piątek, 17 kwietnia 2020

Street art w Gdyni. O tym, jak przez przypadek znalazłam całkiem fajne zagłębie murali

Gdynia nie kojarzyła mi się dotąd ze szczególnie spektakularną sceną street artu. Ba, jadąc tam, nawet nie pomyślałam, by murale uwzględnić w i tak napiętym programie zwiedzania. W Trójmieście to gdańskie osiedle Zaspa wiedzie zasłużony prym w tym temacie. Jednak często w podróży to życie i przypadki weryfikują nasze plany. I tak oto nie zrealizowałam mniej więcej połowy tego, co sobie założyłam, za to zrządzeniem losu trafiłam w całkiem ciekawe streetartowe zagłębie. I wiecie co? Ja cholernie lubię, kiedy życie robi mi takie niespodzianki. 



To był przedostatni dzień naszego styczniowego pobytu w Gdyni. Rano pojechaliśmy na plażę w Babich Dołach, na popołudnie w planach było zwiedzanie Muzeum Emigracji, ale na samo hasło "muzeum" chłopaki jakoś dziwnie się ociągali i nieśmiało zaproponowali, że może poszłabym sama, a oni posiedzą w pokoju i odpoczną. Nic na siłę. Z centrum, gdzie mieszkaliśmy, to ok. 2 km. Z papierową mapą w jednej ręce i telefonem z nawigacją w drugiej, ruszyłam przed siebie. Po drodze chciałam jeszcze przyjrzeć się miastu i znaleźć więcej przykładów architektury modernizmu, która obok wystawy mody Barbary Hoff była drugim powodem naszego przyjazdu do Gdyni. Jednak aplikacja poprowadziła mnie najkrótszą, ale i chyba najmniej ciekawą możliwą drogą, najpierw przez mocno industrialną i dość zaniedbaną część miasta, wreszcie przez wiadukt nad torami kolejowymi wiodącymi do portu. Sam gmach Dworca Morskiego, w którym mieści się Muzeum Emigracji był jednak nagrodą za ten trud i miodem na moje oczy, więc nie miałam ochoty wracać tą samą trasą. Postanowiłam skorzystać z komunikacji miejskiej (pod samym muzeum pętlę ma jedna z linii autobusowych). Gdynia jest dla mnie nieodgadniona, jeśli chodzi o poruszanie się środkami transportu zbiorowego. Rozkłady są nieczytelne, w dni wolne liczba autobusów i trolejbusów spada do niezbędnego minimum potrzebnego mieszkańcom, zaś jeśli nie kupisz jednorazowego biletu w kiosku, to u kierowcy możesz nabyć jedynie karnet obejmujący od razu pięć biletów za łączną kwotę 8 zł. Uznałam, że wolę tę sumę przeznaczyć na pączki ze Starej Pączkarni dla chłopaków i noga za nogą zaczęłam się wlec tą samą drogą. 

Gdy weszłam na wspomniany wcześniej wiadukt, mój wzrok przyciągnęła kamienica w dole. Nie dość, że modernistyczna, to jeszcze z muralem! Wcześniej miałam ją za plecami, więc zwyczajnie jej nie zauważyłam. Pomyślałam, że zboczę trochę z trasy i zrobię zdjęcie. Gdy podeszłam bliżej, moim oczom ukazał się następny mural, a potem jeszcze jeden i kolejny. Spędziłam niemal godzinę oglądając obrazy na ścianach kamienic w obrębie trzech sąsiadujących przecznic (właściwie kwartału ograniczonego ulicami Portową, Żeromskiego, Św. Piotra i Św. Wojciecha)! Ich autorzy to czołówka przedstawicieli polskiego street artu i kilku gości zza granicy. Wszystko jest zasługą festiwalu sztuki Traffic Design (to także stowarzyszenie, którego celem jest poprawa estetyki przestrzeni publicznej w Gdyni), jaki przez lata odbywał się w tym mieście. Obrazy są bardzo różnorodne, ale można w nich odnaleźć sporo motywów marynistycznych, co rozumie się samo przez się. Zresztą, co ja się będę rozpisywać, zobaczcie sami!





Jacyndol, bez tytułu, 2012 r. (ul. Św. Piotra 19/ul. Żeromskiego)


To właśnie ten mural zobaczyłam w dole z wiaduktu. Jego autorem jest Jacyndol, czyli Jacek Wielebski, założyciel Traffic Design, gdynianin, z którego twórczością po raz pierwszy zetknęłam się... w Warszawie. Jego murale upamiętniające wybuch Powstania Warszawskiego do 2017 r. zdobiły mur stadionu Polonii Warszawa. Niestety były już w tak złym sanie, że zastąpiono je nowymi obrazami innego autorstwa.

Realizacja z ul. Św. Piotra nie jest może najwybitniejszym przykładem street artu, jaki widziałam, ale jest na tyle kolorowa, że mnie zaciekawiła, a dzięki temu odkryłam pozostałe murale w tej części miasta.



Na dole kamienicy mieści się bardzo sympatyczna kawiarnia Fyrtel (vel Oczy), idealne miejsce na złapanie oddechu, gdy tak jak ja w tamtym momencie, ma się w nogach kilka kilometrów spaceru po Gdyni.



Różni autorzy, lata 2012-2015 (zespół kamienic przy ul. Św. Piotra i ul. Portowej 7 i 9 (w podwórku od ul. Św. Wojciecha)) 


Murale znajdują się po dwóch stronach kamienicy przy ul. Św. Piotra oraz w podwórku kamienic przy ul. Portowej 7 i 9. Jest ich w sumie kilka, autorstwa takich artystów jak Uwaga Inwazja, FRM Kid, Seikon, Rafał Chomik, Igor Tarasiewicz, czy Autone.

I tak od strony ul. Św. Piotra mural ze stoczniowcami i wznoszącym się ponad nimi portowym żurawiem ostrzeliwanym przez kosmiczne statki to praca Ryszarda Niedzielskiego, który ukrywa się pod pseudonimem Uwaga Inwazja i uznawany jest za najstarszego polskiego streetartowca (pierwszy mural wykonał w Sopocie w 1996 r.), zaś obraz pt. "The Head" na sąsiedniej ścianie został wykreowany w 2015 r. przez parę Foxy & Wiur, znanych też pod nazwą DOA. Ona to historyk sztuki, rysownik, malarka i projektantka ubrań, dla której inspiracją jest secesja oraz japońskie grafiki. Gdy zaczynała przygodę ze street artem była jedyną kobietą w tej branży! On zaś to grafik, rysownik i malarz, do tego perfekcjonista, wielbiciel grubych konturów i szerokiej gamy barw. Ich prace można oglądać w wielu miastach w kraju i za granicą.




