czwartek, 30 stycznia 2020

Nowy Sad. Habsburgowie, modernizm, kawiarnie i tygrysy

Twierdza Petrovaradin dumnie wznosi się nad brzegiem Dunaju. Z Nowym Sadem łączy ją Most Varadinski. I twierdza, i most mają za sobą zniszczenie i późniejszą odbudowę, choć stoją za tym i inne czasy, i historie. I choć administracyjnie warownia leży poza obrębem Nowego Sadu, to losy miasta są z nią nierozerwalnie związane. Także współcześnie.




Obecny wygląd twierdzy, której dzieje sięgają aż do czasów starożytnych, jest zasługą Habsburgów. Gdy znalazła się w granicach austriackiego imperium, lata świetności dawno miała już za sobą. Podupadła pod rządami Turków trwającymi niemal 150 lat. Nowi gospodarze odbudowę i rozbudowę rozpoczęli w 1688 r. W ciągu stu lat stała się największą warownią na Dunaju, zwaną nawet Gibraltarem na Dunaju. Musiała być wówczas nie do zdobycia! I również nie do zdobycia okazała się dla nas, gdy na początku lipca 2018 r. odwiedziliśmy Nowy Sad. To gorący okres w tym mieście. W tym bowiem czasie od kilku lat odbywa się znany w całej Europie muzyczny festiwal EXIT, zaś sceną jest właśnie zamek, który wyłączony jest wówczas ze zwiedzania. Niestety nie wiedzieliśmy o tym rezerwując noclegi, choć muszę przyznać, że zastanowiła mnie wysoka, jak na tanią co do zasady Serbię, cena apartamentu.

To paradoks, że festiwal odbywa się właśnie tutaj, w sąsiedztwie Mostu Varadinskiego zniszczonego w 1999 r., gdy na Nowy Sad spadły bomby NATO, które miały powstrzymać eskalację konfliktu i rozlew krwi w Kosowie. Społeczność międzynarodowa wciąż jeszcze miała w pamięci dramat Sarajewa i całej Bośni, kiedy nie zrobiono nic, by w porę zakończyć tę bezsensowną wojnę domową. Serbowie do dziś mają żal, że pozwolono, by Kosowo ogłosiło niepodległość. Czy postąpiono słusznie, oceni zapewne dopiero historia, fakt faktem, że od tamtej pory w regionie panuje pokój.



EXIT zaś, którego pierwsza edycja odbyła się rok później (wówczas jeszcze nie na terenie twierdzy) i którego pomysłodawcami była trójka studentów z Uniwersytetu w Nowym Sadzie, Dušan Kovačević, Bojan Bošković i Ivan Milivojev, był wyrazem buntu przeciwko polityce Slobodana Miloševicia. Koncerty odbywały się pod hasłem "Wyjścia z 10 lat szaleństwa" ("Exit out of the 10 years of madness") i tak impreza zyskała nazwę EXIT, pod którą funkcjonuje do dzisiaj przyciągając do miasta tysiące młodych ludzi.



Miałam nieco obaw, że fani muzyki rockowej zdominują w tym czasie miasto i owszem, uczestnicy, z charakterystycznymi opaskami na rękach, byli widoczni właściwie na każdym kroku, ale trzeba przyznać, że mimo spożycia sporej ilości napojów wyskokowych, zachowywali się nad wyraz spokojnie. Poczułam nawet ukłucie zazdrości i żalu, że mimo wszystko nie kupiliśmy biletów, bowiem w ramach festiwalu występowała także LP, którą szalenie lubię. Cóż, podróżowanie z dziećmi pozbawia takich atrakcji.

Wracając jednak do historii, Nowy Sad wzrastał w cieniu wznoszonej od nowa twierdzy jako osiedle zamieszkiwane przez żołnierzy i rzemieślników pracujących na rzecz fortecy. Wkrótce dołączyli do nich Serbowie uciekający z terenów, które miały mniej szczęścia i wciąż pozostawały pod okupacją turecką. Prawa miejskie zaś mieszkańcy po prostu sobie kupili. W 1747 r. delegacja udała się do cesarzowej Marii Teresy do Wiednia prosząc o wydanie stosownego dekretu i wpłacając niebagatelną kwotę 80 tys. forintów. Rok później taki dokument został wydany, zaś miasto otrzymało łacińską nazwę Neoplanta, co znaczy dosłownie właśnie Nowy Sad.



Dziś jest drugim co do wielkości miastem Serbii. Po bombardowaniach NATO nie ma już śladu. Gdy kilka lat temu stanęłam przed koniecznością dokonania wyboru, czy odwiedzić Nowy Sad, czy niedaleką Suboticę, większość osób znających oba miasta doradziła mi Suboticę jako perłę architektury secesyjnej o bardziej węgierskim niż serbskim klimacie, Nowy Sad zaś sytuując wśród podobnych do siebie miast Austro-Węgier rozsianych po całej Europie Środkowej. To prawda, choć połowiczna. Bo stolica Wojwodiny zaskoczyła mnie nie tylko świeżo wyremontowanymi kolorowymi, bogato zdobionymi kamienicami, bijącą po oczach czystością i luźną letnią atmosferą, ale i doskonałymi przykładami modernizmu przed- i powojennego oraz ciekawym street artem.



