czwartek, 17 października 2019

Czas grzybobrań i jesiennych ognisk, czyli za co kocham tę porę roku

Wraz z końcem września z ulic powoli zaczynają znikać kawiarniane ogródki. To znak, że właśnie skończyło się lato. Nie znaczy to jednak, że trzeba zaszyć się w domu pod kocem z kubkiem gorącej herbaty. Wręcz przeciwnie! U mnie to czas aktywności na świeżym powietrzu, właściwie jedyny moment w roku, gdy na chwilę zamieniam miasto na naturę. 

Jesień ma dla mnie smak dojrzałych jabłek i słodkich śliwek zrywanych prosto z drzewa w zdziczałych sadach, ale i zamykanych potem w słoikach, by cieszyć się nimi, gdy mróz będzie malować obrazy na szybach okien. To także smak ziemniaków pieczonych w ognisku, grzybów duszonych przez mamę, czy kań smażonych na maśle. I zapach prawdziwków suszących się na sznurkach nad piecem.



W tym roku wraz z nadejściem jesieni grzyby pojawiły się w lasach na Mazowszu właściwie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wśród moich znajomych (pokolenie czterdziestolatków) niewiele osób zbiera grzyby. Owszem, znają je i jedzą, ale raczej kupują w supermarketach lub na targach. Co ciekawe, większość z nich jako dzieci chodziła z rodzicami na grzybobrania i nawet nie pamiętają, kiedy to się zmieniło. Minęło jednak już na tyle dużo czasu, że obawiają się, że teraz nie potrafiliby już odróżnić grzybów jadalnych od trujących, więc wolą kupić. Część unika lasu, bo boi się kleszczy. Poza tym w dzisiejszym świecie, gdy żyje się szybko, kilkugodzinne, pozornie monotonne przeczesywanie lasu z koszykiem nie jest już chyba na czasie, choć świetnie wpisuje się w modę na slow life. Ja od dziecka chodziłam na grzyby z rodzicami i tak mi zostało. Pamiętam jeden rok, gdy okazało się, że nie uda nam się wygospodarować ani jednego weekendu na jesienny wypad za miasto. Byłam prawie chora z tego powodu. Wtedy Piotr kupił podgrzybki na bazarze i pochował mi je po całym mieszkaniu, żebym mogła urządzić sobie grzybobranie. Do dziś nie wiem, czy wtedy znaleźliśmy wszystkie!




Odkąd urodziły nam się dzieci, i one chodzą z nami do lasu. Teraz chłopcy mają 9 i 11 lat i doskonale rozpoznają podstawowe gatunki jadalne, a ich młode oczy są bezkonkurencyjne! Uczę dzieci zbierać grzyby nie tylko dlatego, by rozróżniały poszczególne gatunki, ale i po to, by dalej z pokolenia na pokolenie tę tradycję pielęgnować. To nasze niematerialne dziedzictwo.



Bo grzyby to przecież jeden z najbardziej znanych i rozpoznawalnych smaków kuchni polskiej (a także litewskiej). W naszej części Europy ich zbieranie to także wielowiekowa tradycja. Szczególnie ważną rolę odgrywały zawsze na wsiach, gdzie dla uboższej części społeczeństwa były urozmaiceniem skromnej diety. Na staropolskich dworach znane były właściwie tylko prawdziwki, smardze i rydze, zaś w XVII w. z Francji przyszła moda na trufle. Chłopi jedli to, co znaleźli, ucząc się rozpoznawania gatunków często z narażeniem życia, ale i korzystając z szerszej gamy tego, co oferował las. 



I choć grzyby kojarzą się przede wszystkim z jesienią, to niektóre gatunki występują już od wczesnej wiosny. Uszak bzowy, którego tylko raz widziałam w Puszczy Kampinoskiej, owocuje już w marcu i przez ludność wiejską chętnie zbierany był na przednówku, zanim ziemia zaczęła wydawać pierwsze płody, kwiecień i początek maja to czas smardzów, które co prawda objęte są ochroną, ale w ostatnich latach nieco złagodzoną i jeśli rosną na terenach ogrodów, upraw ogrodniczych, szkółek leśnych i terenów zielonych, to można je zbierać, czerwiec i początek lipca to już szał na kurki, które lubię szczególnie. Potem, praktycznie aż do końca listopada, można się cieszyć większością popularnych gatunków.



