piątek, 30 września 2016

Warszawa przyłapana... we wrześniu 2016

Ciężko mi było wrócić po urlopowej przerwie do moich porannych spacerów. I pewnie zwlekałabym dalej, gdybym pewnego dnia w drodze do pracy nie zobaczyła z okna autobusu, jak pod warstwą ocieplenia ze styropianu znika jeden z wolskich murali - ten na skrzyżowaniu Leszna z Okopową. Pierwotnie była to reklama farb, ale z czasem nazwa marki została zamalowana i mural pozostał jako samoistny byt. Trochę mi go szkoda, bo mimo wszystko wpisał się w krajobraz miasta. Pozostaje mieć nadzieję, że po ociepleniu budynku powstanie w tym miejscu coś jeszcze fajniejszego.



Złe wieści dotarły też z Pragi. Ktoś ukradł misia z praskiej Gablotki Mirelli, tej przy ZOO Markecie. Nigdy nie będę w stanie pojąć tego typu aktów wandalizmu.

Na szczęście przestrzeń nie znosi próżni, więc zawsze, gdy jeden detal znika, w innym miejscu Warszawy pojawia się nowy element miejskiej dekoracji. I tak budynek Prosta Tower zyskał pięć niemal identycznych rzeźb Pawła Orłowskiego. Formą nawiązują nieco do greckich posągów. To street art, czy może raczej sztuka na ulicy, w najlepszym wydaniu. Rzeźby w ciekawy sposób wpisują się w modernistyczną fasadę budynku.





A jesień rozgościła się w Warszawie na dobre. To moja ulubiona pora roku - czas, gdy kolory, chłodne poranki i ostatnie ciepłe promienie odchodzącego lata nastrajają mnie tak pozytywnie, że mogłabym tańczyć na ulicy!



wtorek, 20 września 2016

Popołudnie w Mariborze

Komórka na moim pracowym biurku wydała ostrzegawczy dźwięk, że oto nadszedł e-mail. Od męża. A w nim link do booking.com i lakoniczny komunikat: "Znalazłem hostel w Mariborze. Powinien Ci się spodobać." To była ostatnia rezerwacja, której nam brakowało, by ruszyć w tegoroczną wakacyjną podróż. Odkąd urodziły nam się dzieci, staram się mieć rezerwacje na wszystkie noclegi, szczególnie tam, gdzie mamy zostać tylko jedno popołudnie. I szczególnie w takich miastach jak Maribor, gdzie jedno popołudnie to o kilka popołudni za mało! Kliknęłam w link. Nowoczesne, kolorowe wnętrza i... street art przy wejściu. Wchodzę w ciemno!





Po dwunastu godzinach jazdy z Warszawy byliśmy na miejscu. Wysiadłam z auta i oczy przetarłam ze zdumienia! Byłam w środku jakiegoś alternatywnego centrum. To Pekarna, dokładniej Pekarna Magdalenske mreže (od pobliskiego parku Magdalena). Za czasów austro-węgierskich naprawdę działała tu piekarnia (założona w 1897 r.), która zaopatrywała armię, potem wojsko jugosłowiańskie. Działała także w czasie obu wojen. Gdy w 1991 r. Jugosławia zaczęła się rozpadać, a Słowenia jako jedna z pierwszych ogłosiła niepodległość, budynek opustoszał i powoli zaczął popadać w ruinę. Trzy lata później rozgościły się tu trzy alternatywne organizacje artystyczne, zaś od 1996 r. działa oficjalnie jako Pekarna i jest najbardziej alternatywnym centrum kultury w północno-wschodniej Słowenii, znanym w całym kraju. Mieszczą się tu kluby, teatr, galerie, biblioteka Bukvarna Ciproš, centrum młodzieżowe (a na jego ostatnim piętrze Hostel Pekarna, w którym się zatrzymaliśmy) -  wszystko w sześciu budynkach, pomiędzy którymi znajduje się nieco zieleni. Regularnie odbywają się tu wystawy, koncerty, w tym punk rockowe, przedstawienia teatralne, projekcje filmowe i rozmaite warsztaty. Przeciętnie 250 imprez rocznie. Cały teren ozdobiony muralami, są też metalowe konstrukcje, wielka kula, czy ławka z przerobionej wanny na nóżkach.
