Z kolei wchodząc na tyły kamienic przy ul. Portowej od strony ul. Św. Wojciecha najpierw widać geometryczny mural autorstwa Autone, ten sam garaż z drugiej strony zdobią postaci muzyków bluesowych wykonane przez Seikona i Rafała Chomika, garaż naprzeciwko fantazyjnymi kolorowymi końmi ozdobił z dwóch stron Igor Tarasiewicz, zaś duży mural na wprost (po drugiej stronie kamienicy przy Św. Piotra, tej z muralami Uwaga Inwazja i Foxy & Wiura) to realizacja FRM Kid.






Całość to zupełny mix stylów, ale bardzo miły w odbiorze. 

Sepe i Otecki, bez tytułu, 2012 r. (ul. Św. Piotra 19)


Sepe (Michał Wręga) i Otecki (Wojciech Kołacz) to najwyższa liga w polskim street arcie. Lubię kolaboracje. Pozwalają spojrzeć na twórczość artystów z zupełnie innej strony, przypomnieć sobie ich indywidualną twórczość i spróbować odnaleźć we wspólnych pracach to, co najbardziej charakterystyczne dla każdego z nich. W tym muralu na pierwszy rzut oka bardziej widać dość charakterystyczny styl Oteckiego.



Sainer "Birdyboat", 2012 r. (ul. Żeromskiego 4)


Prace Sainera (Przemysław Blejzyk) można najczęściej zobaczyć pod marką Etam Cru (Etam Crew), którą tworzy razem z Mateuszem Gapskim (pseudonim Bezt). Kilka z nich pokazywałam Wam przy okazji relacji ze streetartowej Łodzi. Ja jednak bardzo lubię również indywidualne realizacje Sainera. "Birdyboat" to barwny obraz nawiązujący do portowego charakteru Gdyni. 



Pener i Chazme, 2012 r. (ul. Żeromskiego 8)


Kolejne nazwiska z czołówki polskiego street artu. Ich kolaboracja dała fajny efekt, bo w obrazie widać i geometryczne motywy charakterystyczne dla Penera (Bartek Świątecki), który ponoć w czasie pracy nad muralem używał gumki od majtek i gwoździ, żeby figury wyszły równo, i papierowe ptaki, które już wcześniej pojawiały się w twórczości Chazme (Daniel Kaliński).



Proembrion "Atraktor", 2012 r. (ul. Żeromskiego 8)


Praca Proembriona (Krzysztof Syruć) podobała mi się chyba najmniej ze wszystkich gdyńskich murali. Obrazy tego twórcy charakteryzują ostre, hipnotyzujące kolory i właśnie w takim stylu utrzymany jest "Atraktor", ale ja jednak chyba po prostu nie lubię abstrakcji w street arcie. 



Krik Kong i Lump, 2012 r. (ul. Żeromskiego 8, w podwórku)


Krik Kong to jeden z najbardziej rozpoznawalnych streetartowców Trójmiasta. Wykreowane przez niego charakterystyczne "ludziki" można zobaczyć w wielu miejscach Gdańska, Gdyni i Sopotu, ja pierwszy raz zobaczyłam jego mural chyba w Płocku. I choć bliżej mu do klasycznego graffiti, to ta realizacja jest nieco "grzeczniejsza", zaś motyw marynarzy raczej nieprzypadkowy w tym miejscu, rzut beretem od basenów portowych.




Obraz na sąsiedniej ścianie jest autorstwa Lumpa (Piotr Pauk), którego twórczość inspirowana jest fantastyką, komiksem i malarstwem Ameryki Łacińskiej. I w takim właśnie klimacie jest także utrzymany jego gdyński mural.



War-C "See the sea", 2013 r. (ul. Żeromskiego 15a)


Pod pseudonimem War-C tworzy Bartosz Sasiński, twórca bardzo wszechstronny, który nie tylko maluje, ale sięga po dość niestandardowe techniki artystycznego wyrazu jak origami, czy... klocki Lego. Jego obrazy kojarzą się, przynajmniej mi, z kreskówkami, choć niekoniecznie dla dzieci. Jego gdyński mural z marynarzem jest bardzo miły dla oka i większości moich znajomych, którym pokazałam zdjęcia z Gdyni, podobał się najbardziej.



Sainer "Cupido", 2013 r. (ul. Jana z Kolna 6, widoczny od ul. Portowej)


Druga z prac Sainera w Gdyni, przedstawiająca golfistę. Pierwotnie mural miał dużo bardziej wyraziste, intensywne barwy, jednak z upływem lat bardzo wyblakł. Wygooglajcie sobie oryginalny wygląd, bo niestety obraz bardzo stracił na atrakcyjności.



Never 2501, bez tytułu, 2013 r. (Pl. Kaszubski 8, widoczny od ul. Jana z Kolna)


Never 2501, czyli Jacopo Ceccarelli to twórca pochodzący z Włoch. Tworzy trójwymiarowe obrazy przez zastosowanie wielu czarnych, cienkich linii, wśród których oko widza musi dostrzec kształty. Łatwo nie jest!



To nie jest pełna lista murali, które można zobaczyć w tej okolicy. Jest jeszcze rewelacyjny obraz Kislowa z Ukrainy, transatlantyki autorstwa M-City, czy intrygująca praca Cekasa. Tego jednak dowiedziałam się już po powrocie do domu. Gdybym do Gdyni pojechała przygotowana ze street artu, na bank bym ich nie ominęła. W tamtym jednak momencie rzut oka na zegarek przywołał mnie do rzeczywistości i przypomniał, że najwyższa pora zabrać chłopaków na obiad, tym bardziej, że po drodze miałam kupić przecież jeszcze pączki. 

Na szczęście znalazłam też kilka udanych realizacji w innych częściach miasta.

Krik Kong i Gregor, bez tytułu, , 2013 r. (ul. Chrzanowskiego 13, widoczny od strony ul. Wendy - wiadukt)


Mural wykonany w kolaboracji przez Krik Konga i Grzegorza Gregora Gonsiora. Jeden z moich ulubionych w Gdyni. Twarz starego marynarza, którego głowę zajmują liczne myśli lub sny. Widać w nim wkład obu twórców. Obrazy Gregora zawsze przywodzą mi na myśl... kłębki bawełny (lub obłoki), co może nie jest wcale głupim skojarzeniem, bowiem Gregor jest też projektantem mody. Tu wśród tych "puszystych" linii odnaleźć można "ludziki" charakterystyczne dla Krik Konga. Dla mnie bomba! 



