czwartek, 20 lutego 2014

Skansen w Nowym Sączu - poza sezonem szary i smutny

Sądecki Park Etnograficzny to jeden z ciekawszych skansenów w Polsce. Położony na obszarze ponad 20 ha, ma bardzo przemyślany układ przestrzenny. Został podzielony w taki sposób, aby w poszczególnych częściach prezentować budownictwo różnych grup kulturowych zamieszkujących dawną Sądecczyznę: Lachów Sądeckich, Pogórzan, Łemków, Górali Sądeckich, a nawet Cyganów Karpackich i kolonistów józefińskich, czyli Niemców Galicyjskich. Na terenie skansenu znajdują się m.in. trzy kościoły (cerkiew greckokatolicka oraz kościół rzymskokatolicki i ewangelicki), dwór szlachecki z XVII w. oraz oryginalne chałupy zamieszkiwane niegdyś przez wszystkie wspomniane grupy ludności, a także liczne budnynki gospodarcze.
Poza sezonem turystycznym niestety budynki można oglądać tylko z zewnatrz. Jednynie grupy z przewodnikiem mogą zajrzeć do ich wnętrza. Bezśnieżna zima sprawiła, że w skansenie są obecnie prowadzone prace remontowo-naprawcze m.in. wycinka drzew. Pochmurna aura raczej nie zachęca do zwiedzania muzeum na świeżym powietrzu i na takiej przestrzeni (na spacer trzeba poświęcić ok. 3 godz.), co powoduje wrażenie pustki i opuszczenia. Być może właśnie tak po II wojnie światowej wygladały beskidzkie wsie, z których wysiedlono np. ludność łemkowską... 



















W skład skansenu wchodzi również Miasteczko Galicyjskie, jednak zwiedzalismy je w strugach deszczu, dlatego robienie zdjęć odłożyłam na następny raz i ładniejszą pogodę.

wtorek, 18 lutego 2014

Bardejov, czyli terapia kolorami

Z krynickimi stokami pożegnaliśmy się nieco wcześniej niż planowaliśmy. Choć armatki śnieżne rozgrzane były do czerwoności i dawały z siebie wszystko, by zatrzymać ostatnich narciarzy, to jednak przy utrzymujących się przez kilka dni temperaturach sięgających sporo powyżej 0 stopni Celsjusza, wszystko i tak spływało pozostawiając na nartostradach bure wyspy. Większość wyciągów stanęła. Mieliśmy przed sobą jeszcze trzy dni i żal nam było mimo wszystko wyjeżdżać wcześniej. Postanowiliśmy trochę pojeździć po okolicy. Zimą zawsze brakuje na to czasu, bo priorytetem jest zazwyczaj wyciśnięcie z karnetów na wyciągi, ile się da. Na początek - kierunek Słowacja i powrót do malowniczego Bardejova, w którym byliśmy już dwa lata temu i który bardzo polubiłam.

Bardejov, 2012 r.

Przez całą drogę towarzyszyła nam gęsta mgła, a Bardejov powitał nas resztkami zalegającego szarego śniegu i pustymi ulicami. Tylko od czasu do czasu gdzieś przemknęła babcia z siatkami zakupów. Wilgoć wpełzała za kołnierz. Aura wybitnie zniechęcała do zwiedzania miasta, więc swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do monumentalnego kościoła dominującego w układzie Rynku. To bazylika mniejsza pod wezwaniem Św. Idziego (Sv. Egidia). Z jej wieży można z góry zobaczyć Rynek i całą okolicę. Niestety trafiliśmy na przerwę w dostawie prądu, a wdrapanie się po krętych stromych schodach po ciemku było niemożliwe. Wnętrze kościoła robi imponujące wrażenie. Zdobi je 11 późnogotyckich ołtarzy, które od razu na myśl przywodzą ołtarz Wita Stwosza z krakowskiego Kościoła Mariackiego. Usytuowane są w swoich pierwotnych miejscach, co ponoć jest ewenementem na skalę europejską. Jeden z ołtarzy zdobi rzeźba pt. "Tron łaski" (datowana na lata 1480-1490) przedstawiająca Chrystusa zdjętego z krzyża.  Reprezentowała sztukę słowacką na wystawie w Pradze w 1937 r. oraz na  EXPO w Paryżu w 1957 r.





