystkich krajach szeroko rozumianych Bałkanów większość potraw jest bardzo podobna. Różnice lokalne występują najczęściej w kuchniach pogranicza lub tam, gdzie swoje wpływy pozostawiły kolejne protektoraty. Zapraszam zatem na kulinarny przewodnik po bałkańskich smakach. 

SERBIA

Moja przygoda z kuchnią bałkańską zaczęła się w Serbii. Droga była wąska, malowniczo przecinała góry wijąc się między skałami, wpadając w wydrążone w nich tunele, raz po raz chowając się pod skalnymi nawisami, które człowiek wykuł w kamieniu, by móc łatwiej się przemieszczać. Minęliśmy bułgarsko-serbskie przejście graniczne. Do Niszu, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg, był jeszcze kawałek, popołudnie już późne, dzieciaki zmęczone i głodne. I nagle w tym surowym krajobrazie zobaczyliśmy niewielki przydrożny bar, który przycupnął nad brzegiem strumienia i który na tym pustkowiu honorował płatności w euro!

Było wszystko, czego było nam trzeba: pstrąg z górskiego potoku i dania mięsne dla chłopaków (pljeskavica, która właśnie w Serbii jest chyba najsmaczniejsza i piersi z kurczaka). Mężczyzna w średnim wieku, który prowadził bar, zapytał, czy nie chciałabym spróbować marynowanej pikantnej papryki, serbskiej specjalności. Chciałam. 





Tamtego dnia na serbskim odludziu uświadomiłam sobie trzy rzeczy: że uwielbiam bałkańskie potrawy z grilla, że dla naszej rodziny doskonale sprawdzają się półmiski dań z tegoż, które serwowane są chyba w każdej serbskiej restauracji (możecie być pewni, że jak zamówicie taki, co w karcie opisany jest jako dla dwóch osób, to najecie się czteroosobową rodziną; w zestawie zazwyczaj są też ziemniaki) i że bez tej papryki, najpierw grillowanej, potem marynowanej wraz z czosnkiem nie będę umiała już żyć. 





Oprócz półmiska grillowanych mięs, warto zamówić także zestaw meze, czyli bałkańskich przekąsek. W Serbii na takim znajdzie się suszona wołowina, ser kajmak (przypominający nieco naszą bryndzę), kawałki burka, smażone w głębokim tłuszczu skwarki ze słoniny, znane mi wcześniej z Węgier oraz różne rodzaje past do pieczywa.



Miejsca, które polecam

Lokalizacji wspomnianego przydrożnego baru chyba nie uda mi się odtworzyć, ale śmiało mogę zarekomendować inny, tym razem na północy Serbii, kilkanaście kilometrów od granicy z Węgrami (przejście Horgoš – Röszke) - bar przy motelu Mandić (Postanski fah 107, Vrbas). Serwują tam chyba najlepszą pljeskavicę, jaką jadłam na całych Bałkanach. Dostaje się kotlet w bułce, a dodatki są w wystawione w części samoobsługowej i można dobrać sobie według własnych preferencji.

Dobrze zaopatrzone w lokalną kuchnię są bary sieci stacji benzynowych Eko (restauracje Olympus Plaza), w których zje się i sałatkę szopską, i pljeskavicę (z grilla, oczywiście), i... jajo na oko smażone na blasze na śniadanie!

W Niszu polecam kafanę Galija. Oficjalnie znajduje się przy ulicy Nikole Pašića 35, ale najlepiej wejść w równoległy do niej pasaż wyłączony z ruchu, który jest zagłębiem kawiarnianych i restauracyjnych ogródków. Galija ma również stoliki wystawione na świeżym powietrzu właśnie z tamtej strony. Kuchnia oczywiście serbska.

W Belgradzie dobrze karmią w Manufakturze (to jedno z tych modnych miejsc, gdzie nad głowami wiszą kolorowe parasole, a niektóre stoły zrobione są z... beczek i gdzie serwuje się dania tradycyjne, ale podane w nowoczesnej formie; ul. Kralja Petra 13-15) oraz w restauracji Dwa Jelenie (Dva Jelena) przy artystycznej uliczce Skararlija (nie da się stamtąd wyjść głodnym, kuchnia prawdziwie serbska).

