poniedziałek, 31 grudnia 2018

2018. O tym, że wraz z wiekiem dzieci podróżowanie (i blogowanie) staje się coraz trudniejsze

Coroczne podsumowania kolejnych lat pod kątem podróży piszę nie tylko po to, by liczyć dni spędzone w drodze, czy chwalić się odwiedzonymi miejscami, ale przede wszystkim, by móc z perspektywy spojrzeć na to, jak z każdym rokiem zmienia się nasze podróżowanie. Chłopcy im są starsi, tym robią się coraz bardziej wymagającymi towarzyszami podróży. Są już w takim wieku, że spacery po miastach, czy muzealne ekspozycje zwyczajnie ich nudzą (albo mają przesyt, do czego sami się nieco przyczyniliśmy, bo bywają takie miesiące, że odwiedzamy nawet 6 wystaw w całej Polsce, ale o tym za chwilę). Potrzebują nowych bodźców i wrażeń, więc jeśli muzea, to raczej interaktywne. Póki co wciąż doskonale sprawdzają się wszelkie akweny wodne, choć w tej chwili już bardziej hotelowe baseny, w których można pograć w piłkę wodną niż plaże, gdzie czasami również wieje nudą. W tym roku hitem były też parki linowe, z Parkiem Rozrywki w Julinku na czele.






Od 2017 r. coraz częściej pozwalamy dzieciom samodzielnie decydować o wybieranych kierunkach, szczególnie tych weekendowych. Blog nigdy w założeniu nie miał być poświęcony wyłącznie podróżowaniu z dziećmi i atrakcjom dla najmłodszych, a jednak dzięki ich wyborom takich wpisów pojawia się coraz więcej, bo w takim właśnie kierunku coraz częściej idzie nasza turystyka. Na początku, w listopadzie 2017 r., wybór padł na Toruń z obowiązkową wizytą w Żywym Muzeum Piernika. W tym roku Andrzej na naszą pierwszą zimową eskapadę wybrał Kraków. Gdy w IV klasie zaczął uczyć się historii, w podręczniku przeczytał o ekspozycji w podziemiach pod Rynkiem Głównym. Zwiedziliśmy ją dwa lata wcześniej bez chłopców i już wtedy wiedzieliśmy, że trzeba będzie wrócić tam z nimi, więc długo nie trzeba było nas namawiać. 

Poza tym w Grodzie Kraka ruszyła wówczas monograficzna, olbrzymia wystawa prac Stanisława Wyspiańskiego, więc były już dwa powody, by znów pojawić się pod Wawelem. Bo jak już wspomniałam na początku, kierunki naszych wypraw po Polsce często wyznaczają też muzealne ekspozycje. Miałam 16 lat, gdy po raz pierwszy świadomie pojechałam do innego miasta na wystawę, do Katowic na wspólną ekspozycję twórczości Andrzeja Wróblewskiego i jego matki, Krystyny (Muzeum Śląskie w Katowicach, 1993 r.). W tym roku poza Wyspiańskim, w Krakowie obejrzeliśmy także wystawę poświęconą architektowi Witoldowi Cęckiewiczowi, który zaprojektował modernistyczny hotel Cracovia, zaś wystawa stała się także pretekstem do przyjrzenia się architekturze i detalom powojennego modernizmu w tym mieście. Potem był Białystok i ekspozycja pt. „Plusy i minusy. O elektrowni białostockiej”, a na niej m.in. neon "Iskra" Maurycego Gomulickiego, jednego z moich ulubionych artystów współczesnych. Dopełnieniem były trzy wystawy w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi: "Christian Dior i ikony paryskiej mody z kolekcji Adama Leja", "Metamorfizm" (ekspozycja tkanin Magdaleny Abakanowicz) oraz "Jerzy Antkowiak. Moda Polska".

Wyspiańskiego w Krakowie można oglądać jeszcze do 5 maja 2019 r., ale polecam wybrać się tam na początku roku, w styczniu. W tym roku o tej porze miasto wciąż jeszcze miało świąteczny wystrój i zwłaszcza po zmroku Stare Miasto wyglądało bardzo magicznie, choć śnieg zaczął padać dopiero w dniu naszego wyjazdu. W witrynach ustawionych w różnych częściach Starówki podziwiać można było słynne krakowskie szopki. Barwne, błyszczące i wykonane z niezwykłą precyzją zachwycają od lat. Niedawno, 29 listopada podczas 13. sesji Międzyrządowego Komitetu ds. Ochrony Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego na Mauritiusie zostały wpisane na Reprezentatywną Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO. To pierwszy polski wpis na tę listę.