Ociągaliśmy się z wyjściem na zewnątrz. Na tyle długo, że w międzyczasie włączyli prąd i mogliśmy wejść na wieżę! Mgła zatrzymała się na wzgórzach, ale skutecznie przesłoniła widok na okolicę. Za to czerwone dachy gotyckich i renesansowych kamieniczek szczelnie otaczających Rynek cudownie kontrastowały z brudem i szarością ulic. Nieco w oddali widać było bloki nie pozwalające zapomnieć, że Słowacja, tworząca wówczas jedno państwo z Czechami, należała do komunistycznego bloku wschodniego. Szkoda, że akurat one nie zniknęły we mgle, bo miasto zyskałoby na widoku.






Kolorowe, jaskrawe elewacje kamieniczek tworzące barwny szereg zdawały się nic sobie nie robić z roztopów i ponurej aury. To one są tu głównymi bohaterkami spektaklu, one wysuwają się na pierwszy plan przyciągając wzrok. Jedynie stojący na środku budynek Ratusza jakby poszarzał. Aż trudno uwierzyć, że dwa lata wcześniej jego ściany były jasne, czyste, o delikatnej barwie spranego różu. Można jednak odnieść wrażenie, że w Bardejovie zatrzymał się czas. Tylko całkiem współczesna rzeźba z 2013 r. (powstała w czasie warsztatów kowalstwa artystycznego prowadzonych w miejscowości Kurima w pobliżu Bardejova) przypomina, że to XXI w.











Ale Bardejov to przecież nie tylko Rynek. Atrakcje kryją się też w bocznych uliczkach. Jedną z nich jest ul. Johna Lennona, a przy niej ciekawostka - cały skwer poświęcony Beatlesom!






Drugą, miłą dla podniebienia, kryje ulica Hviezdoslavova. To Vinoteka, niepozorny lokal mieszczący sklep z winem i winiarnię jednocześnie. Zawsze zazdrościłam Słowakom takich miejsc - niewielkich sklepików, gdzie można kupić wino prosto z tanku nalewane z kranika wprost do przyniesionej butelki po 1,5 - 2 euro za litr i gdzie tuż obok stoją butelki z renomowanych winnic po kilkanaście euro za sztukę. Zawsze są też dwa - trzy stoliki, żeby można było lampkę wina wychylić na miejscu. To właśnie w Bardejovie odkryłam słowackie wina i zakochałam się w nich bez pamięci. To tu kupiłam swoją pierwszą butelkę frankovki modrej - z winnicy Mrva & Stanko, które do dziś jest moim ulubionym winem, niestety nieosiągalnym w Polsce, a i na Słowacji do kupienia raczej w delikatesach i winiarniach, nie zaś w supermarketach (cena waha się między 10 a 15 euro).






Idąc dalej uliczką można dojść do niewielkiej synagogi. To nowsza z dwóch, jakie działały w mieście jeszcze na początku okupacji hitlerowskiej. Wzniesiona została w 1929 r. staraniem Żydowskiego Towarzystwa Opieki nad Chorymi (Chewra Bikur Cholim) i dziś jest najlepiej zachowaną bożnicą w całej Słowacji. Na ogół jest zamknięta, ale na drzwiach wisi kartka z numerem telefonu do osoby opiekującej się obiektem. Przed II wojną światową społeczność żydowska stanowiła niemal 30% mieszkańców Bardejova.



Za murami miasta znajduje się także obszar zwany Żydowskim Przedmieściem (suburbium żydowskie), gdzie zachowały się ruiny starej synagogi, budynek szkoły, łaźnia rytualna i rzeźnia. Tam niestety nie dotarliśmy. Z murów, które uważane są za najlepiej zachowany miejski kompleks obronny w całym kraju wróciliśmy na Rynek. Byliśmy już nieco wychłodzeni i uciekliśmy na obiad do przytulnej restauracyjnej piwniczki. Jest za to pretekst, żeby po raz kolejny wybrać się do Bardejova, może jakąś przyjemniejszą porą.




W 2000 r. bardejovska Starówka wpisana została na listę światowego dziedzictwa UNESCO właśnie dzięki tylu doskonale zachowanym pamiątkom historycznym. Znam wiele malowniczych słowackich miasteczek, szczególnie niedaleko granicy z Polską, ale Bardejov, czy też po polsku Bardejów lub Bardiów, jest wyjątkowy i bardzo lubię tu wracać, nawet w tak paskudny dzień, bo wystarczy spojrzeć na te kolorowe kamienice, by wrócił dobry humor i optymizm. To na pewno nie był zmarnowany dzień!

czwartek, 13 lutego 2014

Trzy zimy w Krynicy

Pierwsza połowa lutego, trzy kolejne lata, tfu... trzy kolejne zimy i jedno urocze górskie miasteczko. Jak to jest z tym trafieniem w pogodę? Co lepsze: siarczyste mrozy, tony śniegu, czy ciepełko, że aż wszystko płynie? Jeśli w planach ma się narty, jak w naszym przypadku, to trzeci wariant odpada, a w dwóch pozostałych jakoś trzeba sobie radzić. W końcu na aurę i tak nie mamy wpływu, a w ciągu trzech kolejnych sezonów trafiły nam się wszystkie trzy możliwości.



