piątek, 8 grudnia 2017

Dodona. Polski akcent w greckiej archeologii

Starsze panie z włoskiej wycieczki, która chwilę wcześniej wysypała się z klimatyzowanego autokaru, z trudem łapały oddechy machając kolorowymi wachlarzami. Niektóre miały parasolki. Patrzyłam na nie z zazdrością, bo żar lał się z nieba niemiłosiernie, a nieliczne drzewa rosnące pomiędzy starożytnymi ruinami nie zapewniały zbyt wiele cienia.



Nie przepadam za stanowiskami archeologicznymi, a coś ciągnie mnie w miejsca kultu starożytnych bogów. Dla mnie, wychowanej w religii monoteistycznej, wierzenia w wielu bogów są nie do ogarnięcia umysłem. Próbuję więc sobie wyobrazić jak to działało tysiące lat temu, tysiące lat przed narodzeniem Chrystusa.



Dodonę chciałam odwiedzić jednak nie tylko ze względu na to, że jest to jeden z niewielu zachowanych ośrodków, gdzie czczono Zeusa, ale także dlatego, że do odkrycia sanktuarium przyczynił się Polak, Zygmunt Mineyko.  

Mineyko był arystokratą, oficerem wojska, powstańcem styczniowym, inżynierem. Urodził się na terenie dzisiejszej Białorusi. Władał biegle siedmioma językami. W czasie powstania został aresztowany i jako oficer skazany na karę śmierci. Dzięki łapówkom udało mu się doprowadzić do zmiany wyroku na 12 lat ciężkich robót na Syberii. Podczas mozolnej wędrówki na daleką północ wśród towarzyszy niedoli poznał żołnierzy francuskich, którzy także walczyli w powstaniu. W 1865 r. Mineyce pod fałszywym nazwiskiem udało się uciec z syberyjskiego wygnania i przedostać do Francji. Tam przekazał Napoleonowi Bonaparte informację o więzionych na Syberii Francuzach, ten zaś temat ten poruszył dwa lata później podczas wizyty cara Aleksandra II nad Sekwaną. Wojskowi zostali uwolnieni, a Mineyko dostał od rządu francuskiego stypendium w Akademii Sztabu Generalnego w Paryżu, gdzie skończył studia na wydziale inżynierii lądowej i wodnej. Wkrótce potem dostał propozycję zatrudnienia przy budowie linii kolejowych, mostów i kanałów m.in. na terenie Bułgarii, w tamtych czasach wchodzącej w skład Imperium Osmańskiego.

Po trzech latach władze tureckie mianowały Mineykę naczelnym inżynierem prowincji Epiru i Tesalii (Grecja wówczas także pozostawała pod władaniem Turków). Gdy w 1875 r. grecki bankier i polityk Konstantinos Karapanos postanowił sfinansować przeprowadzenie badań archeologicznych w Dodonie, kierownictwo wyprawy powierzył właśnie Mineyce. Trzy lata później Polakowi udało się dokonać sensacyjnego odkrycia i odsłonić ruiny miasta ze świątynią Zeusa, dużym teatrem oraz wieloma budynkami, głównie o przeznaczeniu sakralnym.



Dodona zyskała sławę jako miejsce kultu Zeusa oraz jego małżonki Dione (nazywanej także Dione z Dodony), jednak znana była również ze słynnej wyroczni, uznawanej za najstarszą w Grecji, starszą nawet od delfickiej. Z jej powstaniem związany jest mit. Otóż z Teb w Egipcie wyleciały dwa czarne gołębie. Jeden z nich wylądował w Libii, gdzie później wzniesiono świątynię Zeusa-Ammona, drugi zaś dotarł do Dodony, gdzie usiadł na dębie, świętym drzewie Zeusa i przemówił ludzkim głosem, wskazując miejsce, w którym miała być zbudowana wyrocznia. Sanktuarium wzniesiono więc w dębowym gaju, zaś kapłani czytali wolę Zeusa z szelestu liści świętego dębu, lotu gniazdujących na nim ptaków, czy wreszcie z dźwięku poruszanych przez wiatr brązowych mis ustawionych wokół drzewa.

