niedziela, 23 lipca 2017

Lefkada. Trzy zupełnie różne plaże

Zawsze mnie dziwiło, gdy słyszałam, że ludzie jadą na wczasy za granicę i całe dnie spędzają nad hotelowym basenem, nie idąc ani razu na plażę. Teraz dziwię się już trochę mniej. Bo posiadanie domku z basenem strasznie rozleniwia! Nie trzeba targać ze sobą koca, płetw dla dzieci, siatki z napojami, ani biegać do plażowego baru po lody, kawę mrożoną i colę w puszkach, co kosztuje bagatela 12 euro (a jak dorzuci się jeszcze dwie sałatki owocowe, to i 20 euro...). Można siedzieć sobie na tarasie i czytać książkę zerkając od czasu do czasu na dzieci grające w wodzie w piłkę, a kiedy ma się ochotę, to można wejść do domku i zaparzyć sobie kawę, albo przynieść coś zimnego z lodówki. Tylko czy naprawdę o to chodzi? Czy po to tłucze się człowiek te 2200 km w jedną stronę, by potem pić kawę nad basenem? Bo ja chyba nie do końca tak potrafię. Bo Morze Jońskie ma tak cudownie turkusowy kolor, a plaże na Lefkadzie są tak piękne, że siedzenie w hotelu byłoby grzechem. Choć muszę przyznać, że basen czasem też się przydaje...

Lefkada jest wietrzną wyspą, co jest szczególnie odczuwalne na jej zachodnim wybrzeżu. Przyciąga wielu amatorów sportów łączących wiatr i wodę. Plaża Agios Ioannis położona na obrzeżach stolicy wyspy, miasta Lefkada (nazywanego także Lefkas), z charakterystycznymi kamiennymi wiatrakami, popołudniami pełna jest kitesurferów. Ich kolorowe latawce cudownie kontrastują z kolorem wody. Miejscowość Vassiliki na południu uznawana jest natomiast za mekkę windsurferów. I o ile silny wiatr sportowcom jest na rękę, to dla plażowiczów może być utrapieniem. Bo gdy fale są zbyt wysokie, pozostaje wdychanie jodu na brzegu i oglądanie spektaklu, jaki zgotowała przyroda. I wtedy przydaje się hotelowy basen.



Zdecydowanie spokojniejsze jest wschodnie wybrzeże. Nawet jak na zachodzie fale rozbijają się o brzeg, po przeciwnej stronie wyspy można tego wcale nie odczuć.

My plażowaliśmy tylko na zachodzie, a i tam plaże są bardzo różnorodne, dające różne możliwości odpoczynku. Dziś trzy z nich.

Porto Katsiki

Być na Lefkadzie i nie zobaczyć Porto Katsiki, to jak wrócić z Paryża bez zdjęcia pod Wieżą Eiffla. Plaża jest faktycznie spektakularna. Położona jest u podnóża skalnego urwiska. Trzeba pokonać około sto schodów, by się na nią dostać. W minionych latach działał punkt widokowy na wzgórzu położonym naprzeciwko, skąd można było zrobić zdjęcie obejmujące całą plażę. Przed wyjazdem widziałam setki takich zdjęć, ale żadne nie oddaje piękna natury. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. Niestety punkt widokowy został zamknięty ze względów bezpieczeństwa, prawdopodobnie po trzęsieniu ziemi, które nawiedziło wyspę w 2015 r. i właśnie w tej jej części poczyniło najwięcej szkód.





Warto pamiętać, że plaża położona jest w takim miejscu, że do godz. ok. 11:30 jest zacieniona. Woda w morzu też jest chłodniejsza niż w bardziej nasłonecznionych częściach wyspy. 

Na plaży znajduje się cała infrastruktura potrzebna do odpoczynku, czyli leżaki i parasole, ale ponieważ spędzaliśmy tam tylko dwie godziny, więc rozłożyliśmy sobie własny i nie wiem, jaki jest koszt wynajmu. Za to za parking trzeba zapłacić 5 euro za cały dzień bez względu na to, ile chce się zostać.

Bary znajdują się obok parkingów, więc w ewentualne smakołyki lepiej zaopatrzyć się, zanim zejdzie się na dół. Jest jednak i coś dla leniuszków! Przy parkingu jedna z restauracji rozdaje coś w rodzaju menu z ofertą i cenami oraz planem plaży podzielonym na sektory zaznaczone kolorami. Zamówienia można składać będąc już na plaży. Podaje się kolor sektora, a kursujący z góry na dół kelnerzy przynoszą zamówienie prosto do leżaka. I uwijają się jak w ukropie, szczególnie, gdy podpłynie statek wycieczkowy, który cumuje zazwyczaj tylko 40-50 min.