GR170 (Grito) "We are 99%", 2013 r.  (ul. Chrzanowskiego 13)


GR170 vel Grito to twórca pochodzący z Hiszpanii, z Barcelony. Jego prace charakteryzuje mnogość detali przy wykorzystaniu szerokiej gamy kolorów. Gdyńską realizację, zlokalizowaną niemal vis a vis gmachu Urzędu Morskiego w Gdyni artysta nazwał "We are 99%" i opatrzył komentarzem, że "1% najbogatszych na świecie posiada 40% całego bogactwa". My jesteśmy pozostałymi 99%. I choć nie przepadam za muralami złożonymi ze zbyt wielu szczegółów, przesłanie bardzo do mnie przemawia.



M-City "The Giant Has Landed", 2013 r. (ul. Wójta Radtkego)


M-City, Mariusz Waras, to chłopak stąd, z Gdyni. Jego murale nie są łatwe w odbiorze. Główną rolę gra w nich miasto, często jego industrialne, nie najpiękniejsze oblicze, a także destrukcja i zniszczenie. Miasto jest moim naturalnym środowiskiem, w nim czuję się najlepiej i chyba właśnie dlatego prace tego artysty tak mi się podobają, choć jest w nich też coś mrocznego. 

Mural przy ul. Wójta Radtkego nawiązuje do legendy miejskiej o lądowaniu niezidentyfikowanego obiektu latającego w gdyńskim basenie portowym w 1959 r.



Zbiok "Serious Relationship", 2013 r. (ul. Wójta Radtkego)


Mural znajduje się niemal po sąsiedzku z obrazem M-City. Powstał w ramach festiwalu Traffic Design.



Negation Studio, 2016 r. (ul. Władysława IV/ul. Starowiejska)


Negation Studio to duet, który tworzą Patryk Hardziej i Patrycja Podkościelny. 

Mural powstał z okazji 90 urodzin Gdyni w ramach szóstej edycji festiwalu Traffic Design.



Jan Bajtlik "Craftsmen's Reserve", 2015 r. (ul. Starowiejska 38, widoczny od ul. 3 Maja)


Mural autorstwa Jana Bajtlika powstał w ramach piątej edycji festiwalu Traffic Design. Litery układają się w pewnien napis. Udało Wam się odczytać?



Zdaję sobie sprawę, że to tylko niewielki wycinek gdyńskiej sceny street artu. Większość murali znalazłam przypadkowo wędrując ulicami miasta, ale zupełnie zmieniły one moje postrzeganie Gdyni. To nie jest ładne, czy nawet przyjemne miasto, wręcz powiedziałabym, że przytłaczające. A jednak ma coś w sobie i ja takie nieoczywiste miasta lubię najbardziej. Obiło mi się o uszy, że paradoksalnie to właśnie tu żyją najszczęśliwsi ludzie w Polsce. Na pewno zaś najmilsi, bo podczas tych czterech dni pobytu spotkałam się z niezliczoną ilością życzliwości ze strony mieszkańców. Być może samotna matka w podróży z dwójką dzieci budzi pozytywne emocje, ale począwszy od ochrony w bloku, gdzie wynajmowaliśmy apartament, przez panie z Informacji Turystycznej i taksówkarzy, którzy wcielali się w rolę przewodników pokazując nam najciekawsze zakątki miasta i opowiadając o jego historii, po zwykłych przechodniów oraz obsługę wspomnianej kawiarni Fyrtel (vel Oczy), którzy pomogli mi ustalić autora pierwszego z opisanych murali, każdy chętnie służył nam radą i pomocą. W żadnym innym mieście w Polsce nie spotkało mnie tyle dobra ze strony przygodnie poznanych osób i szczególnie teraz, w tym trudnym okresie zmagania się z koronawirusem, bardzo ciepło o nich myślę mając nadzieję, że zło ich omija. Wszak mówi się, że dobro powraca. A jak pandemia się skończy, Gdynia będzie jednym z pierwszych miejsc, do których wrócę. Po street art i po modernizm, o którym opowiem w jednym z kolejnych postów.

wtorek, 31 marca 2020

Warszawa przyłapana... w marcu 2020

To był długi miesiąc, pełen wrażeń i zwrotów akcji. Miesiąc, który podzielił czas na ten przed koronawirusem i współczesność, z jaką przyszło nam się zmierzyć. Gdy 1 marca urządzaliśmy w parku trampolin urodziny naszego młodszego syna, Jerzyka, nie przypuszczaliśmy, że w ciągu kilkunastu następnych dni życie ludzi na całym świecie tak diametralnie się zmieni. Wtedy w Polsce zanotowano już pierwsze przypadki koronawirusa, ale problem wydawał się jeszcze bardzo odległy. Tydzień później świętowaliśmy kolejne urodziny, mojej małej siostrzenicy, w pełnej gości dwupoziomowej restauracji. Tego dnia wirus dotarł do Warszawy. A potem poszło już lawinowo. Zamknięte szkoły, instytucje kultury, centra handlowe, granice, ograniczone możliwości wychodzenia z domu, przejście na zdalną naukę i pracę.

Jednak zanim epidemia zmusiła nas do pozostania w domach udało mi się, ostatnim rzutem na taśmę, odwiedzić w przededniu zakończenia, wystawę twórczości Władysława Hasiora z kolekcji Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem prezentowaną w Galerii Opera w Teatrze Wielkim. Większość pokazanych prac widziałam już wcześniej w Galerii Władysława Hasiora w stolicy Tatr, ale z przyjemnością obejrzałam raz jeszcze, szczególnie, że niektóre na co dzień nie opuszczają murów tamtejszej galerii i tylko ze względu na remont możliwe było, w drodze wyjątku, zaprezentowanie ich w Warszawie. Na wystawę złożyło się około 50 asamblaży oraz rysunków i szkiców scenograficznych, ze względu na miejsce ekspozycji dobranych w taki sposób, by pokazać ich teatralność. Moim zdaniem udało się znakomicie, mimo niewielkiej przestrzeni ekspozycyjnej. 