2012 r.

Właściwie nie wiem, skąd wziął się pomysł, żeby jechać do Tylicza. Chyba po prostu szukaliśmy spokojnego miejsca, żeby bez tłumów zacząć uczyć Andrzeja jeździć na nartach. Tylicz Ski okazał się idealny dla początkującego dziecka. Zresztą tłoku na stoku nie było, bo dni były wyjątkowo mroźne. Temperatura spadała nawet do -33 stopni, ale śniegu nie brakowało. Andrzej jeździł wytrwale, a dwuletni wówczas Jerzyk docierając tylko na stok, małą rączką wskazywał od razu na karczmę przy wyciągu: tam! A tam był kominek i gorąca herbata...

Tylicz sąsiaduje z Krynicą i choć wówczas staraliśmy się uciec od kurortów, to jednak grzechem byłoby nie zajrzeć do "polskiego Davos", choćby w poszukiwaniu restauracji o nieco wyższym standardzie niż te nieliczne, które oferował Tylicz. Na długie spacery było zbyt zimno, jednak nie mogłam odmówić sobie przechadzki zboczami Góry Parkowej wzdłuż zabytkowego przedwojennego toru saneczkowego. Tak naprawdę chciałam sprawdzić, czy wciąż działa tu Galeria Korab Andrzeja Piszczka, która wiele lat temu mieściła się w jednym z drewnianych domków (sędziowskich?) w dolnej części toru. Można tam było zarówno obejrzeć prace artysty, jak i napić się grzanego piwa po łemkowsku (z wiśniówką i siedmioma rodzajami przypraw), którego po raz pierwszy spróbowałam właśnie tam, jeszcze w czasach studenckich. Wówczas w uzdrowisku praktycznie nie było lokali dla młodych ludzi, co najwyżej czynne do 22:00 dancingi dla kuracjuszy. W Galerii można było posłuchać gawęd artysty, pogłaskać kota, a przed lokalem obejrzeć rzeźby lodowe. Niestety nie znalazłam już tego uroczego i dla mnie sentymentalnego miejsca. Stylowe domki stały puste niszczejąc.



Sam tor powstał w 1929 r. według projektu kap. inż. Romana Loteczko. Początkowo można było rozwijać na nim prędkość do 58 km/h, a po modernizacji w latach 1937-38 już do 90-100 km/h. Posiadał aż 23 wiraże, ze słynną "Luną" na czele. Był bardzo zaawansowany technicznie - w całości oświetlony i objęty łącznością radiową, z własną siecią hydrantów i parawanami osłaniającymi najbardziej nasłonecznione miejsca. Był bardzo nowoczesny jak na ówczesne czasy, dziś niestety jest już właściwie zabytkiem, choć przy odpowiednich warunkach pogodowych częściowo nadal jest używany. Czuję dreszcze na samą myśl o takiej przejażdżce, bo miejscami rynna jest niemal pionowo nachylona do powierzchni!







2013 r.

W zeszłym roku temperatury były dodatnie, za to śnieg nas prawie zasypał! W mieście ciężko było zaparkować samochód z powodu białych mas zalegających na poboczach i chodnikach po przejazdach pługów odśnieżających. Jednym z pierwszych obrazków, jaki zobaczyliśmy po wjeździe do centrum miasteczka, był zaparkowany samochód, pod którym osunął się śnieg i pojazd wisiał przechylony groźnie na skraju osuwiska, a Straż Pożarna robiła, co mogła, by go postawić na czterech kołach.





Były takie dni, że ratraki na stoku nie dawały sobie rady i pan obsługujący wyciąg dziecięcy na Słotwinach sugerował, żebyśmy odpuścili lekcje Andrzeja, bo i tak nic z tego nie będzie, a on miał świetną zabawę przewracając się w świeży, kopny śnieg. Nad stokiem zaś wisiała mgła sprawiając, że wyciąg zdawał się jechać w nieznane. Za to widoki ponad mgłą bezcenne!