Mimo pięknych widoków i wszelkich udogodnień, plażowanie w tym niezwykłym miejscu nie należy wcale do najprzyjemniejszych. W tym roku plaża wyłożona była dużymi białymi kamieniami, po których bardzo niewygodnie się chodzi. Na zdjęciach z poprzednich lat widziałam żwirek, więc domyślam się, że kamienie zostały sztucznie nawiezione. Woda była raczej zimna jak na standardy greckie. Dość szybko robiło się głęboko, czyli idealnie do nurkowania, ale z kolei dno przy brzegu też wysypane było tymi samymi kamieniami, co sprawiło, że było dość monotonne, bez żadnej fauny i flory.




Na pewno trzeba tę plażę zobaczyć na własne oczy, bo robi imponujące wrażenie. Dla nas jednak było tam zbyt głośno i... nudno.

Kathisma

Plaża położona jest w centralnej części zachodniego wybrzeża, w pobliżu uroczej miejscowości Agios Nikitas. To górzysta część wyspy, jednak autem zjeżdża się wąską, dość stromą drogą nad sam brzeg morza i nie trzeba już pokonywać żadnych schodów. Kathisma jest długa, szeroka, pełna parasoli i leżaków. Bezpłatne parkingi oddzielają ją od szpaleru barów, które ciągną się wzdłuż plaży (jeden nawet z basenem). Płatnymi leżakami i parasolami zarządzają właśnie bary. Jeśli coś się zamówi, można korzystać z nich bezpłatnie. Podobnie było też w niektórych miejscach na Korfu.



Jednak ze wszystkich plaż, na których byliśmy, ta jest chyba najbardziej komercyjna, nie tylko ze względu na dużą ilość barów, ale i wszelkiej maści handlujących towarami i usługami. Można kupić kolczyki, kapelusze, wodoszczelne etui do telefonów, rejs statkiem wycieczkowym, a dziewczyna o skośnych oczach zrobi masaż. Bardzo tego nie lubię. Nie odpoczywam, gdy co chwilę jestem przez kogoś nagabywana.





Plaża cieszy się sporą popularnością, ale jest na tyle duża, że każdy znajdzie dla siebie miejsce, czy to na płatnych leżakach, czy to na własną rękę.

Agios Ioannis

Jest coś takiego w tych najmniej zagospodarowanych plażach, że najbardziej je lubię. Ta pustka, która sprawia, że można odnieść wrażenie, że ma się całą tylko dla siebie... Dno morza, z którego nie uprzątnięto kamieni, może jest nieco mniej wygodne, ale przyciąga też kolorowe ryby (jeżowców na szczęście nie było), więc jeśli ktoś lubi nurkować, będzie miał na co popatrzeć.




Na brzegu stoją kamienne wiatraki, tak charakterystyczne dla greckiego krajobrazu. Pierwotnie było ich 12, dziś zostało tylko kilka, które niszczeją i służą praktycznie za publiczne szalety. Lokalizacja dawnych młynów przestaje dziwić w wietrzne dni. I choć nie działają już od wielu lat, to wiatr plączący włosy i fale rozbijające się o brzeg pokazują, że jest to doskonałe miejsce dla mechanizmów napędzanych wiatrem (przy okazji zachęcam do obejrzenia naszego pierwszego filmu, który nakręciliśmy w jeden z takich dni). Wiedzą o tym także surferzy. Na morzu można zobaczyć i deski z żaglami, i latawce kitesurferów fruwające ponad taflą.







Niestety silny wiatr może nanieść sporą ilość trawy morskiej, której tutaj nikt nie sprząta. A jednak to właśnie na tej plaży czuliśmy się najlepiej. Nic nie zakłócało ciszy i spokoju. Chłopaki mogli nurkować, a ja, ponieważ nie przepadam za plażowaniem, mogłam iść na spacer i nie tylko podziwiać malownicze wiatraki, ale także podglądać ptaki w leżącej niemal naprzeciwko zatoce, zwanej laguną Divari lub Ivari, dokąd późną jesienią przylatują flamingi.


Plaża Agios Ioannis i laguna Divari - widok z monastyru Panagia Faneromeni

Plaże na Lefkadzie są bardzo różnorodne i bez wątpienia każdy znajdzie taką, na której najlepiej będzie mu się odpoczywać. Nie warto ograniczać się do hotelowego basenu!

(foto: iza & andy)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz