piątek, 9 grudnia 2016

Okolice Sarandy

Im wyżej wspinaliśmy się wąską drogą, tym dalej, gdzieś w dole zostawialiśmy dojrzałe pola, ustępujące teraz miejsca trawie pożółkłej od palącego słońca jak na połoninach w Bieszczadach... Kolory późnego lata, jakże odmienne od wypielęgnowanych, nawadnianych trawników w nadmorskich kurortach! A przecież byliśmy zaledwie kilka kilometrów od wybrzeża i Sarandy. Krążące od rana nad głowami chmury nie wróżyły udanego plażowania, więc porzuciliśmy błogie lenistwo na rzecz zabytków zakorzenionych w różnych epokach i religiach.

Finiq (stanowisko archeologiczne Phoinike)

Odetchnęłam z ulgą, gdy za ostatnim zakrętem drogi pnącej się zboczem wzgórza ostro do góry zobaczyłam niewielki parking. Dotarliśmy do celu. Oprócz nas tylko dwa samochody, a miejsca na nie więcej niż dwa następne. Obok nieczynny jeszcze drewniany budynek, w którym zapewne z czasem będzie kasa. I wielka tablica informująca, że obiekt modernizowany jest z funduszy greckich. Z parkingu pokonać trzeba jeszcze kilkadziesiąt drewnianych schodów, by znaleźć się na wierzchołku wzgórza o wysokości 272 m n.p.m., skąd rozciąga się widok na całą okolicę, łącznie z kawałkiem morza.



Nic dziwnego, że to właśnie w tak strategicznym położeniu wyrosło Phoinike, potężna stolica Chaonów, jednego z trzech głównych plemion greckich w starożytnym Epirze. Pierwsze wykopaliska archeologiczne prowadzone były tu już w latach 1924 - 1928 przez włoskich archeologów, podobnie jak w niedalekim Butrincie. Nie przyniosły jednak spektakularnych odkryć. Kontynuowane były w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX w. Dziś greckie fundusze wykorzystywane są na uporządkowanie terenu i wszelkie udogodnienia dla turystów - chodniki, alejki, schody. Cześć jest już gotowa, ale panowie cały czas pracują, starając się nie przeszkadzać nielicznym póki co zwiedzającym.

Miasto założone zostało w V w. p.n.e. i przetrwało do VI w n.e. W czasach starożytnej Grecji było najbogatszym miastem Epiru. W historii zapisało się jako miejsce podpisania traktatu kończącego I wojnę macedońską (pomiędzy Rzymem, a Macedonią rządzoną przez Filipa V) w 205 r. p.n.e. znanego pod nazwą traktatu z Phoinike. W czasach bizantyjskich było siedzibą biskupstwa, następnie jak niemal cały Epir znalazło się pod panowaniem osmańskim. 






Pamiątki archeologiczne faktycznie nie są imponujące. Widać zarys amfiteatru, pozostałości świątyni z kolumnami doryckimi datowanymi na III w. p.n.e. oraz liczne wille helleńskie i romańskie. Jednak to rozsiane po niemal całym wzgórzu bunkry robią największe wrażenie. Bo to właśnie bunkry są najczęściej pierwszym skojarzeniem, które przychodzi do głowy na myśl o Albanii. W czasach reżimu Hodży zbudowano ich ok. 750 tys.! Gdy jedzie się przez Albanię migają gdzieś w strategicznych miejscach takich jak przejścia graniczne, ale gdy chce się je specjalnie znaleźć w dolinach, czasem bywa trudno. Najczęściej trafiają się przypadkowo, właśnie gdzieś na zboczach wzgórz. W Phoinike są prawie jeden koło drugiego przyćmiewając zabytki archeologiczne. Chłopakom udało się wejść do kilku połączonych ze sobą podziemnymi korytarzami i byli zachwyceni.







Mesopotam

Gdy Phoinike upadło, mieszkańcy przenieśli się do niedalekiej miejscowości Mesopotam, dziś znanej głównie dzięki monastyrowi Św. Mikołaja z połowy XI w., jakże przypominającemu mi maleńkie kościółki, które pamiętam z Ochrydy, czy Salonik i które w Albanii widziałam już wcześniej w Beracie. To chyba mój ulubiony element bałkańskiego krajobrazu.