W wielu krajach Europy, szczególnie zachodniej, istnieją zakazy lub ograniczenia zbierania grzybów np. limit wagowy na osobę lub konieczność uzyskania pozwolenia albo wniesienia odpowiedniej opłaty, dlatego to zajęcie nie jest tak popularne. Mniej jest też gatunków dopuszczonych do obrotu handlowego (w Polsce - 47 gatunków, choć jadalnych i zbieranych na własny użytek jest znacznie więcej). Ale dla odmiany np. u naszych południowych sąsiadów, w Czechach i na Słowacji, smardze nie są objęte nawet częściową ochroną i można je zbierać bez limitów!



Używam w kuchni dużo grzybów i nie wyobrażam sobie, żeby nie mieć suszonych do żurku, pierogów, barszczu, czy kapusty wigilijnej, marynowanych do tatara i mrożonych na jajecznicę w środku zimy oraz do sosów do mięs. W naszym koszyku lądują więc zazwyczaj maślaki, prawdziwki, podgrzybki, koźlaki, kurki, kanie, później też opieńki. Głównie te gatunki można znaleźć w okolicach Warszawy. Z tych mniej oczywistych zbieramy też ... muchomory! Bo pewnie nie wszyscy o tym wiedzą, ale nie każdy gatunek muchomora jest trujący. Do jadalnych należą np. muchomor mglejarka (szarawy), czy muchomor rdzawobrązowy, w niektórych regionach Polski pospolicie nazywany panienką. Są bardzo delikatne, łatwo się kruszą, ale marynowane smakują wyśmienicie!










Ale dla nas spacer po lesie to nie tylko koszyki pełne leśnego runa. To także obcowanie z przyrodą, podglądanie jednych z ostatnich motyli, rosy na pajęczynach, odkrywanie kolejnych gatunków owadów i innych mieszkańców leśnych ostępów. Przy okazji to też doskonały zestaw ćwiczeń. Takiej ilości skłonów i przysiadów na bank nie zrobicie w tym czasie będąc w domu! Można się solidnie zmęczyć, ale to raczej typ pozytywnego, konstruktywnego zmęczenia.




W lesie spędzamy zazwyczaj 3-4 godz. przemierzając raptem maksymalnie 4 km, zanim dzieciaki się zmęczą i znudzą. Na końcu czeka nagroda. Ognisko! Bez niego jesienny wypad za miasto się nie liczy. Płomienie przegonią chłód, pozwalając się ogrzać i odpocząć po marszu, ale i przygotować smaczny posiłek. Bo ognisko daje bardzo dużo możliwości! To ukryte w żarze ziemniaki w łupinkach, a nad nimi pieczone w cieple nadziane na patyki pyszne wiejskie kiełbasy. To także możliwość ugotowania lub tylko podgrzania zupy (np. ze świeżych kurek) lub innej gęstej potrawy jak choćby węgierski pörkölt.







To wreszcie fenomenalne kociołki, moje chyba ulubione ogniskowe danie. Nie wiem dokładnie, z jakiej części Polski moda na kociołki przywędrowała na Mazowsze. Większość źródeł podaje tereny dzisiejszego woj. śląskiego (Myszków, Zawiercie), gdzie potrawa nosiła nazwę prażonki lub pieczonki. W naszym menu zaistniały dzięki koledze z Lublina. Danie nie jest skomplikowane, ale trochę pracochłonne. W naczyniu (specjalnym żeliwnym lub w zwykłym aluminiowym garnku) nasmarowanym tłuszczem i wyłożonym liśćmi kapusty układa się naprzemiennie pokrojone w plasterki ziemniaki, marchewkę, wędzony boczek, cebulę i kiełbasę, następnie znów ziemniaki itd. aż kociołek będzie pełny, kolejne warstwy soląc, pieprząc i ewentualnie doprawiając do smaku ziołami (ja uwielbiam rozmaryn). Od góry również trzeba przykryć liśćmi kapusty i dopiero pokrywką. Moja koleżanka, która pochodzi z miejscowości położonej na pograniczu Zagłębia Dąbrowskiego i Małopolski (a więc w rejonie, gdzie najpewniej narodziła się ta potrawa) jako jedną z warstw dodaje też buraki, zaś całość przykrywa najpierw papierem, a następnie darnią (ziemią do góry) i pod taką przykrywką wkłada do ogniska. To bardzo ciekawe, choć nieco pionierskie rozwiązanie. Niezależnie jednak od przepisu i tradycji wykonania, danie jest fantastyczne, cudownie rozgrzewa w chłodne, jesienne dni.