Ponieważ chłopcy byli w Krakowie pierwszy raz, podążaliśmy w dużej mierze utartymi szlakami, żeby pokazać im, oprócz wspomnianych podziemi pod Rynkiem, także Wawel z grobami królów Polski, czy Smoka Wawelskiego ziejącego prawdziwym ogniem. Ale udało się też zajrzeć w miejsca, w których ja dotąd nie byłam m.in. zwiedzić dzielnicę Podgórze, nieco zaniedbaną, ale za sprawą oddanej niedawno do użytku kładki Ojca Bernatka łączącej na poziomie Podgórza dwa brzegi Wisły, goniącą pod względem atrakcyjności modny Kazimierz. Przeprawa ozdobiona jest popularnymi w ostatnich latach rzeźbami balansującymi. Coraz więcej ich w różnych zakątkach Polski. Wcześniej widziałam je już w Olsztynie koło Częstochowy i w Rabce-Zdrój i choć powoli robią się już nieco oklepane, to dalej bardzo je lubię.









W marcu wpadłam na chwilę do Płocka. Tym razem moim celem było poszukiwanie kuczek, pamiątek po żydowskich mieszkańcach miasta. Na szczęście udało mi się wygospodarować czas także na wizytę w Muzeum Mazowieckim, które ma najpiękniejsze w Polsce zbiory sztuki secesyjnej (i nieco art deco). To jedno z moich ulubionych muzeów w naszym kraju.

Potem, na przełomie kwietnia i maja, był Białystok, głównie za sprawą wspomnianej wystawy, a w ramach atrakcji dla dzieci poszliśmy na przedstawienie do tamtejszego Teatru Lalek. To była nasza pierwsza (przed)majówka od wielu lat. Zazwyczaj staramy się nie wyjeżdżać nigdzie w tym okresie, ale Białystok nie jest miastem typowo turystycznym, więc nie było tłumów, za to pogoda rozpieszczała ciepłem wiosennego słońca pozwalając jeść lody w kawiarnianych ogródkach i nic nie robić w parku przy Pałacu Branickich. Miasto zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jest czyste, zadbane, zielone i jakieś takie... przyjazne do życia. Na deser odwiedziliśmy jeszcze uroczy Supraśl. Takiego właśnie niespiesznego wyjazdu było mi trzeba i właśnie tak powinny wyglądać majówki!




Latem ruszyliśmy w nasz kolejny roadtrip po Europie. Głównym celem była moja wymarzona wyspa Kithira, ale po drodze udało się znów zajrzeć na chwilę do pięknej Suboticy i do uroczego Nauplionu, a w drodze powrotnej odwiedzić Ateny (to też pomysł Andrzeja, bo w programie V klasy jest starożytna Grecja oraz grecka mitologia), a także kolejne macedońskie miasto, Kruszewo, Nowy Sad w Serbii oraz Bańską Szczawnicę. To słowackie miasteczko wpisane na listę UNESCO od dawna było wśród miejsc, które chciałam zobaczyć, jednak okazało się, że tego dnia odbywał się tam akurat doroczny festyn szachowy Štiavnický živý šach (Szczawnickie Żywe Szachy) i było tyle atrakcji, że na cały dzień przepadliśmy wśród kramów z rękodziełem, plenerowych przedstawień, szczudlarzy zaczepiających przechodniów i przepysznych, robionych na miejscu hałuszek. Kulminacją wieczoru była szachowa rozgrywka z udziałem żywych ludzi jako pionków! To wszystko sprawiło, że praktycznie nie zobaczyliśmy miasta. Z jednej strony jestem zła, bo marzyłam o nim od dawna, a z drugiej, to był jeden z najlepszych dni wakacji i bawiliśmy się rewelacyjnie, o czym Wam jeszcze napiszę w oddzielnym wpisie. A Bańskiej Szczawnicy póki co nie skreślam z listy, bo w sumie po tegorocznej krótkiej wizycie czuję się tak, jakbym wcale tam nie była!