Wkrótce potem muzea zamknięto, jednak wiele z nich, np. Zachęta, czy Muzeum Powstania Warszawskiego dostosowało się do tej nowej, niekorzystnej rzeczywistości udostępniając swoje zbiory oraz organizując oprowadzania kuratorskie po wystawach w Internecie, choć to oczywiście nie to samo, co obcować ze sztuką na żywo. 

Zdążyłam też zobaczyć nowy stary mural Fotonu, który na początku marca wrócił na ścianę kamienicy przy Targowej. Niby taki sam, a jednak... Z jednej strony cieszy fakt, że odtworzono stary wzór i dzięki temu udało się ochronić tę ścianę przed zmieniającymi się co chwilę muralowymi reklamami producentów ubrań sportowych i kanału z popularnymi serialami, z drugiej jednak wciąż żal, że musiało dojść do zniszczenia oryginałów (i Fotonu, i Jubilera), żeby zacząć rozmawiać o przyszłości tego typu miejskich akcentów, których coraz mniej już na ulicach.



Czasem mam wrażenie, że Warszawa powoli zamienia się w makietę samej siebie. Coś się niszczy, żeby potem w tym samym miejscu stworzyć atrapę, coś na wzór i podobieństwo, niby to samo, ładnie nazywane rekonstrukcją lub rewitalizacją, a jednak często nie umywające się do oryginału. Foton jest już kolejnym przykładem takich działań, powiedzmy, że dość udanym, choć to już nie jest przecież reklama z epoki. Trudniej jest w przypadku budynków wyburzanych i wznoszonych od nowa jak Smyk, czy "odbudowana" niedawno Rotunda, która, sorry, ale zupełnie nie przypomina poprzedniej.




Zaraza sprawiła, że Warszawa opustoszała, co najlepiej widać na nakręconym z drona świetnym filmie Pawła Czarneckiego (tego samego, który poranione przez wojnę kamienice opatrywał ceramicznymi plastrami w ramach akcji Do rany przyłóż) hulającym od początku narodowej kwarantanny po Internecie. W kadrze prawie nie ma samochodów i przechodniów. Od czasu do czasu tylko przejeżdża tramwaj lub autobus. Nawet ci, którzy mieszkają tu od urodzenia, a są już w wieku emerytalnym, mówią, że nie pamiętają tak pustych ulic.

Ja z kolei nigdy nie widziałam tak wyludnionych środków komunikacji. Ludzie sami zrezygnowali z korzystania z transportu publicznego jeszcze zanim wprowadzono odgórne limity pasażerów (może jechać tylko tyle osób, ile wynosi połowa miejsc siedzących).




Ucichło też niebo nad Warszawą. Od czasu do czasu ciszę przerywa tylko huk samolotu startującego lub lądującego na Okęciu w ramach akcji LOT do domu. 

Jedynym łącznikiem z czasem minionym zdają się być ekrany reklamowe na stacjach metra zapowiadające przedstawienia i koncerty, które się nie odbędą. To jak głos z zaświatów lub z innej równoległej rzeczywistości. Stranger things.

WARSZAWA ZE SMAKIEM

Gastronomia ma teraz szczególnie pod górkę, a my bardzo nie chcemy, żeby nasze ukochane lokale zniknęły z kulinarnej mapy Polski. Trzymamy mocno kciuki za wszystkie bistra, bary, restauracje, kawiarnie, cukiernie, żeby przetrwały te trudne czasy. Formą pomocy dla tych miejsc są zamówienia na wynos. My wspieramy jak możemy - w torbie na zdjęciu poniżej są pyszne burgery, zupa tajska z kurczakiem i krewetki z francuskimi ziemniakami od CieKawa Cafe, którą uwielbiamy.



REKOMENDACJE NA KWIECIEŃ

Od jutra w życie wchodzą jeszcze większe ograniczenia, m.in. zamknięcie wszystkich hoteli i mieszkań z krótkoterminowym wynajmem "pod turystów", możliwość poruszania się przez dzieci i młodzież do 18 roku życia tylko pod opieką osoby dorosłej, a także zakaz wstępu do parków, na bulwary spacerowe, do plenerowych siłowni, placów zabaw itp. oraz zakaz korzystania z rowerów miejskich. Do odwołania pozostają również nieczynne wszystkie instytucje kultury.

Ja w planach na nadchodzący miesiąc miałam dwa wydarzenia.

Na 4 kwietnia zaplanowane było długo oczekiwane otwarcie nowego kompleksu handlowo-gastronomicznego Elektrownia Powiśle.

Natomiast 17 kwietnia miała ruszyć nowa wystawa czasowa pt. "Muranów" w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN przygotowana w ramach programu Muzeum Warszawy „BudujeMy!”, o którym pisałam już w styczniowej Warszawie przyłapanej i poświęcona osiedlu wzniesionemu na gruzach prawie doszczętnie zniszczonej w czasie II wojny światowej Dzielnicy Północnej, zamieszkiwanej w dużej części przez ludność żydowską i w czasie wojny zamienionej w getto.

Oba muszą niestety poczekać aż nasze życie wróci do normy. Jedynym, co prawdopodobnie uda się w tym miesiącu jest otwarcie kolejnych trzech stacji II linii metra, od strony Woli. 

Staram się stosować do akcji #zostańwdomu i ograniczyć wszelkie aktywności jedynie do dojazdów do pracy, dlatego być może będę musiała zawiesić publikowanie Warszawy przyłapanej do czasu, aż znów będzie można cieszyć się muzealnymi wystawami, kawą w plenerowych ogródkach, które o tej porze roku powinny już zacząć zajmować miejskie chodniki, czy nowymi muralami. Oby ten czas izolacji jak najszybciej się skończył.

sobota, 28 marca 2020

Kolumny morowe. Niemi świadkowie czasów walki z zarazą

Od podstawówki historię chłonęłam jak gąbka. Fascynowały mnie burzliwe dzieje poszczególnych narodów, wojny, które przesuwały granice i plątały losy ludzi. I choć karty historii zapisane są ludzkim cierpieniem i krzywdami, to często po cichu zazdrościłam minionym pokoleniom życia w ciekawych czasach. Marzyłam o tym, by być świadkiem wydarzeń, które trwale zapiszą się w dziejach. Uważaj, o co prosisz...