Tyle mit. Badania archeologiczne z kolei wskazują na istniejący w tym miejscu kult Gai, Matki Ziemi, który następnie przerodził się w kult Zeusa. Zgodnie z lokalną tradycją, Zeus Naios był czczony razem ze swoją żoną Dione.

Choć Dodona była nie mniej znana od Delf, czy Olimpii, to jednak pozostawała z dala od głównych szlaków handlowych i centrum Grecji, toteż nie rozbudowała się tak bardzo jak inne ówczesne sanktuaria. Swój największy rozwój osiągnęła w IV-III w. p.n.e. Wówczas wzniesiono większość budynków, których ruiny można oglądać do dziś.

Miasto w 219 r. p.n.e. zostało zniszczone przez Etolczyków, a po jego odbudowie ponownie zniszczone przez Rzymian. Pojawienie się na tych terenach chrześcijaństwa powoli wypierało dotychczasowe wierzenia, zaś w miejscach kultu starożytnych bóstw wznoszono świątynie wczesnochrześcijańskie. Wówczas wycięto także święty dąb. Dziś w prawdopodobnym miejscu tamtego drzewa posadzono nowe, by oddać ducha tamtych czasów.

Samo stanowisko nie jest zbyt imponujące. W najlepszym stanie zachował się okazały teatr, do dziś wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem.




Jednak najważniejszym fragmentem kompleksu jest bez wątpienia Hiera Oikia, czyli miejsce kultu Zeusa, a właściwie to, co dotrwało do naszych czasów. Ponad starożytnymi kamieniami wznosi się soczyście zielony dąb, posadzony współcześnie i dziś służący głównie turystom jako schronienie przed palącymi promieniami słońca, bo tu, w górach, z dala od dużych akwenów wodnych, upał doskwiera latem o wiele bardziej niż na wybrzeżu.






Zachowały się też fragmenty świątyń innych czczonych tu bogów, m.in. Dione, żony Zeusa, Herkulesa, czy Afrodyty, a także stadion oraz górujący ponad stanowiskiem akropol, jednak zachowany jedynie we fragmentach.






Gdy po odkryciu wyroczni w XIX w. o wykopaliskach zrobiło się głośno, Karapanos sukces przypisał wyłącznie sobie zawiadamiając o tym m.in. Akademię Francuską. Do dziś o udziale Mineyki w całym przedsięwzięciu greckie źródła praktycznie milczą. Prawdopodobnie dlatego, że był też... dziadkiem lewicowego polityka, byłego premiera, Andreasa Papandreu. W 1880 r. Mineyko ożenił się z Persefoną (Prozepiną) Manaris – córką dyrektora liceum w Ioanninie. Mieli siódemkę dzieci. Jedna z córek, Zofia (Sophia), wyszła za mąż za Jorgosa Papandreu, także premiera Grecji. Rządy syna, Andreasa, dość dobrze jeszcze pamiętam. Oprócz tego, że piastował urząd premiera, był także założycielem Panhelleńskiego Ruchu Socjalistycznego (PASOK). Gdy później i jego syn, Jorgos, jako trzeci w rodzinie także został premierem, zarzucono mu, że jego pradziad, Zygmunt Mineyko, ukradł z Dodony monety znalezione podczas wykopalisk. Rzeczone monety miały posłużyć jako potwierdzenie negowanego przez Karapanosa udziału Mineyki w odkryciu Dodony. Polski naukowiec wysłał je w tym celu do Francji.*

Czy warto zwiedzić Dodonę? Samo stanowisko nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, zwłaszcza, że wstęp dla osoby dorosłej to koszt 6 euro. Jednak z punktu widzenia wagi wyroczni dla starożytnych Greków oraz przez wzgląd na zaangażowanie polskiego naukowca o tak ciekawym życiorysie i potomkach, którzy mieli wpływ na politykę nowożytnej Grecji, warto. Warto także zobaczyć na własne oczy imponujący teatr, który jest jednym z najlepiej zachowanych w całej Grecji i wciąż jest wykorzystywany do kulturalnej działalności.







To nie jedyne stanowisko archeologiczne, które odwiedziłam w czasie tegorocznej podróży po Bałkanach. Następne, z imponującymi mozaikami, pokażę już w następnym wpisie!