Stare Miasto


Ktoś kiedyś powiedział, że wszystkie miasta dawnego cesarstwa austro-węgierskiego są takie same, czy to Nowy Sącz, czy Nowy Sad. Coś jest na rzeczy. To widać szczególnie w przypadku tych mniejszych. Ot, Rynek, Ratusz, okazałe kamienice. Niby trochę się różnią, a jednak kiedy już do jednego z nich traficie, od razu zauważycie to coś i będziecie wiedzieć, że tymi ziemiami władali Habsburgowie. W Nowym Sadzie wystarczy stanąć na Placu Niepodległości (Trg Slobode), który wcześniej nosił nazwę Placu Franciszka Józefa i dokładnie oddaje to, co napisałam powyżej, bowiem z jednej strony wznosi się neobarokowy Ratusz, w czasie naszej wizyty nieco zasłonięty przez scenę, na której odbywały się koncerty w ramach festiwalu EXIT, a vis a vis katolicki kościół Mariacki - oba budynki zaprojektowane w 1895 r. przez architekta György (serb. Đorđe) Molnára. Dzięki sięgającej 76 m strzelistej wieży i kolorowemu dachowi pokrytemu ceramicznymi płytkami z fabryki w węgierskim mieście Zsolnay (wspominałam już o niej przy okazji wpisu o Suboticy), kościół jest właściwie symbolem Nowego Sadu. Ja znalazłam tu jeszcze jeden interesujący mnie akcent - pomnik zasłużonego dla miasta i dwukrotnie pełniącego funkcję jego burmistrza Svetozara Mileticia dłuta Ivana Mestrovicia, wykonany w 1939 r. Bardzo cenię twórczość tego artysty, szczególnie przedwojenną, i gdziekolwiek jestem, staram się odnajdować wykonane przez niego pomniki. Gdyby nie wybuch wojny, to bardzo prawdopodobne, że w Warszawie też mielibyśmy jeden jego autorstwa. Monument Józefa Piłsudskiego miał stanąć przy Placu Na Rozdrożu. Niestety konkursu na pomnik, mimo dwóch edycji, nie udało się rozstrzygnąć przed wrześniem 1939 r. W Nowym Sadzie na szczęście zdążyli z pomnikiem na czas.




Plac Niepodległości ma dość reprezentacyjny charakter, więc jeśli szukacie nieco luźniejszej atmosfery, to wejdźcie raczej w niewielką uliczkę, która biegnie z lewej strony kościoła. Doprowadzi Was do kameralnego placu pełnego kawiarnianych i restauracyjnych parasoli. To Katolicka Porta. Kiedyś w tym miejscu znajdował się cmentarz katolicki, dziś bije tu serce Nowego Sadu. Na placu i we wszystkich sąsiednich uliczkach znajdziecie niezliczone ilości restauracji, barów i kawiarni, które w letnie dni wystawiają stoliki na zewnątrz, mimo niewielkiej ilości miejsca. Całość ma niesamowity, gwarny klimat. Ja najbardziej lubię niezwykle barwną uliczkę Laze Telečkog. Nie ma tam parasoli, za to większość lokali zaprojektowana jest z pomysłem.








W takich miejscach w szczególny sposób doceniam wyższość podróżowania w ciepłych, letnich miesiącach, gdy miasta otwierają się na ludzi, na ich zwykłe, przyziemne potrzeby, jakimi są jedzenie, picie i odrobina relaksu. Lubię miasta pozasezonowe, choć pozbawione tych stolików i krzesełek zalewających ulice, tego gwaru i śmiechu są może i wygodniejsze do zwiedzania i fotografowania, ale mimo wszystko smutniejsze.

Drugie zagłębie gastronomiczne znajduje się po drugiej stronie kościoła. Na długości całego, szerokiego dla odmiany, deptaku Zmaj Jovina, który prowadzi aż do Pałacu Biskupów (Vladičanski dvor), kolejnego z architektonicznych symboli Nowego Sadu, ustawiono stoliki, zaś same restauracje pochowały się w bramach kilkukondygnacyjnych budynków. Nieco bardziej kameralna jest odchodząca od Zmaj Jovina ulica Dunajska (Dunavska), także z restauracyjnymi stolikami. Momentami można odnieść wrażenie, że to miasto tylko gastronomią stoi. Ulica prowadzi do Parku Dunajskiego, gdzie w cieniu drzew na ławce można odpocząć od zgiełku miasta i palącego latem słońca. 






Tym, którzy szukają pamiątek po ludziach, których już nie ma polecam także spacer na ulicę Żydowską (Jevrejska), gdzie zachowała się synagoga wzniesiona w latach 1905-1909 według projektu Lipóta Baumhorna (tzw. nowa synagoga), obecnie pełniąca funkcje kulturalne. To jeden z wciąż namacalnych dowodów dawnej wielokulturowości Nowego Sadu.  




Polubiłam te kameralne uliczki, gdzie bary serwują drinki bezpośrednio z połówek arbuza i rakiję w specjalnych szklankach-dzbanuszkach, a ciastka w rosyjskiej restauracji przyjmują kształt kopuł Kremla. Polubiłam rzeźby podpierające balkony bogatych domów. Polubiłam szum drzew w Parku Dunajskim. Polubiłam kłódki zakochanych na Moście Varadinskim i promenadę ciągnącą się wzdłuż rzeki. Jednak tym, co w mieście najbardziej mnie zachwyciło, był... modernizm!