Bo moje prośby najwyraźniej zostały wysłuchane. Byłam już świadkiem upadku muru berlińskiego i zjednoczenia Niemiec, rozpadu ZSRR, Czechosłowacji i Jugosławii oraz późniejszej krwawej wojny domowej na Bałkanach, wyżynania się Tutsi i Hutu w tym samym czasie, wreszcie napływu migrantów z Bliskiego Wschodu do Europy i kryzysu klimatycznego, z którym w ostatnim czasie boryka się świat. Jednak tego, co dzieje się teraz nie jestem w stanie objąć rozumem. Nieczynne przedszkola, szkoły, kina, teatry, muzea, centra handlowe i restauracje. Zamknięte granice i zawieszone międzynarodowe połączenia lotnicze i kolejowe. Zakaz wychodzenia z domu bez wyraźnej potrzeby. Komunikacją miejską jeżdżą tylko ci, którzy muszą. Msze św. w radiu i telewizji, bo w kościele może jednocześnie przebywać tylko do 5 osób. Przełożone na przyszły rok Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej i Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Dramatyczne obrazy z Chin, Włoch, Hiszpanii, czy USA. Wiadomości podające coraz to większą liczbę zarażonych koronawirusem, chorych na COVID-19 na całym świecie, liczoną już w dziesiątkach tysięcy i tysiące osób zmarłych. Wszystko to jest tak nierealne, że momentami, oglądając telewizję, zastanawiam się, czy to nie jakieś wielkie masowe światowe ćwiczenia wojskowe!

Całość robi tak apokaliptyczne wrażenie, że w jednym momencie przypomniałam sobie te wszystkie pełne przepychu kolumny morowe tak charakterystyczne dla krajobrazu miast Europy Środkowej, stawiane w podzięce za pokonanie epidemii, głównie dżumy, tzw. czarnej śmierci, która od XIV w. do XVIII w. okresowo dziesiątkowała Europę, pozbawiając życia, jak się szacuje, od 30 do 60% całej populacji naszego kontynentu. Niektóre z nich są obecnie najważniejszymi zabytkami miast, wpisanymi na listę UNESCO jak kolumny Trójcy Świętej w Ołomuńcu i w Bańskiej Szczawnicy, o innych zaś drukowane przewodniki wspominają zaledwie jednym zdaniem.



Kolumny morowe (niem. Pestsäule) to niemi świadkowie dość posępnych czasów. Zaczęto je wznosić po Soborze Trydenckim głównie w krajach Monarchii Habsburskiej (ale i w katolickiej Bawarii) na wzór kolumny maryjnej z 1614 r. stojącej na Piazza Santa Maria Maggiore w Rzymie. Przybierają najczęściej postać kolumn Trójcy Świętej (niem. Dreifaltigkeitssäule) lub kolumn maryjnych (niem. Mariensäule). Dziś są jednymi z najcenniejszych zabytków sztuki barokowej. Wszystkie są w jakiś sposób do siebie podobne. Ich wierzchołki wieńczą figury Maryi lub Trójcy Świętej, zaś filary zwykle otacza wianuszek świętych "od moru", zazwyczaj tych samych, jak św. Roch, św. Sebastian, św. Franciszek Ksawery, czy św. Jan Nepomucen, ale pojawiają się także lokalni święci, najczęściej patroni krajów lub konkretnych miast (św. Wacław na wielu kolumnach w Czechach, św. Paulina w Ołomuńcu), czy też grup zawodowych (św. Barbara w Bańskiej Szczawnicy, która w tamtych czasach była miasteczkiem górniczym). Mam wrażenie, że kolumny maryjne są nieco skromniejsze od kolumn Trójcy Świętej, choć niektóre jak w Pardubicach, czy w Mariborze zdają się tej mojej teorii przeczyć wzbudzając nawet mój nieskrywany zachwyt.

I choć nie przepadam za sztuką barokową, to w czasie podróży podświadomie szukam tych szczególnych form architektonicznych, którymi człowiek postanowił podziękować Bogu za ocalenie choć części istnień. Zapraszam zatem na spacer szlakiem kolumn morowych w Europie Środkowej. 

CZECHY

Ołomuniec


Zaraza przetoczyła się przez Ołomuniec w latach 1713-1715. Już rok później kamieniarz Wacław Render, w podzięce za jej pokonanie, zaczął wznosić na Dolnym Rynku (Dolní náměstí), nadążając za ówczesnymi modami, kolumnę morową - kolumnę maryjną. Budowa trwała do 1727 r., jednak od początku dla jej twórcy, który był również architektem cesarskim, była zbyt skromna i równocześnie na Górnym Rynku (Horní náměstí) zaczął stawiać drugą, znacznie większą kolumnę Trójcy Przenajświętszej.



Dziś to jeden z najważniejszych zabytków miasta i największa w całej Europie Środkowej barokowa kolumna morowa, ozdobiona posągami i figurami świętych, a nawet posiadająca niewielką własną kaplicę! Jest wprost imponująca, i rozmiarem, i przepychem. Naprawdę robi wrażenie! Nie bez przyczyny to właśnie ona rozpoczyna to zestawienie.



Prace nad tym wiekopomnym dziełem trwały aż 38 lat (1716-1754). Render zmarł zanim ukończono postument, ale w testamencie cały swój majątek przeznaczył na jego dokończenie. Ciekawostką jest, że wszyscy artyści i rzemieślnicy pracujący przy budowie kolumny byli obywatelami Ołomuńca. I tak działalność Rendera kontynuowali Franciszek Thoneck, Jan Wacław Rokicki i Augustyn Scholtz. Oni również nie doczekali końca budowy, którą sfinalizował dopiero syn Rokickiego, Jan Ignacy. Autorami rzeźb są Filip Sattler i Andrzej Zahner. Kolumnę zdobią posągi Archanioła Gabriela i Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny oraz 18 innych rzeźb i 14 płaskorzeźb świętych związanych z życiem Chrystusa (św. Anna, św. Joachim, św. Józef, św. Jan Chrzciciel) oraz patronów Czech (św. Wojciech, św. Wacław), Moraw (św. Metody) i kościołów Ołomuńca (św. Wawrzyniec, św. Hieronim, św. Błażej). Kolumnę wieńczy pozłacana miedziana rzeźba Trójcy Świętej (za pozłotnictwo odpowiedzialny był złotnik Szymon Forstner).

9 września 1754 r. kolumna została poświęcona w obecności cesarzowej Marii Teresy i jej męża Franciszka I Stefana. W 2000 r. została wpisana na listę UNESCO.



Kolumna maryjna pozostaje w jej cieniu i nawet nie wszyscy odwiedzający Ołomuniec zdają sobie sprawę z tego, że w mieście są dwie kolumny. Na jej szczycie zobaczyć można posąg Matki Bożej Immaculaty. Pomnik zdobią też postacie świętych, głównie odpowiedzialnych za ochronę przed chorobami zakaźnymi - św. Karol Boromeusz, św. Franciszek Ksawery, św. Sebastian, św. Roch, św. Rozalia, św. Katarzyna ze Sieny i św. Barbara oraz patronka Ołomuńca – św. Paulina.