A jednak w rankingu miejsc, które odwiedziliśmy w tym roku moim numerem jeden wcale nie jest Bańska Szczawnica, czy przeurocza Kithira (choć skradła moje serce), ale... Łódź, brzydkie kaczątko wśród polskich miast, które jednak z każdym rokiem nabiera coraz więcej łabędzich kształtów. Dość powiedzieć, że w tym roku byliśmy tam dwa razy! Za pierwszym razem sami, latem, gdy Piotrkowska tonęła wśród zieleni, kwiatów i kawiarnianych ogródków. Rozkoszowaliśmy się przepyszną kuchnią restauracji skupionych w OFF Piotrkowska, podziwialiśmy postindustrialne dziedzictwo miasta i zachwycaliśmy się tamtejszym street artem.








Drugi raz pojechaliśmy z dziećmi, w listopadzie. Przekonaliśmy się jak piękna, ale i kapryśna potrafi być polska jesień. Jednego dnia słońce i parki mieniące się całą feerią ciepłych barw, wciąż zachwycająca Piotrkowska, choć bez letnich ogródków już nie tak gwarna, a drugiego dnia - ściana deszczu. Ale i ten nie był zmarnowany, bo spędziliśmy go w EC1, kulturalno-rozrywkowym kompleksie urządzonym w dawnej elektrowni, gdzie nauka łączy się z zabawą i gdzie na nudę nie mogą narzekać ani młodsi, ani starsi.

Byliśmy w Łodzi dwa razy po trzy dni i za każdym razem wyjeżdżałam z przeświadczeniem, że to za krótko i mnóstwo zostało jeszcze miejsc do zobaczenia. Jestem przekonana, że do Łodzi będziemy wracać. 










Ten rok pokazał mi też, że im dzieci są starsze, tym trudniejsze staje się nie tylko podróżowanie, ale i blogowanie. W tygodniu spędzam każdego dnia ok. 10 godz. poza domem. Do tego dochodzi "normalne życie", czyli po pracy pędem do szkoły, by ze świetlicy odebrać młodsze dziecko, potem dać obiad i ewentualnie przygotować posiłek na kolejne dni, pomóc przy odrabianiu lekcji, wyprasować ubrania na następny dzień, a raz w miesiącu dodatkowo dochodzą zebrania w szkole, czy wizyta u logopedy. Finał jest taki, że zazwyczaj do pisania postów siadam ok. godz. 21:00. Czasami jestem już tak zmęczona, że zasypiam nad klawiaturą. Wybaczcie zatem, że zazwyczaj w miesiącu publikuję 3-4 posty, choć materiału mam na znacznie więcej. Po prostu staram się być rzetelna w tym, co robię. I cieszę się, że wymyślono notesy! Bo zdania w głowie układają się w sensowne treści nie nocą po całym dniu orki na domowym ugorze, a bladym świtem w autobusie w drodze do pracy. Dlatego notes i ołówek zawsze mam przy sobie. A tak na marginesie, to jedne z rzeczy, które najczęściej przywożę z podróży. A może chcielibyście post o pamiątkach z wyjazdów?

Pod względem podróży 2018 r. był nieco słabszy niż poprzedni, ale uważam, że również był dobry. Niestety przyszły będzie już dużo gorszy. Czeka nas niewielki remont, który jednak pochłonie nieco zasobów finansowych i dni urlopu. Na pewno jednak po raz pierwszy odwiedzimy Chorwację, a w planach także Graz, Lublana i Brno oraz kilka dni w Holandii (także po raz pierwszy) plus spontaniczne weekendy w Polsce (myślę o odczarowaniu Lublina), więc tematów do blogowych opowieści mimo wszystko nie powinno zabraknąć. Mam też jeszcze nieco zaległych wpisów z tego roku.

A Wam życzę, byście w nadchodzącym roku odwiedzili wymarzone miejsca i podróżowali tak jak lubicie najbardziej, nie oglądając się na innych. Jeśli macie dzieci, pozwólcie im wraz z Wami decydować o wybieranych kierunkach i atrakcjach. Bo wspólna podróż ma być przyjemnością dla całej rodziny, a my chyba trochę o tym zapomnieliśmy. Tymczasem okazuje się, że to, co nazywane jest atrakcjami dla dzieci, często wciąga i rodziców. Niech zatem podróżowanie będzie dla Was nie tylko okazją do poznawania świata, innych kultur i śladów minionych epok, czy wojen, ale niech przynosi Wam również dużo radości i dobrej zabawy.