BOŚNIA I HERCEGOWINA

W sarajewskiej Baščaršiji można dostać zawrotów głowy od kolorów tkanin, blasku złota i kamieni szlachetnych oraz dolatujących z każdej strony zapachów smażącego się na grillach mięsa, świeżo krojonej cebuli, czosnku i kawy. W stolicy Bośni i Hercegowiny nie trzeba szukać wystawnych restauracji, by smacznie zjeść. Najlepiej zdać się na węch. Albo usiąść przy którymś ze stoliczków wystawionych przed jeden z niewielkich barów na tureckiej Starówce. Te bary, których w tej części Sarajewa jest mnóstwo, to ćevabdžinice. Serwują typową kuchnię bośniacką, przede wszystkim ćevapi lub sudžukice (trochę przypominające nasze cienkie białe kiełbaski) wraz z podgrzewaną na grillu bułką lepinją oraz drobno posiekaną świeżą cebulą i musztardą, ewentualnie z popularnym w tej części Bałkanów (poza Bośnią i Hercegowiną także w Serbii i Czarnogórze) serem kajmak. Dania serwowane są na... metalowych talerzach (tradycyjnie na cynowych).





Warto spróbować także tutejszych wędlin, szczególnie z suszonej wołowiny.

A po posiłku obowiązkowa kawa z dodatkiem mega słodkiego rahat lokum (u nas znanym jako rachatłukum). Na terenie Baščaršiji można znaleźć sklepiki, które specjalizują się w domowym wyrobie tylko tych słodyczy.



Miejsca, które polecam w Sarajewie

Usiedliśmy w pierwszej z brzegu ćevabdžinicy w Baščaršiji i wszystko było bardzo smaczne. Trzeba pamiętać, że jest to muzułmańska dzielnica, więc w większości barów nie serwują alkoholu, za to jogurt do grillowanych mięs pasuje idealnie! Zimnego piwa można się napić raczej w typowo turystycznych miejscach i na obrzeżach Starówki. 

Browar Sarajewsko (Sarajevska Pivara, ul. Franjevačka 15) - tam lokalnego piwa można napić się bez wyrzutów sumienia, a przy okazji jest też restauracja Pivnica HS serwująca bardzo przyzwoite dania kuchni bałkańskiej, choć ja mimo wszystko wolę klimat bośniackiego street foodu.

Ciekawym miejscem jest Inat Kuća (ul. Veliki Alifakovac 1) - dom znany z tego, że przez upór swojego właściciela był kilkakrotnie, na koszt państwa austro-węgierskiego, przenoszony z jednego na drugi brzeg rzeki Miljacki. Samo słowo "inat" w języku bośniackim oznacza rodzaj siły woli, co dość dobrze obrazuje historię budynku. Mieszcząca się w nim dziś restauracja doskonale karmi tradycyjną kuchnią.

CZARNOGÓRA

W Czarnogórze byliśmy tylko przejazdem w drodze z Sarajewa do Albanii. Ale tak się złożyło, że ten krótki kawałek drogi przyszło nam pokonywać w porze obiadowej. Zajazd Mustuluk w miejscowości Danilovgrad wyglądał przyzwoicie i stał przy nim... radiowóz. To dawało nadzieję, na dobrą, lokalną kuchnię. Nie zawiedliśmy się! Kuchnia była głównie miksem serbskiej z bośniacką, bo były i moje ulubione papryki marynowane (Czarnogóra była pierwszym miejscem poza Serbią, gdzie je serwowano) i ćevapi z kajmakiem, które tak bardzo kojarzą się z kuchnią bośniacką. Do tego przepyszna duszona baranina. Porcje ogromne! Jedną spokojnie najedzą się dwie dorosłe osoby, nie mówiąc o dzieciach, a my zmówiliśmy... cztery. Ciężko było potem znów wsiąść do samochodu!




MACEDONIA

O kuchni macedońskiej kilka słów skreśliłam już na moim drugim, kulinarnym blogu. Kuchnia macedońska, choć oczywiście znaleźć w niej można większość typowo bałkańskich klasyków, ma dość dużo wpływów bułgarskich z uwagi na kulturową bliskość obu narodów. To choćby papryki faszerowane serem solankowym, czy sarma, czyli mówiąc po naszemu gołąbki, tyle, że w liściach winogron (popularne też w kuchni rumuńskiej i greckiej) oraz jogurtowo-ogórkowy chłodnik tarator. Mam jednak wrażenie, że kuchnia macedońska jest nieco lżejsza niż kuchnia pozostałych wspomnianych krajów, bardziej już południowa. 




Ciekawostką było dla mnie, że obok popularnej na całym półwyspie sałatki szopskiej, Macedonia ma własną, sałatkę macedońską, z przewagą pomidorów i z pieczoną lub grillowaną papryką.

