wtorek, 8 sierpnia 2017

Miasto Lefkada. W kolorowej stolicy wyspy

Zawsze czuję tę samą ekscytację, gdy ze stałego lądu przenoszę się na wyspę, czy to zjeżdżając z promu, czy z obrotowego mostu jak na Lefkadzie. Pierwsze miasto, zazwyczaj stolica i pierwsze wrażenie, które tym razem kazało mi wyłączyć klimatyzację w aucie i szeroko otworzyć okno, by nasycić oczy całą gamą kolorów elewacji niewielkich domów stojących jeden obok drugiego wzdłuż portowego kanału.



Dotąd, gdy szukałam miejsca na dwutygodniowy urlop, celowałam raczej w znane kurorty. Takie z tawernami i deptakiem. W tym roku wylądowaliśmy na totalnym zadupiu. Z pełną świadomością. Położone nad samym morzem miejscowości Agios Ioannis i Agia Marina od stolicy dzielą ok. 3 km, choć dziś to już praktycznie jej przedmieścia. Kiedyś w tym miejscu były rozległe przestrzenie. Przy plaży stało 12 wiatraków. Mieliły ziarno napędzane siłą wiatru (a wiać potrafi tu naprawdę porządnie!). Tylko wiatraki i nic więcej. Taki widok widziałam na zdjęciach wiszących w muzealnych salach. Na Lefkadzie turystyka zaczęła się rozwijać na masową skalę dopiero ok. 30 lat temu. Najstarsze tawerny na wyspie szczycą się działalnością od lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. To pewnie w tym momencie stolica zaczęła się rozrastać zagarniając peryferia, aż do samej plaży Agios Ioannis. Ziemię najbliżej morza podzielono na niewielkie działki, na których z czasem wyrosły domy na wynajem. I choć zabudowa jest miejscami dość gęsta, to okolica jest cicha i spokojna. Ciszę zakłócają jedynie cykady i beczenie kóz pasących się na nieużytkach. 



Samochodem do centrum stolicy jedzie się kilka minut. Marsz zajmuje ok. 40 min. W palącym słońcu to sporo, szczególnie, że w miasteczku niewiele jest miejsc, gdzie można skryć się przed upałem, zwłaszcza w czasie sjesty, gdy zamknięta jest większość sklepów i kawiarni. Ale właśnie wtedy ma ono najwięcej uroku. Ulice pustoszeją i momentami można poczuć się, jakby było się tam jedynym turystą.  

Podobno miasto widziane z góry przypomina szkielet ryby. Główny deptak, Ioannu Mela, stanowi jej kręgosłup, a boczne uliczki odchodzą od niego niczym ości. Warto się w nich zagubić idąc przed siebie bez mapy i konkretnego celu. Domy mają przeważnie pastelowe barwy, ale zdarzają się i takie w bardziej intensywnej gamie. Budynki w większości są nowe. Wyspę w XX w. nawiedziło kilka dość silnych trzęsień ziemi, które mocno doświadczyły stolicę. 








Z tą kolorową miejską mozaiką dość mocno kontrastują jasne, kamienne budynki kościołów. Od razu widać wpływy weneckie. Większość z nich przetrwała trzęsienia ziemi (widocznie wznoszone były z trwalszych materiałów niż domy) lub została odbudowana z zachowaniem pierwotnego kształtu. To właściwie jedyne zabytki w stolicy, nie licząc twierdzy Agia Mavra. Poniżej kilka najbardziej charakterystycznych dla stolicy Lefkady.



Kościół Agios Spirydion

Należy do najważniejszych w mieście. Usytuowany jest tuż przy pełnym restauracji placu Antistaseos. Do II wojny światowej to właśnie w tej części skupiało się życie stolicy. Dopiero po dotkliwym trzęsieniu ziemi z 1953 r. odbudowywane miasto zaczęło się rozrastać. Kościół pochodzi z końca XVII w. Niestety w trakcie naszego pobytu był w remoncie i nie można było wejść do środka, gdzie można zobaczyć piękny ikonostas. 