(foto: iza & pwz)

niedziela, 30 grudnia 2018

Warszawa przyłapana... w grudniu 2018

Grudzień to czas z jednej strony pełen magii dzięki Świętom Bożego Narodzenia i corocznej iluminacji Warszawy oraz prześciganiu się rozmaitych instytucji w oferowaniu mieszkańcom atrakcji na Święta (lodowiska, jarmarki bożonarodzeniowe, świąteczne składy metra - w tym roku dwa, ale jeden z nich reklamowy), a z drugiej strony miesiąc bardzo męczący, naznaczony porządkami w domu, układaniem świątecznego menu i kupowaniem prezentów dla bliskich. Iluminacji nie będę Wam pokazywała, bo jest niemal identyczna jak ubiegłoroczna. Chciałabym skupić się na sztuce, tej "prawdziwej", i tej ulicznej. Bo grudzień nie jest też wcale dobrym czasem dla premier ekspozycji muzealnych. Przedświąteczna gorączka podstępnie kradnie nam czas i oddala od nas potrzebę obcowania ze sztuką na rzecz konsumpcjonizmu i komercji. Dlatego cieszę się, że w tym całym zabieganiu udało mi się wygospodarować kilka chwil na dwie nowe wystawy.

Na początku grudnia na mapę Warszawy wrócił pawilon Zodiak w zupełnie nowej odsłonie. Modernistyczny budynek dawnej kawiarni wzniesiony według projektu prof. arch. Jana Bogusławskiego i arch. Bohdana Gniewiewskiego na tyłach Domów Towarowych Centrum, przy tzw. Ścianie Wschodniej i oddany do użytku w 1968 r. został praktycznie całkiem rozebrany i zbudowany od nowa (na wzór starego) jako Warszawski Pawilon Architektury Zodiak. Wnętrze zostało dostosowane do potrzeb wystawienniczych i konferencyjnych. Oryginalną mozaikę Marii Leszczyńskiej, która znajdowała się na tarasie kawiarni, zastąpiono nową kompozycją o nazwie "Kosmos" zaprojektowaną przez Magdalenę Łapińską-Rozenbaum. Zdobi ścianę nowoczesnej, zawieszonej w powietrzu, klatki schodowej, zaś do jej wykonania wykorzystano m.in. fragmenty szklanej stłuczki odzyskanej z oryginału. Nowy jest także neon, choć zachował charakterystyczną gwiazdkę z oryginału Bogusławskiego. Jego odtworzenie zostało powierzone pracowni Jacka Hanaka, który pracował wcześniej przy oryginalnej konstrukcji.






Budynek ma być w założeniu miejscem do dyskusji na temat architektury Warszawy, zarówno w postaci wystaw, jak i wykładów. Pierwsza ekspozycja nosi tytuł "Futurama Warszawa". To opowieść o mieście przyszłości, o wykorzystaniu jego potencjałów przestrzennych. Kanwą dla pokazanych prac stał się niezrealizowany projekt Trasy Tysiąclecia, której pomysłodawcą był ostatni przedwojenny prezydent stolicy, Stefan Starzyński. Miała łączyć Pragę Płn. i Pragę Płd. Wystawa pokazuje jak w przyszłości mogłaby wyglądać taka arteria. Cóż, niektóre projekty są naprawdę wizjonerskie, jak choćby wypełnienie tej przestrzeni... wodą. Wystawę uzupełnia Maszyna Czasu, do której wchodząc można zobaczyć niezrealizowane w Warszawie architektoniczne projekty z ostatnich 200 lat! I to właśnie ta część podobała mi się najbardziej. Ekspozycję można oglądać do 27 stycznia.





Architekturze jest też poświęcona nowa wystawa w Królikarni pt. "Pomnik. Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018". Można na niej zobaczyć i projekty niezrealizowane, jak chociażby monument Marszałka Józefa Piłsudskiego, który miał stanąć na warszawskim Placu Na Rozdrożu (dopiero dzięki tej wystawie dowiedziałam się, że konkurs na ten pomnik wygrał Ivan Meštrović, którego realizacje tropię w całej byłej Jugosławii), pomniki powojenne, często zaangażowane politycznie (niektóre z nich historia oceniła bardzo surowo i zniknęły z przestrzeni nie tylko polskich miast, ale i z pozostałych krajów bloku socjalistycznego, a te, które zostały niejednokrotnie skupiały na sobie gniew społeczeństwa), po budzące kontrowersje projekty całkiem współczesne, jak choćby projekt Skopje 2014, czy Pomnik Smoleński i Lecha Kaczyńskiego wzniesione w Warszawie w tym roku. Dla mnie to wystawa bardzo ważna, bo w trakcie podróży przyglądamy się monumentom w odwiedzanych miejscach. Ivan Meštrović należy do moich ulubionych twórców, a na terenie byłej Jugosławii staramy się znaleźć także tzw. spomeniki, czyli monumentalne pomniki upamiętniające bohaterstwo partyzantki tego kraju w czasie II wojny światowej. Z tych, które zaprezentowane zostały w Królikarni widzieliśmy Pomnik Armii Czerwonej w Sofii oraz efekty projektu Skopje 2014, także potraktowane kolorową farbą w czasie tzw. kolorowej rewolucji. Dla kogoś, kto interesuje się tematem pomników, wystawa nie będzie zaskoczeniem i pewnie nie wniesie niczego nowego, ale tym, którzy w podróży na pomniki nie zwracają szczególnej uwagi, może otworzyć oczy na ważne zjawiska w przestrzeni miast i całych państw. Zdecydowanie warto ją odwiedzić (do 10 kwietnia).