Kościół znajduje się tuż za miejscowym cmentarzem. Trzeba przejechać przez bramę prowadzącą do nekropolii i kierować się dalej kamienistą ścieżką, mijając pasące się kozy i owce oraz psy pasterskie obszczekujące samochody (miałam trochę obaw, czy pozwolą nam wysiąść z auta). Gdy lawirowaliśmy między pierzchającymi zwierzętami, minął nas pasterz goniący przed sobą krowę. Jakież było nasze zdziwienie, gdy mężczyzna zostawił krowę na łące, skręcił w stronę klasztoru i z torby, którą miał na ramieniu wyciągnął pęk kluczy oraz bloczek biletów! Zainkasował należność za wstęp*, otworzył bramę i wpuścił nas na teren monastyru. Nie mogłam się nadziwić albańskiej kreatywności. To takie genialne w swojej prostocie! Zamiast stawiać budkę z biletami i zatrudniać dodatkową osobę, można przecież w bilety wyposażyć miejscowego, który i tak wraz ze swym stadem jest tu codziennie, a poza sezonem pewnie ruch jest niewielki (w razie czego na bramie wisi kartka z numerem telefonu do pana). Dostaliśmy na zwiedzanie tyle czasu, ile potrzebowaliśmy.




Sam monastyr jest dużo gorzej zachowany niż podobne w sąsiedniej Macedonii, czy nawet w Beracie. Co prawda obstawiony był rusztowaniami i właśnie poddawany renowacji, jednak wrażenie robił dość opłakane. Wewnątrz ponoć znajdują się ciekawe mozaiki oraz malowidła na ścianach. Na zewnątrz natomiast uwagę zwracają płaskorzeźby zdobiące mur świątyni. Przy samym wejściu na teren kompleksu stoi nieźle zachowana dzwonnica. Dookoła jak okiem sięgnąć pola, gaje oliwne i trawa tak samo żółta jak na górskich łąkach, choć Mesopotam położony jest znacznie niżej niż Phoinike. I cisza, którą zakłóca tylko beczenie owiec i dzwonki na szyjach kóz.













Rusan

Na koniec jeszcze piętnastowieczny meczet Gjina Aleksa, ponoć najstarszy w Albanii, choć niektóre źródła mówią, że zbudowany został w 1888 r. w miejscu starszej świątyni. Stan zachowania robi wiekowe wrażenie, ale też miłe dla oka, bowiem otoczenie pełne jest zieleni, kwiatów i motyli. Surowe wnętrze jest prawie zaprzeczeniem tego, które widzieliśmy odwiedzając meczet w Tiranie - nieco mroczne, surowe, ciche (ale podobno jest tu świetna akustyka), prawie bez ozdób, choć na ścianach były chyba kiedyś jakieś malunki. I bez przetaczających się wycieczek, więc bardziej skłaniające do refleksji. Miejsce jakby z innej bajki, z krainy tysiąca i jednej nocy. Miejsce, w którym zatrzymał się czas. Oprócz nas nikogo, drzwi do wnętrza otwarte. Kamienna podłoga daje przyjemny chłód stopom. Sala modlitewna prosi się o remont, jednak w tym jej wymęczeniu, podobnie jak w monastyrze w Mesopotam, widać całą historię tego kraju i to, do czego doprowadziły lata komuny, która na wiele lat zamknęła kościoły wszystkich wyznań, zamieniając je często na magazyny. Teraz wiele następnych lat będzie trwało przywracanie im wszystkim dawnej świetności.












Bamalat

Czasem prościej jest po prostu zbudować nową świątynię. I taka właśnie, biała ultra nowoczesna konstrukcja, wyrosła nam przed oczami w niewielkiej miejscowości Bamalat, gdy wracaliśmy już na wybrzeże. To zupełnie nowy meczet, jeszcze nie oddany do użytku, bez wieńczącego minaret półksiężyca. I nijak nie pasujący do wioski o niskiej, biednej zabudowie, otoczonej polami i łąkami, gdzie wzdłuż drogi wędrują stada zwierząt gospodarskich, a na ogrodzeniu posesji vis a vis meczetu suszy się niczym totem nie wyprawiona jeszcze skóra. Ale taka właśnie jest Albania - z jednej strony wciąż jeszcze nieco zacofana po latach izolacji, a z drugiej starająca się te lata nadrobić w jak najszybszym tempie, pragnąca stać się krajem nowoczesnym. Widać to nie tylko w Tiranie, czy modnych nadmorskich kurortach, ale także na prowincji.