Kościół Agios Nikolas

Wzniesiony został w 1687 r. W XVIII i XIX w. uległ zniszczeniom w czasie trzęsień ziemi. Obecny wygląd to rekonstrukcja z 1830 r. Przy świątyni znajduje się ciekawa ażurowa metalowa dzwonnica z zegarem. Podobne zdobią także inne kościoły nie tylko w stolicy, ale i w innych częściach wyspy. Na Lefkadzie spotkałam się z nimi po raz pierwszy.



Kościół Pantokratora

Kościół ufundowany został w 1699 przez rodzinę Valaoriti. Na jego tyłach znajduje się grób poety Arystotelesa Valaroiti, jednego z najbardziej znanych poetów greckich.



Kościół Panagia Ton Isodion (Ofiarowania Najświętszej Marii Panny)

Kościół jest dość charakterystyczny ze względu na barokową dzwonnicę tak typową dla greckiego budownictwa sakralnego. To jedyny, do którego wnętrza udało mi się wejść w stolicy, ale nie zrobiło na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.




Większość uliczek w mieście jest tak wąska, że ledwo może się w nich minąć dwoje dorosłych ludzi, dlatego tawerny i kawiarnie usytuowane są raczej przy głównych ulicach oraz przy wspomnianym placu Antistaseos i wzdłuż kanału portowego.






Podświadomie wybieram bliskość miasteczek portowych - takich, gdzie nad samą wodą stoją kawiarniane i restauracyjne stoliki. Uwielbiam usiąść przy jednym z nich w leniwe popołudnie, tuż po sjeście, i pić kawę patrząc na łódki kołyszące się na wodzie... W kanale w mieście Lefkada mogą cumować tylko niewielkie łodzie. Na jego końcu bowiem zbudowano pieszą kładkę, pod którą nie zmieściłaby się żadna większa jednostka. Wąska grobla oddziela kanał od laguny Divari. Port jachtowy znajduje się vis a vis kładki, po drugiej stronie ulicy, ale jest taki sam jak wszystkie inne porty jachtowe w wielu innych częściach Europy. 







Na drugim końcu kanału stoi natomiast Ratusz, a w nim także dwa muzea: na parterze Muzeum Archeologiczne (wstęp 2 euro od osoby dorosłej, dzieci bezpłatnie) oraz Folklorystyczne na I piętrze (wstęp 1 euro od osoby dorosłej, dzieci bezpłatnie). Część archeologiczna jest dość ciekawa i ładnie zaaranżowana, zresztą staramy się odwiedzać takie muzea gdziekolwiek jesteśmy. Część folklorystyczną można by było sobie spokojnie odpuścić, gdyby nie to, że w ramach biletu można obejrzeć także naprawdę imponujący zbiorów ex-librisów (niektóre mają doskonałą grafikę!) oraz niewielką ekspozycję malarstwa współczesnego.






Tuż za budynkiem Ratusza kończy się ta część miasta Lefkada, którą można określić jako tutejszą Starówkę. Idąc wzdłuż laguny Divari, mijając gimnazjum z fajnym muralem i głośną dyskotekę, dojdzie się aż do plaży Agios Ioannis, tej z wiatrakami.



Poza ścisłym centrum toczy się normalne życie. Są piekarnie i rzeźnicy z prawdziwego zdarzenia, gdzie wiszą i półtusze jagnięce, i mięso wcześniej poporcjowane, czy garmażerka jak wątróbki zawijane w słoninę. Są też niewielkie lokalne supermarkety, w których można kupić i fetę odkrawaną z bloków, i sos tzatziki nakładany do pudełka chochlą z dużego wiaderka, i wino domowej roboty w plastikowej butelce bez etykietki. Niestety są i sklepy większych sieci europejskich, ale staramy się w takich nie kupować.