Ognisko może być również fantastyczną alternatywą dla grilla. A to za sprawą rusztu przypominającego barbecue (barbeque). Ruszt stawia się lub wiesza nad płomieniami i na nim można kłaść wszystko to, co zazwyczaj przygotowujemy na grillu: kiełbasy, kaszanki, karkówkę, ryby, żeberka lub warzywa. Potrawy mają jeszcze lepszy smak niż te grillowane, bowiem uzyskują specyficzny "dymny" aromat. 





Na ognisku nie może zabraknąć również słodyczy. Na deser najlepiej nadają się znane szczególnie z amerykańskich filmów pianki marshmallows. Są potwornie słodkie, ciągnące i można się nimi nieźle pobrudzić, ale dzieciaki je uwielbiają. Ja zresztą też.



Pamiętajcie jednak o tym, że ogniska można rozpalać tylko w miejscach specjalnie do tego celu wyznaczonych. Nie można też samodzielnie zbierać w lasach  chrustu, czy gałęzi na ognisko (w świetle prawa jest to wykroczenie i można zapłacić mandat). Zasady korzystania z drewna należy wcześniej ustalić z leśniczym. My mamy to szczęście, że rodzice mają pod Warszawą kawałek ziemi i tam mamy przygotowane miejsce na ognisko.  

Choć dni mają robić się już coraz chłodniejsze, mam jednak nadzieję, że przekonałam Was do wyprawy na grzyby lub chociaż do spaceru po jesiennym lesie. Bo podróże to nie zawsze eskapady do dalekich krain. To także mikrowyprawy lokalne, czas spędzony za miastem, na świeżym powietrzu. Łapcie więc pomysł na najbliższy weekend!

wtorek, 8 października 2019

Czy Zadar to najnudniejsze miasto Dalmacji? Nie sądzę!

- Mamo, czy one zawsze tak fałszują? - chłopaki zatkali uszy zbliżając się do Morskich Organów. Najwyraźniej mieli nadzieję, że natura zagra im co najmniej coś na miarę kompozycji Bacha, czy Vivaldiego. 

Usiedliśmy na stopniach, wsłuchując się w melodię, którą akurat miał ochotę skomponować dla nas Adriatyk i czekając na Piotra, który poszedł dopłacić za parking*. Wcześniej tyle się naczytaliśmy, że Zadar to takie nudne miasto, że zdecydowanie go nie doceniliśmy i zaplanowaliśmy zbyt krótki czas na zwiedzanie. W skali Chorwacji nie uchodzi on bowiem za ładny i ciekawy. Dla nas jednak było to pierwsze ze znanych miast Dalmacji, które odwiedziliśmy i nie mieliśmy go jeszcze do czego porównać, zupełnie jak w przypadku Utrechtu w Holandii. Należę do osób, które przede wszystkim widzą pozytywy. Więcej klimatu odnajduję zazwyczaj w obdrapanych ścianach, czy "zapyziałych" podwórkach choćby Mariboru, czy Ołomuńca niż w wymuskanych, odpicowanych, kapiących przepychem barokowych rezydencjach Wiednia. I często miejsca uznane przez innych za pospolite, dla mnie są bardziej interesujące niż oklepane atrakcje turystyczne. Zadar doskonale wpisał się w tę regułę!