Jeśli chodzi o street art, to dosłownie w ostatnich dniach został ukończony nowy mural przedstawiający zmarłą w tym roku piosenkarkę Korę. Obraz jest o tyle ciekawy, że wykorzystuje rosnące obok drzewo, którego gałęzie będą nachodziły na włosy na portrecie artystki, tak, że w zależności od pory roku mural będzie miał zupełnie inny wygląd. Lubię tego typu efekty.



Równo rok temu z Marszałkowskiej zniknęło jedno z najprzyjemniejszych miejsc na streetartowej mapie stolicy, Gablotka Mirelli von Chrupek. Pod koniec listopada Gablotka powróciła! Co prawda nie na Marszałkowską, ale do Państwowego Muzeum Etnograficznego. Można tam zobaczyć realizację Mirelli inspirowaną sztuką ludową. Takie smaczki w przestrzeni miasta zawsze cieszą. 

WARSZAWA ZE SMAKIEM

Grudzień to zdecydowanie nie jest także dobry miesiąc na odwiedziny w restauracjach. Przed Świętami zazwyczaj nie ma na to czasu, po nich zaś zostaje pełna lodówka sałatek, śledzi i ciast do dojedzenia. Jeśli jednak wolicie kapustę i pierogi zamrozić, by poczekały na lepsze czasy, to polecam wybrać się do restauracji Aurelio.

Aurelio 

Restauracji przyświeca hasło: kuchnia habitalna. Założeniem żywienia habitalnego jest spożywanie produktów występujących lokalnie, nie sprowadzanych z odległych regionów, produktów ekologicznych i wolnych od toksyn. Nie jestem jednak pewna, na ile są to tylko ładnie brzmiące słowa, a na ile faktycznie odzwierciedlają filozofię restauracji. W karcie bowiem można znaleźć zarówno potrawy kuchni polskiej, jak i greckiej, francuskiej, czy tajskiej. Obok kaczki, czy krajowych warzyw, w menu są także np. krewetki i ośmiornica. Tak, czy inaczej wszystko jest i ładnie podane, i autentycznie smaczne.

Restauracja posiada trzy sale na trzech poziomach. Wnętrza są przestronne i nowocześnie urządzone, choć mogą przytłoczyć dużą ilością złotych elementów i błyszczącą czernią, w której można się przejrzeć. Jest też scena, na której odbywają się koncerty. Część restauracji znajdująca się na parterze dostosowana jest do potrzeb osób niepełnosprawnych (podjazd, przestronna toaleta na tym samym poziomie, co sala).




W karcie obok każdego dania podany jest kraj, z którego pochodzi.

Z przystawek tradycyjnie wybraliśmy tatara (tatar z polędwicy wołowej z piklami, olejem rzepakowym tłoczonym na zimno, żółtkiem przepiórczym, wędzoną solą morską i majonezem truflowym, 39 zł), krewetki z białym winem, redukcją kwasu chlebowego, czosnkiem, natką pietruszki, szalotką i złotą bagietką (39 zł) oraz quiche ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i serem Gorgonzola (24 zł). Tatar był smaczny i ładnie podany, choć bez szału. Krewetki świetne, szczególnie sos. Quiche też bardzo smaczne.




Z zup wybraliśmy jedynie żur polski z purée ziemniaczano-chrzanowym, jajkiem, wędzoną kiełbasą jagnięcą i oliwą majerankową (17 zł). Piotr miał ochotę na zupę rybną z dorszem i krewetkami, ale tego dnia akurat jej nie było. Żur podawany jest w modny w ostatnim czasie sposób, czyli w głębokim talerzu dostaje się jedynie dodatki, a samą zupę kelnerka wlewa do talerza z sosjerki już przy stoliku. Czemu to ma służyć, kompletnie nie wiem, ale trzeba przyznać, że jest efektowne. Zupa jednak była dla mnie ciut za słona.




