środa, 16 września 2015

Saloniki - od starożytności do street artu

Zanim pojechałam do Grecji, przeczytałam gdzieś, że Saloniki to najbrzydsze z greckich miast. Nic bardziej błędnego! Jest tylko nieco chaotyczne, ruchliwe, z wąskimi chodnikami i zielonymi światłami dla pieszych tak krótkimi, że niemal trzeba przebiegać przez jezdnię, bo normalnie nie da się przejść. Ale jest też miastem tętniącym życiem z mnóstwem nowoczesnych kawiarni i restauracji, ciekawą architekturą, pamiątkami z przeszłości i ciekawym street artem. Zwarta zabudowa miasta jest raczej dwudziestowieczna, bowiem w 1917 r. większą jego część strawił olbrzymi pożar, trudny do ugaszenia z powodu wiejącego wiatru. Ogień pochłonął niemal całą historyczną zabudowę Salonik, ale dzięki temu odbudowano je w nowoczesnym jak na ówczesne czasy, europejskim stylu. Dziś spomiędzy bloków wyrastają starożytne i średniowieczne ruiny.





Nie byłoby Salonik, gdyby nie Tessalonika, córka króla Macedończyków Filipa II, przyrodnia siostra Aleksandra Wielkiego. To właśnie jej imieniem miasto nazwał jej mąż Kassander, który założył Saloniki ok. 315 r. p.n.e., a po śmierci Aleksandra Wielkiego przejął władzę i mianował się królem Macedończyków. W 146 r. p.n.e. Saloniki weszły w skład imperium rzymskiego, stając się wkrótce jedną z czterech jego stolic. Nic więc dziwnego, że nie ma tu praktycznie pozostałości greckiego antyku, za to po Rzymianach trochę zostało. 

Jednymi z najstarszych i jednocześnie najbardziej rozpoznawalnych zabytków miasta są Rotunda, czyli Mauzoleum Galeriusza i Łuk (Kamara) wzniesione na przełomie III i IV w., które pierwotnie były ze sobą połączone. Łuk do czasów współczesnych przetrwał jedynie we fragmencie. Miał upamiętniać zwycięstwo Galeriusza nad Persami i zajęcie miasta Ktezyfon w 298 r., zaś Rotunda miała być grobowcem cesarza. Życie lubi jednak sprawiać niespodzianki i Galeriusz zmarł na obczyźnie. Jedne źródła podają, że zginął w Persji, inne, że zmarł na raka. Faktem jest, że Rotundę przemianowano na kościół Św. Jerzego, a w okresie okupacji tureckiej, ok. roku 1590 na meczet - jeden z najważniejszych w mieście. Do dziś budowla posiada charakterystyczny minaret. Wnętrze zdobią freski, choć niestety, gdy zwiedzaliśmy Rotundę w dużej części zasłonięte były przez rusztowania.











Po Rzymianach pozostała także okazała Agora (Forum Romanum). Odkryta została podczas wykopalisk w 1966 r. Archeologowie datują ją na okres między 42 r. p.n.e. a 138 r. n.e., ponieważ w tym czasie fora w podobnym stylu powstawały we wszystkich prowincjach rzymskich. Niektórzy badacze określają jednak powstanie budowli na późniejszy okres - początek IV w. n.e. Doskonale zachował się odeon - niewielki amfiteatr mieszczący ok. 2000 osób, służący do wystąpień publicznych. Przed nim rozpościera się spory plac, na którym ułożono współczesne gipsowe maski. Ciekawym fragmentem kompleksu jest też cryptoporticus - arkady służące obecnie jako miejsce wystaw. W czasie naszego pobytu w Salonikach można było tam zobaczyć instalację autorstwa Anni Kaltsidou pt. "Skrzyżowania wizualne w Forum Romanum w Salonikach" prezentowaną w ramach V Biennale Sztuki Współczesnej. W podcieniach ułożone zostało coś, co przypominało złoto lub kawałki tabliczki czekolady w tzw. złotkach. Miały ponoć symbolizować rzekę czasu - związki z ludźmi, miastem, środowiskiem i dziedzictwem kulturowym poprzez czas, związki starego z nowym odzwierciedlające motto biennale "Stare skrzyżowania - Zróbmy to po nowemu".*