Nie ma tu szczególnie imponujących zabytków, bowiem miasto było w czasie II wojny światowej poważnie zniszczone, w zależności od źródła, w 60 do nawet 80%. To dlatego mówi się, że w Zadarze nie ma Starego Miasta w ścisłym tego słowa znaczeniu. Przeważa kamienna zabudowa pamiętająca czasy panowania weneckiego, ale można znaleźć też pamiątki z czasów rzymskich, gdy miasto przeżywało rozkwit dając też początek obecnemu układowi ulic i lokalizacji kościołów, które często wznoszono w miejscach, gdzie wcześniej czczono pogańskie bóstwa. W oczy od razu rzucają się jednak także akcenty modernistyczne. Po wojnie trwała burzliwa dyskusja, czy Zadar odbudować w przedwojennej postaci, czy postawić na nowoczesny minimalizm. Brzmi znajomo? Warszawa w tym czasie stała przed podobnym dylematem. Modernistyczne budynki na cienkich kolumnach to kompromis, jaki udało się wypracować. I to one w dużej mierze budują niepowtarzalny klimat tutejszej starówki. 



Najbardziej turystyczna część o eklektycznej zabudowie, ale i z największym nagromadzeniem zabytków (których jak na taką skalę zniszczeń wcale nie jest tak mało) znajduje się na niewielkim półwyspie, na który dostać się można pieszą kładką lub objeżdżając zatokę. My zostawiliśmy auto pod Bramą Nową (przebitą w dawnych murach obronnych dopiero w 1931 r.), od której prosta droga wiedzie na Plac Ludowy (Narodni trg), latem niemal w całości zastawiony restauracyjnymi i kawiarnianymi ogródkami, ale takimi, jakie lubię najbardziej, z jednolitymi, stonowanymi, nie rzucającymi się w oczy (nawet, jeśli znajdują się na nich logotypy producentów napojów) parasolami i niemal identycznymi stolikami i krzesłami, że czasem ciężko zgadnąć, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga kawiarnia. To od czasów średniowiecznych najważniejszy plac w mieście. Znajduje się tu Ratusz (Gradska Vijećnica) wzniesiony w latach trzydziestych XX w., renesansowy budynek Straży Miejskiej (Gradska Straža) z charakterystyczną wieżą zegarową, czy barokowa loggia miejska z XVI w. (Gradska Loža), ale z nowoczesnymi akcentami w postaci dużych przeszklonych okien i drzwi, współcześnie pełniąca funkcje wystawiennicze. Mimo tak różnorodnych okresów powstania i stylów architektonicznych, niewprawne oko tego nie dostrzeże. Wszystko do siebie pasuje, tworząc harmonijny układ urbanistyczny.






Niemal po sąsiedzku znajduje się drugi, mniejszy, ale pełen uroku Plac Petra Zoranicia, przy którym również ulokowały się kawiarniane ogródki. Turystów tu jakby mniej, a miejsce jest niezwykłe, nie tylko za sprawą nieco bardziej leniwej, sennej wręcz atmosfery, ale przede wszystkim przez wzgląd na to, co znajduje się pod placem! Przez specjalne szyby wmontowane w płyty, którymi wyłożony jest plac można "podejrzeć" zarys rzymskich willi, na których kolejne pokolenia wznosiły "nowe" miasto. Jeśli tu traficie, patrzcie zatem pod nogi!




Warto tu zajrzeć nie tylko z powodu ciekawostek turystycznych, ale i dla chwili oddechu. Wystarczy pokonać kilkanaście schodów, by z rozpalonego upałem miasta trafić do przyjemnego, zielonego zakątka nieco nad nim górującego. To park królowej Jeleny Madijevki ufundowany w 1829 roku, w czasach, gdy Zadar znalazł się we władaniu Monarchii Austro-Węgierskiej, przez austriackiego dowódcę Barona Franza Ludwiga von Weldena. Wojskowy był namiętnym botanikiem i wielbicielem flory dalmatyńskiej. Warto dodać, że ten publiczny park, otwarty dla całej społeczności miasta, powstał na terenie bastionu Grimaldi, wówczas pełniącego jeszcze funkcje wojskowe! Jest najstarszym publicznym parkiem w całej Chorwacji. Wśród drzew można odetchnąć nieco od żaru lejącego się z nieba w upalny dzień, ale i podziwiać panoramę tej części Zadaru oraz niewielkiego portu Fosa i sąsiadującej z nim Bramy Lądowej. Kiedyś w tym miejscu znajdował się most zwodzony, jedyna droga, którą można było dostać się w obręb murów. Port powstał po jego zniszczeniu. Dziś to miejsce nieco na uboczu, z dala od turystycznego zgiełku i przy okazji jedno z najładniejszych w Zadarze.