Park Dunajski przylega do Bulwaru Mihajla Pupina, ruchliwej, ale reprezentacyjnej arterii prowadzącej prosto na wspomniany wcześniej Most Varadinski. Ale to już jest zupełnie inny Nowy Sad... Tu nie zobaczycie kamieniczek w cukierkowych kolorach, z ozdobnymi gzymsami. Tu dominują proste formy, geometria. To najbardziej naszpikowany modernistyczną architekturą fragment miasta. 

Modernizm przed- i powojenny plus jeden całkiem nowoczesny akcent


Muszę się Wam do czegoś przyznać. Pojechałam do Nowego Sadu kompletnie nieprzygotowana! Miałam, co prawda, papierowy przewodnik Bezdroży po Bałkanach, który towarzyszy mi od lat i obejrzałam nieco zdjęć w Internecie, więc wiedziałam, czego mogę spodziewać się po mieście. Tylko dlaczego, u licha, nikt mnie nie uprzedził, że miasto jest pełne architektury modernizmu przed- i powojennego?! Przemierzając ulice oczy przecierałam ze zdumienia, a znalazłam tylko kilka arcyciekawych przykładów budynków w tym stylu. Dopiero po powrocie do domu zaczęłam szukać i okazało się, że jest ich znacznie więcej. I choć pierwotnie wcale o tym nie myślałam, to będę musiała wrócić do Nowego Sadu! 

Parlament Wojwodiny (Pałac Banowina)

Moim niekwestionowanym numerem jeden jest Pałac Banowina mieszczący siedzibę władz Autonomicznej Prowincji Wojwodiny. Gmach jest jednym z najpiękniejszych przykładów modernizmu dwudziestolecia międzywojennego, jaki kiedykolwiek widziałam. Został wzniesiony w latach trzydziestych XX wieku (1936–1939) według projektu serbskiego architekta Dragišy Brašovana (1887–1965). Tak naprawdę są to dwa budynki. Większy, widoczny od strony Bulwaru Mihajla Pupina, ma 185 m długości i zaokrąglony jeden koniec tworząc coś na kształt podkowy. Zwieńczony jest wieżą o wysokości 40 m (5 pięter). Fasada budynku wykonana jest z marmuru. Nad wejściem znajdują się płaskorzeźby wykonane według projektu małżeństwa Baranji przedstawiające zasłużonych dla regionu i całej Serbii oraz motywy zwierząt.

W latach 1939–1941 budynek był siedzibą bana Banowiny Dunaju. Banowiny były przed II wojną światową (od 1929 r.) jednostkami podziału administracyjnego Królestwa Jugosławii, nie posiadały jednak własnego samorządu. Decyzją króla Aleksandra Królestwo Jugosławii zostało podzielone na dziewięć takich jednostek.

Od 2007 r. budynek jest wpisany na listę chronionych zabytków kultury Republiki Serbii.




Lokalizacja: ul. Vladike Platona (widoczny od strony Bulwaru Mihajla Pupina)

Serbski Teatr Narodowy 

Zgeometryzowany budynek o jasnej elewacji, zaprojektowany został przez... polskiego architekta Wiktora Jackiewicza. 



W 1961 r. zespół młodych polskich architektów zdobył I nagrodę w międzynarodowym konkursie na projekt Serbskiego Teatru Narodowego. W skład zespołu wchodzili: Wiktor Jackiewicz, rzeźbiarka Krystyna Pławska, która później zostanie żoną Jackiewicza, Zbigniew Bać i Elżbieta Król. 

To nie przypadek, że siedziba Serbskiego Teatru Narodowego mieści się akurat w Nowym Sadzie. To właśnie tu w 1861 r. założony został pierwszy serbski w pełni profesjonalny Teatr Narodowy.

Niestety projekt musiał czekać na realizację aż 20 lat, bowiem ostatecznie gmach stanął w Nowym Sadzie w 1981 r. 

Odważny w formie budynek, choć sąsiaduje z kompletnie odmienną stylistycznie architekturą pamiętającą czasy Habsburgów, zupełnie nie razi, bowiem nie dominuje okolicy. Jest parterowy i choć dość rozłożysty, to dzięki lokalizacji na sporym placu, jasnej elewacji i otoczeniu zieleni, sam jest dla siebie panem, sterem i okrętem. Płynnie łączy sąsiednią Starówkę z bardziej współczesną częścią miasta.




Jackiewicz natomiast jako architekt wyspecjalizował się w projektowaniu sal widowiskowych.

Lokalizacja: Pozorišni trg 1

Budynek dawnego Muzeum Rewolucji Socjalistycznej (obecnie jeden z gmachów Muzeum Wojwodiny)

Muzeum Wojwodiny powstało w 1947 r. obejmując też patronatem liczne instytucje kultury. Jedną z nich było założone w 1956 r. Muzeum Ruchu Robotniczego i Rewolucji Ludowej, na którego potrzeby w 1959 r. architekt Ivo Vitić zaprojektował modernistyczny budynek. Gmach stanął na skraju Parku Dunajskiego 11 lat później.



W tym czasie placówka przeszła liczne reorganizacje, przekształcając się najpierw w Muzeum Rewolucji Socjalistycznej, następnie w Muzeum Historyczne Wojwodiny, by wreszcie w 1992 r. połączyć się z Muzeum Wojwodiny w jeden organizm. 

W gmachu o surowej bryle do dziś mieszczą się zbiory poświęcone historii Wojwodiny w XX w. obejmujące historię polityczną, gospodarczą i wojskową regionu w latach 1918–1945. Część budynku zajmuje również ekspozycja Muzeum Sztuki Współczesnej, które wciąż nie może się doczekać budowy własnej siedziby. 