Polubiłam stolicę Lefkady. Łączy w sobie to, co podoba mi się w tych wszystkich małych miasteczkach o sennej atmosferze na greckich wyspach z subtelnymi akcentami weneckimi. Jest mniej przytłaczająca niż miasto Korfu, które jest chyba najbardziej włoskim w całej Grecji i mniej monotonna niż stolica Thassos. I cieszę się, że tym razem zdecydowaliśmy się zamieszkać w pobliżu stolicy wyspy, a nie w żadnym ze znanych kurortów, o których jeszcze opowiem w kolejnych wpisach.

środa, 2 sierpnia 2017

Agia Mavra. Strzegąc dostępu do Lefkady

Do pełnej godziny pozostała mniej niż minuta, gdy wjechaliśmy na most. Za nami wtoczyło się jeszcze tylko jedno auto, a potem usłyszeliśmy już tylko dźwięk syreny, który oznajmiał, że most, jak tylko z niego zjedziemy, podniesie się, zrobi obrót i ustawi się poziomo do lądu wypuszczając żaglówki z portu w stolicy Lefkady. Mieliśmy szczęście, inaczej na przeprawę musielibyśmy czekać w dość sporej kolejce jakiś kwadrans lub dłużej.

Most ma zaledwie 50 m długości. Tyle dzieli Lefkadę od stałego lądu. Nosi nazwę Agia Mavra vel Santa Maura, tak samo jak twierdza, która od strony stałego lądu strzeże dostępu do wyspy. Nic dziwnego, że gdy Wenecjanie zajęli Epir, a wraz z nim północne Wyspy Jońskie, postanowili w tym najwęższym miejscu wznieść potężną fortecę broniącą przeprawy na Lefkadę. Podobne budowali w innych strategicznych miejscach regionu.



Pierwotnie znajdowało się tu miejsce kultu Afrodyty. Pierwszą twierdzę na przełomie XIII w. i XIV w. wzniósł sycylijski władca, hrabia Jan (Giovanni) I Orsini, który w tym czasie zarządzał już Kefalonią i Zakhyntos. Ożenił się z córką ówczesnego władcy Epiru, Nicefora I Angelosa Dukas Komnena, która wniosła Lefkadę w posagu. Rodzina Orsini utraciła wyspę w 1331 r. Przeszła ona wraz z zamkiem we władanie Wenecjan. Wówczas, w okresie największej świetności, wewnątrz murów znajdowało się całe niewielkie miasto, z którego dziś pozostały już tylko ruiny. 




Pod koniec XV w. twierdzę opanowali Turcy. Sułtan Bajazyd II po raz pierwszy połączył ją z Lefkadą mostem składającym się z 360 modułów mocowanych na palach. Most potrzebny był, by zbudować wodociąg. Niestety uległ zniszczeniu podczas jednego z trzęsień ziemi, które na tym terenie zdarzają się dość często (ostatnie w listopadzie 2015 r.). 



Ok. 1500 r. Wenecjanie na krótko odzyskali zamek i odtąd pozostawał on raz pod patronatem weneckim, raz tureckim w zależności od zawieranych rozejmów i traktatów pokojowych. Na 1684 r. datuje się płaskorzeźbę z wizerunkiem lwa będącego symbolem Wenecji, dziś już prawie niewidoczną, umieszczoną nad bramą zamku. 



W latach 1800-1807 Lefkada wchodziła w skład Republiki Siedmiu Wysp (wraz z Korfu, Kefalonią, Zakhyntos, Itaką, Paxos i Kithirą) cieszącej się względną autonomią na mocy porozumienia turecko-rosyjskiego, a następnie dostała się pod panowanie Brytyjczyków, którzy znacznie zmodernizowali twierdzę. Niestety zniszczył ją pożar w 1888 roku. Mimo odbudowy, nie odzyskała już dawnej świetności służąc m.in. przez jakiś czas jako obóz dla uchodźców. Dzieła zniszczenia dokonały włoskie bombardowania podczas II wojny światowej. Mimo upływu czasu i tylu zniszczeń, forteca wciąż robi imponujące wrażenie i uchodzi za jeden z najbardziej interesujących obiektów obronnych na terenie całej dzisiejszej Grecji.