Instalacja Anni Kaltsidou "Skrzyżowania wizualne w Forum Romanum w Salonikach"

Po upadku cesarstwa rzymskiego Saloniki weszły w skład Bizancjum. Ślady tego okresu można znaleźć w całym mieście, głównie w postaci kościołów, które od 1988 r. znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO jako cenne zabytki bizantyjskiej i wczesnochrześcijańskiej architektury. W czasie panowania tureckiego zostały, podobnie jak Rotunda, przekształcone na meczety (nie zachowały się jednak minarety), a funkcje kościołów chrześcijańskich odzyskały w 1912 r., kiedy Saloniki po I wojnie bałkańskiej zostały przyłączone do Grecji.

Najważniejszą świątynią w mieście jest Bazylika Św. Dymitra, patrona Salonik. Wzniesiona została w V w. w miejscu pochówku męczennika Dymitra z Salonik. Ulegała wiele razy zniszczeniu i odbudowie. W 1917 r. niemal całkowicie strawił ją wspomniany pożar, ale została odbudowana w pierwotnym kształcie. Choć bazylika jest bardzo duża, z zewnątrz wygląda bardzo niepozornie. Za to wewnątrz kryje prawdziwe skarby - relikwie Św. Dymitra oraz podziemne katakumby, gdzie znajduje się także cela, w której więziono męczennika.


Kaplica z relikwiami Św. Dymitra




Uwagi wart jest także kościół pod wezwaniem świętego Panteleimona z XIV w. oraz Hagia Sofia, wzniesiona w VIII w. na wzór słynnej świątyni z Konstantynopola (Stambułu) w miejscu starszego kościoła istniejącego w tym miejscu już w III w. To jeden z najstarszych kościołów w mieście. Niestety w żadnym z nich nie byliśmy w środku.

Kościół Św. Panteleimona

Kościół Proroka Eliasza z lat 1360-1370

Kościół Hagia Sofia

Warto wdrapać się także na wzgórze górujące ponad miastem, gdzie znajdują się pozostałości bizantyjskich murów wraz z Wieżą Trigono. Same mury nie są jakąś szczególną atrakcją, za to ze wzgórza rozciąga się przepiękna panorama całego miasta. Nieco dalej znajduje się twierdza Heptapyrgion (Eptapirgion), zwana Twierdzą Siedmiu Wież. Można zrobić sobie też spacer po dzielnicy usytuowanej na zboczach wzgórza. W przeciwieństwie do bloków i kamienic położonych w centrum miasta, tu zbudowano wille. Drogę można sobie skrócić idąc licznymi schodami znajdującymi się między domami. W ten sposób trafi się na niepozorny maleńki bizantyjski kościół pod wezwaniem Osios Dawida z V w., który w czasach tureckich podzielił los innych chrześcijańskich świątyń i stał się meczetem. Dziś tak jak pozostałe kościoły z tego okresu w Salonikach znajduje się na liście UNESCO.





Saloniki zaskoczyły mnie dużą ilością ciekawego street artu



Kościół Osios Dawid

Kościół Osios Dawid

Po panowaniu tureckim pozostał do dzisiejszych czasów nie tylko minaret przy Rotundzie, ale także dawna łaźnia Bey Hamam wzniesiona w 1444 r. przez sułtana Murata II z pięknie zachowanymi wnętrzami. Co ciekawe, działała aż do 1968 r.! Obecnie pełni funkcje muzealne. Niestety gdy zwiedzaliśmy Saloniki, była zamknięta.