Modernistyczny budynek z wtopionym w betonową fasadę witrażem autorstwa profesora Akademii Sztuk Pięknych w Belgradzie, Zorana Pavlovica, wraz z ekspozycją stałą i zewnętrzną ma status pomnika.




Lokalizacja: ul. Dunavska 37

Budynek Radia Novi Sad i Studio M

Urzekł mnie ten pozornie niewielki przeszklony budynek podparty betonową kolumnadą. Aż trudno uwierzyć, że ma 60 lat! Mimo, iż powstał w latach 1958-1959, świetnie broni się i w dzisiejszych trendach w architekturze. Ma też w sobie jakąś taką lekkość konstrukcji, że aż miło na nim zawiesić oko.



Wzniesiony został według projektu Pavle Hilnika jako siedziba radia, ale odkąd w czasie nalotów NATO w 1999 r. zniszczony został budynek miejscowej telewizji, i ona sprowadziła się do tego gmachu.

Obecnie trwa budowa nowej siedziby Radia i Telewizji Wojwodiny w miejscu starego, zburzonego, w dzielnicy Mišeluk i gdy media się tam przeprowadzą, budynek z lat pięćdziesiątych ma stać się centrum kulturalnym Nowego Sadu, w którym znajdzie się m.in. Muzeum XX w. obejmujące także ekspozycję poświęconą radiofonii i telewizji, w tym wytwórni filmowej "Noeplanta", która wyprodukowała około 1300 filmów i Studiu M, w którym nagrywała prawie cała jugosłowiańska scena rokowa. Mam nadzieję, że zachowane zostaną modernistyczne wnętrza budynku z kolorowymi świetlikami w ścianach i ozdobnymi okładzinami.




Lokalizacja: ul. Pionirska 2

Kompleks budynków mieszkalnych i biurowych 

Dość ciekawy architektonicznie kompleks z 1959 r. zaprojektowany przez Sibina i Milenę Đorđević mieści się niemal vis a vis pałacu Banowina.



Lokalizacja: Bulwar Mihajla Pupina

Sokolski Dom

Z kolei vis a vis budynku Radia można zobaczyć dla odmiany przykład modernizmu międzywojennego. Budynek wzniesiony został w latach 1935-1936 według projektu Đorđe Tabakovicia, jednego z najważniejszych architektów Nowego Sadu, dla firmy Sokol „Vojvodina”, utworzonej w 1905 r. Oprócz siedziby "Vojvodiny" w budynku obecnie znajduje się także Teatr Młodzieży w Nowym Sadzie. 



Obiekt wpisany jest na listę chronionych zabytków kultury Republiki Serbii.

Lokalizacja: Ignjata Pavlasa 4

Hotel Centar

To przykład architektury współczesnej. Hotel powstał w 2010 r. Za projekt odpowiedzialna jest firma architektoniczna MIT-ARH. 

Nowoczesny budynek wyróżnia się na tle architektury miasta. Jest dość odważny w formie i od razu przyciąga wzrok. Mam zwykle dość mieszane uczucia, jeśli chodzi o obecne budownictwo, jednak takie mi się podoba.



Lokalizacja: ul. Uspenska 1

To tylko kilka przykładów modernizmu przed- i powojennego w Nowym Sadzie pokazujących jak z upływem lat miasto się zmieniało nadążając za aktualnymi trendami. Większość turystów odwiedza Nowy Sad ze względu na architekturę dawną, ja jednak uważam, że i ta dwudziestowieczna zasługuje na uwagę, choć wiem, że ma tyleż samo zwolenników, co zagorzałych przeciwników. Jednak dopiero zestawienie wszystkich stylów pokazuje prawdziwe oblicze miasta, cukierkowego na pierwszy rzut oka, ale gdy przyjrzeć się lepiej, pokazującego pazur. Takie miasta lubię najbardziej. Dopełnieniem zaś jego wizerunku jest sztuka uliczna.

Street art


Nowy Sad nie zalicza się do miast o szczególnie imponującej scenie street artu, a jednak udało mi się znaleźć sporo całkiem przyjemnych przykładów sztuki ulicznej. Niestety w trakcie pisania tego tekstu okazało się, że jeden z nich przeszedł już do historii.

Stefan Bjelić (Skoczer vel Skoczoid), murale z tygrysami

Murale z szaro-niebiskimi tygrysami, które można zobaczyć w kilku miejscach w Nowym Sadzie, stały się już poniekąd wizytówką miasta. Obrazy są dość realistyczne i bardzo miłe w odbiorze. Znalazłam trzy, ale podobno jest ich więcej w mieście!



Największy znajduje się na jednym z wieżowców tuż przy naddunajskiej promenadzie, na skrzyżowaniu ulic Beogradski kej i Kozačinskog.



Dwa mniejsze można zobaczyć na bramach przy ul. Jevrejskiej (Żydowskiej), w okolicy synagogi.




Fio Silva, mural z koniem, 2017 r.

Fio Silva to artystka pochodząca z Argentyny. Jej prace charakteryzuje dynamika i niezwykła feeria barw. I taki właśnie jest także jej mural w Nowym Sadzie znajdujący się na tyłach synagogi, w pasażu łączącym ul. Jevrejską (Żydowską) z ul. Petra Drapšina.




Mural powstał pod koniec listopada 2017 r.

Outings Project "Anioł Pokoju", 2017 r. (nieistniejący)

Praca znanego francuskiego artysty Juliena de Casabianca. W ramach projektu Outings Project przenosi on na ulice fragmenty obrazów, które można podziwiać w miejscowych muzeach i najczęściej malarzy tego kraju, w którym akurat tworzy. Anioł w Nowym Sadzie to fragment obrazu „Anioł Pokoju” Stevana Aleksicia (1876-1923) z kolekcji Galerii Matica Srpska w Nowym Sadzie.



Kilka realizacji Outings Project pojawiło się na warszawskiej Pradze, jedną znalazłam także w Białymstoku.

Nie są to typowe murale. Powiększone fragmenty znanych dzieł sztuki przenoszone są na papier i naklejane na budynkach, dlatego są bardzo nietrwałe i niestety ten z Nowego Sadu już nie istnieje. W jego miejscu przy ul. Beogradski kej w pobliżu Mostu Varadinskiego powstał nowy, tym razem tradycyjny, malowany na murze, innego autorstwa. 

Albert Topić, murale z dziewczynką malującą sprayem

Szablon z dziewczynką w różnych wariantach kolorystycznych można zobaczyć w wielu lokalizacjach w całym mieście.





Autor, Albert Topić, związany jest z marką odzieżową ALBY Wear, której kolekcje inspirowane są street artem.

Dusko Bjeljac, bez tytułu

Dość zniszczony, ale jeden z najbardziej znanych murali w Nowym Sadzie. Znajduje się przy ul. Laze Telečkog.



American Corner

Zaułek znajduje się na tyłach synagogi, przy ul. Petra Drapšina. To istne zagłębie murali. Większość jest autorstwa twórcy ukrywającego się pod pseudonimem Mr. Roshpanonsky. Część z nich poświęcona jest pierwszym rowerom w Nowym Sadzie. 






Mural z portretem Laze Telečkiego

Mural znajduje się przy deptaku Zmaj Jovina. Przedstawia Laze Telečkiego, serbskiego aktora i reżysera teatralnego, wybitnego członka Serbskiego Teatru Narodowego w Nowym Sadzie.

W czasie naszej wizyty w mieście obraz był nieco zniszczony, jednak w ostatnim czasie został odnowiony.



Nowy Sad nie stał się moją miłością od pierwszego wejrzenia, co więcej będąc tam, myślałam, że to jedno z tych miast, w których jedna wizyta w zupełności wystarczy. Wydał mi się dość przyjemny i miły w odbiorze, ale... nieco nudny! Dopiero pisząc ten post, oglądając jeszcze raz zdjęcia, zagłębiając się we własne wspomnienia i szukając informacji o architekturze modernistycznej, zdałam sobie sprawę, że to jest bardzo fajne, nietuzinkowe miasto i być może potraktowaliśmy je zbyt sztampowo i pobieżnie. Dopiero teraz mam ochotę znów je odwiedzić, odnaleźć miejsca, o których istnieniu wtedy nie miałam zielonego pojęcia i znów zagubić się w tych gwarnych, przyjemnych uliczkach. 

W 2021 r. Nowy Sad będzie Europejską Stolicą Kultury. Miasto jest bowiem największym i najstarszym ośrodkiem kulturalnym w Serbii. Poza tradycjami teatralnymi, ma też bogatą historię wydawniczą. To tu działała Matica Srpska (Macierz Serbska), najstarsza instytucja kulturalno-naukowa w Serbii, tu w okresie największej świetności wydawano 56 czasopism! To zatem doskonały powód, by znów odwiedzić Nowy Sad!

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Gdynia z dziećmi zimą. Cztery pomysły na cztery dni, czyli o sztuce dzielenia czasu między potrzeby dzieci i rodziców

Kiedyś w jednej z internetowych grup poświęconych turystyce rodzinnej padło pytanie o najtrudniejszy okres w podróżowaniu z dziećmi. Wielu rodziców, bez względu na wiek swoich pociech, odpowiadało: TERAZ. Moje TERAZ jest teraz. 

Minęło prawie pięć lat od publikacji na blogu tekstu o tym, jak dzieci zmieniły nasze podróżowanie. Z turystyki pieszej przestawiliśmy się wówczas na samochodową, góry zamieniliśmy na morze, doszły city breaki, zachwycające Starówki, pachnące kadzidłem kościoły i muzealne gabloty. A między tym wszystkim, co interesowało nas, dorosłych, także place zabaw, parki dinozaurów (o, zgrozo!) i ogrody zoologiczne. Wtedy jednak wystarczał wózek lub chusta, ewentualnie silne ramiona taty i maluchy szły tam, gdzie my. I mimo konieczności karmienia, czy przewijania co jakiś czas, mam wrażenie, że było jakoś łatwiej.

Dziś chłopcy mają 9 i 11 lat. I kompletnie różne od naszych oczekiwania od podróży. Ja kocham miasta, muzea, cywilizację, dzieciom do szczęścia potrzeba jedynie hotelowego basenu, rozmaitych parków rozrywki lub ekspozycji stymulujących wszystkie zmysły. Syndrom naszych czasów. Nudzi ich oglądanie zabytków, czy dzieł sztuki, co sprawia, że nasze wspólne podróżowanie wchodzi w kolejną fazę, której hasłem przewodnim jest KOMPROMIS.