U stóp parkowego wzgórza znajduje się Plac Pięciu Studni, bezpośrednio pod którym w czasach weneckich mieściła się cysterna miejska z zapasami wody pitnej dla miasta.




Od Placu Ludowego odchodzi ulica Široka, przez miejscowych zwana Kalelarga (od włoskiego określenia Calle Larga funkcjonującego aż do zakończenia II wojny światowej, co znaczy to samo co chorwacka nazwa Široka ulica, czyli po prostu ulica Szeroka). I choć jej rodowód sięga prawdopodobnie jeszcze czasów rzymskich, to dziś wkracza się nią w zupełnie inny, pozornie tu nie pasujący świat. Ulica została prawie doszczętnie zniszczona w czasie nalotów alianckich w 1943 i 1944 r., do tego stopnia, że ciężko było odtworzyć jej przebieg. Odbudowa trwała aż do lat 60-tych XX w. i to właśnie tu rozgorzał wspomniany spór o styl odbudowy miasta. Dla mieszkańców było to bowiem miejsce szczególne, serce miasta, gdzie chodziło się na randki, ale też arteria łącząca dwa główne place. Obecny wygląd to efekt pracy duetu architektów Bruno Milicia i Božidara Rašicy. Teraz zamiast na randki, przychodzi się tu po zakupy. W przeszklonych salonach na parterach urządziły się głównie butki i sklepy z pamiątkami, choć są też kawiarnie. Podcienia zaś to idealne miejsce dla kolejnych ogródków letnich!





Modernistyczny jest również wzniesiony w latach 1964-72 według projektu Mladena Kauzlaricia gmach Muzeum Archeologicznego, znajdujący się niemal vis a vis katedry Św. Anastazji, której ażurowa dzwonnica majaczy w oddali, gdy idzie się Široką. Muzeum gromadzi zbiory sztuki starożytnej i średniowiecznej.



Lokalizacja placówki nie była chyba wybrana przypadkowo, bo w tej części miasta zobaczyć można chyba największe nagromadzenie zabytków z różnych okresów. Wspomniana katedra Św. Anastazji (Katedrale Sv. Stošije) powstała w XII w., choć w późniejszych wiekach była przebudowywana. Natomiast dzwonnica pochodzi z XV w., ale oryginalny jest tylko pierwszy poziom. Charakterystyczna, neoromańska ażurowa wieża została dobudowana w XIX w. To przy okazji doskonały punkt widokowy. Ma 56 m wysokości, zaś na taras widokowy, który znajduje się 14 m niżej wiedzie 180 schodów. Jednak, gdy wcześniej zdobyło się dwukrotnie wyższą wieżę Domtoren w Utrechcie, ta wcale nie jest straszna! W razie czego maruderów można zostawić w kawiarni u podnóża wieży na lodach. A wejść zdecydowanie warto! Choćby dla przepięknego widoku na czerwone dachy starówki, wody Adriatyku z trzech stron obmywające półwysep, ale i oddaloną nieco część dla mieszkańców, z blokami i całą infrastrukturą potrzebną do życia, wszak to przecież ponad dziewięćdziesięciotysięczne, piąte co do wielkości, miasto Chorwacji!