Turkom zawdzięczają Saloniki także swój symbol - Białą Wieżę. Pierwotnie stanowiła ona fragment fortyfikacji, potem mieścił się tam garnizon, następnie więzienie. Wieża była też miejscem publicznych egzekucji, dzięki czemu otrzymała przydomek Krwawej Wieży. Obecną nazwę, Biała Wieża zyskała w 1912 r., gdy po przyłączeniu Salonik do Grecji została przemalowana na znak oczyszczenia. Obecnie w Wieży mieści się muzeum miejskie z nowoczesną multimedialną ekspozycją. Każdy poziom poświęcony jest innej tematyce m.in. architekturze (pięknie pokazane jest jak z upływem wieków zmieniała się zabudowa miasta), pożarowi z 1917 r., mieszkańcom, także Żydom, wojnom czy przesiedleniom po rewizji granic z Turcją. Z góry roztacza się piękny widok na nadbrzeże.








Rozrywkowe życie miasta koncentruje się właśnie na nadbrzeżu, gdzie na parterach kamienic rozgościły się liczne kawiarnie i restauracje oraz przy Placu Arystotelesa. Po całodziennej wędrówce w ponad trzydziestostopniowym upale woda z oszronionej karafki postawionej przez kelnerkę na stole, zanim jeszcze sięgnie się po menu, smakuje jak nigdzie indziej! Takie rzeczy tylko w Code Cafe przy Placu Arystotelesa. Latem plac pełen jest gołębi. Nic dziwnego, bowiem można na nim kupić ziarno, by je karmić. Mądre ptaki doskonale o tym wiedzą!







Plac Arystotelesa







Niedaleko placu znajduje się targowisko, choć o godz. 17:00 w sobotę można zobaczyć tam raczej wielkie sprzątanie niż handel. Resztki ryb, ośmiornic i mięs zawieszonych na hakach pozwoliły mi tylko wyobrazić sobie jak musi tu wyglądać w środku handlowego dnia. O takim miejscu i świeżych ośmiornicach na Korfu mogłam tylko pomarzyć. Od sprzedawcy dowiedziałam się, że na wyspach prawie cały połów idzie na potrzeby hoteli i restauracji. Fakt, podobnie było na Thassos, bo ośmiornicę można było kupić tylko mrożoną w supermarkecie. Aż zaczęłam żałować, że zatrzymaliśmy się w hotelu, a nie w apartamencie z aneksem kuchennym. Następnym razem.











Miłośnikom modernizmu polecam także wizytę w kampusie Uniwersytetu Arystotelesa. Budynki poszczególnych wydziałów mają bardzo ciekawą, nowatorską architekturę, kompletnie nie przystającą do zabudowy centrum.

Biblioteka

Wydział Astronomiczny

Wydział Astronomiczny




W następnym poście pokażę trochę street artu, który znalazłam na ulicach Salonik.

(foto: iza & andy)

*Opis instalacji na podstawie katalogu V Biennale Sztuki Współczesnej (w archiwum autorki)

środa, 9 września 2015

Korfu: Sidari - zobaczyć Kanał Miłości i... uciec!

Sidari to typowa miejscowość wypoczynkowa, popularna wśród klientów polskich biur podróży. Tylko czy aby na pewno da się tam odpocząć? Miasteczko atakuje bowiem wszystkie zmysły: głośną muzyką, automatami do gier oraz pstrokatymi szyldami, reklamami i kramami z chińską tandetą. Dobrze powinni się tu czuć stali bywalcy kurortów nad Bałtykiem, bo klimat i natężenie szpetoty od razu przywodzi na myśl nasze polskie, nadmorskie miejscowości. Tylko, że u nas jest to normalne, bo tak wygląda większość miast w całym kraju, nie wyłączając Warszawy, natomiast o specyfice Sidari piszą nawet przewodniki: "Wzdłuż głównej ulicy ciągnie się szpaler bilboardów i ogłoszeń konkurujących o uwagę z restauracjami i sprzedawcami pamiątek, a tłumy turystów w klapkach podążają w kierunku plaż." * Tłumów turystów w klapkach nie widziałam, bowiem większość z nich wczesnym popołudniem smażyła się jeszcze na zatłoczonej plaży ciągnącej się wzdłuż głównej arterii miasta, przy której ulokowała się także większość restauracji i tawern. Także Małgorzata Rejmer zauważyła, że "miasteczko (...) buzuje i mieni się beztroską pstrokacizną szyldów".** Niestety trudno nie zauważyć natłoku tandety i kiczu przy głównej ulicy Sidari, nawet jeśli nie czytało się ani przewodnika Bezdroży, ani artykułu w Podróżach. Ciekawa jestem, czy jakiekolwiek przewodniki podobnie piszą o miejscowościach nad Bałtykiem.