Tyle historia. Twierdza wzniesiona została na planie nieregularnego siedmioboku, z basztami w każdym narożu. W jej obrębie znajdowały się koszary, składy amunicji, szpital, domy mieszkalne, a także kościół Agia Mavra, od którego cały kompleks wziął nazwę, do dziś zachowany w niezłym stanie. W mury wkomponowana jest dzwonnica, zaś samo wnętrze świątyni znajduje się nieco niżej. Oświetlane jest naturalnym światłem doprowadzanym przez otwór w suficie. Podobne rozwiązanie zastosowano także w innych pomieszczeniach. W czasach panowania osmańskiego kościół zamieniony został na meczet, dziś znów pełni funkcje sakralne. Z pozostałych budynków niewiele się zachowało. 






Po Wenecjanach pozostała także... armata. Można na niej zobaczyć nazwisko producenta: Carlo Carmozzi, Bergamo. Nie jest jedyną wewnątrz kompleksu. Kilka stoi na murach, jakby wciąż strzegły Lefkady przed wrogiem, choć dziś odwiedzają ją głównie całkiem pokojowo nastawieni turyści. Z murów roztacza się piękny widok na lagunę Divari oraz leżące nad nią miasto Lefkada. 





Współczesnym akcentem jest latarnia morska, bowiem tuż przy twierdzy swój początek ma kanał, którym wpływa się do portu w Lefkadzie.




Choć współcześnie zamek porosła już trawa, to jednak w miejscach takich jak to szczególnie dobrze widać historyczne zawirowania, jakie targały Wyspami Jońskimi oraz kolejne, zmieniające się protektoraty, które swoje ślady pozostawiły nie tylko w architekturze, ale i, co ciekawe, w kuchni regionu. Niespieszne zwiedzanie zajmuje ok. 1 godz. Trzeba tylko pamiętać, by zdążyć zanim zamkną most! 



Wstęp jest płatny - 2 euro od osoby dorosłej, dzieci bezpłatnie.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Warszawa przyłapana... w lipcu 2017

W powrotach do Warszawy najbardziej lubię to, że przez chwilę we własnym mieście mogę poczuć się jak turystka. Zaglądam w stare kąty, by odkryć, że w czasie mojej nieobecności, choć trwała zaledwie trzy tygodnie, pojawiło się coś całkiem nowego. Ot, choćby samolot, który wylądował pod Pałacem Kultury i Nauki na prywatnej działce. Podobno ma tam działać... bar z kebabem lub kuchnią wietnamską (swoją drogą, jakie to oklepane, jest tyle fantastycznych kuchni świata, a u nas ciągle te kebaby i sajgonki). O ile, oczywiście samolot nie zniknie tak szybko, jak się pojawił, bowiem został uznany za samowolę budowlaną. Warszawiakom raczej też nie przypadł do gustu i w najlepszym razie budzi pobłażliwe uśmiechy.




Dużo większą sympatią cieszy się Gablotka Mirelli von Chrupek, a w niej... dwunasta już, letnia odsłona nosząca tytuł "Co w szuwarach piszczy". Mam wrażenie, że z każdą kolejną zyskuje ona coraz większe rzesze sympatyków. Gdy tuż po powrocie pobiegłam zobaczyć urocze Dinki, które tym razem się w niej rozgościły, zaczepił mnie pewien mężczyzna w średnim wieku. Podoba się pani? Ja też tu przychodzę, bo wie pani, tu się ciągle coś zmienia za tą szybą. I zrobił zdjęcie telefonem. Właśnie za takie smaczki uwielbiam Warszawę.



A na gmachu Muzeum Narodowego pojawił się neon z muzealnym logotypem! Dobrze, że świetlne reklamy wracają na ulice polskich miast. Dzięki nim, nawet po zmroku robi się kolorowo.