Wszystkie te miejsca znajdują się w odległościach kilku kilometrów od siebie. Dysponując samochodem, można je odwiedzić jednego dnia. Warto, bo na niewielkiej przestrzeni widać tu całą różnorodność Albanii, historię sięgającą czasów starożytnych i wielokulturowość tego kraju.

*Ceny biletów:
Phoinike: wstęp 200 lek za osobę dorosłą
Mesopotam: wstęp 100 lek za osobę dorosłą
Rusan: wstęp bezpłatny

środa, 30 listopada 2016

Warszawa przyłapana... w listopadzie 2016

Taką pogodę, jaką listopad raczył nas przez niemal całe swoje trzydzieści dni, najczęściej nazywa się barową. Ja jednak wolę określenie pogoda do muzeum, bo nic tak nie mobilizuje do wyjścia na wystawę jak deszcz! Lub smog, choć w tym czasie to akurat lepiej siedzieć w domu.

A zmobilizować się było trzeba, bo kolejna, ósma już, odsłona Warszawy w budowie trwała jak zwykle tylko miesiąc. Ekspozycje tego corocznego cyklu zazwyczaj prezentowane są w nietuzinkowych, kompletnie nie-wystawowych miejscach. W zeszłym roku był to przeznaczony do rozbiórki budynek szkoły, w tym nieczynna drukarnia przy Nowogrodzkiej - przemysłowa hala z metalowymi antresolami i takimiż schodami. Tematem tegorocznej wystawy noszącej tytuł "Wreszcie we własnym domu" było mieszkalnictwo czasów transformacji. Pokazane zostały zatem bloki, spuścizna po PRL-u, domy jednorodzinne będące symptomem bogacenia się narodu wraz z nastaniem kapitalizmu, a także mnożące się w ostatnich latach zamknięte osiedla strzeżone, wszystko okraszone bardzo trafnym komentarzem. Pokazano też jak zmieniały się wnętrza poszczególnych pomieszczeń w mieszkaniach, jak zadomawiały się w nich meblościanki, magnetowidy, wreszcie sprzęty kuchenne stanowiące o statusie materialnym - miksery, opiekacze, tostery, sokowirówki, wreszcie kuchenki mikrofalowe, ale także designerskie wyciskarki do cytryn, obieraczki do ziemniaków itp. Coś było na rzeczy, bo dokładnie pamiętam jak w moich czasach studenckich (pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych) przy Krakowskim Przedmieściu działał sklep z włoskim wyposażeniem kuchennym, oferujący m.in. produkty marki Alesi - połączenie plastiku i stali. Nie raz stałam z nosem przyklejonym do szyby, jednak zanim zamieszkałam "u siebie" sklep zniknął. Zresztą i tak były wtedy pilniejsze wydatki niż otwieracz do butelek w kształcie duszka. Dziś używam za to oldschoolowego enerdowskiego opiekacza do kanapek i korkociągu z dwudziestolecia międzywojennego. 

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

"Warszawa w budowie 8 - Wreszcie we własnym domu. Dom polski w transformacji", Budynek dawnej drukarni, ul. Nowogrodzka 84/86 (22.10.-20.11.2016)

Drugą wystawę, którą odwiedziłam, wciąż jeszcze można zobaczyć (do końca roku) w Miejscu Projektów Zachęty. To ekspozycja poświęcona ceramice ze spółdzielni Kamionka w Łysej Górze i inspirowanej nią ceramice współczesnej. Niestety liczba eksponatów jest dość skromna, a oryginałów z lat sześćdziesiątych zaprezentowano dosłownie kilka, za to są rewelacyjne. Do tego nieco slajdów i wycinków z prasy z epoki. Współczesne konteksty też mi się podobały i chętnie obejrzałabym więcej.