Takim obliczem powitał mnie Maribor, obliczem, którego nie znałam z pocztówek, i obliczem, którego nie znalazłam w Internecie wpisując w wyszukiwarkę hasło Maribor. Bo Internet podpowiada dość oczywiste miejsca must see: zabytki malowniczej Starówki, synagogę, winnice, czy ośrodek sportów zimowych. A to drugie co do wielkości miasto Słowenii wcale nie jest takie oczywiste, ale pełne kontrastów. Stare Miasto jest na pierwszy rzut oka czyste, kamienice odnowione, choć kolory cieszą oczy wczorajszą świeżością. Ale wystarczy wejść w jedną z bocznych uliczek, by zobaczyć farbę łuszczącą się ze ścian i odpadający tynk. Obok budynków pamiętających CK Monarchię wyrastają szklane nowoczesne biurowce. Jednak wszystko to z dbałością o szczegół. Maribor wręcz naszpikowany jest detalami. Tu coś wisi, tam patrzy na przechodniów z okna... Alternatywnych miejsce też jest więcej. Street art pojawia się głównie tam, gdzie młodzi ludzie, czyli najczęściej w okolicach hosteli i centrów młodzieżowych. 




Wrzuciliśmy bagaże do hostelu i ruszyliśmy na Stare Miasto w poszukiwaniu pizzerii na obiecaną kolację dla chłopaków, bo gasthaus przy autostradzie w Austrii okazał się całkowitą porażką. Starówka położona jest na przeciwległym brzegu Drawy niż centrum Pekarna, spacerem dosłownie 10 min. Z mostu Głównego (Glavni most), zwanego także Starym mostem (wzniesiony został w 1913 r., jednak obecny jest rekonstrukcją, bowiem most uległ zniszczeniu w czasie II wojny światowej), rozpościera się wspaniały widok na czerwone dachy nadbrzeżnej dzielnicy Lent z widoczną za nimi ratuszową wieżą z lewej strony oraz zarysem synagogi z prawej. 




To właśnie Lent był naszym pierwszym celem, gdyż z mostu widać było liczne kawiarnie i restauracje nad Drawą. W bocznej uliczce znaleźliśmy pizzerię z niezłą pizzą i lokalnym winem (wszak Maribor otoczony jest winnicami i uprawia się tu najstarszy winny szczep na świecie, a krzaczki tej winorośli oplatają także kamienice w Lent). Mimo soboty i pełni turystycznego sezonu restauracje wcale nie były pełne. Po ulicach kręciło się niewielu ludzi i turystów też widać było niewielu. Myślę, że więcej osób do Mariboru zagląda zimą, jest to bowiem znany słoweński ośrodek sportów zimowych, w którym co roku odbywają się zawody alpejskiego Pucharu Świata kobiet. 

Zrobiło się jakoś tak leniwie, nigdzie nie chciałam się spieszyć, choć zdawałam sobie sprawę, że do wieczora zostało niewiele czasu, a w mieście jest sporo do zobaczenia. Lent obfituje w wiele uroczych zaułków i brukowanych uliczek, jednak my poszliśmy wzdłuż Drawy, przechodząc pod mostem Głównym, w kierunku starej synagogi i miejsca zwanego potocznie zaułkiem żydowskim.

Stara winorośl w Lent





Aby znad rzeki dostać się do synagogi, trzeba wejść po schodach - takich trochę, jakby się wychodziło z przejścia podziemnego. I tu niespodzianka! Cała klatka schodowa ozdobiona muralami! Przestało mnie to dziwić, gdy wdrapałam się na górę. Schody wychodzą wprost na tylne wejście do kolejnego alternatywnego miejsca na mapie Mariboru noszącego nazwę GT22, gdzie odbywają się projekcje filmów dokumentalnych, przedstawienia teatralne i koncerty. Przedsięwzięciu towarzyszy hasło Maribor is the future, które jest wspólne dla wielu organizacji pozarządowych krzewiących kulturę w mieście i które chcą pokazać, że w Mariborze dużo się dzieje, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać.