* D. Sturis "Grecja. Gorzkie Pomarańcze", wyd. Wydawnictwo W.A.B, 2013, rozdział 18

czwartek, 30 listopada 2017

Warszawa przyłapana... w listopadzie 2017 (plus rekomendacje na grudzień)

Szczerze mówiąc trochę boję się zabudowy terenu wokół Pałacu Kultury i Nauki, a to powoli staje się faktem. W tym miesiącu wyłoniono bowiem pięć projektów zabudowy Placu Defilad, z których ostatecznie jeden ma zostać wybrany do realizacji. Plac roboczo nazwano Placem Centralnym, wszak defilady odeszły do lamusa, zresztą gdy na tym skrawku centrum miasta staną dodatkowe budynki, choćby siedziba Muzeum Sztuki Nowoczesnej, raczej nie będzie już miejsca na żadne defilady. Może jednak moje obawy są nieco na wyrost, bo wybrane koncepcje wcale nie są takie złe. Jedna zakłada taflę wody pośrodku placu, inna większą niż obecnie ilość zieleni. Na wizualizacjach każda wygląda ciekawie, choć zdaję sobie sprawę, że wizualizacje często dalekie są od późniejszej rzeczywistości. 

A ta rzeczywistość może okazać się niezbyt łaskawa dla samego Pałacu. Przez media przetoczyła się niedawno burza po wypowiedzi jednego z polityków, który nie miałby nic przeciwko jego wyburzeniu. Warszawiacy się podzielili. Część przyklasnęła temu pomysłowi uznając budynek za pomnik Stalina, inni Warszawy bez Pałacu sobie nie wyobrażają. Zaliczam się do tej drugiej grupy. Nie, żeby mnie jakoś zachwycał swoją architekturą, ale przez tyle lat stał się jedną z wizytówek stolicy, na tyle okazałą, że widoczną z daleka, gdy mija się rogatki miasta. Ten widok to dla mnie zawsze ciepłe skojarzenia z powrotami do domu, może dlatego, że odkąd ja jestem, on zawsze był. Jako licealistka i studentka przez długie lata regularnie odwiedzałam Teatr Studio, a jeszcze potem swoim gościom spoza miasta pokazywałam panoramę Warszawy z trzydziestego piętra tego przez lata najwyższego stołecznego budynku. Nie wiem, czy z jakimkolwiek innym budynkiem w Warszawie mam związanych tyle wspomnień.

Listopadowa aura w tym roku nie rozpieszczała (jakby kiedykolwiek było inaczej). Zawsze powtarzam, że to najlepszy miesiąc na nadrabianie muzealnych zaległości. Nie bez przyczyny niektóre w tym miesiącu nie pobierają opłat za wstęp, w innych zaś w tym okresie ruszają ciekawe ekspozycje czasowe. Ja tym razem postawiłam na Muzeum Narodowe w Warszawie. Aktualnie można oglądać dwie interesujące wystawy czasowe: "Biedermeier" i "Miejska rewolta. Awangarda w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie". Chciałam zobaczyć przede wszystkim awangardę, ale okazało się, że na wszystkie wystawy czasowe można wejść na jeden bilet, więc poszłam zobaczyć także biedermeier, chociaż nie przepadam ani za tym stylem, ani za epoką, w której powstawał. A mimo to wystawa podobała mi się bardzo! Jest i malarstwo, i meble, i szkło, i porcelana, i biżuteria, i ubiory. Mnóstwo eksponatów! Wystawa jest kolorowa i bardzo miła dla oka. Awangarda ciekawa, ale z kolei dość skromna, bo w założeniu prezentuje jedynie prace na papierze, czyli obrazy, rysunki, grafikę oraz awangardowe czasopisma. 