Sałatka szopska

Sałatka macedońska

Najbardziej jednak charakterystyczne dla tego niewielkiego kraju potrawy to tavče gravče i turli tava. Pierwsza to fasola zapiekana z sosem pomidorowym, ale nie przypominająca wcale naszej fasolki po bretońsku. W ulicznych barach często dodaje się do niej ćevapčići, zamawiane na sztuki. Turli tava z kolei to duszone warzywa, wśród których musi znaleźć się charakterystyczna dla tego regionu okra. Potrawa występuje w wersji jarskiej lub z dodatkiem mięsa, najczęściej jagnięciny, wołowiny lub cielęciny. Poza Macedonią danie przypominające turli tavę jadłam także w Albanii.





Miejsca, które polecam

W Skopje najlepiej skosztować potraw z ulicznych barów na starym tureckim bazarze zwanym Starą Czarsziją. Także w tej części miasta jedna restauracja z lokalną kuchnią urządziła się na terenie dawnego zajazdu Kapan An. Nosi nazwę Beerhouse An i serwuje praktycznie wszystkie miejscowe przysmaki z dala od zgiełku dzielnicy.

W Ochrydzie koniecznie trzeba zajrzeć do restauracji Damar (ul. Kosta Abrash) vis a vis cerkwi Św. Zofii, choćby z powodu jedynej w swoim rodzaju zupy rybnej z dodatkiem ikry, ale także pysznej baraniny i innych macedońskich klasyków.

ALBANIA

Kuchnia albańska najbardziej przypomina chyba macedońską, ale ma też sporo naleciałości greckich - tym bardziej widocznych, im bliżej granicy. Większość czasu w tym kraju spędziliśmy nad brzegiem Morza Jońskiego, w Epirze, delektując się rybami i owocami morza, ale nasze dzieci oczarowało także mięso Jahni - danie z wołowiny w sosie pomidorowym. Nie mam pojęcia, czy znane jest w całej Albanii. Mi skojarzyło się przede wszystkim z dość specyficzną kuchnią wyspy Korfu, gdzie popularne jest podobne danie o nazwie pasititsada. Epir, podobnie jak Korfu, był pod panowaniem weneckim i być może wołowina Jahni, podobnie jak pastitsada, to pozostałość z tego okresu. W jednej z restauracji znalazłam też mięso z okrą, które bardzo przypominało macedońską turli tavę.

Wołowina Jahni, wariant z makaronem

Wołowina Jahni, wariant z frytkami

Wołowina z okrą przypominająca macedońską turli tavę

Miejsca, które polecam

Nie polecę żadnej restauracji w Tiranie, bowiem jedna z droższych w stolicy dość mocno nas rozczarowała (zamówiliśmy jak zwykle półmisek mięs z grilla i były twarde), więc nazajutrz wybraliśmy pizzerię. 

W Beracie jedliśmy w restauracji na wzgórzu zamkowym urządzonej w jednym z tradycyjnych albańskich domów. Kuchnia typowo bałkańska, ale dość przeciętna. Podobne było w dwóch restauracjach, które odwiedziliśmy z Sarandzie.

Za to w Ksamilu śmiało mogę zarekomendować restauracje Korali, Guvat i Brothers, o których więcej pisałam już w poście poświęconym temu kurortowi.

W trakcie podróży staramy się jeść przede wszystkim dania występujące lokalnie, najbardziej charakterystyczne dla odwiedzanych przez nas miejsc. Nie znaczy to oczywiście, że nie zaglądamy do restauracji z kuchnią międzynarodową, czy pizzerii. Spośród takich lokali śmiało mogę polecić restaurację Sofa w Belgradzie urządzoną w tzw. Beton Hali, czyli przedwojennych magazynach kapitanatu Żeglugi Dunajskiej oraz restaurację hotelu Pelister w centrum Skopje.

Dziś znów mam w planach grillowanie, a z kuchnią bałkańską spotkam się ponownie za niewiele ponad miesiąc.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Warszawa przyłapana... w kwietniu 2017

O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy można by dyskutować godzinami i napisano na ten temat pewnie niejedną rozprawę naukową. Ale temat wraca do mnie jak bumerang właściwie każdego roku, gdy w okresie jednych i drugich przemierzam ulice Warszawy. W grudniu miasto wydaje miliony na świąteczne iluminacje. Centra handlowe prześcigają się w bogactwie ozdób, by przyciągnąć klientów, którzy zostawią fortunę kupując gwiazdkowe prezenty. Wielkanoc jest w przestrzeni miasta prawie niezauważalna. Bo nie idą za nią pieniądze. Zresztą to przecież żadne święta, tylko kolejny długi weekend. Gdzieś tam mignie tylko dmuchany zająć znanego producenta czekolady, wszak słodycze, czy to w postaci Mikołajów, czy czekoladowych jajeczek sprzedają się tak samo dobrze (nad Wisłę dotarła już moda na szukanie wielkanocnych słodkości w ogrodach, czy w zakamarkach meblościanek). I w tym całym nie-świątecznym mieście bardzo miło zaskoczył mnie Plac Grzybowski, gdzie krótko przed Wielkanocą wpadłam na chwilę sfotografować mozaikę na wyburzanym budynku Teatru Żydowskiego. Pośrodku placu moim oczom ukazała się wielka pisanka w szklanym pudle chroniącym ją przed wilgocią. Okazało się, że to inicjatywa wieżowca Cosmopolitan. Pisankę zaprojektował Andrzej Pągowski, a do dekorowania zaproszone zostały dzieci z jednego z domów dziecka, celebryci mieszkający w wieżowcu oraz uczniowie szkoły podstawowej stojącej po sąsiedzku. Jajo miało być potem przedmiotem licytacji, z której fundusze zasilą budżet wspomnianego domu dziecka. Świetna inicjatywa charytatywna, a przy okazji i trochę świątecznej estetyki na tym małym skrawku Warszawy.