Jeśli faktycznie chce się wypocząć, to raczej na skraju miejscowości, w pobliżu słynnego Kanału Miłości zwanego także Canal d'Amour. Turystów raczej nie da się tam uniknąć, ale za to oczy mogą odpocząć od pstrokatych reklam. W tym miejscu dominuje bowiem łagodny beż wielowarstwowych pasiastych piaskowców, w których morskie fale wydrążyły zatoki. Nad jedną z nich znajdował się kiedyś podobno skalny łuk. To właśnie Kanał Miłości. Jest dość wąski, ale legenda głosi, że jeśli para wykąpie się w nim razem, to połączy ją miłość na wieki, zaś niezamężne panny jeszcze w tym samym roku spotkają wybranka swego serca. 






Dziś to romantyczne miejsce zdominowane jest przez komercję. W okolicy wyrosły plaże, bary i hotele, a autokary przywożą turystów chcących "zaliczyć" kolejne miejsce must see na Korfu. Ciężko nawet zaparkować auto w pobliżu. Jedyne wolne miejsce znaleźliśmy pod barem o nazwie... D'Amour Beach Bar, a jakże! Przeznaczone było, co prawda, dla klientów baru, ale chłopak z obsługi powiedział, że możemy zostać, tylko żebyśmy wracając kupili sobie coś do picia w barze. Głupio nam jednak było wziąć jedno picie na wynos, więc w drodze powrotnej zajrzeliśmy do środka i... zostaliśmy chyba godzinę. Bar jak z filmów o egzotycznych plażach, z basenem, hamakami i kolorowymi drinkami z palemką. Aż żałowałam, że do wieczora jeszcze kilka godzin i że trzeba wracać do Kassiopi! Wieczorem musi być tam całkiem, całkiem... Podróżowanie z dziećmi pozbawia niestety takich rozrywek właściwych letniemu lenistwu i nie byłabym do końca szczera, gdybym nie napisała, że czasem mi tego brakuje. I o ile z samego Sidari miałam ochotę uciec praktycznie od razu, to okolice Kanału Miłości spodobały mi się, choć bardziej komercyjna, aczkolwiek już mniej krzykliwa, infrastruktura niż same formacje skalne.







To było ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy podczas trzynastodniowego pobytu na Korfu. Odpuściliśmy sobie Przylądek Drastis, bo klify podobne są do tych przy Kanale Miłości tyle, że wyżej i ponoć panorama ładniejsza, no i ta przeszklona platforma widokowa... Ja jednak od pięknych widoków sto razy wolę miasta, nawet te opuszczone, dlatego moje podium, jeśli chodzi o Korfu to:

Czy wróciłabym jeszcze kiedyś na Korfu? Tak, ale chyba tylko, by przejść pieszy szlak Corfu Trail. 

Trzy dni później mieliśmy opuścić wyspę, ale to nie oznacza wcale, że od razu wyjechaliśmy z Grecji. Przed nami był jeszcze dwudniowy pobyt w Salonikach - mieście, które atakuje wszystkie zmysły, ale w przeciwieństwie do Sidari, w bardzo pozytywny sposób!