Choć akurat kolorów lipcowej Warszawie nie można odmówić! Barwnymi neonami atakował Nocny Market, a nad Ząbkowską, Otwartą Ząbkowską, zawisły kolorowe lampiony. Letnia edycja tego weekendowego festiwalu bije na głowę zimową, kiedy trzeba było tłoczyć się w niewielkim namiocie! Teraz restauracyjne i kawiarniane stoliki wylały się na ulicę, która docelowo ma zostać zupełnie wyłączona z ruchu i stać się deptakiem. Dalej ma być też rewitalizowana. Już dziś mieszkania kwaterunkowe, z których wyprowadzą się lokatorzy stoją puste, aż do momentu, gdy cała kamienica się wyludni. Wieść gminna, czy raczej uliczna, niesie, że potem takie opuszczone kamienice mają przejść gruntowny remont, ale mieszkania nie wrócą już do puli kwaterunkowej. Przeznaczone mają być na wynajem, w dużej mierze na biura. Nie wiem, czy to dobry pomysł i czy nie zabije klimatu, na który ulica teraz ciężko pracuje. Bo to nie pracownicy biur w garniturach go budują, a mieszkańcy. Bo dzisiejsza Ząbkowska to nie tylko miejsce, gdzie turyści przychodzą na chwilę, bo w zagranicznych przewodnikach i internetowych rankingach przeczytali, że teraz Praga to jeden z punktów must see w stolicy, to przede wszystkim sąsiedztwa, jakich w innych dzielnicach często próżno szukać. Sąsiad przysiada się do sąsiada w restauracyjnym ogródku, inny tylko na chwilę zatrzymuje się przy stoliku, by wymienić uprzejmości i zamienić dwa słowa o problemach dnia powszedniego. Ta ulica i cała dzielnica po prostu żyje - przyziemnymi problemami, ale i radością dnia wolnego. Gdy wejdzie się w pierwszą lepszą bramę, można trafić w sam środek sąsiedzkiej imprezy, hmmm... dość hucznej imprezy. Gdy biura zastąpią lokatorów, to wszystko zniknie. Czy będzie wtedy dla kogo w letni weekend wieszać kolorowe lampiony nad ulicą?






Na szczęście zmiany na Pradze zachodzą wolniej niż w innych częściach Warszawy. Wciąż tu można znaleźć malowane na murach reklamy z czasów minionych i zobaczyć, jak kiedyś, gdy nie było jeszcze płacht, którymi teraz owija się całe budynki, wyglądała reklama wielkoformatowa.





I dopiero po powrocie na drugą stronę Wisły widać, jak Warszawa zmienia się na naszych oczach. Takie, na przykład, nowe bulwary nad Wisłą przy Centrum Nauki Kopernik i Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Leżaki na trawie, bar ze stolikami wystawionymi na sztucznej plaży i miejsce do chlapania się w wodzie dla dzieci w ciepłe weekendy przyciągają mnóstwo ludzi. To świadczy tylko o tym, że takich miejsc we wspólnej przestrzeni wciąż jest za mało. I choć ta przestrzeń jest ładnie zaaranżowana, to jednak czegoś mi tam brak. 







Mam z bulwarami ten sam problem, co z Placem Europejskim. Bo z jednej strony podoba mi się pomysł i wykonanie, a z drugiej nie czuję tych miejsc, nie wywołują u mnie natychmiastowego zachwytu. Może to trochę tak jak z mieszkaniem, w którym po remoncie czuć jeszcze zapach farby, więc nie można poczuć się swojsko, u siebie. Może musi minąć trochę czasu nim ta nowa aranżacja przestrzeni wpisze się na dobre w mój obraz Warszawy. A może po prostu, jak śpiewał nieodżałowany Zbigniew Wodecki, lubię wracać w strony, które znam, po wspomnienia zostawione tam. My się chyba zwyczajnie musimy z tą nowoczesną, całkiem współczesną Warszawą jeszcze dotrzeć.