A więcej o samym Ołomuńcu przeczytacie w poście "Ołomuniec. Konkurencja dla Pragi".

Brno


W Brnie, podobnie jak w Ołomuńcu, znajdują się dwie kolumny, Świętej Trójcy i maryjna.

Pierwsza zdobi Zelný Trh. Została wzniesiona w 1729 r. Jej autorem jest Antonín Schweigl, ojciec wybitnego architekta Ondřego Schweigla, jednego z najważniejszych przedstawicieli baroku od Moraw aż po Śląsk (dwie jego realizacje można też zobaczyć w Polsce: ołtarz w kościele Marii Magdaleny w Cieszynie i ołtarz w kościele Piotra i Pawła w Skoczowie). 

Na szczycie filaru znajduje się rzeźba Trójcy Świętej, niżej zaś figury Matki Bożej Immaculaty, św. Jana Nepomucena, św. Cyryla i jednego z patronów Brna, św. Primitiva (niestety nie znalazłam polskiego odpowiednika imienia tego świętego, może ktoś z Was podpowie?) - dość rzadko spotykanego w ikonografii rzymskiego męczennika, przedstawionego nawet w hełmie rzymskiego legionisty, którego relikwie znajdują się w jezuickim kościele Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Brnie. Kompozycję uzupełniają dwa anioły. 



Kolumna maryjna stoi przy Náměstí Svobody, czyli Placu Wolności. Została wzniesiona w latach 1679–1683 dla upamiętnienia epidemii dżumy, która nawiedziła miasto w latach 1679–1680. Inspiracją była kolumna maryjna na placu Am Hof w Wiedniu. Filar wieńczy figura Matki Boskiej - kopia rzeźby Ferdynanda Pfaundlera, która pierwotnie znajdowała się w tym miejscu. Jego autorstwa jest też jedna z rzeźb, św. Rozalii w grocie. Kolumnę zdobią też figury św. Sebastiana, św. Rocha, św. Karola Boromeusza i św. Franciszka Ksawerego.



Pardubice


Kolumna maryjna jest ozdobą kameralnego, ale bardzo ładnego Rynku (Pernštýnské náměstí) w Pardubicach. Zdobiąca ją pozłacana Matka Boska ma pod stopami Księżyc. Słup został wzniesiony w 1698 r. na zamówienie władz miasta w podzięce za pokonanie epidemii, która szerzyła się w nim ok. 1680 r. Powstała w warsztacie jednego z włoskich rzeźbiarzy. Ozdobna balustrada z figurami świętych została dodana w latach 1773-1777 na zamówienie miejskich radnych. Wykonał ją miejscowy kamieniarz i rzeźbiarz Jakub Teplý. Co ciekawe, zdobią ją przede wszystkim postaci świętych uznawanych za patronów ziem czeskich: św. Wacław, św. Ludmiła, św. Norbert, św. Wojciech, św. Iwan, św. Jan Nepomucen, św. Józef i św. Prokop. Nie ma zaś wśród nich tych, którzy uznawani są za patronów walki z chorobami zakaźnymi. Balustradę zdobią też herby okolicznych ziem, w tym Pardubic i Wiednia oraz czeskie lwy herbowe.




SŁOWACJA

Bańska Szczawnica


Imponująca kolumna Świętej Trójcy stojąca na środku Rynku o tej samej nazwie upamiętnia epidemię dżumy z 1710 r., która pozbawiła życia ponad połowę mieszkańców miasta. Kolumna została wzniesiona w latach 1759-1764 według projektu rzeźbiarza Dionýza Stanetti. Pierwotnie miała skromniejszą formę. Jej obecny wygląd to efekt późniejszych modyfikacji. Wieńczy ją przedstawienie Trójcy Świętej. Kolumnę zdobią też postaci świętych opiekunów i patronów górników: św. Barbary i św. Katarzyny oraz św. Franciszka Ksawerego, św. Józefa, św. Rocha i św. Sebastiana. Niestety to tylko kopie. Oryginały w 1981 r. trafiły do Starej Kaplicy Zamkowej i tam są eksponowane.




Nie dane nam było obejrzeć kolumny w pełnej krasie, bowiem podczas naszego pobytu w Bańskiej Szczawnicy odbywał się akurat doroczny piknik szachowy, Szczawnickie Żywe Szachy i postument był w dużej części zasłonięty przez scenę. Uwielbiam tego typu imprezy miejskie, więc nie żałuję, że przypadkowo trafiliśmy do miasta akurat w tym czasie, jednak Bańską Szczawnicę wciąż mam na liście miejsc do odwiedzenia, bo to jedno z piękniejszych miasteczek w naszej części Europy. Od 1993 r. całe znajduje się na liście UNESCO.

AUSTRIA

Wiedeń


Wiedeńska kolumna Trójcy Świętej została ufundowana przez cesarza Leopolda I jako wyraz wdzięczności za pokonanie epidemii dżumy, która pojawiła się w Wiedniu w 1679 r. Pomnik wzniesiono w latach 1687–1693 i można na nim zobaczyć... samego Leopolda! Władca klęczy u stóp kolumny i modli się do wieńczącej ją Trójcy Świętej.

W 1683 r. wykonanie kolumny powierzono rzeźbiarzowi Matthiasowi Rauchmillerowi. Zdążył jednak wykonać tylko projekt kompozycji oraz rzeźby aniołów i zmarł w 1686 r. Prace kontynuowali Bernhard Fischer von Erlach, a po nim Paul Strudel. Mimo iż ogólna koncepcja została zachowana, to każdy z twórców dodał coś od siebie. Jak wyszło, można zobaczyć w Wiedniu na Graben. Dla mnie majstersztyk. Konstrukcja zupełnie nie przypomina monumentalnych, szykownych, poważnych kolumn morowych z innych miast Europy. Jest lekka, zwiewna, a zamiast postaci świętych zdobią ją anioły. Znawcy tematu mówią, że rzeźba jest teatralna, a to dzięki temu, że ostatni z jej realizatorów, Strudel, konsultował pracę z głównym scenografem teatru na dworze Leopolda, Lodovico Burnacinim.



Niestety w trakcie naszego pobytu w stolicy Austrii kolumna była w trakcie renowacji, owinięta siatką zabezpieczającą, więc nie udało mi się sfotografować przepięknych detali. Musicie więc uwierzyć na słowo, że to jedna z najciekawszych i najoryginalniejszych kolumn, jakie widziałam.

A o Wiedniu możecie przeczytać w poście "Różne oblicza Wiednia".

Graz


Kolumna, którą można zobaczyć przy Karmeliterplatz (Plac Karmelitów) w Grazu, jak na kolumnę Trójcy Świętej, jest raczej skromna. Ot, po prostu spiralny słup wykonany z brązu z wieńczącą go rzeźbą Trójcy Świętej. Jego autorem jest Andreas Marx. Po bokach kolumny znajdują się tylko dwie kamienne rzeźby świętych, św. Sebastiana i św. Rocha przypisywane rzeźbiarzowi Johannowi Jakobowi Schoyowi.

Projekt kolumny powstał w 1680 r., także za czasów cesarza Leopolda I, by ochronić miasto przed dżumą, zaś wykonana została w latach 1684–1688. W kolejnych latach poddawana była renowacjom. Obecna to rekonstrukcja z 1966 r. Oryginał został rozebrany w 1937 r. z powodu zniszczenia.



Od 1999 r. Stare Miasto w Grazu wpisane jest na listę UNESCO.

Poysdorf


Poysdorf to niewielkie przeurocze miasteczko położone w północno-wschodniej Austrii, tuż przy granicy z Czechami. Leży w sercu regionu winiarskiego i gdzie nie spojrzeć aż po horyzont widać pnące się przy tyczkach krzewy winorośli, co nadaje całej okolicy niezwykły klimat. Trafiliśmy tam przypadkiem przejazdem w 2016 r. jadąc do Mariboru, który był naszym przystankiem w drodze do Albanii. Nie pamiętam już, czy wówczas nie było jeszcze obwodnicy omijającej miasto, czy była w remoncie, ale GPS poprowadził nas przez samo jego centrum (w ubiegłym roku w drodze do Chorwacji już je ominęliśmy). Miasto od razu skradło moje serce i od tamtego czasu obiecuję sobie, że jeszcze kiedyś zatrzymamy się tam na dłużej, szczególnie że leży na ważnym szlaku winiarskim i oferuje całkiem sporo atrakcji związanych z tym szlachetnym trunkiem.  

Dziesięciometrowa kolumna Trójcy Przenajświętszej wykonana z piaskowca znajduje się na Dreifaltigkeitplatz, w samym sercu Poysdorfu. Wzniesiono ją w 1715 r., po tym jak na początku stulecia miasto nawiedziła kolejna już zaraza. Wcześniej, w 1645 r. u schyłku wojny trzydziestoletniej epidemia zabiła tu ok. 5000 ludzi. W obawie przed powtórką mieszkańcy obiecali wznieść kolumnę wotywną.

Autorem kolumny jest Rochus Mayerhofer z Wiednia. Koszty budowy wyniosły 1700 guldenów, które zostały zebrane przez mieszkańców i częściowo opłacone ze skarbu gminy.

Na czterech bokach podstawy znajdują się płaskorzeźby przedstawiające św. Rozalię odpoczywającą w grocie (północ), upadek raju (wschód), ukrzyżowanie Chrystusa (zachód) i herb Poysdorfu (południe). Pomiędzy nimi zobaczyć można inskrypcje z lat 1715, 1832 i 1932, zaś powyżej kamienne figury św. Rocha, św. Sebastiana, św. Karola Boromausza, św. Franciszka Ksawerego i św. Jana Nepomucena. Kolumnę wieńczy grupa postaci Trójcy Świętej koronującej Maryję stojącą poniżej.



WĘGRY

Budapeszt


Kolumna Trójcy Świętej stoi przy Szentharomsag Ter w sąsiedztwie kościoła Św. Macieja, niedaleko Baszty Rybackiej, jednego z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Budapesztu. Upamiętnia ofiary dżumy, która nawiedziła Budę w 1691 i 1709 r. Kolumnę wykonano już po pierwszym ataku choroby, gdy jednak wróciła, miasto postanowiło ufundować drugą, dostojniejszą. Konia z rzędem temu, kto zaprzeczy trafności tej decyzji! Zaraza po 1709 r. nigdy już nie pojawiła się w Budapeszcie!

Pierwsza kolumna została wykonana przez architekta Ceresolę Vereio i rzeźbiarza Bernáta Ferrettiego. Realizację drugiej, którą można podziwiać do dziś, powierzono rzeźbiarzowi Fülöpowi Ungleichowi. Kolumnę wieńczy rzeźba Trójcy Świętej. Poniżej znajdują się figury świętych: św. Rocha pokazującego rany, św. Jana trzymającego krzyż, św. Krzysztofa trzymającego na ramionach dzieciątko Jezus, św. Augustyna z płonącym sercem, św. Józefa z lilią i św. Sebastiana przebitego strzałą. Pomnik zdobią również trzy płaskorzeźby: modlącego się króla Dawida, horror epidemii na Zamku w Budzie oraz samą... kolumnę Trójcy Świętej. Pomiędzy nimi wprawne oko dostrzec może trzy herby: jeden dla cesarza, jeden dla miasta Buda i jeden dla Węgier.



Więcej o Budapeszcie przeczytacie w poście "Półtora dnia w Budapeszcie".

SŁOWENIA

Maribor


To chyba moja ulubiona ze wszystkich kolumn morowych, które widziałam w ciągu tych ostatnich kilkunastu lat podróży. Z jednej strony na kompozycję składa się dość sporo elementów, przede wszystkim misternych rzeźb, z drugiej jednak konstrukcja jest lekka, nieco "ażurowa", nie tak przytłaczająca jak kolumna ołomuniecka. Słup został ufundowany przez mieszkańców Mariboru w 1681 r. w darze wdzięczności za pokonanie epidemii dżumy, która pozbawiła życia 1/3 jego obywateli. W 1743 r. oryginał został zastąpiony kompozycją, którą dzisiaj można podziwiać na Rynku Głównym (Glavni trg). Została wykonana w całości z białego marmuru przez miejscowego artystę Jožefa Štrauba. Na szczycie znajduje się rzeźba Maryi, podobnie jak w Pardubicach, z Księżycem u stóp. Kolumna otoczona jest wianuszkiem świętych, niektórych znanych już z wyżej opisanych kolumn. Jest ich szóstka: św. Franciszek z Asyżu, św. Sebastian, św. Jakub, św. Antoni Padewski, św. Roch i św. Franciszek Ksawery.