I tak oto z początkiem nowego roku stanęłam przed nie lada wyzwaniem. Postanowiłam wykorzystać szkolną przerwę świąteczną i zabrać chłopaków do Gdyni. Dlaczego właśnie tam? Jeśli tu zaglądacie to pewnie wiecie, że często kierunki wyznaczają mi ekspozycje w muzeach w całej Polsce. W planach miałam więc wystawę mody Barbary Hoff w Muzeum Miasta Gdyni i przy okazji gdyński szlak modernizmu. Czyli wszystko to, czego moje dzieci nie znoszą! Po raz pierwszy (serio!) jechałam z nimi sama, więc dla mnie była to najbardziej wymagająca ze wszystkich naszych dotychczasowych podróży. Musiałam znaleźć złoty środek na nasz wspólny pobyt i coś, co zrekompensuje im niedogodności zwiedzania ze mną. Wiedziałam tylko tyle, że w Gdyni jest Akwarium i dwa okręty, które niestety zimą nie są dostępne dla zwiedzających. Na szczęście okazało się, że miasto oferuje całkiem sporo atrakcji dla chłopców w tym wieku. Przyjęliśmy zasadę, że każdy dzień dzielimy na pół - pół dla mnie, pół dla nich. Jeśli rano był spacer po plaży, to po południu muzeum, jeśli wizyta w Akwarium, to połączona z podziwianiem architektury, a jak padało - cały dzień w centrum nauki.



To naprawdę działa! Zapraszam zatem do wspólnego rodzinnego niespiesznego zwiedzania Gdyni, dzień po dniu.

Dzień pierwszy. Na plażę! A potem do muzeum.


Kto powiedział, że na plażę można chodzić tylko latem? Spacery brzegiem morza są przyjemne o każdej porze roku, a powietrze bogate w jod. Po cichu liczyliśmy tylko na nieco bardziej zimową aurę i chociaż trochę śniegu, a przynajmniej mróz, który malowniczo otula lodem falochrony i zdobi soplami podpory mola. Pogoda trafiła nam się jednak bardziej wiosenna, niż zimowa.

Tuż przed naszym przyjazdem przez kilka dni potężnie wiało, więc Jerzyk nastawiał się na szukanie bursztynów. Przy sztormowej pogodzie fale częściej wyrzucają na brzeg rozmaite skarby, a i konkurencja do zbierania jest zimą mniejsza. Niestety nic nie udało nam się znaleźć, bowiem okazało się, że źle szukaliśmy - w piasku tuż przy brzegu, a trzeba nieco dalej w kierunku wydm, czy klifów, gdzie bałtyckie złoto może zostać zatrzymane przez roślinność lub gałęzie. Przywieźliśmy natomiast do domu wygładzone przez wodę kamyki i garść małych muszelek. 




Pierwszego dnia wybraliśmy się tylko na plażę w centrum miasta, wzdłuż której prowadzi ładna promenada. Gdynia ma jednak do zaoferowania mnóstwo pięknych, pocztówkowych nadmorskich zakątków, choćby budzące zachwyt klify w Orłowie, czy Babie Doły z tajemniczą torpedownią, którą zostawiliśmy sobie na ostatni dzień naszego pobytu nad Bałtykiem.



Spacerowiczów w ten przedłużony świąteczny weekend (między Nowym Rokiem, a świętem Trzech Króli) było mnóstwo, nad głowami kołowały mewy, a brzegiem przechadzały się łabędzie poszukujące smakowitych kąsków, którymi karmią je ludzie. Pamiętajcie jednak, że ptakom nie powinno się dawać chleba, co robi większość turystów. Właściwym pokarmem jest dla nich ziarno.




Przy plaży znajduje się spory plac zabaw i możecie wierzyć, albo nie, ale to chłopaków wciąż bawi!



Po zabawie w piasku, na huśtawkach i drabinkach przyszła pora na zamianę ról. Popołudnie zarezerwowane było ma moje przyjemności, czyli "dorosłą" wystawę. Większość muzeów w okresie zimowym otwarta jest do godz. 16:00-17:00, dłużej czynne są Muzeum Miasta Gdyni (w czwartki do 20:00 i znajduje się tuż przy plaży), gdzie obejrzałam wspomnianą wystawę mody Barbary Hoff oraz Muzeum Emigracji (codziennie do 18:00, ok. 2 km od centrum miasta).




Dzień drugi. Gdyński szlak modernizmu i Akwarium Gdyńskie


Taki spacer jest nie tylko kompromisem między moją potrzebą zwiedzania, a dziecięcą chęcią rozrywki. Budynek, w którym mieści się Akwarium znajduje się na jednej z tras gdyńskiego szlaku modernizmu. Miasto wytyczyło kilka takich tras, ale najciekawszy i pokazujący najbardziej reprezentacyjne budynki wiedzie od Dworca Gdynia Główna aż na Polo Południowe, gdzie znajduje się Akwarium. 

O architekturze modernizmu opowiem w oddzielnym poście, bo udało nam się bez "mamo, bolą mnie nogi" przejść całą tę trasę, zaś historia wznoszenia miasta niemal od zera nawet chłopaków zainteresowała. Dodatkową zachętą mogą być gorące pączki ze Starej Pączkarni, które kupić można mniej więcej w połowie drogi (ul. 10 Lutego 16), robiąc przy okazji przerwę na odpoczynek dla małych stóp. 