NOWOŚĆ! REKOMENDACJE NA GRUDZIEŃ

Po publikacji wpisu podsumowującego październik w Warszawie dostałam mnóstwo sygnałów, że przegapiliście wystawę Escape Rooms I Pop Up Gallery, która dostępna była dla zwiedzających jedynie przez miesiąc. Pojawiły się hasła w stylu: gdybym wiedział/a wcześniej... Jest w tym trochę mojej winy, ponieważ dzielę się z Wami ciekawymi wydarzeniami w Warszawie zawsze pod koniec miesiąca, bez względu na to, ile one trwają. Wychodząc zatem naprzeciw Waszym oczekiwaniom postanowiłam na próbę polecać Wam niektóre wydarzenia z wyprzedzeniem. To będzie bardzo subiektywny wybór - miejsca i wystawy, które sama będę chciała zobaczyć i które mam nadzieję pojawią się potem w comiesięcznym podsumowaniu. W grudniu w Warszawie zwykle dużo się dzieje, przede wszystkim za sprawą magii Świąt Bożego Narodzenia. Mam nadzieję, że w poniższym zestawieniu każdy znajdzie coś dla siebie.

Targi "Grecka Panorama" (2-3 grudnia 2017 r., Stadion Narodowy)


Jest to impreza przede wszystkim branżowa, ale jeśli ktoś wybiera się do Grecji, powinien na nią zajrzeć, bowiem można zebrać sporo materiałów na temat różnych regionów tego kraju. W ubiegłym roku wiedząc już, że będę m.in. w Ioanninie, odwiedziłam stoisko regionu Epir i dostałam mapkę miasta oraz foldery poświęcone najważniejszym atrakcjom, które przydały mi się na miejscu. Podczas ubiegłorocznej edycji znalazłam też... wyspę, na której spędzę przyszłoroczne wakacje!

Na targach można także zaopatrzyć się w oliwę, sery, wina, przyprawy (uwielbiam greckie oregano!) i mnóstwo innych greckich produktów.

Konieczna rejestracja.



Wystawy


Obie wspomniane w poście wystawy czasowe w Muzeum Narodowym w Warszawie będzie można jeszcze zobaczyć przez cały grudzień: "Biedermeier" do 7 stycznia 2018 r., zaś ekspozycję "Miejska rewolta. Awangarda w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie" do 21 stycznia 2018 r. W grudniu Muzeum Narodowe szykuje także prawdziwą petardę dla miłośników sztuki XX w. - otwarcie stałej Galerii Wzornictwa Polskiego zapowiedziane na 15 grudnia tego roku. Muszę przyznać, że dawno już na żadną ekspozycję, tym bardziej stałą, nie czekałam tak bardzo!



Muzeum Sztuki Nowoczesnej zaprasza na wystawę pt. "Inny Trans-Atlantyk. Sztuka kinetyczna i op-art w Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej w latach 50. – 70." (od 17 listopada 2017 r. do 11 lutego 2018 r.).

W Muzeum Warszawy natomiast 6 grudnia ruszy pierwsza ekspozycja czasowa. Nosi tytuł "Mikrokosmos rzeczy: publiczne i prywatne życie kolekcji" i będzie pokazywać historię tworzenia kolekcji Muzeum Warszawy oraz opowiadać o tym jak zwykłe rzeczy codzienne przeobrażają się w muzealne eksponaty, a prywatne wnętrza w sale wystawiennicze. Wystawę będzie można oglądać do 18 marca przyszłego roku.

Z kolei w Centrum Promocji Kultury Praga-Południe przy Podskarbińskiej 2 prezentowana jest wystawa fotograficzna pt. "Wznieść się wyżej!". Pokazuje zdjęcia z balonowych przelotów nad Warszawą w październiku br., w ramach projektu Balloon Sci-Art Gallery. W czasie lotu prowadzona była bezpośrednia transmisja przez sieć internetową i radiową do wybranych odbiorców na całym świecie: placówek naukowych, galerii artystycznych, placówek dyplomatycznych oraz osób prywatnych. I tu muszę się czymś pochwalić. Na wystawie prezentowane jest także jedno z moich zdjęć!

Królewski Ogród Światła (28 października 2017 r. - 25 lutego 2018 r., Pałac w Wilanowie)


W Wilanowie ruszyła kolejna edycja "Królewskiego Ogrodu Światła". Będzie można ją oglądać aż do 25 lutego 2018 r. Wstyd się przyznać, ale wybieramy się tam rodzinnie co roku i dotąd nie udało nam się dotrzeć.

