niedziela, 31 grudnia 2017

2017. To był dobry rok!

Wreszcie, po dwóch latach stagnacji, mogę napisać: to było dobre dwanaście miesięcy! Gdy równo rok temu siadłam, by napisać podobne podsumowanie 2016 r. przez moment zastanawiałam się nawet, czy w ogóle jest sens je publikować. Nie podróżowaliśmy wówczas wiele, ale doszłam do wniosku, że nie każdy rok jest różowy i nawet, jeśli któryś jest gorszy od poprzedniego, to przecież nasze życie, nasz rok, a na blogu ma być szczerze, bez ściemy, nawet jeśli trzeba pochylić czoła i przyznać, że tak naprawdę prawie nigdzie się nie było. Ale obiecałam sobie wówczas, że nie spędzę kolejnego roku siedząc na kanapie i użalając się nad tym, że nie mam kasy na podróże, szczególnie że w nowy rok weszłam z zapasem 13 dni zaległego urlopu, co razem z bieżącym i opieką na dzieci dało mi 41 dni, nie licząc weekendów i świąt. 



Jednak pierwszy tegoroczny wyjazd był prezentem. W styczniu stuknęła mi czterdziestka. Bałam się tego momentu. Przypomniał mi się ostatni rok studiów i początki mojej pracy zawodowej. Wówczas wydawało mi się, że 26 dni urlopu to zamach na wolność, że już tylko ciepły kocyk i dwa tygodnie za parawanem nad Bałtykiem. A dziś, pracując na etacie, podróżuję więcej niż wówczas! Więc dlaczego coś miałoby się zmienić tylko dlatego, że w rubryce wiek odtąd będę wpisywać liczbę zaczynającą od 4, nie od 3? A jeśli ma się zmienić, to tylko na lepsze!

Bo jednak, proszę Państwa, obchodzenie okrągłego jubileuszu może mieć plusy. Moja młodsza siostra i jej chłopak postanowili wysłać mnie na przedłużony weekend tylko z mężem. Dostałam voucher do jednego z uroczych pensjonatów w Krynicy-Zdroju, a oni w tym czasie zaopiekowali się naszym młodszym dzieckiem (starsze pojechało na zorganizowany wypoczynek). 



Wcześniej bez dzieci wyjechaliśmy tylko dwa razy i za każdym łapaliśmy się na tym, że wciąż zastanawiamy się, co moglibyśmy w tym miejscu robić razem z nimi. Tym razem poczułam się jak w podróży poślubnej. Nie było zrywania się na narty o świcie, były za to długie spacery, kolacje przy świecach, drinki przy muzyce... Być może zapachniało trochę emeryturą, szczególnie, że przy okazji odwiedziłam kilka sanatoriów! Wszak nie dlatego, by oddać się zabiegom, a w poszukiwaniu powojennej ceramiki plastycznej, która kiedyś zdobiła ściany większości powojennych obiektów uzdrowiskowych, a dziś coraz częściej znika w ramach modernizacji sanatoriów.







Krynica jest najbliższą mi miejscowością w polskich górach i z żalem patrzyłam na to jak to eleganckie i spokojne miejsce zmienia się na niekorzyść, jak pijalnia wód zdrojowych z enklawy ciszy i spokoju staje się areną pokazową producenta sprzętu AGD, jak w miejscu, gdzie jeszcze do niedawna każdej zimy stała lodowa zjeżdżalnia, którą wykonywał własnoręcznie artysta-rzeźbiarz, teraz znajduje się komercyjne, płatne urządzenie do zjeżdżania na oponach po igelicie. Nie taką Krynicę chcę pamiętać.

Przy okazji nie mogłam sobie odmówić wizyty w moim ulubionym słowackim mieście, Bardejovie. I choć tym razem skupiłam się na pamiątkach po żydowskich mieszkańcach miasta, to kolorowe kamieniczki okalające Rynek zawsze nastrajają mnie optymistycznie!