"Eksperyment łysogórski 50 lat później", Miejsce Projektów Zachęty (22.10.2016-01.01.2017)

"Eksperyment łysogórski 50 lat później", Miejsce Projektów Zachęty (22.10.2016-01.01.2017)

"Eksperyment łysogórski 50 lat później", Miejsce Projektów Zachęty (22.10.2016-01.01.2017)

"Eksperyment łysogórski 50 lat później", Miejsce Projektów Zachęty (22.10.2016-01.01.2017)

"Eksperyment łysogórski 50 lat później", Miejsce Projektów Zachęty (22.10.2016-01.01.2017)

Przy okazji poszłam zobaczyć jak po rozbudowie Zielonej Gęsi miewa się mozaika z 1967 r. wykonana według projektu łysogórskich artystów Bolesława Książka i Krzysztofa Henisza przy współpracy Juliana Henisza. To jedyny zachowany fragment wystroju dawnej kawiarni Zielona Gęś (na jej terenie pierwotnie znajdowały się w sumie trzy podobne kompozycje). Pierwotnie zlokalizowana była na tarasie letnim, potem przez wiele lat niszczała na świeżym powietrzu tuż obok pawilonu, w którym mieścił się pub o tej samej nazwie. Gdy zaczęła się rozbudowa budynku nieźle się wystraszyłam, bowiem pomyślałam, że ceramiczna ściana została zniszczona. Na szczęście okazało się, że objęta jest konserwatorską opieką i dziś stanowi tło baru oraz przeszklonego pomieszczenia z piecem do wypiekania pizzy w urządzonej w tym miejscu pizzerii. Niknie niestety w sporym wnętrzu lokalu, zasłonięta częściowo przez sprzęty gastronomiczne. Najbardziej wyeksponowany fragment to ten najmniej ciekawy, środkowy. Jednak przy okazji przeszła renowację i uzupełnione zostały ubytki, które spowodowało wystawienie delikatnej materii przez wiele lat na działanie nie zawsze korzystnych warunków atmosferycznych. Być może rozbudowa Zielonej Gęsi dała temu niezwykle ciekawemu dziełu nowe życie. Trzymam kciuki, aby przetrwała w dobrej kondycji kolejne lata, bo niestety architektonicznych realizacji z Łysej Góry z każdym rokiem ubywa.



Ciekawa jestem, czy wróci także mozaika z wyburzonego Sezamu - ta znajdująca się kiedyś przy bocznym wejściu. Nie zdążyłam jej sfotografować. Póki co w miejscu, gdzie stał dom handlowy rozpoczęły się prace budowlane, a na ogrodzeniu można obejrzeć plenerową wystawę poświęconą historii ulicy Marszałkowskiej ze zdjęciami od XIX w. aż do wizualizacji budynku, który ma stanąć w tym miejscu. Mój wzrok zatrzymał się na dwóch fotografiach - pierwszej, przedstawiającej nieistniejący już budynek Orbisu na skrzyżowaniu z Królewską, i drugim, z Rotundą tuż po wybuchu gazu w 1979 r. Dziś jest już prawie pewne, że ten jeden z najbardziej charakterystycznych warszawskich budynków powojennego modernizmu podzieli los Orbisu i zostanie jednak rozebrany. Powodem jest zła kondycja gmachu spowodowana właśnie katastrofą sprzed lat. Bank, który jest właścicielem Rotundy, obiecuje, że to, co stanie w jej miejscu architektonicznie będzie nawiązywać do stylu Rotundy. Tere fere, podobnie miało być ze Smykiem i Zodiakiem, a jak to wygląda w praktyce można się przekonać na własne oczy. Póki co, Rotunda jest szczelnie opatulona w szalik niepodległościowy, bo robi się coraz zimniej, ale mam nadzieję, że uda mi się ją jeszcze uwiecznić w pełnej krasie. 


Fragment ekspozycji poświęconej historii ul. Marszałkowskiej - dotyczący wybuchu gazu w budynku Rotundy w 1979 r.




A póki co wszystko mi mówi, że pora planować przyszłoroczne podróże...