Wracając jednak do Akwarium, budowę gmachu ówczesnej Stacji Morskiej, która miała mieścić także muzeum i akwarium, rozpoczęto w 1938 r. Prace zostały przerwane przez wybuch wojny, jednak gmach zdążył zyskać monumentalną modernistyczną bryłę. Po wojnie, w latach 1958-1960, budynek powiększono o przeszkloną rotundę i otaczający ją taras na filarach. W 1971 r. otwarto Muzeum Oceanograficzne i Akwarium Morskie Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni, które pod krótszą nazwą, jako Akwarium Gdyńskie, funkcjonuje od 2003 r.

Ekspozycja dziś nieco trąci myszką, biorąc pod uwagę współczesne możliwości techniczne, rozwój i nowoczesność i porównując ją choćby do wrocławskiego Afrykarium. Ja jednak mam do Akwarium Gdyńskiego duży sentyment. Było tu odkąd pamiętam, przez dłuższy czas chyba jedyne w Polsce. I mimo kilku już wizyt i mnie, i chłopaków nieustająco zachwyca. Najbardziej oczywiście akwaria z kolorowymi rybami, żółwiami, a nawet wężem (anakondą zieloną), który na dzieciakach zrobił największe wrażenie. 



Ekspozycja zajmuje 3 piętra i łącznie 7 sal tematycznych z 68 akwariami! To ponad 1500 żywych organizmów należących do 250 gatunków. Zwiedzanie rozpoczyna się od pierwszego piętra i dopiero stamtąd schodzi się na parter oraz wchodzi na piętra wyższe. Na kolejnych poziomach zobaczyć można mieszkańców głębin Atlantyku, północnego Pacyfiku i Indopacyfiku, rafy koralowej (to moja ulubiona sala, w której ryby mają bajeczne kolory), Amazonii (to tu mieszka uwielbiana przez chłopaków anakonda zielona), a także zwierzęta, które żyją na styku wody i lądu. Bałtykowi dedykowana jest oddzielna sala na najwyższym poziomie kompleksu, której centralny punkt stanowi makieta dna Bałtyku pamiętająca jeszcze początki muzeum. Daje ona wyobrażenie o ukształtowaniu dna i głębokościach naszego morza, bowiem zaznaczone są też główne miasta położone nad akwenem.







Akwarium Gdyńskie jest częścią Morskiego Instytutu Rybackiego – Państwowego Instytutu Badawczego. Ma rangę ogrodu zoologicznego. Poza funkcją wystawienniczą podejmuje też działania na rzecz ochrony przyrody, szczególnie zwierząt żyjących w wodzie, a także prowadzi edukację ekologiczną i badania naukowe. W klatce schodowej można zobaczyć rekina młota wykonanego z plastikowych torebek i butelek. To praca Jana Sajdaka, która powstała w ramach akcji National Geographic "Planeta albo plastik". I choć sopocki rekin nie jest tak imponujący, jak śmieciowy wieloryb z Brugii, którego widziałam w Utrechcie, to na mnie także zrobił wrażenie, po raz kolejny przypominając o problemie kryzysu ekologicznego, z którym musi się zmierzyć w obecnych czasach nasza planeta.



Dzień trzeci. Centrum Nauki Experyment, a wieczorem spacer szlakiem świątecznych iluminacji


Pogoda nad Bałtykiem jest kapryśna o każdej porze roku, więc jest duże prawdopodobieństwo, że przynajmniej raz w ciągu pobytu trafi się deszczowy dzień. Ale nie ma tego złego, jak mawiają, bo wówczas nie trzeba negocjować żadnych ustępstw, tylko znaleźć takie miejsce, gdzie dobrze będzie się bawić cała rodzina. U nas zawsze doskonale sprawdzają się wszelkie centra nauki. To aktualnie ulubiona rozrywka moich dzieci. Na szczycie listy jest oczywiście Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, ale bardzo podobało im się także EC1 w Łodzi. Tego typu miejsce o nazwie Centrum Nauki Experyment znajduje się też w Gdyni, na terenie Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w dzielnicy Redłowo. Z centrum miasta można dojechać kilkoma liniami autobusowymi i trolejbusowymi.




Centrum Nauki Experyment przypomina nieco Centrum Nauki Kopernik, choć jest dużo skromniejsze i na ekspozycji mniej jest fizyki, więcej zaś medycyny, biologii i... wody jak na nadmorskie położenie przystało. Oczywiście niektóre atrakcje są i tu, i tu, ale na szczęście wiele było dla chłopaków zupełnie nowych, dzięki czemu pochłonęły ich bez reszty niosąc jednocześnie edukacyjne przesłanie, jak chociażby pompowanie poprzez pedałowanie powietrza do płuc w dwóch wariantach - palacza i człowieka nie palącego papierosów.






Bardzo podobała im się także interaktywna gra, w której trzeba kierować ruchem w gdyńskim porcie. Wcześniej znali podobną, gdzie obsługuje się lotnisko. Wcale nie jest łatwo być kontrolerem ruchu w takich miejscach, nawet na symulatorze!



Na zabawę w Centrum Nauki Experyment trzeba zarezerwować sobie minimum trzy godziny, choć można spędzić tam i cały dzień. Chłopaki do niektórych atrakcji wracali po kilka razy. Minusem jest brak punktów gastronomicznych. Jest jedynie kącik z automatami do słodkich napojów oraz kawy i herbaty, dlatego musieliśmy ewakuować się, gdy głód zaczął doskwierać małym brzuszkom.