Świąteczna iluminacja Warszawy (9 grudnia 2017 r., tuż po zapadnięciu zmroku)


Warszawa rozbłyśnie świątecznie jak co roku. Ciekawa jestem, jakie nowe akcenty pojawią się w tegorocznym wystroju Traktu Królewskiego. Nowością natomiast będzie pierwszy zimowy pokaz multimedialnych fontann na Podzamczu. Fontanny nie będą jednak tryskać wodą, a światłem. Pokazy odbędą się 9 i 10 grudnia o pełnych godzinach od godz. 16:00 do 21:00. 



Jarmarki Bożonarodzeniowe


Moda na odwiedzanie Jarmarków Bożonarodzeniowych, szczególnie na zachód od Polski, trwa już od kilku lat, ale mam wrażenie, że w tym roku osiągnęła jakieś apogeum. Nie jestem w stanie zliczyć, ile w ciągu ostatniego miesiąca przewinęło mi się przed oczami blogowych artykułów zachęcających do odwiedzenia choć jednego. To kolejna, po Walentynkach i Halloween, moda, która do Polski trafiła z zagranicy. Jarmarki organizowane przed Świętami Bożego Narodzenia są popularne szczególnie w kulturze krajów protestanckich. Kramy wystawiane są najczęściej na rynkach miast. W Polsce najładniejszy i najbardziej wystawny odbywa się obecnie chyba we Wrocławiu, jednak moda na małe drewniane domki oferujące bombki, słodycze, rękodzieło i... grzane wino dociera także nad Wisłę. W tym roku w całej Warszawie planowanych jest kilka takich jarmarków.

Najbardziej znany, na Starym Mieście wzdłuż murów Starówki tuż przy Placu Zamkowym, ruszył już 25 listopada i będzie można go odwiedzić do 7 stycznia przyszłego roku.



Kolejne dołączą w najbliższych dniach: przed centrum handlowym Złote Tarasy vis a vis Pałacu Kultury i Nauki (1-23 grudnia), na Pl. Narutowicza (9-23 grudnia), czy weekendowy przed Urzędem Miasta na Targówku (16-17 grudnia). 

Kiermasze świąteczne organizują też muzea: Muzeum Etnograficzne (9-10 grudnia) i Muzeum Azji i Pacyfiku (9 grudnia).

Lodowiska


Uroku zimowej Warszawie bez wątpienia dodają lodowiska, pod warunkiem oczywiście, że jest mróz, choć coraz więcej jest również sztucznych. Swoje ma praktycznie każda dzielnica, ale najbardziej malowniczo położone jest na Rynku Starego Miasta, który przez ten krótki okres wygląda jak z pocztówek UNICEF-u.



W tym roku, po raz drugi, lodowisko będzie także na Placu Europejskim. To z kolei ma chyba najciekawszą lokalizację w Warszawie, pomiędzy rozświetlonymi tysiącem okien biurowcami. 



To by było na tyle, ale mam do Was prośbę: dajcie proszę znać, czy w kolejnych miesiącach chcielibyście podobne zestawienia i czego w tym brakuje (może koncerty, premiery teatralne lub kinowe?). A może wiecie jeszcze o czymś wartym polecenia? Podzielcie się swoimi pomysłami na grudzień!

poniedziałek, 27 listopada 2017

Nie tylko gotyk na dotyk. Toruńskie kontrasty

Gdy mniej więcej w połowie Alei Solidarności stanie się twarzą do Starego Miasta, po lewej stronie między drzewami dostrzec będzie można skupisko wiejskich chałupek krytych strzechą, zaś po prawej mniej więcej vis à vis tej niecodziennej wsi w środku miasta, ultranowoczesną bryłę o niebanalnej formie. A wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie gotyckich gmachów z czerwonej cegły. To kwintesencja Torunia. Miasto samo o sobie mówi, że ma gotyk na dotyk. To nieprawda! W Toruniu na dotyk jest i jego przeszłość, i teraźniejszość, i przyszłość.




Centrum Kulturalno-Kongresowe Jordanki


Niespecjalnie przepadam za architekturą współczesną, ale prawda jest taka, że choć w Polsce, szczególnie w Warszawie, sporo się obecnie buduje, to jest to w dużej mierze architektura mierna, której celem jest jedynie piąć się w górę i zapewnić jak najwięcej powierzchni na wynajem. Wartościowych realizacji w Warszawie jest niewiele, ale to wcale nie znaczy, że w Polsce ich nie ma. Żeby się o tym przekonać, wystarczy jechać do Katowic, Żor lub... do Torunia.