(foto: iza & pwz)

* Mikołaj Korwin-Kochanowski, Dorota Snoch "Korfu, Lafkada, Itaka, Kefalonia, Zakynthos" (Bezdroża, wyd. Wydawnictwo Helion, Gliwice 2015)

** Małgorzata Rejmer "Korfu" (Podróże nr 07/lipiec 2015)

sobota, 5 września 2015

Korfu: Paleokastritsa

Paleokastritsa leży po przeciwnej niż Kassiopi stronie Korfu. I po drugiej stronie gór. Gdy w zeszłym roku byłam na Thassos, wyspę można było objechać tylko dookoła. Żadna z dróg jej nie przecinała. Na Korfu jest inaczej. Dobre drogi prowadzą także z północy i wschodu na zachód wyspy - przez góry. Jest szeroko i bezpiecznie, choć zakręty są czasem dość ostre. W najwyższych punktach można spojrzeć z góry na pozostawione w dolinach wioski. Najbardziej malowniczy jest ostatni fragment trasy widącej z Kassiopi do Paleokastritsy. Droga zwęża się w miejscowości Lakones. Kolorowe domki stoją jeden obok drugiego przy samej drodze. Aby usprawnić przejazd przez miasteczko, wprowadzono ruch wahadłowy i zamontowano światła. Gdy kończą się zabudowania wioski, z góry jak na dłoni widać całą Paleokastritsę. Widok jest przepiękny. Nic dziwnego, że powstało tam kilka restauracji. Jest także punkt widokowy, do którego turystów przywożą autokary.

Lakones - widok z Paleokastritsy, spod klasztoru Theotoku

Lakones

Droga przez Lakones

Widok z Lakones na Paleokastritsę

Widok z Lakones na Paleokastritsę

Paleokastritsa jest jedną z najładniejszych miejscowości na Korfu. Góry schodzą tu do samej lazurowej wody. W okolicy znajdują się wypełnione wodą groty, do których można dopłynąć turystycznymi łódkami. W otoczonych skałami zatokach mieszczą się plaże ze złocistym piskiem, niektóre nazywane rajskimi, inne zaliczane do najpiękniejszych w całej Grecji. Miejscowość jest rozłożysta i zajmuje kilka wcinających się w morze półwyspów, co szczególnie dobrze widać z góry, z punktów widokowych. Jest niestety dość tłoczno, bo oprócz turystów spędzających tu wakacje, co chwilę podjeżdżają autokary z tymi, którzy zatrzymali się w innych częściach wyspy i przyjechali tylko na wycieczkę, bo Paleokastritsa to kolejny punkt must see na Korfu. Szczególnie warto wybrać się tam 16 sierpnia, kiedy odbywa się Festiwal Varkarola poświęcony Św. Siprydionowi, który według tutejszych wierzeń ocalił wyspę w 1716 r. przed najazdem Turków. Odbywa się wówczas widowiskowe przedstawienie - inscenizacja morskiej bitwy, któremu towarzyszą tańce, śpiew i pokazy sztucznych ogni. My niestety byliśmy na początku lipca.





Zdecydowanie najciekawszym miejscem jest monastyr Theotoku położony na najbardziej wysuniętym na wschód wzgórzu. Ponoć wzniesiony został w XII w., jednak jego obecne zabudowania datuje się na XVIII w. Warto się tam wybrać nie tylko by zobaczyć kościół klasztorny z ciekawym ikonostasem oraz muzeum ikon, ale by nacieszyć oczy kolorami. Jest to bowiem niezwykle barwne miejsce. Fioletowe i różowe krzewy, te najbardziej charakterystyczne dla całej Grecji, rosną na każdym skrawku ziemi. Dodatkowo kwiaty stoją w donicach. W ich cieniu leniwie wylegują się koty. W klasztorze znajduje się także wciąż działająca tłocznia oliwy. Zaopatrzyłam się w butelkę, a także w dwie butelki klasztornego wina. Choć zazwyczaj jestem sceptycznie nastawiona do takich trunków, to muszę przyznać, że to było wyśmienite i smakowało jak domowe. Mimo przetaczających się przez klasztorne zabudowania turystów, miejsce to otacza jakiś taki kojący spokój, w przeciwieństwie do gwarnego miasteczka, które leży u jego podnóży.