Po sąsiedzku stoi przedromański kościół Św. Donata (Sv. Donat) wzniesiony na planie okręgu, nieco dalej zaś kolejna świątynia o renesansowej fasadzie i ze strzelistą, ale nieco starszą, bo romańską dzwonnicą, czyli kościół Najświętszej Marii Panny (Sv. Marija) należący do zgromadzenia sióstr benedyktynek od 1066 r. i wciąż działający. Do towarzystwa są jeszcze ruiny rzymskiego forum. To właśnie tu w najbardziej namacalny sposób zobaczyć można historię Zadaru - od czasów starożytnych, przez bizantyjskie, panowanie Wenecjan i Habsburgów, aż po okres całkiem współczesny. Tu jak w soczewce widać jak zmieniały się władze, osiedlały kolejne narody, przesuwały granice, jak niszczycielskie były wojny, ale i jaką siłę mają ludzie, by po kolejnych kataklizmach swój dom wznosić od nowa dla kolejnych pokoleń. To także najbardziej pocztówkowy i chyba najczęściej fotografowany zakątek Zadaru. A lody z widokiem na tyle lat historii i majaczący na horyzoncie Adriatyk smakują jak nigdzie indziej!







Wzdłuż brzegu wiedzie schludna promenada, Riva. Przycupnęły przy niej kramy z wszelkiej maści antykami i rękodziełem, zaś bliżej lustra wody stoiska lokalnych biur podróży organizujących rejsy do pobliskiego Parku Narodowego Kornati. Naganiacze to istni poligloci, bez problemu rozpoznają języki, w których rozmawiają przechodnie, by natychmiast powitać ich w ich rodzimej mowie. Trzeba mieć dużo asertywności, by takiemu odmówić! 




Po całym dniu zwiedzania przyjemnie jest usiąść na schodzących ku morzu stopniach i wsłuchać się w muzykę natury. Wspomniane Organy Morskie (Morske orgulje) i zlokalizowana po sąsiedzku instalacja "Pozdrowienie Słońca" ("Pozdrav suncu") to dzieło architekta Nikoli Bašicia. W schodach zamontowane zostały różnej szerokości rurki zakończone piszczałkami. Gdy fale wtłaczają do niech powietrze, wydobywa się dźwięk, raz przenikliwy jak wiatr hulający w pustym domu, raz nostalgicznie zawodzący jak szlochająca dziewczyna. Można tak siedzieć i słuchać aż do zachodu słońca, które w Zadarze są ponoć najpiękniejsze w całej Chorwacji. Nuda, prawda?




Wieczór to także czas, gdy budzi się "Pozdrowienie Słońca". Instalacja ma postać koła o średnicy 22 m wyłożonego 300 płytkami, pod którymi znajdują się baterie słoneczne ładujące się w ciągu dnia, zaś wieczorami tworzące świetlny spektakl. Niestety nie dane nam było go zobaczyć, ponieważ nie byliśmy w mieście po zmroku, poza tym całość była ogrodzona, a część paneli potłuczona, więc nie wiem nawet, czy działały. Wiem natomiast, że kiedyś chciałabym w tym uczestniczyć!



Nie udało nam się również zajrzeć do Muzeum Szkła Artystycznego gromadzącego zbiory szkła z czasów rzymskich, czyli są już dwa powody by znów odwiedzić Zadar. Polubiłam to miasto, chyba najbardziej z tej garstki miejsc, które odwiedziliśmy w tym roku w Chorwacji. Zobaczyłam w nim... Warszawę. Bo tak jak moje miasto, i Zadar podniósł się z gruzów. Najpierw po II wojnie światowej, potem ze zniszczeń, jakich doznał w czasie wojny po upadku Jugosławii w latach dziewięćdziesiątych XX w. Dziś stara się być nowoczesny, nie oglądać się za siebie, ale iść do przodu. To żaden skansen, ale miejsce, które żyje, przestrzeń, w której kolejne pokolenia po dziś dzień budują niepowtarzalną tkankę miasta. Jeśli zatem gdzieś wyczytacie, że Zadar jest nudny i nic tam nie ma, to ja Wam mówię: jedźcie i przekonajcie się sami, jeśli ja Was jeszcze nie przekonałam. A tak na marginesie, nie ma miejsc, w których nic nie ma! 



*Parkowanie (czerwiec 2019 r.):
I strefa (tuż pod murami miasta) - 12 kn/h
II strefa - 10 kn/h