Bulwary Dietla wyglądały przeuroczo otulone białym puchem. To chyba była najbardziej malownicza zima ze wszystkich, które spędziłam w górach. Może dlatego też, że Krynica jest chyba najładniejszym ze wszystkich polskich kurortów, choć zabytkowa drewniana architektura przeplata się tu z sanatoryjną infrastrukturą rodem z PRL-u, bardziej lub mniej udaną. Jednym z najbardziej charakterystycznych gmachów jest przeszklona modernistyczna pijalnia wód mineralnych wzniesiona w latach 1969–1971 według projektu Stanisława Spyta i Zbigniewa Mikołajewskiego, która budzi bardzo skrajne emocje. Nie umiem być obiektywna, bo jestem fanką takiej architektury, zresztą pijalnia była dla mnie w tym miejscu od zawsze (miałam 15 lat, gdy odwiedziłam Krynicę po raz pierwszy) i nie umiem wyobrazić sobie miasteczka bez niej. Fakt, że wnętrze trąci już nieco myszką, ale te wszystkie palmy i fikusy sprawiają, że można poczuć się jak w oranżerii, podczas, gdy na zewnątrz sypie śnieg. Uwielbiam też trójwymiarową mozaikę, która pokrywa zewnętrzne ściany sali koncertowej wewnątrz budynku. Została zaprojektowana przez Krystynę Zgud-Strachocką (nosi tytuł "Żywy mur"), zaś wykonana została w zakładzie w Mielcu. Jej szkliwa natomiast opracowano w krakowskiej AGH.






Bulwary Dietla to moja ulubiona część Krynicy. Położone w zagłębieniu między Górą Parkową, a ruchliwą drogą przecinającą miasto, są oazą spokoju pełną zieleni i sztuki, bo gdzieniegdzie zobaczyć można poustawiane na trawnikach rzeźby (chyba, że całkiem przykrył je śnieg). To tu znajdują się Stare i Nowe Łazienki Mineralne, to tu można skosztować wód mineralnych. Tu jest centrum uzdrowiska, choć jak na ścisłe centrum panuje tu niezwykły spokój, a bulwary z roku na rok ładnieją.













2014 r.

Bieżący rok przyniósł dodatnie temperatury, odwilż i deszcz. Aura zmieniała się z dnia na dzień. Gdy przyjechaliśmy, leżały jeszcze resztki śniegu, ale z każdym kolejnym było go jednak coraz mniej i nawet jeśli padał w nocy, to topił się w promieniach porannego słońca. Wreszcie deszcz zmył prawie wszystko.




W Krynicy dużo zmian. Dalej trwa zagospodarowywanie Bulwarów Dietla. Powstały schludne drewniane budki, do których przeniesiono kramy z pamiątkami. Modernistyczna pijalnia wód mineralnych przechodzi totalny lifting. I choć remont ma potrwać jeszcze do sierpnia, już widzę, że nie będą to zmiany na lepsze. Z elewacji zniknął metalowy abstrakcyjny detal, który był moim zdaniem integralnym elementem budynku tak charakterystycznym dla czasów, w których pijalnia została zbudowana (czy zniknął bezpowrotnie okaże się pewnie dopiero za jakiś czas). Na szczęście czerwone mozaiki, które zdobiły wnętrze hali wrócą po remoncie. Będą zdobiły stanowiska z kranami z wodą mineralną. Modernizacje budynków użyteczności publicznej są niezbędne, jednak nie powinno się zbytnio ingerować w ich pierwotny wygląd. Niestety większość powojennej architektury nie jest objęta ochroną jako zabytki, a nawet mówi się często o wyburzaniu budynków z czasów PRL-u, bo niby szpecą. Nad losem krynickiej pijalni debatowano wielokrotnie. Na razie najwyraźniej nie zostanie zburzona. Zwolennicy jej unicestwienia twierdzili, że nie pasuje do zabytkowej zabudowy uzdrowiska. Myślę, że pasuje bardziej niż np. Sanatorium Nowy Dom Zdrojowy... Zabudowa Krynicy jest eklektyczna jak większości polskich miast, warto jednak chronić architekturę wszystkich epok. W ubiegłym roku do rejestru zabytków trafił międzywojenny budynek Sanatorium Patria - wzniesiony w 1933 r. jako luksusowy pensjonat przez sławnego tenora Jana Kiepurę wg projektu Bohdana Pniewskiego.











Mam nadzieję, że gdy przyjadę do Krynicy następnym razem, dalej będzie to to samo kameralne uzdrowisko, w którym wszystkie style architektonicznie tworzą harmonijny układ pokazujący jak na przestrzeni lat zmieniało się w Polsce myślenie na temat architektury i przestrzeni miejskiej.