Budynek Centrum Kulturalno-Kongresowego zaprojektował znany hiszpański architekt Fernando Menis. Obiekt o świetnej akustyce i możliwości dowolnej aranżacji widowni został oddany do użytku w grudniu 2015 r. Jest odważny w formie, szczególnie jak na sąsiedztwo toruńskiej Starówki wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ponoć historia i architektura miasta były dla architekta inspiracją przy tworzeniu projektu, stąd fasada częściowo utrzymana jest w ceglastej czerwieni, podobnie jak większa część futurystycznego wnętrza. Gotyk w gmachu Jordanek ciężko mi jakoś dostrzec, ale budynek jest zachwycający! W dodatku jest świetnie wyeksponowany. Powstał na terenach dawniej wykorzystywanych jako sportowo-rekreacyjne, więc otacza go praktycznie tylko zieleń, dzięki czemu ani nie ginie wśród innej architektury, ani jej nie dominuje. To jeden z najciekawszych przykładów współczesnej architektury w Polsce.



Plac przed budynkiem otrzymał imię Grzegorza Ciechowskiego. To właśnie w Toruniu w 1981 r. zadebiutowała Republika. Zespół praktycznie od początku istnienia związany był z Klubem Studenckim Od Nowa działającym przy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.



Centrum Kulturalno-Kongresowe Jordanki
Aleja Solidarności 1-3

Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki Czasu"


Budynek CSW sąsiaduje i z toruńską Starówką, i z Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki. Jest nowoczesny, choć nie tak odważny jak Jordanki. Został zaprojektowany przez wrocławskiego architekta Edwarda Lacha, zaś projekt zrealizowała pracownia architektoniczna R2 Lesława Rubika, także z Wrocławia. To pierwszy po 1939 r. budynek wzniesiony specjalnie na potrzeby ekspozycji sztuki współczesnej w Polsce. Gmach wykonany jest z czerwonej cegły, dlatego świetnie komponuje się ze znajdującymi się naprzeciwko zabudowaniami Starego Miasta, a jednocześnie jego nowatorska bryła współgra z architekturą sąsiednich budynków. 




Aktualnie w CSW prezentowana jest wystawa twórczości znanego reżysera Davida Lyncha, która towarzyszy tegorocznej edycji festiwalu Camerimage. Nie mogę odżałować, że minęłam się z ekspozycją dosłownie o włos. Prezentowana będzie do lutego przyszłego roku, więc mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić Toruń jeszcze raz, bo bardzo chciałabym ją zobaczyć. 

Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki Czasu"
Wały gen. Sikorskiego 13

Skansen


To, że Muzeum Etnograficzne znajduje się w ścisłym centrum miasta to żaden ewenement, ale że towarzyszy mu skansen? Tuż za północnymi murami toruńskiej Starówki zlokalizowany jest niewielki park etnograficzny, chyba najmniejszy, w jakim byłam. Niestety bardzo mała powierzchnia nie pozwoliła na odtworzenie charakterystycznego dla tego regionu układu wsi. W skansenie można obejrzeć zaledwie trzy, czy cztery zagrody oraz kilkanaście chałup, głównie z XVIII i XIX w., przeniesionych tu z Kaszub, Borów Tucholskich, Kociewia, Kujaw, ziemi chełmińskiej i dobrzyńskiej. W centrum ekspozycji znajduje się wiatrak typu koźlak. Ach, jak ja je lubię! Jest też młyn wodny i remiza strażacka. 
















Większość chałup nie różni się aż tak bardzo od tych, które znam z innych regionów Polski. Na szczęście toruński skansen pokazuje także akcenty lokalne, związane z nadwiślańskim położeniem miasta. Do takich bez wątpienia należy barka rybacka, zwana także pływakiem, czyli rybacki dom na wodzie. W 1967 r. był nawet projekt utworzenia skansenu wiślanego przy ul. Winnica. Niestety nigdy nie został zrealizowany.