Miasto o wiele poważniej niż do Wielkanocy, podeszło do wiosennych porządków i ukwiecenia Warszawy. Na pasach zieleni pomiędzy nitkami jezdni zakwitły tulipany. A w Gablotce Mirelli zakwitły maki. Simonkę zastąpiła Calineczka.



W ogóle sporo się działo w street arcie. NeSpoon utkała nową koronkę na murze Norblina. To jedna z jej najciekawszych prac w Warszawie. Powstała na nieco zardzewiałych metalowych drzwiach, dzięki czemu przez samą koronkę przebija intensywnie rudy kolor doskonale współgrający z fragmentami muru, gdzie odpadł tynk odsłaniając surowe cegły. Kwintesencja Norblina, jednego z moich ulubionych miejsc w Warszawie.



Na stołecznych murach pojawiły się też zdjęcia. Czarno-białe, drukowane na zwykłym papierze na drukarce. Znalazłam je na Placu Unii Lubelskiej, koleżanka podpowiedziała mi, że są też przy Wareckiej, inni trafili na nie także w innych miejscach. Już wcześniej widziałam podobną akcję, na studziennym podwórku kamienicy przy Pańskiej 100a, zanim wejście zostało zamknięte na głucho. Zdjęcia, które na stołecznych murach pojawiły się teraz są bardziej sugestywne, pobudzają wyobraźnię i prawie zmuszają do tego, by zatrzymać na nich wzrok. Muszę znaleźć więcej miejsc, gdzie wiszą.








Nawet tegoroczna, siedemdziesiąta czwarta rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim została uczczona streetartowo! Na murkach otaczających placyk przy wyjściach z metra przy stacji Centrum, przez młodsze pokolenie zwanym patelnią, pojawiły się nieco komiksowe czarno-białe portrety bohaterów powstania, z jedynym kolorowym akcentem w postaci żonkili kojarzonych w ostatnich latach z tą smutną rocznicą. Autorem murali jest Andrzej Wieteszka. Patelnia jest najbardziej tymczasową galerią street artu w Warszawie, który w tym miejscu ma być rodzajem społecznej reklamy pojawiającej się na chwilę, aby zwrócić na coś uwagę. Murale z powstańczego getta są jak do tej pory najlepsze ze wszystkich i będzie mi bardzo szkoda, kiedy zostaną zamalowane robiąc miejsce dla następnych. Może warto byłoby pomyśleć, by podobne ozdobiły którąś ze ścian Muranowa?








Choć Muranów już dziś jest zagłębiem street artu, a motyw przypominający o powstaniu w getcie można znaleźć na Nowolipkach. Ale ostatnio osiedle wzbogaciło się o jeszcze jedną ciekawą inicjatywę. Pamiętacie Pawła Czarneckiego, tego od plasterków z serii Do rany przyłóż? Otóż stał się inicjatorem świetnej sąsiedzkiej akcji. W ramach remontu klatki schodowej w jednym z muranowskich bloków, powstała mozaika z odciskami dłoni lokatorów. "Sąsiedzka dłoń", taki tytuł zyskała akcja. Przyłączyło się do niej dziesięcioro sąsiadów. Brawo! Utwierdziłam się w przekonaniu, że Paweł Czarnecki jest jednym z najbardziej kreatywnych twórców na warszawskim streetartowym podwórku.



Większość moich znajomych ewakuowała się już z Warszawy na pięciodniową majówkę. Ja zostałam. Dziś po południu wybiorę się może na reaktywowany po zimie Nocny Market, za którym bardzo tęskniłam (niestety Noce i Dnie przy Burakowskiej z końcem kwietnia zakończyły działalność), a w pozostałe wolne dni zamierzam odkrywać kolejne mniej mi znane okolice stolicy. Oby pogoda dopisała!