Podróżniczy rok zaczął mi się tak dobrze, że po powrocie postanowiłam, że będzie to rok wyjątkowy. Nie, nie zmieniłam pracy i nie wygrałam w totka. Okazuje się, że fundusze na podróże można znaleźć... w domu! Czy zastanawialiście się kiedyś, ile człowiek przez lata gromadzi wokół siebie niepotrzebnych rzeczy? Przeczytane książki, ciuchy założone raz, które od roku kurzą się w szafie, zabawki i ubrania po dzieciach, tzw. pamiątki z podróży, które już niczemu nie służą... 2, 10, 30 zł. Ale jak się te niewielkie sumy zbierze się do kupy, to na jakiś niedaleki wyjazd wystarczy nawet dla czteroosobowej rodziny! I ile wolnego miejsca w domu!

Tym sposobem w kwietniu spędziliśmy weekend w Częstochowie. Powody były dwa: po pierwsze postanowiliśmy na Jasnej Górze świętować Niedzielę Palmową, a po drugie od jakiegoś czasu już przyglądałam się miastu w Internecie i doszłam do wniosku, że jest bardzo niedoceniane. Nie ma co prawda spektakularnych zabytków, za to można odnaleźć tam postindustrialny klimat dawnych dziewiętnastowiecznych fabryk, czy też powojennego miasta przemysłowego wraz z całą budowaną wówczas infrastrukturą, czyli osiedlami mieszkaniowymi, szkołami, domami handlowymi, basenami, z czego wiele wzniesionych w stylu powojennego modernizmu. To także dość dziwny układ urbanistyczny, z szeroką aleją prowadzącą ku Jasnej Górze, która na kompletnym uboczu pozostawiła częstochowski Rynek Starego Miasta, miejsce bardzo przyjemne, aczkolwiek pozbawione jakiegokolwiek życia. W ostatnich miesiącach toczyła się dyskusja na temat rewitalizacji placu. Według projektów pośrodku ma stanąć nowoczesny, przeszklony budynek muzeum, mieszczący także kawiarnię. Opinie są różne, ale jeśli uda się ożywić ten zakątek miasta i jeszcze przyciągnąć turystów innych niż tylko uczestnicy pielgrzymek, to ja jestem za, bo uważam, że Częstochowa sama w sobie jest bardzo ciekawa, choć nie do końca swoje atuty potrafi wyeksponować, a w dzisiejszych czasach, w dobie mody na powojenny modernizm widzę potencjał na ciekawe wycieczki tematyczne.









Maj był dla nas w tym roku szczególny, bo nasz pierworodny przystąpił do I Komunii Św. Podróżniczo kręciliśmy się jedynie po okolicach Warszawy łącząc majówkowe pikniki ze zwiedzaniem, choć odwiedzaliśmy głównie... cmentarze (żydowski w Tarczynie i wojenny w Palmirach, o którym jeszcze napiszę oddzielnie, bo miejsce zrobiło na mnie potężne wrażenie). Sprawy rodzinne zawiodły nas także na krótko do Wrocławia i choć tym razem priorytetem nie było zwiedzanie, to jednak krótka wizyta na Rynku i w niecodziennym miejscu, jakim jest Galeria Neon Side przy Ruskiej, przypomniała mi, za co uwielbiam to miasto. 







Latem wróciliśmy do Grecji, na kolejną wyspę, Lefkadę. To miejsce bardzo spokojne i relaksujące. Udzieliła nam się atmosfera wakacyjnego lenistwa. Sporo plażowaliśmy i chyba tylko dwa dni poświęciliśmy na zwiedzanie wyspy. Prawie nie chodziliśmy po tawernach, grillowaliśmy za to w ogrodzie, integrowaliśmy się przy grillu z naszymi rumuńskimi sąsiadami i leżeliśmy nad basenem niczym na wczasach all inclusive.







I o ile w samej Lefkadzie się nie zakochałam, to moje serce skradły inne miejsca, które odwiedziliśmy w drodze na wyspę oraz wracając, szczególnie Ioannina (po naszemu Janina, ale jakoś wolę oryginalną grecką nazwę), Szeged i Subotica.