Na deser, po zmroku, gdy na szczęście na chwilę przestało padać, a trawniki pokryła cieniutka warstwa śniegu, zrobiliśmy sobie spacer na Skwer Kościuszki i Molo Południowe, żeby obejrzeć gdyńską iluminację świąteczną. Nie była szczególnie imponująca, ale wśród dekoracji znalazły się i motywy morskie jak ryby, foki, czy statek "z papieru". Ot, taki dodatkowy bonus dla tych, którzy odwiedzają miasto w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku i coś, co również trafia w zainteresowania i starszego, i młodszego pokolenia. 






Dzień czwarty. Torpedownia Babie Doły i Muzeum Marynarki Wojennej, czyli II wojna światowa na morzu


Nie unikam poruszania z dziećmi trudnych tematów, w tym wojny i martyrologii. Mieszkając w Warszawie od tematu II wojny światowej nie da się uciec. Co roku przy okazji kolejnych rocznic wybuchu Powstania Warszawskiego media obiegają zdjęcia bomb spadających na miasto i całych połaci ruin, które zostawili po sobie Niemcy. W ścisłym centrum, między szklanymi wieżowcami dogorywają kamienice, które to wszystko przeżyły, a teraz resztką sił walczą o przetrwanie, by poranionymi ścianami dawać świadectwo bestialstwa wojny. Chodzimy czasami po Warszawie szukając takich śladów, chłopcy byli też w Muzeum Powstania Warszawskiego i w Palmirach, gdzie w ostępach Puszczy Kampinoskiej dokonywano egzekucji stołecznej inteligencji.

Teraz przyszła kolej na opowieść o wojnie na morzu. Dzień był ciepły i słoneczny, więc znów wybraliśmy się na plażę, tym razem oddaloną od centrum Gdyni o ok. 10 km. Złoty piasek, ciemnoniebieska toń, a kilkaset metrów dalej... upiorne ruiny i wystające z wody resztki prowadzącego niegdyś do budynku molo. Torpedownia Babie Doły, eksperymentalny ośrodek Luftwafe do testowania torped na morzu, ponura pamiątka działań wojennych na Bałtyku, dziś jeden z ulubionych plenerów fotograficznych w okolicy. Miejsce robi niezwykłe wrażenie! Czasem, by nie zapomnieć, nie trzeba stawiać pomników. Takie miejsca niosą ze sobą o wiele większy ładunek emocjonalny i bardziej dosłownie opowiadają historię niż postacie wyrzeźbione w spiżu. 





Gdynia jest doskonałym miejscem do snucia opowieści o wojnie na morzu. Przecież to właśnie niedaleko, na Westerplatte, 1 września 1939 r. o godz. 4:45  padły strzały, które uznaje się za początek II wojny światowej, zaś niekwestionowanym symbolem miasta jest okręt ORP Błyskawica, który służył na morzach przez cały okres II wojny światowej, a dziś ma status muzeum. Niestety w okresie zimowym można go oglądać tylko z zewnątrz.



Jednostka należy do Muzeum Marynarki Wojennej, które również powinno przypaść do gustu dzieciakom w tym wieku. Na ekspozycji pokazano uzbrojenie okrętów wojennych, torpedy, miny morskie, umundurowanie, ale także modele żaglowców służących armii od późnego średniowiecza do II poł. XIX w. Szczególną atrakcją jest multimedialne stanowisko, gdzie można się wcielić w rolę strzelca karabinu maszynowego Lewis na pokładzie ORP Błyskawica podczas działań alianckich na Morzu Śródziemnym jesienią 1942 r. Zresztą cała wystawa jest nowocześnie i ciekawie zaaranżowana. Pamiętajcie jednak, że w sezonie zimowym muzeum jest czynne bardzo krótko, jedynie do godz. 16:00.

Jeśli wygospodarujecie jeszcze trochę czasu, to atrakcją dla dzieci może być rejs widokowy. Organizowane są także zimą. Statki wycieczkowe odpływają z Molo Południowego, mniej więcej vis a vis Akwarium Gdyńskiego. My nie popłynęliśmy, bo Andrzej dostał kataru i trochę bałam się, że jak go przewieje na morzu, to mi się całkiem rozłoży.

Spędziliśmy w Gdyni naprawdę fajne cztery dni. Można było wycisnąć z tego wyjazdu więcej i gdybym była sama, to pewnie tak bym zrobiła. Jednak z dziećmi podróżuje się zupełnie inaczej, wolniej, bardziej na luzie. Im często się nie chce, mają dosyć, ale mają do tego prawo, bo to też ich wypoczynek. Nie ma więc potrzeby narzucania tempa, żeby zobaczyć jak najwięcej. Planując wyjazd o tej porze roku trzeba też pamiętać, że dni są krótkie i zmrok na przełomie roku zapada już praktycznie o godz. 16:00, zaś muzea też mają pozasezonowe, krótsze godziny otwarcia. Niejednokrotnie musieliśmy wybierać między dłuższym spacerem, a wizytą w muzeum.

Nasz pomysł dzielenia dnia na pół sprawdził się doskonale i myślę, że wykorzystamy go również w innych miejscach. W zimową podróż warto wziąć ze sobą planszówki, by mieć opcję na dalszą część wieczoru w pokoju.

Czuję trochę niedosyt, bo w ramach wypracowanego KOMPROMISU musiałam zrezygnować z części swoich planów. Cóż, Pendolino jedzie z Warszawy do Gdyni ok. 3,5 godz. Zawsze można za jakiś czas przyjechać drugi raz! Ja wciąż liczę na to, że kiedyś zobaczę prawdziwą zimę nad morzem.