Ciekawostką poniekąd także związaną z Wisłą jest też lapidarium poświęcone Olędrom. Ci osadnicy z Holandii, głównie wyznania mennonickiego (mennonici to chrześcijanie, odłam protestantyzmu), którzy w XVI-XVII w. osiedlali się na terenie ówczesnych Prus Królewskich oraz wzdłuż Wisły na terenie dzisiejszych Kujaw, Mazowsza i Wielkopolski, zajmowali się głównie pracami melioracyjnymi i hydrologicznymi i cieszyli się, jak na ówczesne czasy, dużą swobodą zachowując wolność osobistą i wolność wyznania. 



Jesień to chyba najpiękniejsza pora roku na odwiedziny w muzeum na świeżym powietrzu, gdzie brąz starego drewna cudnie komponuje się z żółciami i czerwieniami. Na szczęście orkan Grzegorz, który przetoczył się nad Polską kilka dni wcześniej nie zdmuchnął wszystkich liści z drzew, które teraz opadały tworząc złote dywany. W dodatku pogoda tego dnia zrobiła się jak na zamówienie pieszcząc skórę jesiennymi promieniami słońca.



Przy Muzeum Etnograficznym można też obejrzeć plenerową ekspozycję rzeźb wykonanych z blachy.





Muzeum Etnograficzne im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej 
Wały gen. Sikorskiego 19

Kompozycja Stefana Knappa - aula Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika 


Był jeszcze jeden powód, dla którego bardzo chciałam odwiedzić Toruń: kompozycja plastyczna autorstwa Stefana Knappa na ścianie auli Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika. Budowę kompleksu uniwersyteckiego na toruńskich Bielanach rozpoczęto w latach sześćdziesiątych XX w. Realizację powierzono Pracowni Urbanistyczno-Architektonicznej S-77 pod kierunkiem związanego z Politechniką Warszawską Ryszarda Karłowicza. Prace miały być zakończone w 1973 r. na obchody pięćsetnej rocznicy urodzin patrona uczelni, Mikołaja Kopernika. To właśnie na terenie kampusu w tej części miasta zlokalizowany jest klub Od Nowa, z którym związana była Republika. 



Budowę auli rozpoczęto w 1969 r., zakończono zaś trzy lata później. Mogła pomieścić 1000 osób i do czasu oddania do użytku Centrum Kulturalno-Kongresowego Jordanki była największą salą kulturalno-estradową w Toruniu.



Zewnętrzną ścianę auli zdobi unikatowa okładzina nawiązująca oczywiście do postaci patrona uczelni. Postać astronoma wkomponowana została w zegar w górnej części kompozycji składającej się głównie z kolorowych kół i okręgów nawiązujących do gwiad i planet. Niektóre są wypukłe. Całość robi iście bajkowe wrażenie. Wygląda jak ceramika, ale to... emalia! Tworzący głównie na emigracji Knapp opatentował technikę malowania metalu emalią dla potrzeb dzieł wielkoformatowych wykorzystywanych w architekturze. Toruńska realizacja jest jedną z nielicznych prac wykonanych przez artystę w Polsce. Mnie zachwyciła!







Aula Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika
ul. Gagarina 11

Gdy zaplanowałam czterodniowy pobyt w Toruniu, sporo osób mówiło, że to za długo, że dwa dni w zupełności wystarczą. Być może latem, gdy dzień jest dłuższy, muzea są dłużej otwarte i biegając od zabytku do zabytku, tak. My jednak podróżujemy niespiesznie i po czterech dniach mam wrażenie, że jeszcze wiele zostało do zobaczenia. Zdarza mi się opuszczać różne miejsca z myślą, że jeszcze jeden dzień by mi się przydał, ale ile by ich nie było, to i tak zawsze będzie o ten jeden dzień za krótko. Z takim przeświadczeniem wyjechałam z Torunia i wiem, że będę chciała tam wrócić. 

Zapraszam także do lektury poprzedniego wpisu poświęconego toruńskiemu Staremu Miastu i atrakcjom dla dzieci.

A jeśli zastanawiacie się, gdzie smacznie zjeść w Toruniu, zajrzyjcie do mojego subiektywnego przewodnika po toruńskich restauracjach.