W gotyckim budynku synagogi, wzniesionym najprawdopodobniej jeszcze w XIV wieku, choć pierwsza wzmianka o bożnicy pojawiła się w 1492 r., dziś mieści się muzeum. Kiedyś w tym miejscu znajdowało się średniowieczne żydowskie getto, może stąd wciąż ta część miasta funkcjonuje pod nazwą zaułek żydowski. Gdy w 1501 r. Żydów wygnano z Mariboru, małżeństwo Bernardin i Barbara Drukher kupili budynek i zamienili go w katolicki kościół Wszystkich Świętych. W 1785 r., podczas antyklerykalnych reform Józefa II, kościół został skonfiskowany i przekształcony na magazyn wojskowy i był nim aż do 1811 r., kiedy to trafił w ręce prywatne. Dopiero w 1980 r. miasto urządziło tu galerię sztuki, a od 2011 r. muzeum z ekspozycją poświęconą historii społeczności żydowskiej Mariboru. Niestety w soboty muzeum jest nieczynne, więc musieliśmy zadowolić się tym, co znajduje się dookoła, a to przede wszystkim tzw. żydowska wieża wchodząca dawniej w skład murów miejskich oraz sporo artystycznych akcentów, np. zdjęcia przytwierdzone do drzewa czy "druciany" pomnik. 






Stamtąd poszliśmy na niedaleki Glavni trg, główny plac miasta, przy którym stoi renesansowy ratusz, wzniesiony w 1515 r., przebudowany w latach 1563-1565. Siedzibę władz miejskich otaczają kolorowe kamieniczki we wszystkich chyba stylach architektonicznych, a przed nimi kawiarnie. Na placu można także zobaczyć słup maryjny, tzw. słup choleryczny wzniesiony w 1681 r. w podzięce za powstrzymanie epidemii. Takich słupów w całej Europie Środkowej można zobaczyć mnóstwo, choćby w Wiedniu, czy czeskim Ołomuńcu.




Stąd można zacząć zagłębiać się w Starówkę, najlepiej wąskimi obdrapanymi uliczkami, które mają niesamowity klimat. W niektórych można znaleźć ciekawe szczegóły, np. wiszące latarenki.  







Współcześnie chyba najbardziej reprezentacyjnym miejscem Starego Miasta jest Grajski trg. Może dlatego, że znajduje się przy nim mariborski zamek. Barokowa budowla została wzniesiona na polecenie cesarza Fryderyka III Habsburga w latach 1478-1483. Zamek był wielokrotnie przebudowywany, dziś mieszczą się w nim muzea. Tego dnia na placu odbywał się targ rękodzieła i widać było, że to miejsce żyje i faktycznie jest głównym punktem Starówki. W uliczkach odchodzących od placu urządzono kawiarniane ogródki i nawet miałam ochotę usiąść w którymś, ale robiło się coraz później, a nazajutrz trzeba było jechać dalej, do Sarajewa.







Dosłownie kilka kroków dalej znajduje się drugi plac, Trg svobode. Chłopaków najbardziej zainteresowała stojąca tam kurtyna woda, pod którą przebiegali tyle razy, dopóki nie byli całkiem przemoczeni. Mnie zainteresował modernistyczny pomnik Wyzwolenia Narodowego z 1975 r. poświęcony ofiarom II wojny światowej według projektu Slavko Tiherca. W górnej części widać twarze, zaś na podstawie monumentu można zobaczyć ogłoszenia o publicznych egzekucjach wydane przez władze hitlerowskie. Maribor w czasie II wojny światowej poniósł spore straty, nie tylko wśród ludności, ale był też w znacznej części zniszczony.




Tym bardziej nie dziwią rozmaite style architektoniczne, które można zobaczyć w mieście. Część budynków została odbudowana, komuna dołożyła swoje smętne bloczyska, a czasy współczesne szklane biurowce, choć nie wdzierające się póki co w każdą połać wolnego gruntu. W starej części Mariboru są dyskretne i także nie pozbawione detali, które kształtują klimat i charakter tego miasta.




Niestety trzeba było wracać do hostelu, bo chłopcy byli zmęczeni podróżą, a nazajutrz czekała nas dalsza droga. Czuję niedosyt. Maribor może nie jest jakąś metropolią, bardziej jednym z tych uroczych austro-węgierskich miasteczek, gdzie życie toczy się powoli, ale na pewno wart jest większej uwagi niż jedno popołudnie. Miał być przystankiem w drodze, a stał się miłością od pierwszego wejrzenia i wiem, że kiedyś tam wrócę, choćby po to, by zobaczyć te słynne winnice, na co teraz nie starczyło czasu, by powłóczyć się po zaułkach proszących się o remont, wejść do muzeów i kościołów... Ciekawe, że gdy w zeszłym roku planowałam odwiedzić Słowenię, Maribor wcale nie był na liście miejsc, które chciałam zobaczyć w tym kraju. Ostatecznie i tak pojechaliśmy na Korfu, ale Słowenia coraz głośniej puka do mojej świadomości. A Maribor jest jej doskonałym ambasadorem!