Spośród dań głównych zdecydowaliśmy się na pierś z kaczki z purée pomarańczowo-imbirowym, espumą z czarnego bzu, warzywami stir fry i sosem z wędzonej śliwki (49 zł), filet mignon z sosem z czerwonego pieprzu, batatem i grillowanymi warzywami (69 zł), comber jagnięcy z purée z marchewki, demi glace kakaowym, kaszą bulgur, kalarepą, burakiem, szpinakiem, czosnkiem i szalotką (99 zł) oraz sandacza z sosem Béarnaise, purée z marchewki, czarną soczewicą i gołąbkami z purée ziemniaczano-szałwiowym (47 zł). Z tego zestawu najsłabszy był chyba sandacz. Mięso we wszystkich daniach było miękkie i rozpływało się w ustach, co szczególnie w przypadku jagnięciny nie jest w restauracjach wcale takie oczywiste. Każda z zamówionych przez nas potraw, dzięki dodatkom była bardzo wyrazista w smaku, co z jednej strony jest zaletą, ale też i wadą, bo jagnięcina była dla dziecka zbyt przekombinowana i chyba w sumie nie warta swojej ceny. Za to filet mignon w sosie pieprzowym, z idealnie grillowanymi warzywami - rewelacja! Podobnie kaczka, mięso delikatne, różowe i mięciutkie, warzywa podane na sposób azjatycki (potrawa jest w karcie oznaczona jako pochodząca z Tajlandii).



Dzieciaki na deser wzięły jeszcze bezę z mascarpone i owocami. Ciastko jest sporej wielkości, z owocowym, nie przesłodzonym kremem, choć jeśli chodzi o ten gatunek ciasta, to poprzeczka została bardzo wysoko postawiona przez Art Bistro Stalowa 52 i pewnie długo jeszcze każdą następną bezę będę porównywała do tam serwowanej.




Podsumowując: nie jest to może najlepsza restauracja, jaką odwiedziliśmy w tym roku, na pewno jednak warto się tam wybrać, bo potrawy cieszą i oko, i kubki smakowe.

Aurelio 
ul. Świętokrzyska 14

REKOMENDACJE NA STYCZEŃ

Przez cały styczeń będzie można się jeszcze cieszyć świąteczną iluminacją Warszawy. Do 6 stycznia natomiast jeżdżą dwa bożonarodzeniowe składy metra. Ładniejszy, z taką samą dekoracją jak w zeszłym roku, kursuje na linii M2. Linię M1 w tym roku opanował pociąg reklamujący sieć sklepów z elektroniką. Są na nim co prawda motywy świąteczne oraz bohaterowie komiksu "Tytus, Romek i A'Tomek", ale jednak w oczy bardziej rzuca się logo sieci oraz marek sprzedawanych tam produktów. Szkoda, że komercja nawet w tak podstępny sposób zakrada się do przestrzeni miejskiej. W takich momentach znika cała świąteczna magia.

6 stycznia ulicami Warszawy jak co roku przejdzie Orszak Trzech Króli. To już jedenasta edycja tego barwnego pochodu. Orszak wyruszy w samo południe z Placu Zamkowego.

W styczniu wciąż jeszcze będzie można zobaczyć większość polecanych ostatnio przeze mnie wystaw, choć kilka w nadchodzącym miesiącu się kończy: wystawa prac Tytusa Brzozowskiego w PROM Kultury Saska Kępa trwa do 12 stycznia, "Odzyskana. Fotoreportaż z Warszawy 1918-1939" w Domu Spotkań z Historią do 13 stycznia, "Futurama Warszawa" w Warszawskim Pawilonie Architektury Zodiak do 27 stycznia, "Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918" w Muzeum Narodowym do 17 marca i wspomniana powyżej wystawa "Pomnik. Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018" w Królikarni do 10 kwietnia. Jest w czym wybierać, zaś w kolejnych miesiącach wydarzeń kulturalnych w stolicy będzie przybywać! 

Zaglądajcie więc na bloga także w nadchodzącym roku. Wciąż będę starała się znajdować dla Was interesujące wydarzenia i wystawy oraz relacjonować, jak miasto się zmienia. Oby na lepsze!

(foto: iza & pwz)