Ioannina

Ioannina

Ioannina

Szeged

Szeged

Subotica

Moje urodziny nie były jedynym okrągłym jubileuszem, jaki świętowaliśmy w tym roku. Naszemu małżeństwu stuknęła okrągła dyszka! Już od jakiegoś czasu nie kupujemy sobie na kolejne rocznice żadnych prezentów, by zamiast tego spędzić ten czas w jakimś ciekawym miejscu. W tym roku wyjechaliśmy dwa razy! Najpierw, dość spontanicznie sami do Wilna, gdy dzieciaki były na obozie. Decyzję podjęliśmy właściwie tydzień przed wyjazdem. Zakochałam się w tym mieście i jednocześnie odkryłam, że jestem na tym etapie życia, kiedy nie chcę się już śpieszyć i odhaczać kolejnych miejsc must see. Właściwie to odkryłam to już chyba wcześniej i podczas pobytu w Krynicy, i na Lefkadzie. I dobrze mi z tym! Dobrze czasem podczas podróży wstać o 10:00, zjeść niespieszne śniadanie i włóczyć się ulicami bez żadnego konkretnego planu i celu. Wilno jest idealne, by właśnie tak spędzić czas. Podobnie Toruń, do którego pojechaliśmy świętować naszą rocznicę drugi raz, tym razem z dziećmi. I jeśli to miasto kojarzy Wam się tylko ze Starówką wpisaną na listę UNESCO, to wierzcie mi, że to nie wszystko, co oferuje. To miasto pełne kontrastów, miłych dla oka detali, zabawy własną przestrzenią i fenomenalnej gastronomii. Chętnie niebawem tam wrócę!

Wilno

Wilno

Wilno

Wilno
Wilno

Wilno

Toruń

Toruń

Toruń

Toruń

Toruń

Podczas gdy nasze małżeństwo obchodziło cynowe gody, bliska nam para stanęła na ślubnym kobiercu, dzięki czemu mieliśmy okazję bawić się na góralskim weselu. Przy okazji pierwszy raz odwiedziłam Rabkę-Zdrój, dla mnie ciut nudną, ale doskonale nadającą się na jednodniową wycieczkę, z miłym parkiem, modnymi w ostatnim czasie wiszącymi rzeźbami (podobne podziwiałam kilka miesięcy wcześniej w Olsztynie koło Częstochowy) i świetnym reliktem przeszłości w postaci neonu na dawnym domu handlowym Gazda. Takie znaleziska zawsze cieszą mnie najbardziej, bo w ostatnim czasie masowo znikają z przestrzeni polskich miast.







To był rok pod kilkoma względami przełomowy, w którym poukładało się wiele spraw. Ale mimo kilku fajnych podróży, był też rokiem zwyczajnym, spokojnym, bardziej niż poprzednie w stylu slow, bez gnania przed siebie i konieczności odhaczenia nie wiadomo ilu miejsc must see.

Na blogu nie zdążyłam pokazać wszystkich odwiedzonych miast, więc po Nowym Roku spodziewajcie się jeszcze relacji z Ioanniny, Szegedu, Ołomuńca, Suboticy, Trok i sprawozdań z miejsc, które będziemy odwiedzać na bieżąco, bo powoli zapełnia się nasz podróżniczy kalendarz na 2018 r. Na początku będzie kolejna wizyta w Krakowie, będzie też następna grecka wyspa i powrót do Aten po 17 latach, będzie Serbia, Macedonia oraz słowacka perełka z listy UNESCO.

Ołomuniec

Troki

Życzymy Wam, by nadchodzący Nowy Rok 2018 był dla Was dobry, żebyście umieli nieco zwolnić i w podróży, i w codziennym życiu i żebyście cieszyli się tym brakiem pośpiechu i odnajdowaniem szczęścia w drobnych przyjemnościach, bo to głównie te pozornie błahe chwile często składają się na szczęśliwe życie

Iza, Piotr, Andrzej i Jerzyk

(foto: iza, pwz & andy)