Kolumna uchodzi za jeden z najlepszych przykładów słoweńskiego baroku. Niestety jest to tylko kopia, która w 1990 r. zastąpiła osiemnastowieczny oryginał. Okazało się, że czynniki atmosferyczne źle wpływają na rzeźby, więc trafiły one do muzeów. 

Więcej o Mariborze pisałam w poście "Popołudnie w Mariborze".

POLSKA

Bystrzyca Kłodzka


Czerwiec 2009 r. był wyjątkowo obfity w opady. Spędzaliśmy wówczas wakacje z rocznym Andrzejem w Goworowie, niemal u stóp Śnieżnika. W planach mieliśmy głównie górskie wędrówki, ale niekorzystna aura sprawiła, że więcej czasu poświęciliśmy na zwiedzanie uroczych dolnośląskich miasteczek. Jednym z nich była Bystrzyca Kłodzka. Kolumna Trójcy Świętej to jeden z tutejszych najcenniejszych zabytków. Wybaczcie, że na zdjęciu jest na drugim planie, ale w tamtym okresie chętniej fotografowałam siebie na tle architektury niż ją samą.

Kolumna wykonana została w 1736 r. przez pochodzącego z Kamieńca Ząbkowickiego (Kamenz, Camenz) śląskiego rzeźbiarza Antona Jörga i uchodzi za jedno z jego najlepszych dzieł. Kolumna powstała, aby chronić miasto przed pożarami i zarazą, która w tym czasie dziesiątkowała okoliczną ludność. W kolejnych latach była pieczołowicie restaurowana. Ma 10 m wysokości. Zgodnie z inskrypcją wykutą na podstawie pomnika, inspiracją dla rzeźby był dwunasty rozdział Apokalipsy św. Jana. Kolumnę wieńczy przedstawienie Trójcy Świętej, poniżej znajduje się rzeźba Matki Boskiej Wniebowziętej otoczonej przez figury świętych: św. Józefa, św. Anny i św. Joachima. Poniżej zaś można zobaczyć rzeźbę Michała Archanioła. Postument otacza kamienna balustrada, w której rogach stoją kolejne figury świętych: św. Floriana, św. Jana Nepomucena i św. Franciszka Ksawerego.

Poza funkcja wotywną, kolumnie przypisywany jest również charakter propagandowy w walce z reformacją.



Mielnik (woj. dolnośląskie)


Nie jestem do końca pewna, czy to na 100% kolumna morowa, bo nie jest ani klasyczną kolumną Trójcy Świętej, ani kolumną maryjną. Wieńczy ją Tron Łaski, w dodatku z Pietą. Trudno znaleźć o tym zabytku jakiekolwiek informacje, ale urzekł mnie ten słup samotnie stojący przy samej drodze krajowej nr 33, właściwie w środku niczego, tuż za miejscowością Mielnik jadąc w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. 

Rzeźba datowana jest na połowę XVIII w. przez analogię do podobnych znajdujących się w Gorzanowie (z 1734 r.) i w Szalejowie Dolnym (z połowy XVIII w.).



Zdjęcia pochodzą również z 2009 r. Teraz pomnik jest ładnie odczyszczony.

Warszawa


Pewnie niewiele osób wie, że w Warszawie także znajduje się niewielka kolumna morowa. Figura Matki Boskiej Pasawskiej stoi przy Krakowskim Przedmieściu tuż przy Domu Polonii i Skwerze Hoovera. Mimo to łatwo ją przeoczyć, szczególnie latem, bowiem otacza ją bujna roślinność. Warto jednak zwrócić na nią uwagę, ponieważ to drugi, po Kolumnie Zygmunta, najstarszy pomnik w stolicy.

Figura została ufundowana i wykonana w 1683 r. przez rzeźbiarza i architekta Józefa Bellottiego w podzięce za ocalenie go wraz z rodziną od zarazy, która w latach 1677–1679 nawiedziła Warszawę oraz na pamiątkę zwycięstwa króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem. Pierwowzorem był dla rzeźby cudowny obraz Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych (niem. Maria Hilf) znajdujący się w kościele pielgrzymkowym Matki Boskiej Wspomożenia Wiernych (Wallfahrtskirche Mariahilf in Passau) w niemieckiej Pasawie (niem. Passau) i będący sporządzoną w 1620 r. kopią obrazu ołtarzowego pędzla Lucasa Cranacha Starszego z 1537 r. z katedry w Innsbrucku. W okresie szalejącej po Europie dżumy wizerunek Matki Boskiej z Pasawy, której sława przerosła oryginał, był dość chętnie powielany jako słynący z udzielania łask.

Matka Boska z obrazu nie ma korony, ta została dodana warszawskiej rzeźbie dopiero z latach trzydziestych XIX w. Niedługo potem figura została odnowiona na koszt generała Aleksandra Haukego, znów jako wotum, tym razem za ocalenie przed zarazą cholery z 1852 r.

Bardzo lubię ten niepozorny i skromny pomnik, tak ważny dla Warszawy, a kompletnie nie rzucający się w oczy.



Świat znów stanął wobec konieczności walki z szerzącą się epidemią, która każdego dnia pochłania tysiące ofiar. Wirus nie oszczędza ludzi z pierwszych stron gazet, sportowców, aktorów, polityków i następców tronu. Świat obiegają zdjęcia centrów wystawienniczych przerobionych naprędce na szpitale, lodowiska i lotniska zamienionego na kostnice i konwojów ciężarówek wojskowych wywożących ciała do kremacji. Dziś jednak więcej nadziei pokładamy w nauce i medycynie niż w religii, więc wydawać by się mogło, że świat nie potrzebuje już pomników wotywnych. A jednak papież Franciszek wczoraj modlił się o powstrzymanie koronawirusa przed cudownym krucyfiksem, który już raz, w 1522 r. ocalił Rzym od zarazy. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa i ile osób straci życie, trwa walka z czasem, by jak najszybciej znaleźć lek lub szczepionkę na to paskudztwo. 

Gdy już jednak życie wróci na normalne tory, gdy zaczniemy liczyć straty spowodowane wielotygodniową izolacją i będziemy mogli znów ruszyć w świat ratując globalną gospodarkę generując zyski z turystyki i gastronomii, poszukam kolejnych kolumn morowych i dodam je do tego postu, także te Anno Domini 2020, jeśli takowe powstaną.

(foto: iza & andrzej_g)